Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2015

Pielgrzymka nadchodzi, ratuj się, kto może

Niedaleko Jaktorowa pod Warszawą — na cennych przyrodniczo terenach, stanowiących ostoję zwierząt i zapewniających ciszę oraz kontakt z naturą ludziom uciekającym od miejskiego hałasu i zanieczyszczeń — pewna moja znajoma prowadzi w starym, zabytkowym gospodarstwie niewielką stadninę koni i szkołę jazdy konnej. I dzisiaj ta znajoma wrzuciła na Facebooka następujący wpis:
„Dziś wzdłuż naszych padoków przemaszerowała pielgrzymka piesza, machając flagami, wrzeszcząc do megafonów i płosząc zwierzęta, które stratowały padoki i rzuciły się do ucieczki. Z tej okazji przypominamy Wam, katolicy, że żyjemy w świeckim państwie, w którym każdy koń ma swobodę wyznania religijnego. Dlatego apelujemy o umiar. Módlcie się w swoich kościołach, a idąc przez wsie i lasy, zachowujcie się stosownie do tego, gdzie jesteście! Po drodze mieszkają ludzie i zwierzęta”.
Nie zgadzam się ze znajomą w obwinianiu za ten incydent religii i Kościoła katolickiego. To nie religia i Kościół tu winne, ani nawet nie zwyczaj pielgrzymowania. Te instytucje wypada raczej umieścić po stronie ofiar, razem ze spłoszonymi końmi i właścicielką padoków. Winne jest rozwrzeszczanie, które wraz z mikrofonami i wzmacniaczami wlało się do kościołów i niszczy liturgię oraz przeżycie religijne tak samo jako ostoje zwierząt. Winni są ludzie, którzy mimo że skoro praktykujący, powinni doznawać conversio mentis et morum, zwłaszcza jeśli są kapłanami, kierownikami (jak się domyślam) tej pielgrzymki, w rzeczywistości nadal są częścią rozwrzeszczanego współczesnego świeckiego zgiełku, który wnoszą ze sobą do miejsc kultu i, jak widać, poza nie. Pan Bóg przychodzi w ciszy, o tym wie doskonale każdy, kto liznął chociaż okładki jakichkolwiek dzieł jakichkolwiek duchowych pisarzy, nie ważne z jakiej epoki i z którego odłamu chrześcijaństwa. W ciszy serca, w ciszy ducha, w szmerze modlitwy. W szmerze łagodnego powiewu, jak do Eliasza. A nie w grzmotach, wzmocnionych mikrofonami, ryków z głośników i brzękliwej kakofonii gitar (które dotarły już nawet do bazyliki dominikanów na Stolarskiej w Krakowie, przez całe lata jednego z nielicznych miejsc kultu katolickiego wolnych od ogłuszającego łomotu „sacro polo”). Przed laty na tę „szarpaninę nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą” skarżył się prymas Wyszyński, jego wypowiedź cytowałam w tekście „Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim. Rozryczany hałas, w którym żyje Kościół dzisiaj, jest w porównaniu z ówczesnymi problemami istnym wpadnięciem z deszczu pod rynnę, a w zasadzie pod Niagarę — stosownie do upowszechnienia się i zwiększenia mocy mikrofonów oraz innych elektronicznych urządzeń służących do nagłaśniania, także w plenerze. Dzisiejszy ksiądz może celebrować bez ołtarza, bez szat liturgicznych, bez odpowiednich naczyń i bielizny ołtarzowej, bez godnego odzienia i obuwia, nawet bez mszału i lekcjonarza — także w świątyni Bożej — ale nie może celebrować bez głośników i mikrofonu. Mikrofon jest najcenniejszym sprzętem liturgicznym, ustawionym centralnie na ołtarzu w miejsce krzyża.
I jeszcze jedno. Winne jest nie tylko rozwrzeszczanie i brak prawdziwego kontaktu z Bogiem, który przychodzi do głębi serca w szmerze łagodnego powiewu. Winne jest chamstwo. Zwykłe, brutalne chamstwo, z którym zetknął się chyba każdy, kto ma do czynienia z klerem — i to tym mocniej, im szerszy ma ten kontakt. Rozplenione obficie wskutek odrzucenia w posoborowej formacji kleru ducha umartwienia i ascetyki jako „niehumanistycznego ciemnogrodu”. A kultury bez kindersztuby nikogo nauczyć się nie da.
Zatem zwykłe chamstwo i egocentryczna, butna postawa nazwana kiedyś barwnie TKM: „Teraz, k..wa, my”. Jeśli katolicy się tak zachowują w miejscach publicznych, to niech się nie dziwią, że wzbiera ku nim coraz większa niechęć i pogarda, że rośnie antyklerykalizm, święcą triumfy hasła o zamknięciu religii w murach kościołów i uwolnieniu od katolicyzmu przestrzeni publicznej. I że paradoksalnie takie hasła padają często właśnie z ust ludzi wrażliwych, poszukujących wartości, pragnących działać na rzecz wspólnego dobra. Sami to sobie, drodzy współbracia w wierze, ściągacie na własne (i niestety nasze) głowy.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rura, kisiel i król Dawid

Ostatni tekst „Rura i kisiel dla Jezusa” niespodziewanie pobił rekordy popularności (ponad 3 tysiące wejść w kilka dni) i wywołał silne reakcje: zarówno pozytywne, jak i negatywne. Z reguły nie dyskutuję z krytykami, bo nigdy nie mam na to czasu, a większość komentarzy sprawia wrażenie, jakby ich autorzy nie przeczytali uważnie tekstu, który krytykują. W tym jednak wypadku zabieram głos, bo ujawniło się kilka ciekawych zjawisk, do których warto się odnieść.
Tekst wywołał oburzenie zwolenników nieskrępowanej tanecznej ekspresji uczuć religijnych, czemu się nie dziwię. Dziwię się natomiast, że ich atak poszedł po linii piętnowania zwolenników przestrzegania przepisów liturgicznych, ponieważ moja argumentacja znajdowała się na zupełnie innej płaszczyźnie. W ogóle nie poruszałam kwestii przepisów liturgicznych, ponieważ ten aspekt sprawy został wyczerpująco omówiony wcześniej na różnych forach dyskusyjnych przez wielu innych dyskutantów. Zbudowałam mój tekst wokół zupełnie innej tezy: „Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej... Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki”. Nie ukrywam, że wytoczenie ciężkich armat przeciwko tekstowi, którego się dobrze nie zrozumiało, jest w moich oczach tylko kolejną oznaką niedojrzałości.
Często w krytykach pojawiał się motyw Dawida tańczącego przed Arką i skrytykowanego przez Mikal (2 Sm 6) — z czytelną aluzją, że to ja jestem tą nową ponuracką Mikal, której przeszkadza taniec kultyczny. Nikt jednak z naśladowców króla Dawida nie zauważył, że Dawid tańczył przed Arką raz, ze względu na wyjątkowe święto: sprowadzenie jej do Jerozolimy po odzyskaniu ze świętokradczych rąk filistyńskich. Raz, a nie regularnie. Teza mojego tekstu jest zaś taka, że świadectwem infantylizacji obecnej kultury jest popularność imprez tanecznych organizowanych pod hasłami religijnymi. Popularność, czyli ich wielokrotne powtarzanie. Trzymam się tej tezy i uważam, że jest słuszna, bo forma ekspresji uczuć religijnych popularna w danej kulturze pozwala na wyciąganie wniosków na temat charakteru tej kultury. Można to czynić tak samo wtedy, gdy w danej kulturze formą ekspresji jest składanie ofiar ze zwierząt czy ludzi albo okrutne praktyki pokutne, jak i wtedy, gdy jest nią tańcowanie. Moje wnioski dotyczyły popularności tańcowania, dlatego połączyłam obie imprezy, jedną liturgiczną, drugą nieliturgiczną. Elementem wspólnym był taniec, a nie liturgia, czego niektórzy krytycy skoncentrowani na przepisach liturgicznych nie zauważyli.
Oponenci argumentujący „z Dawida” nie zauważyli jeszcze dwóch błędów logicznych w swoim myśleniu. Po pierwsze, wybrali sobie z Biblii to, co pasuje do ich tezy, i mechanicznie przenieśli to na dzisiejszą sytuację. Nie zauważone pozostały natomiast inne, powiązane z tą opowieścią wydarzenia z historii życia wielkiego króla izraelskiego. Oto w tym samym szóstym rozdziale czytamy, jak niejaki Uzza dotknął Arki, będącej świętym miejscem obecności Najwyższego, chcąc uchronić ją przed spadnięciem z wozu. „I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej”. Dlaczego, skoro Uzza chciał dobrze? Bo niepowołany dotknął przedmiotu, w którym obecny był sam żywy Bóg. Podobnie Dawid kazał zabić młodzieńca, który na własną prośbę ciężko rannego króla Saula dobił go, aby ten nie wpadł żywy w ręce wrogów. „Powiedział do niego Dawid: «Jak to? Nie bałeś się podnieść ręki, by zabić pomazańca Pańskiego?» Wezwał więc Dawid jednego z młodzieńców i dał rozkaz: «Podejdź i przebij go!» Ten zadał mu cios taki, że umarł”. Dlaczego? Bo osoba króla (nawet złego) była namaszczona, poświęcona, konsekrowana. Nie można podnieść ręki na coś należącego do Boga. Podobnie nawet zwierzę miało umrzeć, jeśli dotknęło się góry Synaj, gdy spoczęła na niej Obecność Boga. Jeśli zatem Arka Pańska była żywą obecnością Boga Najwyższego wśród swego ludu, to tysiąckrotnie bardziej jest nią Najświętszy Sakrament, w którym Bóg prawdziwy jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie. Czemu więc w obecności Najświętszego Sakramentu podejmuje się czynności zupełnie niesakralne? I czemu zwolennicy tzw. Komunii świętej do ręki, mamłający w świeckich, niekonsekrowanych i nie puryfikowanych łapskach Najświętsze, Prawdziwe Ciało Pana, milczą o istnieniu tych tekstów? Czy nie zapłonie gniew Pana przeciw nim, jak zapłonął przeciw Uzzie?
Argumentowanie ze Starego Testamentu to obosieczna broń. Nie mówiąc już o tym, że skoro nasze tanecznice liturgiczne tak chętnie się powołują na zwyczaje starożytnego Izraela, to niech pamiętają, żeby zachowywać również przepisy o zakazie uczestniczenia w kulcie w okresie menstruacji oraz wiele innych wesołych atrakcji. Biblia i teologia to nie hipermarket, z którego wybieramy to, co nam się podoba.
Po drugie — przenosząc się z obszaru teologii do nauk społecznych — mechaniczne przenoszenie znaków i symboli z jednej kultury i epoki do innej jest zupełną pomyłką metodologiczną. Interpretacja znaków kulturowych jest zależna od kultury. Niektórzy zwolennicy tańców w kościele powołują się na obecność tańców w liturgiach afrykańskich. Owszem — tylko że w kulturach afrykańskich taniec pełni inną funkcję niż w europejskiej. I nie kto inny, jak sami hierarchowie afrykańscy zwracają na to uwagę. Jeśli nasi drodzy charyzmatycy chcą tańczyć w Europie podczas mszy, bo robi się to w Zanzibarze, to ja apeluję, aby po przyjęciu Komunii św. głośno bekali. Stąd właśnie pod koniec tekstu „Rura i kisiel dla Jezusa” pojawiło się odwołanie do bekania i pierdzenia. Niektórzy obruszyli się z tego powodu, tymczasem powód jest taki, że w kulturze chińskiej, jeśli kto po jedzeniu nie beknie głośno przy stole, to uważany jest za chama. W czym ten znak jest gorszy od tamtego? Dlaczego nasi tancerze religijni nie bekają, skoro tańczą? Jeśli przejmują znaki z innych kultur, to cóż to za wybiórczość i stawianie jednej kultury i znaku ponad drugim?
Z podobnej przyczyny pojawiło się pierdzenie — a właściwie powinno być „popierdywanie”. To jest z kolei aluzja do powieści Kurta Vonneguta Śniadanie mistrzów. Dobry i mądry kosmita, przybyły na Ziemię z planety Margo, chciał ostrzec mieszkańców płonącego domu przed pożarem. Zaczął stepować i popierdywać, bo takie były sposoby porozumiewania się na jego rodzinnej planecie. Niestety pan domu rozwalił mu głowę kijem golfowym, niwecząc nadzieje na zatrzymanie wojen i uleczenie raka. Fatalna pomyłka wynikła z niedociągnięć komunikacji międzykulturowej. Nasi nowocześni współbracia katolicy już stepują (tańczą) w kościele, dlaczego zatem nie mieliby również popierdywać? To również jest znak, którego interpretacja jest zależna od kultury.
Swoją drogą, bardzo mnie rozbawiło, że krytyków konserwatywnych obruszyło akurat bekanie i pierdzenie — czynności czysto fizjologiczne, pozbawione wartości moralnej; nie zareagowali natomiast praktycznie na taniec na rurze, walki w kisielu i mokre podkoszulki — zabawy wywodzące się z klubów go-go i innych przybytków uciechy erotycznej, ani na piwo i wódkę. Te preferencje rodzą w moim kaprawym umyśle zgoła filuterne wnioski ;)

Zachęcam do zapoznania się w wypowiedzią kardynała Arinze, stuprocentowego Afrykanina, dlaczego w Europie nie ma miejsca na taniec podczas liturgii:



I jeszcze wypowiedź Kongregacji ds. Sakramentów i Kultu Bożego, wyczerpująco omawiająca temat: Taniec w liturgii

Organizatorom zaś „Tańca Wielkanocnego” na rynku krakowskim o godzinie 15, zapowiadanego jako mającego ścisły związek ze Świętem Miłosierdzia, serdecznie polecam zapoznanie się z Dzienniczkiem św. siostry Faustyny Kowalskiej. Dowiedzą się z niego, co czciciele Miłosierdzia Bożego powinni czynić o godzinie 15, w godzinie śmierci Jezusa. Dzienniczek w ogóle jest ciekawą lekturą, kompletną odwrotnością wesołego popchrześcijaństwa tak lansowanego w ostatnich latach w Kościele katolickim w Polsce. Ostrzega przed ciężkimi karami dla grzeszników, namawia do nawrócenia, opłakiwania grzechów, eliminowania wad, ćwiczenia cnót, samozaparcia w zdobywaniu zasług, wyrzeczeniach i okazywaniu pokory... A jak surowo oceniała św. Faustyna tańce! Tyle osób ma Faustynę i Miłosierdzie Boże na ustach; może w końcu warto się zorientować, o co naprawdę kaman?
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. (Łk 6,25)
Nie chodzi o ponuractwo i cierpiętnictwo, ale może warto zastanowić się, o co chodzi w tych słowach i czym naprawdę jest chrześcijańska radość, o której mówi Nowy Testament?

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rura i kisiel dla Jezusa



W związku z przekształceniem przez łódzkich jezuitów Świętego Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa w oryginalny estradowy performance oraz imprezą „Taniec dla Jezusa”, która w tym samym mniej więcej czasie odbywała się w Krakowie, mam kilka refleksji:
  • Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej. Degeneracja Europy przejawia się nie tylko w promocji zboczeń seksualnych, kryzysie męskości i ojcostwa, rozpadzie rodzin, niechęci do posiadania dzieci itd. Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki: „Bawmy się” — i to jest pierwotna przyczyna, dla której ludzie nie chcą być dorosłymi mężczyznami i kobietami, zachowywać wierności raz wybranym partnerom (lub złożonym ślubom zakonnym, zobowiązaniom kapłańskim), ponosić odpowiedzialności za wychowanie dzieci itd. Historyk zauważy, że jest to cecha typowa dla schyłkowego okresu danej cywilizacji i kończy się to zawsze tak samo: zastąpieniem zmęczonej, zniewieściałej i zdemoralizowanej populacji przez świeże, dzielne ludy barbarzyńskie nawykłe do walki, pracy i wyrzeczenia.
  • Imprezy są dobrym świadectwem bezrefleksyjnego poddawania się przez Kościół katolicki wpływom społeczeństwa laickiego. Obie mają charakter czysto świecki, mogłyby odbyć się z okazji dnia Ziemi czy święta Unii Europejskiej, i zostały przeniesione w kontekst kościelny, mimo że zupełnie do niego nie pasują. Ale młodzież chce się bawić — zarówno ta będąca odbiorcą tych imprez, jak i organizująca je. Wyświęcenie i wręczenie celebretu (świadomie nie mówię o sutannie czy habicie, bo który młody ksiądz dzisiaj je nosi — nosi, a nie zakłada na chwilę?) nie powoduje w cudowny sposób zrodzenia się dojrzałości, odpowiedzialności, kultury, kindersztuby ani wzniesienia gustów na poziom choćby odrobinę wyższy od najpodlejszego motłochu.
  • Obie imprezy są kolejną oznaką, że w Kościele katolickim w Polsce wygrywają wzorce tzw. popchrześcijaństwa, które narodziły się pierwotnie w protestanckich wspólnotach „trzeciej reformy” w Ameryce. Po raz kolejny widać, że zerwanie łączności z ortodoksyjnym Wschodem pozostawiło łaciński Zachód bezbronnym wobec wszelkich racjonalistycznych i reformacyjnych herezji.
  • Niestety mimo smutnego doświadczenia postchrześcijańskiego Zachodu, Kościół w Polsce powtarza z opóźnieniem jego błędy. Komunistyczna „lodówka” i niechętna postawa kard. Wyszyńskiego wobec pseudokatolickich nowinek z Zachodu uchroniły nas przed dechrystianizacją kilkadziesiąt lat temu, ale obecnie to „zapóźnienie” polski establishment kościelny szybko nadrabia. Tamci, aby zrozumieć, że religia nie może istnieć bez dogmatów, tradycji, norm i zasad, musieli doprowadzić do sytuacji, że w Kościele pozostało kilka procent społeczeństwa. My mamy okazję nauczyć się na ich błędach, zamiast je powielać, ale okazja ta jest właśnie marnowana.
W tym samym czasie, gdy aktywiści katoliccy w łódzkiej świątyni i na rynku krakowskim podrygują i fikają nogami „dla Jezusa”, w Afryce i Azji ludzie tracą dla Niego swoje mienie, cierpią tortury i oddają życie. Jaki chrześcijanin, takie świadectwo. Kiedy w Europie będzie kwitł islam, Azja i Afryka będą kontynentami na wskroś przenikniętymi chrześcijaństwem. Sanguis martyrum semen christianorum. Sanguis martyrum, a nie bezustanne imprezowanie wiecznych nastolatków. Już dziś kolorowi misjonarze przybywają do Europy, a hierarchowie murzyńscy zawstydzają europejskich swoją odwagą i wiernością Chrystusowi — i jest to tylko początek.

Mam świeże, jeszcze nie zużyte propozycje dla organizatorów kolejnych eventów dla Jezusa — przecież żeby zabłysnąć i utrzymać na sobie uwagę gawiedzi, trzeba proponować ciągle coś nowego:
  • jedzenie pizzy (hotdogów, pierogów) na czas dla Jezusa,
  • taniec na rurze dla Jezusa,
  • mokre podkoszulki dla Jezusa,
  • zawody w kisielu dla Jezusa,
  • puszczanie megaserpentyn z dziesiątego piętra dla Jezusa,
  • konkurs „Ile osób wejdzie do malucha” dla Jezusa.
Dla odważnych:
  • streptease dla Jezusa,
  • picie piwa (lub nawet wódki, jeśli znajdzie się sponsor) dla Jezusa,
  • bekanie i pierdzenie dla Jezusa.
Przecież ludźmi jesteśmy i nic co ludzkie nie jest nam obce.
A jezuici w Łodzi muszą przynajmniej porąbać ołtarz podczas przyszłorocznego Triduum. Jak inaczej zdołają wyrazić rozsadzającą ich wielką radość?

Orkiestra na Titanicu grała do tańca do samego końca.


Ps. To uczucie, kiedy jezuici piętnują cię jako pseudokatolika i lefebrystę za cytowanie dokumentów Soboru Watykańskiego II, Jana Pawła II i Konferencji Episkopatu Polski 3:)
Ps 2. Czy zauważyli Państwo bliźniacze podobieństwo stylu, frazeologii i toku myślenia naszych drogich jezuitów do Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków? Już od pewnego czasu myślę o założeniu satyrycznej strony „Młodzi, wykształceni i z wielkich klasztorów” 3:)

Ps 3. Kilka dalszych refleksji oraz odpowiedzi na krytykę znajdują się tutaj: Rura, kisiel i król Dawid.

piątek, 23 stycznia 2015

Ciasteczko jedności

Często odkrywam, że moi znajomi są mądrzejsi ode mnie i potrafią lepiej oddać sprawę niż ja. W takich chwilach w ogóle nie chce mi się pisać, bo po co, skoro oni jakąś moją myśl wyrazili trafniej i umiejętniej. Za zgodą autorów publikuję dwie wypowiedzi z dyskusji o olewactwie liturgicznym, wywołanej profanacją Najświętszego Sakramentu podczas Mszy papieskiej w Manili.

Agnieszka Myszewska-Dekert:
W Kościele Katolickim, apostolskim Kościele Katolickim, Najświętszy Sakrament zawsze był otaczany czcią najwyższą. Nie istnieją „żadne względy duszpasterskie”, ani tłum, ani „brak czasu”, ani brak kapłanów czy szafarzy, które by usprawiedliwiały tak zorganizowaną obrazę Chrystusa. Kościół Katolicki będzie trwał, o ile będzie wierny, także w oddawaniu czci, Najświętszemu Sakramentowi. To dla Niego zostali ustanowieni kapłani i wokół Niego toczyło się zawsze życie Kościoła. Zamiana Eucharystii na „ciasteczko jedności” (dalsze protestanckie rozumienie liturgii) jest zagładą naszej wiary i właściwie jej śmiercią. Tak, Pan Jezus tego nie potrzebuje: ani piękna liturgii, ani naszej czci, ale to Mu się po prostu od nas należy. Co więcej — my tego potrzebujemy. Każdy, kto ma podstawowy szacunek do Najświętszego Sakramentu, kiedy już wyjdzie z kategorii „fajności” („Ale super, mogę wziąć Komunię na rękę! Ekstra! Co za bliskość!”) dojrzy głęboką niestosowność i destruktywność tego, co się wydarzyło (podobnie jak plastikowe kubeczki w czasie innej papieskiej mszy w Rio), kolejne przekroczenie granicy w desakralizacji tego co Najświętsze, tym bardziej niebezpieczne, że gros ludzi nie widzi problemu, że Najświętszy Sakrament staje się... problemem. Usuwa się Go z głównych ołtarzy, (by nie przeszkadzał ludziom zwiedzać kościołów, zamiast ich uczyć, jak się zachowuje w obecności Sakramentu; jakoś muzułmanie nie mają problemów, by wymagać zdjęcia butów od wszystkich przed wejściem do meczetu). Każde, już nie tylko konsekrowane dłonie mogą Go brać, już nie tylko w szczególnych okolicznościach, ale zawsze, bo np. księżnom się spieszy i „panie, ta komunia to by z godzinę trwała, gdybyśmy we dwóch jej udzielali”... oducza się przyklękania przed przyjęciem (już nie mówię o przyjmowaniu na klęcząco), bo by to mogło naruszyć św. Pośpiech, najważniejszą ostatnio (poza by „było miło i fajnie”) kategorię liturgiczną... Jednym słowem skutecznie i metodycznie od małego oducza się ludzi czci dla Najświętszego Sakramentu. A potem dziwi się, kiedy ludzie faktycznie tej czci nie mają... i nie uważają, że do czegokolwiek potrzebni im są także kapłani... i skąd taka nienawiść do chrześcijaństwa... ale skoro sami katolicy znieważają Sakrament, to jak można wymagać czci od tych „z zewnątrz”?
Jan Traczyk:
Wszystko przez to, że w ogóle nie uczy się ludzi (księży w seminariach też nie za bardzo), cóż to takiego jest liturgia. Potem wychodzą w szmatach do świętego ołtarza, opuszczają wszystkie ukłony, bo przecież „Panu Bogu nasza chwała niepotrzebna”. A jak zapyta się ktoś, po co tu przyszedł, nie usłyszy: „aby wraz z Cherubinami i Serafinami opiewać dniem i nocą niewypowiedzianą i nieopisaną chwałę wielkiego Boga, Pana światów i Władcy królów ziemi, który wszystko potężnie utrzymuje w istnieniu”, ani „aby w obliczu majestatu Bożego służyć Najwyższemu i śpiewać Jego boską teologię”, tylko w najlepszym razie „pomodlić się”. No jasne, po co komu udział w jakiejś tam liturgii niebiańskiej, w jakiś Boskich i Życiodajnych Tajemnicach Władcy Jezusa Chrystusa, to wszystko niepotrzebne...

I jeszcze link do tekstu na blogu ojca Macieja Zachary MIC, liturgisty (sprzed kilku lat, ale aktualnego i na temat): O tym, że Pan Jezus się przecież nie obrazi

piątek, 17 października 2014

Książę tego świata chce mnie porwać

Na większą cześć i chwałę Pana Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, a nam na pożytek nasz zbawienny czyta nam dzisiaj Kościół Święty, Matka nasza:

Z dzisiejszej godziny czytań, Księga proroka Malachiasza, cytat nr 1:
„Syn powinien czcić ojca, a sługa swego pana. Lecz skoro Ja jestem Ojcem, gdzież jest cześć moja, a skoro Ja jestem Panem, gdzie szacunek dla Mnie? To mówi Pan Zastępów do was, o kapłani: Lekceważycie imię moje, a jednak pytacie: Czym to okazaliśmy lekceważenie Twemu imieniu? Oto przynosicie na mój ołtarz potrawy skażone, a pytacie: Czym go skaziliśmy? Tym, że przynosząc je, niejako powiadacie: Oto stół Pański jest w pogardzie! Gdy bowiem przynosicie ślepe zwierzę na ofiarę, czyż nie jest to rzeczą złą? Albo gdy przynosicie chrome i chore, czyż to nic złego? Ofiarujże to twemu namiestnikowi! — Czy będzie mu miłe i czy życzliwie cię przyjmie? — mówi Pan Zastępów... Wy zaś bezcześcicie je [moje imię], mówiąc: Stół Pański jest splugawiony, bo składane na nim ofiary są miernej wartości. Powiadacie też: Cóż to za umęczenie! — I tak pogardzacie nim, mówi Pan Zastępów, a przynosicie zwierzę skażone: chrome i chore — i składacie na ofiarę. Czy mam to przyjąć z upodobaniem z ręki waszej? — pyta Pan. Dlatego niech będzie przeklęty oszust, który mając w swej trzodzie samca, ślubuje złożyć go na ofiarę, a potem składa Panu zwierzę skażone; gdyż Ja jestem potężnym Królem, a imię moje będzie wzbudzać lęk między narodami”.

Dzisiaj zamiast chorych i ślepych zwierząt są plastikowe rury zamiast świec oraz nylonowe firanki zamiast ornatów i bielizny ołtarzowej. Ciekawe, czy wtedy też kapłani powoływali się na obłudne judaszowe argumenty, że tak jest taniej, a pieniądze zaoszczędzone na kulcie Bożym można przekazać na biednych. (BTW, czy ktoś z was słyszał o kościele, w którym różnice między kosztem prawdziwych świec i diesli są naprawdę przekazywane na biednych?)

Cytat nr 2, ze specjalną dedykacją dla ojców z synodu biskupów ds. (rozbijania) rodziny (niepotrzebne skreślić):
„Sprawiliście też, że łzami, płaczem i jękami okryto ołtarz Pana, tak że On więcej nie popatrzy na dar ani nie przyjmie z ręki waszej ofiary, której by pragnął. A wy się pytacie: Dlaczegóż to tak? Dlatego że Pan był świadkiem pomiędzy tobą a żoną twojej młodości, którą przeniewierczo opuściłeś! Ona była twoją towarzyszką i żoną twojego przymierza. [...] Strzeżcie się więc w duchu waszym: wobec żony młodości twojej nie postępuj zdradliwie! Jeśli kto nienawidząc oddalił żonę swoją - mówi Pan, Bóg Izraela — wtedy gwałt pokrywał swoją szatą. Mówi Pan Zastępów: Strzeżcie się więc w duchu waszym i nie postępujcie zdradliwie!”

Po Malachiaszu poprawia święty męczennik, biskup Ignacy Antiocheński, jeden z tzw. ojców apostolskich:
„Książę tego świata chce mnie porwać i przeszkodzić memu dążeniu do Boga. Niechaj go nikt z was nie wspomaga. Bądźcie raczej po mojej stronie, to jest po stronie Boga. Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata”.

Ci panowie zrobili mi dzień.
I jeszcze święta Ewangelia:
„Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!”

Wypisz, wymaluj, komentarz do ostatnich poczynań kardynała Kaspera i spółki (zarówno sprawy wywiadu ze słowami nt. afrykańskich hierarchów, jak i prób ukrycia, że większość ojców synodalnych miała inne zdanie niż oni). Doprawdy, nie mogę się oprzeć zachwytowi, jak Duch Święty dobiera czytania w imieniu Kościoła.

A na koniec w ramach ogłoszeń duszpasterskich kącik humoru, z ostatniej chwili (źródło: Katolickie memy):



niedziela, 5 października 2014

Taka sobie bajeczka

Cała historia zaczęła się jakoś w połowie Wielkiego Postu, w poniedziałek rano, gdy do klasztoru braci propinatorów w Pikutkowie, pięknego i cieszącego się wielką historią miasta w Kraju Sarmatów, przybyli bracia Kosma i Damian z innego klasztoru należącego do prowincji sarmackiej Zakonu Braci Propinatorów. Mieli zatrzymać się przez tydzień, żeby załatwić jakieś sprawy. Po przyjeździe do klasztoru bracia udali się do igumena, brata Hilperyka, i Kosma bez zmrużenia oka w imieniu obydwu zakonników poprosił go o zgodę na założenie czarnych spodenek w białe wieloryby. Była to jawna bezczelność, bo na ostatniej kapitule prowincji sarmackiej braci propinatorów jednomyślnie uchwalono, że dla zachowania braterskiej jedności i miłości żadnemu z braci nie wolno zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby; mogą nosić wyłącznie legginsy w żyrafy. Nie był to wprawdzie oficjalny dokument, tylko ustne ustalenia kuluarowe, ale w Zakonie Braci Propinatorów te dwa sposoby procedowania posiadały równie ważkie skutki prawne. Dlatego wszelkie przejawy niezdrowego zainteresowania spodenkami i wielorybami spotykały się z gwałtownym ostracyzmem opinii publicznej braci i zdecydowanym przeciwdziałaniem przełożonych.
Sprawa spodenek w wieloryby była strasznie śliska. W ostatnich latach do pikutkowskich propinatorów docierało coraz więcej plotek o tym, że wierni świeccy zbierają informacje o czarnych spodenkach w białe wieloryby, a nawet składają pisma z prośbą, by mogli je obejrzeć. Powołują się przy tym na jakiś art. 4 Konstytucji o bieliźnie Soboru Watykańskiego II, twierdzący rzekomo, że „Matka Kościół uznaje za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane spodenki w wieloryby i chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszelki rozwój”. Bracia propinatorzy doskonale znali nauczanie soborowe i gorliwie propagowali je wśród wiernych; dlatego Hilperyk świetnie wiedział, że takiego artykułu nie ma i być nie może. Co więcej, Sobór Watykański II jawnie zakazał używania wszelkich spodenek w wieloryby i nakazał noszenie wyłącznie legginsów w żyrafy. Nauczono go tego w seminarium propinatorskim. Pyskaci wierni powoływali się na jakąś encyklikę papieża Bożywoja XIV i wywoływali ciągłe kłótnie w Internecie. Było to uciążliwe i męczące; na szczęście pewnego razu jeden z najlepiej wykształconych współbraci Hilperyka rzetelnie odpłacił im pięknym za nadobne. Przedstawił się na poczytnym katolickim forum internetowym jako doktor teologii i wykładowca seminarium duchownego braci propinatorów, a następnie wypalił, że nawet jeśli Bożywój napisał taką encyklikę, bracia propinatorzy i tak zrobią to, co sami postanowią. Tym stwierdzeniem przeciął nużące przepychanki ze świeckimi jak Aleksander węzeł gordyjski. Pismo, które wierni przynieśli Hilperykowi, powołując się na art. 5 encykliki Bożywoja, igumen schował do szuflady i myślał, że będzie miał spokój; problem czarnych spodenek w białe wieloryby w Pikutkowie wydawał się trwale rozwiązany. Aż tu nagle zjawili się ci cholerni Kosma i Damian, którym przecież już w ich własnym klasztorze wielokrotnie zakazywano noszenia spodenek w wieloryby, i zepsuli miłą atmosferę jednomyślnej miłości braterskiej!

***

Brat Symplicjan, liturgista klasztoru, był mocno zasępiony. Tak mocno, że przestała mu smakować wyborna kawa z wysokiej klasy ekspresu w sali telewizyjnej, z której smaku klasztory propinatorów były znane w całym sarmackim Kościele. Profesjonalny ekspres dostępny wyłącznie dla branży HoReCa zdobył jeden z braci dzięki koneksjom rodzinnym. Jednak tego popołudnia do Symplicjana przyszła delegacja wiernych i zgłosiła niezrozumiałe żądanie, by prezbiterzy zakładali stułę pod ornat, a nie nosili ją na nim. Było to jednak tylko hors d’oeuvre, przygotowanie artyleryjskie; bo zaraz w drugim zdaniu, powołując się na stos dokumentów i paragrafów, wierni świeccy poprosili z naciskiem, by usunął z grona ministrantów Zuzię i Franię. W Pikutkowie nie wolno było powoływać kobiet na ministrantów; nie było indultu papieskiego obejmującego diecezję pikutkowską, a te, który istniały, przewidywały, że można to czynić tylko w razie konieczności — gdy brakuje mężczyzn. Trudno było uznać, że jest to wypadek klasztoru propinatorów, gdzie do dyspozycji było codziennie kilkudziesięciu braci oraz kilkuset wiernych świeckich płci męskiej. Propinatorzy nie mieli również dyspensy biskupiej, a co więcej, znając poglądy biskupa, można było z góry oczekiwać, że jej nie otrzymają, nawet gdyby o nią wystąpili. Brat Symplicjan wiedział o tym wszystkim równie dobrze jak delegacja wiernych. „Psiakość, przegrana sprawa” — pomyślał z goryczą i zrobiło mu się jeszcze smutniej. Zuzia i Frania, dwie urocze i dobrze rozwinięte czternastolatki, były protegowanymi brata Ildefonsa. W tym czcigodnym starcze, sławnym propagatorze nauczania Soboru Watykańskiego II i Świętego Papieża Polaka Jana Pawła II, wiele lat wcześniej „Salon”, zwany też Grupą Trzymającą Władzę (nieformalna struktura posiadająca rzeczywisty rząd dusz w Zakonie Braci Propinatorów) rozpoznał Inkarnację Ducha Soboru. Od tej pory brat Ildefons był nie do ruszenia; jego słowo było prawem i stało ponad wszelkimi innymi prawami i zasadami.
Ale następnego dnia rano Symplicjan miał na uniwersytecie w sąsiednim mieście wygłosić przed kilkusetosobowym audytorium liturgistów, teologów i innych kościelnych profesjonalistów kolejny wykład z cyklu „Zasługi braci propinatorów dla podnoszenia jakości liturgii w Kraju Sarmatów”. (Bracia propinatorzy byli gorliwymi propagatorami dobrej liturgii; jeździli po kraju z warsztatami dla księży diecezjalnych i świeckich aktywistów kościelnych, i uświadamiali wszystkich chętnych, ile nadużyć liturgicznych panuje w ich kościołach, a następnie uczyli odprawiania właściwie — z elegancką prostotą, zgodnie z przepisami i w pełnym poszanowaniu dla sacrum). Z tego właśnie powodu, mimo przekonania, że jego wysiłek zda się psu na budę, postanowił jednak poruszyć sprawę Zuzi i Frani na radzie współbraci.
A jednak, wbrew wszelkim przewidywaniom, interwencja Symplicjana odniosła skutek!
Na żądanie zranionego do głębi serca brata Ildefonsa bracia ochoczo przegłosowali, że od tej pory Zuzia i Frania będą stały bliżej ołtarza, a także mają rozpuścić włosy i co kilka minut ostentacyjnie potrząsać grzywami jak rasowi heavymetalowcy na koncercie, tak by wierni mogli łatwiej zrozumieć, jak bardzo grzeszą, gdy występują przeciw świętym prawom równouprawnienia i feminizmu.

***

Delegacja zdążająca do brata Symplicjana zjawiła się u propinatorów w porze, gdy w kościele klasztornym miały się właśnie zacząć publicznie celebrowane nieszpory wspólnoty propinatorskiej. Były one obowiązkowe dla wszystkich braci z wyjątkiem tych, którzy uzyskali od przełożonego dyspensę ze względu na wykonywanie w tym czasie obowiązków duszpasterskich i tym podobnych. Była to rzecz oczywista i zrozumiała — o tym, że dla świadczenia miłosierdzia i służby bliźnim można, a nawet powinno się przerwać modlitwę, nauczali przecież Wincenty a Paulo, Katarzyna Sieneńska, Henryk Suzo oraz wielu innych znanych świętych.
Wierni pragnęli pobożnie pomodlić się na nieszporach przed rozmową z Symplicjanem i dlatego wybrali tę porę. Na furcie klasztornej minęli rozluźnionych i dowcipkujących braci Pankracego, Serwacego i Bonifacego w rurkach, tiszertach ze zdjęciem Lady Gaga i rejbanach. Zmierzali oni właśnie do modnej kawiarni „Wesoły kot”, by przy piwerku i cafe latte z mlekiem sojowym wziąć udział w spotkaniu z szybko zdobywającym popularność młodym warszawskim literatem, laureatem ubiegłorocznej Nagrody Nike i najnowszym bożyszczem sarmackich salonów celebryckich. Zaraz za nimi przemknął w wygodnym dresie wielki miłośnik joggingu, brat Prudencjusz. O Prudencjuszu, który dzięki joggingowi mimo upływu lat wciąż zachowywał nienaganną figurę, krążyły opowieści, że gdy jakiś wierny prosi go o spotkanie i rozmowę, odmawia zawstydzony i pełen winy, tłumacząc się, iż z powodu ostatniego nawału obowiązków zakonnych zawalił modlitwę i musi ją teraz nadrobić. Przyjmowano to ze zrozumieniem — wszyscy bowiem wiedzieli, że na modlitwach klasztornych Prudencjusza niemal nigdy się nie widuje; niewątpliwie ma więc co nadrabiać.
Delegacja wiernych, znająca na pamięć i na wyrywki Kodeks prawa kanonicznego, dokumenty Soboru Watykańskiego II, wszystkie encykliki, adhortacje, konstytucje i motu propria ostatnich trzech papieży, Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, a nawet „Reguły i zasady braci propinatorów” (które były co prawda dokumentem o charakterze ściśle wewnętrznym, ale ktoś je kiedyś wystawił na Allegro, więc wierny laikat propinacki bez zważania na cenę natychmiast je wykupił), wiedziała doskonale, że propinatorzy jako kapłani powinni pokazywać się publicznie w stroju duchownym, a jeśli nawet nie, to mają obowiązek przypinania do świeckiego stroju godła zakonu lub innego znaku świadczącego o tym, że należą do Zakonu Braci Propinatorów. Sama jednak była zdania, że przypinanie godła zakonu do wcale fikuśnego i mocno atrakcyjnego (czemu nikt nie mógł zaprzeczyć) zdjęcia Lady Gaga nie byłoby najlepszym pomysłem. Z rurkami, rejbanami i dresem komponowałoby się ono niewiele lepiej. Sprawa została więc pominięta milczeniem, zwłaszcza że ze względu na naturalne prawidła ludzkiej psychiki i komunikacji międzyosobowej po Pikutkowie z prędkością fali uderzeniowej z ust do ust rozchodziła się raczej informacja o tym, że jakiś propinator został napotkany w stroju duchownym, a nie o tym, że był po cywilu.

***

Brat Damazy, ekonom klasztoru, uśmiechał się do siebie. Był naprawdę zadowolony. Właśnie podpisał umowę na wynajem lokalu pod nowy sklep z alkoholami. Oczyma duszy widział szybko zmieniające się cyferki na koncie bankowym klasztoru. Co prawda sklep miał się znajdować tylko jakieś 10 metrów od narożnika kościoła braci propinatorów, a Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu skutkom alkoholizmu zabraniała sprzedawania alkoholu w odległości mniejszej niż 100 metrów od budynku kultu, Damazy jednak wiedział z doświadczenia, że nie musi się niczego obawiać. W ostatnich latach wynajął już pod sprzedaż lub wyszynk alkoholu sporo innych należących do braci propinatorów lokali, mieszczących się w odzyskanych przez nich kamienicach otaczających kościół i klasztor. Wcześniej mieściły one cukiernię z najlepszymi ciastami w Pikutkowie, jadłodajnię dla studentów, księgarnię, kwiaciarnię, fryzjera i biuro podróży; ale właściciele tych handli nie byli w stanie sprostać regularnie podnoszonym przez propinatorów czynszom, gdyż w kraju panował kryzys. Wystarczające przychody można było osiągnąć tylko na hazardzie, alkoholu i prostytucji, a trudno było przecież oczekiwać, by zakonnicy tolerowali u siebie hazard i prostytucję. I nigdy nie przyszła żadna inspekcja ani żadna gazeta o tym nie pisnęła, nawet antyklerykalna. A choćby nawet, to grzywna za łamanie ustawy o wychowaniu w trzeźwości wynosiła najwyżej ćwierć miesięcznego wpływu za jeden lokal. Tak, Damazy był zadowolony. Był naprawdę gorliwym i troszczącym się o klasztor ekonomem.

***

W ciepły mimo wczesnej wiosny, sobotni wieczór brat Ildefons wertował książkę z wypowiedziami Wielkiego Papieża Polaka. Szykował kazanie na niedzielną mszę i szukał pomysłów. Niewidzącym wzrokiem przeleciał stronę z wypowiedzią, w której Jan Paweł II ze wzruszeniem mówił o latach, gdy wraz z kolegami służył przy ołtarzu na wzór kolegium Apostołów, oraz o wielkim znaczeniu posługi ministranckiej młodych chłopców dla budzenia powołań kapłańskich. Na kolejnej stronie przeczytał: „W dziedzinie wiary i moralności propaguje się prawdziwe herezje, wywołując wątpliwości, zamieszanie i bunt. Nawet liturgia została poddana manipulacjom, pogrążona w intelektualnym i moralnym relatywizmie, aż do permisywizmu włącznie, w którym wszystko jest dozwolone”. Z roztargnieniem przewracał kartki; wszystko przecież już kiedyś czytał. W końcu jednak znalazł coś ciekawego: przemówienie do naukowców zachęcające do zapobiegania katastrofie ekologicznej. Następnego dnia bez trudu wygłosił porywające i poruszające kazanie o wierności nauczaniu Świętego Papieża Polaka, przejawiającej się w segregowaniu śmieci. Ogłoszenia duszpasterskie czytał na jego mszy sam igumen, brat Hilperyk; i tym razem, jak zwykle, Hilperyk napomniał wiernych, by nie ważyli się sprzeciwiać nauczaniu Soboru Watykańskiego II i rozbijać tym samym jedności Kościoła (jak pamiętamy, propagowanie nauczania Soboru było drugim konikiem braci propinatorów oprócz nakłaniania kleru diecezjalnego do podnoszenia jakości liturgii). Z tym rozbijaniem jedności było dobre; poprzedniego dnia Hilperyk przeczytał, że argumentu tego użyli liberalni teolodzy zachodni, którzy usiłowali zablokować ogłoszenie przez Pawła VI encykliki Humanae vitae, i pomyślał, że świetnie się nada także w innych kontekstach. Na koniec zaś igumen tradycyjnie dodał, że nauczania Kościoła nie można traktować jak hipermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam się podoba, a resztę odrzucamy.
Wierni cierpliwie wysłuchali swoich pasterzy (naprawdę szczerze ich lubili). Potem jednak wyszli z kościoła i powiesili na jego frontonie transparent z napisem „Czyńcie, co wam mówią, ale uczynków ich nie naśladujcie, bo sami nie czynią tego, co mówią”. Następnie zaczęli myszkować po pobliskich uliczkach. W promieniu kilkuset metrów od klasztoru braci propinatorów stało ze dwadzieścia innych kościołów. O tym, że Jego Świątobliwość papież Bożywój XIV w wydanej kilka lat wcześniej encyklice napisał, że spodenki w wieloryby mają wielkie znaczenie dla Kościoła i nigdy nie zakazano ich noszenia, a co więcej, taki zakaz byłby nieważny prawnie, i dlatego każdemu kapłanowi wolno to swobodnie czynić, wiedzieli generalnie wszyscy w branży — także ci, którzy sami nosili legginsy w żyrafy. Dlatego, chociaż z powodu zmiany trendów w modzie spodenki w wieloryby nie cieszyły się specjalną popularnością, nikt jednak nie robił trudności z ich zakładaniem, jeśli ktoś przyszedł i o to poprosił; wystarczyło tylko, że pokazał celebret.
Laikat propinatorski był naprawdę dobrze uformowany przez swoich braci. Nie tylko znał na pamięć wszystkie dokumenty i przepisy kościelne, lecz nawet wiedział o istnieniu strasznie sławnego i mądrego propinatora, który kiedyś napisał, że nie we wszystkim należy słuchać przełożonych, gdyż niekiedy polecenia przełożonych są sprzeczne z przykazaniami Bożymi. Podwładni zaś nie podlegają przełożonym we wszystkim, lecz tylko w odniesieniu do jawnych, określonych spraw i gdy takie posłuszeństwo nie sprzeciwia się rozkazowi wyższej władzy.
Kurtyna.

***

A nie, to jeszcze nie był koniec.
Jak łatwo się domyślić, to samo, co wiernym, przyszło do głowy bratu Hilperykowi. „Nie będzie Kosma pluł nam w twarz” — pomyślał z zaciśniętymi zębami igumen i zaraz wpadł na pomysł, że przecież może obdzwonić rektorów wszystkich kościołów w Pikutkowie i ostrzec ich przed Kosmą i Damianem. „Wpłynę na nich, aby pod żadnym pozorem nie pozwalali im nigdy zakładać w swoich kościołach czarnych spodenek w białe wieloryby” — stwierdził.
Przechodząc od razu od słów do czynów, Hilperyk zajrzał do książki telefonicznej. W Pikutkowie i okolicach było około dwustu kaplic i kościołów. Czekało go ciężkie popołudnie. Mimo to nie zaniedbał telefonu do brata Hermenegilda, igumena Kosmy i Damiana. Opisał mu szczegółowo ich zachowanie w Pikutkowie i na wszelki wypadek jeszcze raz go zaklął, by pod żadnym pozorem nie pozwalał im zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby.
„Taką sobie bajeczkę” odnalazł w Internecie brat Histrion i dostał histerii. Czuł, jak zalewają go fale palącego, gorzkiego gniewu. Miotał się po celi jak Marek po piekle, bo ciśnienie skoczyło mu do dwustu pięćdziesięciu. Rozjuszony, wysłał do autorki długi i skrajnie emocjonalny list, w którym oskarżył ją, że ma podły charakter, nienawidzi Zakonu Braci Propinatorów i pragnie go zniszczyć. Następnie zrobił wokół sprawy wielką chryję na wewnętrznej liście dyskusyjnej braci propinatorów i wraz z kilkoma innymi najbardziej rozwścieczonymi ustalił, że w celu należytego ukarania winnej i uświadomienia jej rozmiaru jej występku wszyscy bracia propinatorzy wyrzucą ją ze znajomych na Facebooku i od tej pory pod żadnym pozorem nie będą komentować jej wpisów na forach internetowych. „Kara godna prawdziwego gimnazjalisty” — pomyślał Histrion z dumą i satysfakcją.
Co prawda autorkę „Bajeczki” wyrzuciło ze znajomych tylko dwóch propinatorów: on sam i brat Chryzopraz posługujący w Trapezfiku, ale i to wystarczyło, by zrobiło mu się lepiej.
W tym samym czasie Święty Ojciec Propinat, Założyciel Braci Propinatorów cieszący się zasłużonym odpoczynkiem w niebie, siedział na wygodnej, miękkiej chmurce i drapał się po głowie. Zastanawiał się, jak mógłby przekazać swym duchowym synom przebywającym jeszcze na tym doczesnym padole, że powierzając im swą wolę, aby „Reguły i zasady braci propinatorów” nie obowiązywały pod grzechem, pragnął ich wychować do zachowywania ich z miłości synowskiej, a nie niewolniczego lęku — nie zaś do przekonania, że nie trzeba ich wcale przestrzegać.
Jakiś czas później Zuzia zaciążyła z bratem Gerwazym, a Frania z Protazym. Zdaje się, że był to owoc prób asysty liturgicznej do jakiejś szczególnie podniosłej celebry. Brat Ildefons ucieszył się, że udało się tak pięknie wypełnić nakaz Pana o czynieniu sobie ziemi poddaną i podarować Kościołowi nowych członków. Dzięki swoim znajomościom bez trudu załatwił w Watykanie dyspensę od święceń i wyprawił swym owieczkom piękną ślubną ceremonię. Patrzył na zaokrąglony brzuszek Zuzi i myślał z rozrzewnieniem o kruszynie, która rozwijała się pod jej sercem. „Kto wie, może będzie chłopiec... I może... może w przyszłości wstąpi do braci propinatorów!” — uśmiechał się z rozrzewnieniem. „A może się nawet okaże, że będzie nową Inkarnacją Ducha Soboru? Pan Bóg łaskaw!” — przemknęło przez głowę brata Ildefonsa. Jego serce zalała niebiańska radość.

Na weselu byłam,
miód i wino piłam,
i w stanie upojenia
wszystko to zmyśliłam.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Człowiek i jego roszczenia

Z komentarza Pawła Lisickiego w „Do Rzeczy”: „Jeszcze Kościół nie zginął” do wyników ostatniego liczenia wiernych:

(Tutaj przy okazji wtrąćmy, że sam pomysł liczenia wiernych jest głęboko sprzeczny z Bożym planem — przypomnijmy sobie, co spotkało Dawida za pomysł policzenia Izraela. I nie wątpię, że „światowa” moda na liczenie wiernych w polskim Kościele przynosi podobne owoce, bo Bóg jest wierny i konsekwentny).
„Nie jest prawdą, że główną bolączką polskiego Kościoła jest zaangażowanie w politykę lub zbyt powolne dostosowanie się do oczekiwań liberalnej cywilizacji. Większość społeczności chrześcijańskich na Zachodzie dawno już straciła wpływ na politykę. Wspólnoty protestanckie w pełni niemal pogodziły się z rewolucją obyczajową, czego dowodem jest coraz częstsza akceptacja związków homoseksualnych, biskupi katoliccy ograniczają się zwykle do rytualnych sprzeciwów. A mimo tego skala dechrystianizacji i tempo, w jakim wierni odwracają się od chrześcijaństwa, są tam znacznie większe niż w Polsce. Na tle Zachodu Polska pozostaje krajem chrześcijańskim. Nie ma oczywiście jednego czynnika, który tłumaczyłby tak skomplikowane zjawisko społeczne, jakim jest zanik praktyk religijnych. Jednak gdybym sam starał się znaleźć główny powód, to szukałbym go — inaczej niż większość specjalistów — w osłabieniu religijnego przesłania chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie. Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga. Inaczej za kilka lat Polska będzie przypominać Irlandię, Hiszpanię czy Belgię, kraje niegdyś katolickie.”
Święte słowa red. Pawła Lisickiego. Zachęcam do przeczytania całego komentarza (podlinkowałam na początku). I trzeba grubym drukiem podkreślić, że zdanie „Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie” pasuje również do liturgii. A nawet w pierwszej kolejności odnosi się do liturgii. Liturgia jest szkołą wiary i życia. Od dostosowywania przez liberalny, modernizujący kler liturgii do „potrzeb współczesnego człowieka” zaczął się szybki upadek wiary na Zachodzie. Owszem, wiara słabła już wcześniej; ale działania obłąkanych kościelnych „rewolucjonistów ’68 roku” na Zachodzie spowodowały gwałtowne przyśpieszenie tej utraty wiary. Zmiana była jakościowa, nie ilościowa. Oczywiście intencje były szczytne; ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Drzewo poznaje się po owocach.
Zachęcam do refleksji nad tym, co w ostatnich dziesiątkach lat dzieje się w liturgii katolickiej w Polsce. Jeśli nie zatrzyma się procesu „ufajniania” liturgii, już za jedno pokolenie będzie tak, jak na Zachodzie. To liturgia ma przenosić w pierwszym rzędzie do tego nadprzyrodzonego, o którym red. Lisicki pisze...
„Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga”.
I teraz proszę porównać to, co wyprodukowano w tzw. „reformie soborowej” (w rzeczywistości nie mającej z Soborem Watykańskim II wiele wspólnego, a nawet sprzecznej z jego Konstytucją o liturgii Sacrosanctum concilium), z mszą w klasycznym rycie rzymskim oraz liturgiami Kościołów wschodnich. Dlaczego ludzie (katolicy) mówią, że w cerkwi na nabożeństwach jest duch, duchowość, że lepiej się tam modli?
Oczywiście nowa msza jest ważna, jest Ofiarą Eucharystii w sensie teologicznym, sakramentalnym. I nie mówię, że nie ma zalet... Wiele osób mi mówi, że zaspokaja ona ich potrzebę poczucia się wspólnotą, że dobrze się na niej czują, jako „sprawcy”, „uczestnicy”, a nie „widzowie”, że jest dla nich ważne, że mogą sobie śpiewać wesołe, skoczne piosenki, że to poprawia im nastrój. „Dzięki temu lepiej nam się modli, czujemy, że się dobrze modliliśmy”.
Tak, takie są nasze ziemskie, doczesne, zmysłowe potrzeby ludzkie.

„Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia”.

Ps. Właśnie wczoraj odkryłam, że nawet liturgiczna ceremonia złożenia ślubów przez mniszkę w klasztorze benedyktynek nie może obejść się bez gitarry. Dziękuję, postoję. Jeśli która chętna na mniszkę — odradzam taki klasztor. Nie ma życia mniszego bez wyciszenia i pokoju wewnętrznego; bez ascezy zmysłów i pozostawienia pewnej pustki, którą będzie mógł zająć Niepomieszczony. A krzykliwe i nerwowe dźwięki gitary używanej na sposób ogniskowo-łupiący (a nie klasyczno-wirtuozowski w stylu muzyki dawnej; sam instrument nic nie winien), pozostawanie w hałasie naszej rozwrzeszczanej i neurotycznej epoki raczej temu nie sprzyja...

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty ikon, czyli trydent w cerkwi

Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.

1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232

2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)

środa, 26 marca 2014

„Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim

„Jest tu otwarte wielkie zagadnienie, które trafnie postawił Ojciec św. Pius XII w jednej ze swoich encyklik, poświęconej śpiewowi kościelnemu. Jak wiele przejawów współczesnej sztuki, tak też muzyka i śpiew współczesny przeżywają jakąś mękę, szarpaninę i niepokój. Rzecz znamienna: człowiek dzisiejszy poddaje się tej szarpaninie, szuka w niej nadziei i uspokojenia, ale nie znajduje. Bo gdy do szarpaniny mózgów i nerwów dołączy się jeszcze szarpanina nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, to wówczas szaleństwo może ogarnąć ludzi i świat. Ktoś musi to wszystko uspokoić, uciszyć.

WYCHOWAWCZE I SPOŁECZNE ZNACZENIE ŚPIEWU GREGORIAŃSKIEGO


Kościół święty ma wspaniałe narzędzia uspokajania serc ludzkich. Jest nim śpiew gregoriański. W ciągu kilku dni waszej pielgrzymki poświęciliście mu uwagę, ćwiczenia i prelekcje. Ma on w sobie szczególną doniosłość i dostojną powagę spokojnego Kościoła. Ma przedziwną dojrzałość wieków i jakieś wielkie zamodlenie. Dzięki temu uczy nas modlitwy, przywraca umiejętność skupienia, skoncentrowania i skierowania zbolałej duszy ku Bogu. Śpiew gregoriański jest wybitnie wychowawczy, społeczny i uspokajający. Wnosi pokój do serc i do życia społecznego.
Dlatego też często osobiście zachęcaliśmy rzesze organistów i chórmistrzów, ażeby we wspaniałej gamie wszelkich możliwości śpiewnych różnych stylów, wyrobili miejsce dla śpiewu gregoriańskiego.
Ojciec święty ma głębokie zrozumienie dla śpiewu polifonicznego, narodowego i ludowego. Zresztą Kościół święty zawsze i wszędzie, a szczególnie w Ojczyźnie naszej, pielęgnował śpiew ludowy w świątyniach, świadczą o tym Godzinki i Gorzkie żale, nasze kolędy i śpiewy okresów liturgicznych. Ale obok tych wybitnie doniosłych wartości wychowawczych i modlitewnych, szczególne znaczenie ma dzisiaj, właśnie ze względów wychowawczych i społecznych, niosący pokój śpiew gregoriański.
Dlatego zachęcaliśmy Was, Najmilsi (i nie przestajemy nadal zachęcać), do pielęgnowania go. Radujemy się, że wielu z Was mogło poświęcić tych kilka dni na szczególne kultywowanie śpiewu gregoriańskiego.
Jeszcze jedną uwagę chciałbym Wam dorzucić: pamiętajcie, że śpiew gregoriański, to jest artyzm duszy, to jest, że się tak wyrażę, kwiat duszy, jakiś szczyt usposobienia duchowego i modlitewnego. Wyrósł on z modlitwy i ze znajomości ducha Kościoła. Dlatego trzeba go pielęgnować w jego wspaniałej, złotej oprawie liturgii Kościoła św. Bez znajomości liturgii i ducha roku kościelnego nie uda się Wam dobrze wykonać śpiewu gregoriańskiego. Wymaga on dużej kultury osobistej i modlitewnej, zmysłu teologicznego, a przede wszystkim, jak już powiedziałem, rzetelnej i gruntownej znajomości liturgii Kościoła.
Gdybyście chcieli zinterpretować tylko jeden werset psalmu, zobaczylibyście, że te same słowa inaczej smakują zależnie od tego, na jakie tło liturgiczne je rzucimy. Inaczej będzie brzmiał w uszach ten sam werset w czasie Adwentu, kiedy cały Kościół Boży oczekuje, a inaczej zaśpiewa Ci w duszy, gdy go wykonasz na tle liturgii Bożego Narodzenia, okresu Męki Pańskiej czy zwycięskiej Wielkiej nocy i Zielonych świątek. Jeszcze inaczej zabrzmi w powadze dojrzewających niedziel post Pentecosten. Jest to bardzo znamienne.
Dojrzałość tę możecie wyczerpnąć, łącząc śpiew gregoriański ze znajomością ducha poszczególnych okresów roku liturgicznego. Gdy przystępujecie do głębszego zaznajomienia się ze śpiewem gregoriańskim i gdy ćwiczycie w nim chóry, starajcie się sami dobrze zapoznać z duchem liturgii Kościoła świętego i zadbajcie o to, aby oswoić z nim uczestników chórów. Sami się o to starajcie i proście kapłanów, aby Wam pomogli.
Wtedy wasze apostolstwo śpiewem i muzyką wyda wspaniały owoc. Będziecie uśmierzali nienawistną bestię pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. Niech na głos śpiewu i melodii waszej muzyki stanie się w sercach ludzkich wielkie uciszenie. Oddacie wówczas olbrzymią przysługę biednym dzieciom, wygnańcom Ewy, na tym łez padole. To jest wasze zaszczytne apostolstwo! Przejmijcie się nim do głębi!”

Stefan kard. Wyszyński, Kazanie do Ogólnopolskiej pielgrzymki organistów na Jasną Górę, 25 września 1958 r., w: Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, Uświęcenie pracy zawodowej, Paris 1963, s. 290-292. Kursywa wg oryginału, pogrubienia moje.

Dołączam modlitwę o łaski za sprawą sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Może warto za pośrednictwem Prymasa Tysiąclecia prosić o łaskę uwolnienia naszych kościołów, a szczególnie dusz księży, zakonników i zakonnic, którzy wydają decyzje dotyczące liturgii w naszych kościołach, którzy swoim słowem i przykładem formują wiernych i ich duchowy i artystyczny smak, od szarpaniny nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, dołączającej się do szarpaniny mózgów i nerwów... od nienawistnej bestii pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. I mam pomysł nowej akcji: wydawanie certyfikatów „Kościół przyjazny wiernym! Tutaj liturgia wolna od gitar, perkusji, wzmacniaczy i śpiewu estradowego”


MODLITWA O BEATYFIKACJĘ STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO PRYMASA TYSIĄCLECIA


Boże w Trójcy Świętej Jedyny, Ty w swojej niewypowiedzianej dobroci powołujesz ciągle nowych, apostołów, aby przybliżali światu Twoją Miłość. Bądź uwielbiony za to, że dałeś nam opatrznościowego Pasterza Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia.
Boże, Źródło wszelkiej świętości, spraw prosimy Cię, aby Kościół zaliczył go do grona swoich świętych. Wejrzyj na jego heroiczną wiarę, całkowite oddanie się Tobie, na jego męstwo wobec przeciwności i prześladowań, które znosił dla imienia Twego. Pomnij, jak bardzo miłował Kościół Twojego Syna, jak wiernie kochał Ojczyznę i każdego człowieka, broniąc jego godności i praw, przebaczając wrogom, zło dobrem zwyciężając.
Otocz chwałą wiernego Sługę Twojego Stefana Kardynała, który wszystko postawił na Maryję i Jej zawierzył bez granic, u Niej szukając pomocy w obronie wiary Chrystusowej i wolności Narodu. Ojcze nieskończenie dobry, uczyń go orędownikiem naszych spraw przed Tobą. Amen.
Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem Stefana Kardynała Wyszyńskiego tej łaski, o którą Cię teraz szczególnie proszę...

Nihil obstat do prywatnego odmawiania
Kuria Metrop. Warszawska 24.06.83 nr 4792/K
Ks. Stefan Piotrowski, wikariusz generalny
Ks. Stanisław Pyzel, notariusz

środa, 12 lutego 2014

Nie ku temu, co łatwiejsze

Pewien ksiądz diecezjalny napisał dzisiaj na Facebooku, że szkoda, iż kapłani z pewnego zakonu traktują habit jako albę. Jego uwaga przypomniała mi znany wiersz św. Jana od Krzyża, zamieszczony w Drodze na Górze Karmel (I,13,6). Przypominam go, bo te myśli świętego Jana są też bliskie mojemu postrzeganiu życia i wiary. Niech to będzie dopowiedzenie do tekstu sprzed kilku dni, Duch „Myśli spod chustki”.
Usiłuj zawsze skłaniać się:
nie ku temu, co łatwiejsze,
lecz ku temu, co trudniejsze;
nie do tego, co przyjemniejsze,
lecz do tego, co nieprzyjemne;
nie do tego, co smakowitsze,
lecz do tego, co niesmaczne;
nie do tego, co daje spoczynek,
lecz do tego, co wymaga trudu;
nie do tego, co daje pociechę,
lecz do tego, co nie jest pociechą;
nie do tego, co większe,
lecz do tego, co mniejsze;
nie do tego, co wzniosłe i cenne,
lecz do tego, co niskie i wzgardzone;
nie do tego, aby pragnąć czegoś,
lecz do tego by nie pragnąć niczego,
nie szukając tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych,
ale tego co gorsze.
Pragnij z miłości dla Chrystusa dojść do zupełnego ogołocenia, ubóstwa i oderwania się od wszystkiego, co jest na świecie.
Dla porządku załączam też linka do wstępu do Drogi na Górę Karmel pióra ojca Jerzego Gogoli OCD, w którym wyjaśnia on, jak należy interpretować myśl św. Jana.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Zbyt wiele osób patrzy na zegarek

„Niestety wiele razy patrzymy w czasie mszy na zegarek, liczymy minuty — dodał papież. Jak stwierdził, nie jest to zachowanie, jakiego wymaga liturgia. — Liturgia to czas Boga i przestrzeń Boga, a my musimy w nie wejść i nie możemy patrzeć na zegarek — powiedział”.
Powiadomił o tym serwis TVN24.
Warto zapisać i trzymać na podorędziu, kiedy kolejny raz usłyszycie od swojego księdza, że czegoś tam (innej modlitwy eucharystycznej niż dwójka, kazania, więcej niż 1 zwrotki pieśni, możliwości wypowiedzenia intencji modlitewnych itp.) nie może być, bo „będzie za długo”. Od dawna mam podejrzenie, że wyświechtany argument „względów duszpasterskich” służy przede wszystkim ukrywaniu własnego znudzenia, rutyny i braku wiary.
To, czy ktoś lubi przebywać z Bogiem na modlitwie, czy nie nuży się ciszą i chwilami przerwy w akcji liturgicznej, czy dobrze czuje się, po prostu „tracąc czas” przed ołtarzem, tabernakulum, krzyżem, nad modlitewnikiem czy Pismem Świętym, jest ważną wskazówką co do czyjegoś wyrobienia duchowego, głębi wiary, jakości życia z Bogiem.
Bóg hojnie daje i lubi tych, którzy hojnie dają.

piątek, 4 października 2013

Uroczy człowiek, lecz tragiczna postać



Na portalu „Time” ukazał się list amerykańskiego katolika, który przeszedł na prawosławie. Oto ważniejsze fragmenty bardzo długiego tekstu. Ponieważ nadal jest to długie, kluczowe zdania bolduję (i sorry za brak tłumaczenia):

Just over two decades ago, when I began the process to enter the Roman Catholic Church as an adult convert, I chose to receive instruction at a university parish, figuring that the quality of teaching would be more rigorous. After three months of guided meditations and endless God is love lectures, I dropped out. I agreed that God is love, but that didn’t tell me what He would expect of me if I became a Catholic. Besides, I had spent four years dancing around the possibility of returning to the Christianity of my youth. When I made my first steps back to churchgoing as an adult, I found plenty of good people who told me God is love but who never challenged me to change my life. What needed changing? Lots. My own brokenness was plain to me, and I was ready to turn from my destructive sins and become a new person.
The homilies were wholly therapeutic, almost always some saccharine variation of God is love. Well, yes, He is, but Sunday School simplicities get you only so far. Classical Catholic theology dwells on the paradox of God’s love and God’s justice. As Dante shows in the Divine Comedy, God’s love is God’s justice poured out on those who reject Him. In the Gospels, Jesus offers compassion to sinners rejected by religious rigorists, but he also tells them to reform their lives, to “go forth and sin no more.”
The contemporary era of global Catholicism began in 1959, when the newly elected Pope John XXIII sought to “open the windows” of the fusty old Church to the modern world by calling the Second Vatican Council. Three years later, in his opening address to the council, the charismatic and avuncular pope called for “a new enthusiasm, a new joy and serenity of mind in the unreserved acceptance by all of the entire Christian faith,” without compromising on doctrine. A fierce spirit of the age blasted through those newly-opened windows, scouring nearly everything in its path. The coming decades would see a collapse in Catholic catechesis and Catholic discipline. The so-called “spirit of Vatican II” — a perversion of the Council’s actual teaching — justified many subsequent outrages.
If I had to pinpoint a single moment at which I ceased to be a Roman Catholic, it would have been that one. I fought for two more years to hold on, thinking that having the syllogisms from my catechism straight in my head would help me stand firm. But it was useless. By then I was a father, and I did not want to raise my children in a church where sentimentality and self-satisfaction were the point of the Christian life. It wasn’t safe to raise my children in this church, I thought — not because they would be at risk of predators but because the entire ethos of the American church, like the ethos of the decadent post-Christian society in which it lives, is not that we should die to ourselves so that we can live in Christ, as the New Testament demands, but that we should learn to love ourselves more.
I finally broke. Losing my Catholic faith was the most painful thing that ever happened to me. Today, as much as I admire Pope Francis and understand the enthusiasm among Catholics for him, his interview makes me realize that the good, if incomplete, work that John Paul II and Benedict XVI did to restore the church after the violence of the revolution stands to be undone. Though I agree with nearly everything the Pope said last week in his interview and cheer inwardly when he chastises rigorist knotheads who would deny the healing medicine of the church to anyone, I fear his merciful words will be received not as love but license. The “spirit of Pope Francis” will replace the “spirit of Vatican II” as the rationalization people will use to ignore the difficult teachings of the faith. If so, this Pope will turn out to be like his predecessor John XXIII: a dear man, but a tragic figure.
In his interview, the Pope used a metaphor for the church that is often employed by Eastern Orthodox Christianity: he called it a “field hospital” where the walking wounded can receive treatment. He’s right, but it’s important to discern the nature of the cure on offer. Anesthesia is a kind of medicine that masks pain, but it’s not the kind of medicine that heals the underlying sickness.
There is, of course, no such thing as the perfect church, but in Orthodoxy, which radically resists the moralistic therapeutic deism that characterizes so much American Christianity, I found a soul-healing balance. In my Russian Orthodox country mission parish this past Sunday, the priest preached about love, joy, repentance and forgiveness — in all its dimensions. Addressing parents in the congregation, he exhorted us to be merciful, kind and forgiving toward our children. But he also warned against thinking of love as giving our children what they want as opposed to what they need. “Giving them what they want may make it easier for us,” he said, “but we must love our children enough to teach them the hard lessons and compel them toward the good.”

Niestety, diagnoza autora jest prawdziwa. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Kościół katolicki odszedł faktycznie od podstaw całego dwutysiącletniego głoszenia: że za decyzją o wyborze Boga musi iść realna zmiana życia na lepsze, realna walka z grzechami. Nastąpiła histeria walki z tzw. „moralnością podręcznikową skupioną na grzechach zamiast na cnotach”. Ale kiedy przestano mówić o grzechu i piekle, nie wprowadzono zamiast tego pozytywnej wersji tej nauki. W zamian za to w teologii moralnej powstała pustka, którą wypełniło wlewające się z dogorywającego protestantyzmu popchrześcijaństwo. Znikła cała ascetyka, okrzyknięta przedsoborowym i antyhumanistycznym ciemnogrodem, a w zamian za to księża powtarzają: ”Bóg cię kocha! Bóg cię kocha!”, jak niegdyś Żydzi: „Świątynia Pańska! Świątynia Pańska!” Wiemy z księgi Jeremiasza, jak to się skończyło (rozdz. 7). Tak jest zawsze, gdy znaki obecności Pana stają się zewnętrznym palladium i sedatywem, zamiast zachętą do własnej wysilonej pracy i odpowiedzialności.
Doświadczam tego mocno w kontaktach ze spowiednikami. Tylko najstarsze pokolenie księży upomina mnie, abym zerwała z grzechami i podjęła konkretną decyzję o zmianie życia i wprowadziła je w czyn. Młodsi, a szczególnie najmłodsi, zniechęcają mnie, kiedy wyznaję grzechy, mówiąc, żebym nie patrzyła na swoje postępowanie tak negatywnie, że jestem w porządku, żebym nie usiłowała sama się poprawić, tylko poprosiła Boga i czekała, aż On to zrobi itd. Dzisiaj miano pelagianisty nosi każdy, kto chce jakkolwiek pracować nad eliminowaniem swoich grzechów i rozwijaniem cnót, zamiast siedzieć i nic nie robić. Obawiam się, że faktycznie mają rację ci, którzy mówią, że spowiedź została zastąpiona przez psychoterapię. Nawet jeśli ktoś idzie do spowiedzi, zamiast do terapeuty, ma dużą szansę trafić na spowiednika, który będzie próbował bawić się w psychoterapeutę amatora, zamiast upomnieć i wskazać drogi poprawy.
Wszystko to przyszło z protestantyzmu, po tym, jak odrzucono w nim dogmaty, sakramenty i Tradycję, i utracono płynące z nich łaski Boże. I uważam, że faktyczna protestantyzacja (z zewnętrznym pozostawieniem dogmatów i sakramentów, ale na boku i bez konsekwencji) jest dziś dla Kościoła katolickiego śmiertelnym zagrożeniem. Ona dokonuje się pomału, niezauważenie i od wewnątrz. Coś w tym jest, co prawosławni powtarzają, iż protestantyzm jest wewnętrzną herezją Kościoła rzymskiego...
Jednak z drugiej strony to właśnie protestantka, teolog i psychoterapeuta z Kościoła ewangelikalnego (powstałego w ramach tzw. III reformy protestanckiej jako reakcja na degenerację duchową i dogmatyczną Kościołów protestanckich I i II reformy), Sandra D. Wilson, przeciwstawia się tzw. ckliwej (ang. sloppy) agape, której celem jest jedynie sprawianie, aby wszyscy byli zadowoleni i było ogólnie przyjemnie. Piszę o tym w swojej pracy doktorskiej, która ma być wydana, więc tutaj nie wyjaśniam dłużej.
Podobnie jak autor tekstu w „Time”, ja również odnajduję w prawosławiu to, czego brakuje obecnie w katolicyzmie, chociaż nie zmieniam przynależności kościelnej. Księża prawosławni, których kazań miałam okazję słuchać, mówili o miłości Boga, ale także o grzeszności człowieka, o konieczności jego nawrócenia — nie abstrakcyjnej, tylko tu i teraz, ty i od zaraz. I nie wahali się mówić rzeczy trudnych i nieprzyjemnych. Jak sam Jezus w Ewangeliach, którego celem nie było, aby poszli za Nim wszyscy Żydzi. Godził się, że tłumy odchodziły, bo nie mogły znieść Jego trudnego nauczania, i specjalnie stawiał sprawę na ostrzu noża, aby wypróbować tych, którzy chcieli za Nim iść — jak bogatego młodzieńca.

 „Od czasu, kiedy Pan wyprowadził przodków naszych z ziemi egipskiej, aż do dnia dzisiejszego byliśmy niewierni wobec Pana, Boga naszego, byliśmy niedbali w posłuszeństwie na głos Jego. Przylgnęły przeto do nas nieszczęścia i przekleństwa, jakimi zagroził przez Mojżesza, sługę swego, w dniu, w którym wyprowadził przodków naszych z Egiptu, aby nam dać ziemię opływającą w mleko i miód, jak to jest i obecnie. Nie byliśmy posłuszni głosowi Pana, Boga naszego, przekazanemu we wszystkich mowach proroków posłanych do nas. Każdy chodził według zamysłów swego złego serca, służyliśmy bowiem obcym bogom i czyniliśmy zło przed oczami Pana, Boga naszego”
„Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz!”

To są dzisiejsze czytania mszalne. Bóg przez cały czas mówi to samo.
Z faktyczną dekonstrukcją teologii moralnej ręka w rękę poszła liturgia — i nie przez przypadek cała jej posoborowa reforma poszła w kierunku, żeby było cool, żeby wierni na mszy bawili się dobrze i było ciekawie i wesoło. Żeby zlikwidować wszystko, co wymaga czasu i wysiłku, a wprowadzić znaną z psychologii natychmiastową gratyfikację. Żeby imprezowością i atrakcyjnością zewnętrzną przyciągnąć tłumy (które, jak już wiadomo, i tak nie przyszły, a za to większość dotychczasowych wiernych odeszła; tu pytanie dodatkowe: Czy Jezus starał się przyciągać i utrzymywać tłumy?).
Dlatego właśnie praca świeckich katolików, którzy znienawidzeni i wyśmiewani przez kler rozpaczliwie walczą o dostojną, świętą i pełną czci Bożej liturgię (nie mówię, jakoby byli rycerzami bez trwogi i skazy, ale jestem przekonana, że nawet gdyby nimi byli, to i tak by się błoto na nich znalazło), jest w tej chwili tak ważna — bo lex orandi lex credendi. Obrońcy życia i chrześcijańskiej moralności zgodnej z prawem naturalnym (to ostatni filar katolickiej nauki moralnej, który jeszcze jakoś się trzyma po upadku ascetyki) oraz świętej liturgii — przede wszystkim wierni świeccy, choć duchowni też się wsród nich zdarzają — są teraz na pierwszej linii frontu w samym Kościele, bo walka ze „światem” przeniosła się z zewnątrz do wewnątrz. Przyszłość Kościoła katolickiego rozstrzygnie się na tych dwóch polach.
Myślę, że albo Kościół łaciński wkrótce się opamięta, albo będzie coraz szybciej rozmywać się i zanikać jak protestantyzm, rzucając się w konwulsjach od laksyzmu moralnego i liturgicznego po skrajny purytanizm i odwrotnie. W perspektywie kilku stuleci ocaleje Reszta katolicka, podobnie jak z zalewu herezji arianizmu (ortodoksji katolickiej bronił w pewnym momencie tylko jeden ważniejszy biskup, jeśli dobrze pamiętam; wszyscy poszli za Ariuszem i jego następcami). Ona ocaleje, bo będzie twardo stała przy oryginalnym nauczaniu chrześcijańskim i katolickim, głoszonym przez wszystkie sobory (łącznie z Watykańskim II, gdy bierze się jego dokumenty in extenso). Te Resztki zaczynają się już zresztą ujawniać i to, że dostają zewsząd w Kościele po głowie, rodzi nadzieję.

sobota, 7 września 2013

Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?

Dzisiaj mój proboszcz, ks. prałat Tomasz Boroń, zadziwił mnie po raz kolejny. Oto dziecko przyprowadzone do chrztu, takie już dość podrośnięte, zaczęło podczas mszy coraz swobodniej biegać po stopniach prezbiterium. Rodzice i rodzice chrzestni stali sobie spokojnie w pierwszym rzędzie krzeseł, metr dalej, i nie reagowali. I wtedy proboszcz przerwał odczytywanie różnych formuł i powiedział, bardzo grzecznie i kulturalnie: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem, bo będzie nam tu przez całą mszę biegało?” Zdębiałam. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało (dla ostatnich roczników szkolnych: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz”). Nic się jednak nie stało. Rodzice nie wybiegli z kościoła, nie zrezygnowali z chrztu, tylko wzięli dziecko na ręce i zaczęli go pilnować. Byłam zszokowana. Podobno dzieci katolickie, w odróżnieniu od prawosławnych, muszą swobodnie biegać w ciągu mszy po kościele, bawić się, przekrzykiwać, jeść i ogólnie zachowywać się jak na podwórkowym małpim gaju. (Dzieci prawosławne, jak wiadomo, nie muszą, ale one są inaczej skonstruowane). Słyszałam to od wielu katolickich rodziców, a także licznych księży. Jest to dogmat tak niewzruszony jak skład Trójcy Świętej. I już prawie w niego uwierzyłam... dopóki nie uczestniczyłam we mszy z kilkuletnimi dziećmi Marcela Peresa. Ale cóż, może one jako potomstwo dwojga wybitnych śpiewaków chorałowych z ciągotami tradycyjnymi także są inaczej skonstruowane. Albo sterroryzowane. Jak wiadomo bowiem, rodziny tradycyjne masakrują i perwersyjnie karzą swoje dzieci, aby grzecznie i spokojnie zachowywały się na mszy. Dlatego biedne dzieci znienawidzą chrześcijaństwo, Boga i Kościół, i natychmiast, gdy będą mogły, przestaną chodzić do kościoła, w odróżnieniu od dzieci liberalnych rodziców posoborowych, które, jak wiadomo, nie porzucają wiary i regularnie w życiu dorosłym podtrzymują praktyki religijne.
Tak więc dzieci katolickie po prostu fizycznie nie mogą 45 minut zachowywać się spokojnie, skupiać uwagi na modlitwie i na świętych czynnościach, ich rodzicom zaś broń Boże nie wolno zwracać uwagi, bo byłoby to ich publiczne zawstydzenie, które by ich zraniło. A księdzu nie wypada. Mój prawy rękaw jest mokry od wypłakiwania się kapłanów i braci zakonnych, którzy skarżyli mi się, jak bardzo wrzeszczące i biegające dzieci przeszkadzają im w modlitwie i celebracji liturgii, ale przecież nie mogą, nie mogą, nie wypada! Byli też tacy, co dziękowali mi gorąco, gdy ja podjęłam interwencję (odważyłam się na przełamanie tabu, gdy siedmioletni gówniarz przez całą Modlitwę Eucharystyczną łącznie z Podniesieniem na oczach kilkuset ludzi tuż przed ołtarzem odstawiał breakdance śp. pana Michaela Jacksona). Sami nie mogli tego zrobić, bo się bali, bo nie wypada...
Aż tu nagle mój proboszcz po prostu spokojnie mówi: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?” Nie troszcząc się o to, że zapewne całą rodzinę odstręczył od wiary, a matka dziecka wpadnie w depresję i będzie potrzebować długotrwałej terapii.
Po Doksologii zaś, gdy dziecko od kilku minut głośno ryczy, a rodzice nie wyprowadzają go z kościoła, pyta z serdecznością w głosie: „Może Pan pójdzie z dzieckiem do zakrystii?” Po mszy zaś, kiedy już wszystko wróciło do normy, błogosławi rodzinę, składa życzenia, gratuluje... Nic się nie dzieje.
I takie mi dzisiaj przyszło do głowy pytanie: Jak wiadomo, ważnym celem posoborowej reformy liturgii było zwiększenie wspólnotowości przeżywania Eucharystii. Poczucie wspólnoty, a nie indywidualizm, odczuwanie wspólnotowości eucharystycznej itd. Dla zagwarantowania tego poczucia wspólnoty zrezygnowano nawet z wielu świętych i czcigodnych elementów liturgii. Więc dlaczego zasada dobra wspólnoty załamuje się nagle, gdy chodzi o indywidualną osobę (nawet mniej dziecko, a bardziej jego wolnościowo nastawionych rodziców) przeszkadzającą wspólnocie w modlitwie i w celebracji ww. liturgii? Dlaczego obowiązuje zawsze, tylko nie w tym wypadku? I nagle przeskakuje się do zgoła indywidualistycznej zasady Wolnoć Tomku w swoim domku, hulaj dusza, wolno robić, co kto chce?
I chodzi mi po głowie jeszcze jedno pytanie. Czy te matki, które pozwalają swoim dzieciom robić w kościele, co tylko im się żywnie podoba, pozwalają im na to także na przykład w sklepie?
Bo o tym, że Kościół naucza, że dzieci zbyt małych, aby mogły przeżywać Eucharystię, nie trzeba brać w niedzielę do kościoła i można z nimi bez grzechu zostać w domu, już nawet nie chcę wspominać. Jedna matka mi powiedziała: „Bo JA się dobrze czuję z rodziną w kościele, lubię chodzić na mszę i nie przeszkadza MI, że moje dziecko biega i krzyczy”.

Ps. Już nie raz pisałam na blogu o świetnych śpiewakach tradycyjnych, jakimi cieszy się nasza parafia — zarówno chórze męskim, jak i paniach prowadzących śpiew w dni powszednie. I oto pojawiła się okazja posłuchania ich w Krakowie. 17 września nasza parafia będzie prowadzić całonocne czuwanie w kaplicy adoracji w Łagiewnikach i nasi śpiewacy będą tam obecni. Zapraszam do uczestniczenia w modlitwie i śpiewie razem z naszą parafią.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?