Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śpiew tradycyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śpiew tradycyjny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 września 2013

Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?

Dzisiaj mój proboszcz, ks. prałat Tomasz Boroń, zadziwił mnie po raz kolejny. Oto dziecko przyprowadzone do chrztu, takie już dość podrośnięte, zaczęło podczas mszy coraz swobodniej biegać po stopniach prezbiterium. Rodzice i rodzice chrzestni stali sobie spokojnie w pierwszym rzędzie krzeseł, metr dalej, i nie reagowali. I wtedy proboszcz przerwał odczytywanie różnych formuł i powiedział, bardzo grzecznie i kulturalnie: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem, bo będzie nam tu przez całą mszę biegało?” Zdębiałam. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało (dla ostatnich roczników szkolnych: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz”). Nic się jednak nie stało. Rodzice nie wybiegli z kościoła, nie zrezygnowali z chrztu, tylko wzięli dziecko na ręce i zaczęli go pilnować. Byłam zszokowana. Podobno dzieci katolickie, w odróżnieniu od prawosławnych, muszą swobodnie biegać w ciągu mszy po kościele, bawić się, przekrzykiwać, jeść i ogólnie zachowywać się jak na podwórkowym małpim gaju. (Dzieci prawosławne, jak wiadomo, nie muszą, ale one są inaczej skonstruowane). Słyszałam to od wielu katolickich rodziców, a także licznych księży. Jest to dogmat tak niewzruszony jak skład Trójcy Świętej. I już prawie w niego uwierzyłam... dopóki nie uczestniczyłam we mszy z kilkuletnimi dziećmi Marcela Peresa. Ale cóż, może one jako potomstwo dwojga wybitnych śpiewaków chorałowych z ciągotami tradycyjnymi także są inaczej skonstruowane. Albo sterroryzowane. Jak wiadomo bowiem, rodziny tradycyjne masakrują i perwersyjnie karzą swoje dzieci, aby grzecznie i spokojnie zachowywały się na mszy. Dlatego biedne dzieci znienawidzą chrześcijaństwo, Boga i Kościół, i natychmiast, gdy będą mogły, przestaną chodzić do kościoła, w odróżnieniu od dzieci liberalnych rodziców posoborowych, które, jak wiadomo, nie porzucają wiary i regularnie w życiu dorosłym podtrzymują praktyki religijne.
Tak więc dzieci katolickie po prostu fizycznie nie mogą 45 minut zachowywać się spokojnie, skupiać uwagi na modlitwie i na świętych czynnościach, ich rodzicom zaś broń Boże nie wolno zwracać uwagi, bo byłoby to ich publiczne zawstydzenie, które by ich zraniło. A księdzu nie wypada. Mój prawy rękaw jest mokry od wypłakiwania się kapłanów i braci zakonnych, którzy skarżyli mi się, jak bardzo wrzeszczące i biegające dzieci przeszkadzają im w modlitwie i celebracji liturgii, ale przecież nie mogą, nie mogą, nie wypada! Byli też tacy, co dziękowali mi gorąco, gdy ja podjęłam interwencję (odważyłam się na przełamanie tabu, gdy siedmioletni gówniarz przez całą Modlitwę Eucharystyczną łącznie z Podniesieniem na oczach kilkuset ludzi tuż przed ołtarzem odstawiał breakdance śp. pana Michaela Jacksona). Sami nie mogli tego zrobić, bo się bali, bo nie wypada...
Aż tu nagle mój proboszcz po prostu spokojnie mówi: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?” Nie troszcząc się o to, że zapewne całą rodzinę odstręczył od wiary, a matka dziecka wpadnie w depresję i będzie potrzebować długotrwałej terapii.
Po Doksologii zaś, gdy dziecko od kilku minut głośno ryczy, a rodzice nie wyprowadzają go z kościoła, pyta z serdecznością w głosie: „Może Pan pójdzie z dzieckiem do zakrystii?” Po mszy zaś, kiedy już wszystko wróciło do normy, błogosławi rodzinę, składa życzenia, gratuluje... Nic się nie dzieje.
I takie mi dzisiaj przyszło do głowy pytanie: Jak wiadomo, ważnym celem posoborowej reformy liturgii było zwiększenie wspólnotowości przeżywania Eucharystii. Poczucie wspólnoty, a nie indywidualizm, odczuwanie wspólnotowości eucharystycznej itd. Dla zagwarantowania tego poczucia wspólnoty zrezygnowano nawet z wielu świętych i czcigodnych elementów liturgii. Więc dlaczego zasada dobra wspólnoty załamuje się nagle, gdy chodzi o indywidualną osobę (nawet mniej dziecko, a bardziej jego wolnościowo nastawionych rodziców) przeszkadzającą wspólnocie w modlitwie i w celebracji ww. liturgii? Dlaczego obowiązuje zawsze, tylko nie w tym wypadku? I nagle przeskakuje się do zgoła indywidualistycznej zasady Wolnoć Tomku w swoim domku, hulaj dusza, wolno robić, co kto chce?
I chodzi mi po głowie jeszcze jedno pytanie. Czy te matki, które pozwalają swoim dzieciom robić w kościele, co tylko im się żywnie podoba, pozwalają im na to także na przykład w sklepie?
Bo o tym, że Kościół naucza, że dzieci zbyt małych, aby mogły przeżywać Eucharystię, nie trzeba brać w niedzielę do kościoła i można z nimi bez grzechu zostać w domu, już nawet nie chcę wspominać. Jedna matka mi powiedziała: „Bo JA się dobrze czuję z rodziną w kościele, lubię chodzić na mszę i nie przeszkadza MI, że moje dziecko biega i krzyczy”.

Ps. Już nie raz pisałam na blogu o świetnych śpiewakach tradycyjnych, jakimi cieszy się nasza parafia — zarówno chórze męskim, jak i paniach prowadzących śpiew w dni powszednie. I oto pojawiła się okazja posłuchania ich w Krakowie. 17 września nasza parafia będzie prowadzić całonocne czuwanie w kaplicy adoracji w Łagiewnikach i nasi śpiewacy będą tam obecni. Zapraszam do uczestniczenia w modlitwie i śpiewie razem z naszą parafią.

niedziela, 25 grudnia 2011

Pochwała parafii w Podłężu

Podłęże nie jest moją rodzinną parafią; przeprowadziłam się tutaj dopiero kilka lat temu z wielkiego miasta odległego o 300 kilometrów. Choć wieś jest bardzo stara — należała do założonego prawie 800 lat klasztoru benedyktynek w sąsiednich Staniątkach — parafię erygowano dopiero po II wojnie. Kościół został zbudowany w latach sześćdziesiątych XX wieku i do złudzenia przypomina elewator zbożowy. Estetyka wnętrza również jest, delikatnie mówiąc, nieudana.
Jest to jednak jedyna wada mojej parafii i uważam za wielkie szczęście, że trafiłam właśnie tutaj. W Podłężu dzieją się bowiem rzeczy wyjątkowe, które w Polsce są niezmierną rzadkością. Nie ma ich nawet u dominikanów krakowskich, cieszących się w kręgach miłośników godnej i pięknej liturgii niezmiennie wysoką renomą.
Nasza wieś, choć leży tylko kilkanaście kilometrów od Krakowa, jest ostoją prawdziwego śpiewu tradycyjnego — takiego, jakiego można posłuchać już tylko w nielicznych regionach kraju, jak Podhale, Kurpie czy Biłgorajskie. W chórze parafialnym śpiewają wyłącznie mężczyźni, mocnymi, niskimi, białymi głosami. Jest to śpiew nietemperowany, modalny, ze wszystkimi koniecznymi ciążeniami, w powolnym tempie marsza, tak jak śpiewano jeszcze w latach pięćdziesiątych, zanim wyedukowani w nowoczesnych szkołach muzycznych organiści wprowadzili do kościołów tempa zbliżone do kankana. Panowie mają grube segregatory z dawnymi pieśniami, pisanymi piękną staropolszczyzną, których w większości nie znam, choć muzyką liturgiczną interesuję się od lat. I oczywiście, skoro śpiewają w sposób tradycyjny, nie doświadczają powszechnego w zachodnioeuropejskich chórach i scholach problemu z opadającą intonacją. Mogą zaśpiewać i dwadzieścia zwrotek, jak podczas procesji Bożego Ciała, a trzymają stale tę samą dominantę. Słuchanie naszego chóru jest dla mnie po prostu rozkoszą.
Mamy też dwóch organistów. Jeden z nich jest zawodowcem, ale umie uszanować tradycje muzyczne miejsca, w którym się znalazł, i wie, że pracuje w kościele, a nie w filharmonii (zdaje się, że wśród organistów takie podejście nie jest wcale częste). Wtóruje w dość tradycyjny — jak na obecne czasy — sposób, nie uprawia estradowych solówek i nie przeszkadza ludowi w śpiewie. Drugi to miejscowy chłopak. Grać uczy się dopiero od kilku miesięcy, ale jest urodzonym śpiewakiem tradycyjnym. Organista z tradycyjną emisją głosu, której nie zniszczyła szkoła organistowska z pretensjami do opery, to po prostu skarb.
W dni powszednie często żadnego z organistów nie ma i wtedy śpiew prowadzi pani Mitoń. Pani Mitoń oczywiście jest śpiewaczką tradycyjną i repertuar też ma tradycyjny. Słychać ją doskonale w całym kościele, a pewnie i na zewnątrz, bo śpiewacy tradycyjni nie potrzebują do wykonywania swego kunsztu mikrofonu — niezbędnej protezy poczucia wartości każdego dzisiejszego organisty i księdza. Czuję się wtedy, jakbym wskoczyła do książek o historii śpiewu kościelnego, do czasów, gdy organów i organistów na wsiach jeszcze nie było i śpiewał zgromadzony w kościele lud, któremu przewodził miejscowy kantor. Tej sztuki nie uczy się w szkole — kantorstwo to powołanie rodzące się w lokalnej wspólnocie śpiewaczej.
Niestety w parafii powstała typowa młodzieżowa schola z gitarami, wykonująca z estradową manierą szansonetki sacro polo a la Edyta Górniak. Podobno tak musi być, gdyż inaczej młodzieży się do kościoła dzisiaj nie przyciągnie. Nie jestem do końca przekonana i skrycie pielęgnuję nadzieję, że ten nowomodny pseudoliturgiczny wynalazek, pod wpływem kilkusetletniej miejscowej tradycji śpiewaczej, w końcu zaniknie sam. Na szczęście na mszach dziewczyny wykonują dość rzadko. Myślę, że nic się nie stanie, jeśli ograniczą się do uatrakcyjniania parafialnych ognisk i wycieczek dla młodzieży.
Śpiew nie wyczerpuje zalet mojej parafii. Jakieś trzy lata temu naszym proboszczem został ksiądz prałat Tomasz Boroń, który wcześniej przez kilkanaście lat był dyrektorem Księżówki (domu rekolekcyjnego Episkopatu Polski w Zakopanem). Oprócz niego mamy też rezydenta, starszego księdza Teodora, który mówi naprawdę dobre kazania, oraz młodego wikarego Piotra, tuż po seminarium. Ksiądz Boroń jest zwolennikiem starannej i godnej liturgii, i w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy zdołał postawić liturgię w naszym kościele, wcześniej bardzo niechlujną i pośpieszną, na naprawdę wysokim poziomie. Ryt jest posoborowy, ale księża odprawiają msze w pobożnym i modlitewnym skupieniu, podobnie jak „trydenci”, starannie wykonując wszystkie gesty. Włożono dużo pracy w edukację liturgiczną ludu i ministrantów, a z szuflad zakrystii wyjęto dostojne, pięknie haftowane ornaty „skrzypce” (choć niestety brak jest wszystkich kolorów). W dni powszednie księża dość często „bez powodu” odmawiają Kanon Rzymski — jest to cymes, którego nigdy nie udało mi się wyprosić u dominikanów...
Dzięki kilkuletnim obserwacjom mogę stwierdzić, że stawiana przez obrońców pięknej liturgii teza, iż starannie odprawiana liturgia przyciąga ludzi do kościoła, jest prawdziwa. Frekwencja na mszach w tygodniu po „reformie liturgicznej” księdza proboszcza wyraźnie wzrosła, choć trwają one teraz trochę dłużej.
Zdjęcia przedstawiają szopkę w naszym kościele — ruchomą, przyciągającą dzieci, a jednocześnie estetyczną i wykonaną z naturalnych materiałów. Wraz z pojawieniem się proboszcza Boronia z kościoła zanikły styropianowe dekoracje a la akademia pierwszomajowa.
Zapraszam do Podłęża :)