Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upominanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upominanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2015

Jedni drugich

Szukając pewnego cytatu, wpisałam w BibleWorks frazę „jedni drugich” i oto, co znalazłam:

Rz 12,10
W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie!

Rz 14,13
Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia.

Rz 16,16
Pozdrówcie wzajemnie jedni drugich pocałunkiem świętym!

1 Kor 11,33
Tak więc bracia moi, gdy zbieracie się by spożywać wieczerzę poczekajcie jedni na drugich!

Ga 5,26
Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc.

Flp 2,3
...niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie.

Kol 3,13
...znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy!

1 Tes 5,11
Dlatego zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie.

1 P 1,22
Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie celem zdobycia nieobłudnej miłości bratniej, jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie.

Pismo Święte samo prowadzi.

czwartek, 19 lutego 2015

Na dobry początek Wielkiego Postu

„Nie mów o człowieku, którego byś widziała pijanym, że to pijak; ani o tym, kto byłby przyłapany na cudzołóstwie, że to cudzołożnik; albo na kazirodztwie, że kazirodca – bo jeden upadek nie zasługuje jeszcze i na miano złoczyństwa. Słońce raz było stanęło dla zwycięstwa Jozuego i raz było zgasło na zwycięską śmierć naszego Zbawiciela – któż by jednak z tego powodu mówił, że słońce jest nieruchome i ciemne. Noe raz się był upił; a Lot raz jeden i drugi i w obu razach popełnił wielkie kazirodztwo – a jednak ani Noe nie był pijakiem, ani Lot nie był kazirodcą. I Święty Piotr nie był rozlewcą krwi, dlatego że jeden raz ciął w ucho Malchusa, ani bluźniercą, że jednej nocy trzy razy zaparł się Chrystusa. Dla zasłużenia sobie na imię jakiejś cnoty albo jakiegoś grzechu, trzeba znacznie już w tej cnocie postąpić albo nabyć już w tym grzechu wielkiego nałogu. Jest więc fałszem mówić o człowieku, że złośnik lub złodziej, gdy się go raz widziało w zagniewaniu albo na kradzieży”.
Św. Franciszek Salezy, Filotea, cz. III, rozdz. 29

„W tych trzech przypadkach twe usta pełne są mądrości i roztropności: gdy wyznajesz własne nieprawości, gdy wielbisz i dzięki składasz Panu, gdy przemawiasz ku zbudowaniu. Albowiem »sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami do zbawienia«. Jako też: »Na początku przemówienia człowiek sprawiedliwy oskarża sam siebie«. W połowie powinien wielbić Pana, a wreszcie – gdy starczy mądrości – także budować bliźniego”.
Św. Bernard z Clairvaux, Sermo de diversis nr 15

środa, 1 października 2014

Św. Teresa o złych kapłanach

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus — dziewicy, zakonnicy, doktora Kościoła. Wiele osób ma ugrzeczniony, zinfantylizowany wizerunek św. Teresy. Inni z kolei są świadomi jej głębi duchowej i wielkiej mądrości teologicznej, natomiast uważają, że jako mieszkająca najpierw w świętej rodzinie i internacie zakonnym, a od 15. roku życia w klauzurowym klasztorze, była oderwana od świata i jego brudu. W rzeczywistości Teresa świetnie orientowała się w brudach tego świata, a co więcej, także brudach Kościoła. Najważniejszym powołaniem karmelitanek bosych było modlić się za kapłanów. Takie zadanie dała im św. Teresa Wielka, która na własne oczy oglądała wiele zła w Kościele. Jej listy, Księga życia i Księga fundacji to nie są lektury dla osób łatwo się gorszących, które nie chcą utracić swojej naiwnej wiary w Kościół.
Jeśli myślimy, że niegodziwości, oziębłość, zeświecczenie, zdrada, łamanie prawa kościelnego i moralnego oraz podżeganie do herezji przez kapłanów katolickich to wynalazki reformatorów posoborowych, to bardzo się mylimy. Wiadomości o tego rodzaju godnych pożałowania postępkach regularnie dochodziły za kraty klasztoru w Lisieux i żadna z sióstr naiwnej świętoszki nie udawała. Wiedziały o tych faktach doskonale — i reagowały na nie właściwie, tzn. bezustanną modlitwą, niezliczonymi wyrzeczeniami na każdym kroku i ofiarą z własnego życia w intencji ich nawrócenia.
Mamy prawo być zgorszeni, gdy czytamy, co obecnie wyprawiają niektórzy kapłani, a nawet kardynałowie. W Polsce nazwiska kilku kapłanów i zakonników, którzy sprzeniewierzyli się Kościołowi, wstępując de facto w szeregi radykalnej i laksystycznej moralnie lewicy laickiej, bezlitośnie zwalczającej Kościół i religię, powtarzają się w środkach przekazu tak często, że wszyscy znają je na pamięć i zachodzą w głowę, dlaczego ich przełożeni wciąż nie reagują (albo dlaczego tak późno). Mamy prawo być zgorszeni, mamy prawo się burzyć przeciw milczącemu przyzwalaniu władz kościelnych na niszczenie przez złych kapłanów Kościoła i zabijanie dusz wiernych świeckich niszczeniem ich wiary swoim złym przykładem. Ale reagujmy tak, jak św. Teresa i jej siostry. Co ja dziś zrobiłam, żeby publiczny gorszyciel, ksiądz L..., G..., B..., D..., się nawrócił? Ile się modliłam, czego się wyrzekłam, w jaki sposób umarłam sobie w ofierze na jego intencję?
Zamieszczam dwa fragmenty z listów św. Teresy do jej siostry Celiny (później matki Genowefy), w których pokazuje ona bardzo wyraźnie, jak wstrząsające skutki pociąga za sobą zło popełniane przez kapłanów, i jak konieczna jest gorliwa modlitwa o ich nawrócenie. Zatrzymajmy się nad tymi tekstami — i my, świeccy, a przede wszystkim kapłani, którzy czytają ten post.

Celino, podczas tych KRÓTKICH CHWIL pozostawionych nam jeszcze, nie traćmy czasu... zbawiajmy dusze... dusze „giną jak płatki śniegu”, Jezus płacze, a my... a my myślimy o własnych cierpieniach, zamiast pocieszać naszego Oblubieńca! och! Celino moja, żyjmy dla dusz, bądźmy apostołkami, ratujmy zwłaszcza dusze kapłanów, one powinny być przezroczystsze od kryształu... Niestety! iluż złych księży, księży, którzy nie są dostatecznie święci! Módlmy się, cierpmy za nich, a Jezus w dniu ostatecznym jakże będzie wdzięczny. Damy Mu dusze!

Celino kochana, zawsze to samo Ci mówię: ach! módlmy się za kapłanów... każdy dzień wykazuje, jak niewielu Jezus ma przyjaciół. Zdaje mi się, że właśnie niewdzięczność odczuwa On najdotkliwiej. Zwłaszcza gdy widzi, że dusze Jemu poświęcone oddają innym serce, które należy do Niego w tak absolutny sposób.

sobota, 2 sierpnia 2014

Komentarz do ostatnich dyskusji na Facebooku

„Jeśli spytasz Mnie, dlaczego grzech tych, co prześladują święty Kościół, jest cięższy, niż wszystkie inne, i czemu mimo grzechów mych kapłanów nie chcę, by cześć dla nich się umniejszała, odpowiem: Bo wszelką cześć, jaką się im świadczy, oddaje się nie im, lecz Mnie, przez moc Krwi, którą im powierzyłem do rozdawania. Bez tego, mielibyście tyle czci dla nich, co dla innych ludzi, nie więcej. Z powodu tej służby, którą spełniają, winniście ich szanować. I jesteście zmuszeni przychodzić do ich rąk, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą poruczyłem im, jeśli chcecie przyjmować święte sakramenty Kościoła; i jeśli mogąc je przyjąć, nie chcecie tego uczynić, będziecie i umrzecie w stanie potępienia.

Więc nie im, lecz Mnie oddaje się tę cześć i tej chwalebnej Krwi (która jest jednym ze Mną, przez zjednoczenie natury boskiej i natury ludzkiej). Jeżeli ku Mnie zwraca się cześć, tak samo Mnie dotyczy brak czci. Jak ci już rzekłem, winniście ich szanować, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą im dałem. Podobnież obrażając ich, obrażacie nie ich, lecz Mnie. Zabroniłem tego słowami: Nie tykajcie moich pomazańców. Nie chcę tego.

Niech nikt nie tłumaczy się, mówiąc: »Nie znieważam świętego Kościoła, nie buntuję się przeciwko niemu, powstaję tylko przeciw grzechom złych pasterzy«. Kto tak mówi, kłamie wierutnie. Miłość własna zaślepia go i nie pozwala mu widzieć jasno, lub raczej, on widzi, lecz udaje, że nie widzi, aby zgłuszyć wyrzut sumienia. Gdyby był szczery, widziałby i nawet widzi, że prześladuje nie ludzi, lecz krew Syna mego. Moja jest obraza, jak moja jest cześć. I moje też są wszystkie szkody, obelgi, zniewagi, hańby i nagany, czynione moim kapłanom. Uważam za wyrządzone Mnie wszystko, co im się wyrządza, gdyż rzekłem i powtarzam: Nie chcę, aby tykano moich pomazańców! Ja sam mam ich karać, nikt inny”.

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności, nr CXVI

środa, 5 lutego 2014

Duch „Myśli spod chustki”

Czyli, w jakim kluczu interpretacyjnym należy czytać teksty na „Myślach” :)
Pomyślałam sobie, że dodam to wyjaśnienie, bo spotykam się czasami z polemikami opartymi na zupełnie nieoczekiwanych dla mnie tworach hermeneutycznych. Zatem, żeby moi krytycy nie stosowali na przyszłość zarzutów ad personam w rodzaju, że kierują mną jakieś prywatne żale, że jakiegoś konkretnego zakonu czy środowiska nie lubię itp. (albo przynajmniej czynili to rzadziej), a także dyskutowali z moimi przemyśleniami i poglądami, a nie własnymi poglądami i emocjami, które się w nich budzą po przeczytaniu czy tylko przejrzeniu moich tekstów, wyjaśniam:
Uważam, że obecna sytuacja w Polsce i Europie jest dość zbliżona do tej za komuny, choć przeciwnik jest bardziej rozproszony niż wtedy. Jednak przez to, że rozproszony, jest nawet bardziej groźny.
Kościół jest dzisiaj ostoją dla tych wszystkich, którzy podejmują się obrony podstawowych ogólnoludzkich wartości — także indyferentów, innowierców i ateistów (słyszałam takie deklaracje). Niestety, jest także zainfekowany przez zeświecczenie, podważanie ortodoksyjnego nauczania w zakresie wiary i moralności oraz „ducha świata” (w znaczeniu Janowym), w dużej mierze z winy kleru/zakonników, którzy inicjują i pociągają za sobą świeckich. Jest to sytuacja znana świetnie z historii Kościoła, identyczna jak choćby w początkach protestantyzmu czy ikonoklazmu. (Od razu zaznaczam, żeby uprzedzić zarzut, że powyższa uwaga nie dotyczy całego duchowieństwa, a jedynie pewnej jego części, zresztą stosunkowo niewielkiej; tyle że niestety głośnej i promowanej przez środowiska zwalczające Kościół). Doszłam zatem do wniosku, że jeśli się nie zacznie teraz przeciwstawiać temu procesowi, to sytuacja będzie bardzo groźna, skończy się jak na Zachodzie. Nie będzie już żadnej obrony przed przyspieszającą coraz bardziej degeneracją cywilizacji zachodniej, w której żyjemy. I narastającym totalitaryzmem kolejnej ideologii. Wiek XX się nie skończył.
Dlatego trzeba „zewrzeć szeregi”, by móc się temu przeciwstawić. I bardzo się cieszę, że w ostatnim czasie Kościół, także polski, zaczyna coraz bardziej mówić jednym głosem (przypomnę tylko ostatni list naszych biskupów w sprawie genderu) i coraz lepiej też okiełznuje harcowników lewicy liberalnej we własnych szeregach. Musi się z nich oczyścić, bo jest w Europie jedyną instytucją mogącą się przeciwstawić bojownikom samobójczej cywilizacji śmierci.
Jak pisałam w jednym z ostatnich tekstów, od dzieciństwa mam wpojone, że należy stać przy biskupach i przeciwstawianie się im przez podległy im kler i świecką inteligencję katolicką jest bombą podłożoną pod całą instytucję Kościoła. Te linie światopoglądowe kontynuuję od kilkudziesięciu lat. A w ostatnim czasie szczególnie odczuwam, że są one aktualne. Teraz należy stać przy biskupach, wspierać ich modlitwą, a kto ma dostęp, to i radą.
Jasne, że stanie przy biskupach nie oznacza, że nie wolno wskazywać ewentualnych błędów w ich postępowaniu. Tego właśnie dotyczy „rada”. Jest ona jednak czymś zupełnie innym niż nagonką i podważaniem autorytetu. Trzeba wiedzieć, co i gdzie się mówi i pisze. Oraz pamiętać ewangeliczne nauczanie o ścieżce postępowania, gdy brat zawini; potępienie obmowy i grzechów języka (np. Jk 3), braku karności i posłuszeństwa we wspólnocie, wynoszenia brudów do wrogów Kościoła (napomnienie św. Pawła, by chrześcijanie nie pozywali się nawzajem do świeckich, pogańskich sądów)...
Tym, którzy zarzucają, że moje teksty są emocjonalne, a nie racjonalne, odpowiadam: Przeciwstawianie sobie uczuć i rozumu jest niechrześcijańskie, jest wytworem oświeceniowego racjonalizmu. Ortodoksyjne nauczanie katolickie w tej kwestii brzmi zupełnie inaczej. Zachęcam do czytania św. Tomasza (bo każda liszka swój ogonek chwali), ale także u innych świętych pisarzy chrześcijańskich można je znaleźć, z różnicami dość niuansowymi.
Wreszcie, last but not least, na nikim nie stawiam kreski. Nie skreślam ludzi jako takich. Jeśli krytykuję jakąś postawę (czynię to zawsze ogólnie, bez nazwisk, bo wychowałam się za komuny i donoszenie na kogokolwiek jest dla mnie nieakceptowalne), wskazując jej sprzeczność (w mojej ocenie oczywiście) z Ewangelią czy dobrem Kościoła, to po to, aby postępujące tak osoby mogły dostrzec swoje błędy i się poprawić. Jeśli to zrobią, będę bardzo szczęśliwa i pogratuluję im jako pierwsza. I pamiętam o zasadzie, że jeśli się kogoś krytykuje, to równolegle należy się za niego modlić.
Akurat na dzisiaj przypadł w godzinie czytań następujący passus z 1 Listu św. Pawła do Tesaloniczan:
Prosimy was, bracia, abyście uznawali tych, którzy wśród was pracują, którzy przewodzą wam i w Panu was napominają. Ze względu na ich pracę otaczajcie ich szczególną miłością. Między sobą zachowujcie pokój.
Prosimy was, bracia, upominajcie niekarnych, pocieszajcie małodusznych, przygarniajcie słabych, a dla wszystkich bądźcie cierpliwi. Uważajcie, aby nikt nie odpłacał złem za złe, zawsze usiłujcie czynić dobrze sobie nawzajem i wobec wszystkich.
Co ciekawe, te akapity bezpośrednio poprzedzają często cytowane i przypominane zdanie „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie”. Ale nie widziałam jeszcze, by ktoś je na forach społecznościowych czy blogach cytował.
To są moje osobiste poglądy. Nie wymagam wcale, aby się z nimi zgadzano. Z drugiej strony proszę, aby dla ochrony mojego czasu nie zachowywać się jak na obrazku krążącym po Fejsie: „Nie mogę spać, ktoś w internecie ma inne zdanie”. Muszę sama pracować na swoje utrzymanie, chcę mieć czas na dobre dzieła podejmowane w realu i traktuję poważnie ostrzeżenie, że z każdego niepotrzebnego słowa będziemy osądzeni.
Na koniec kącik humoru: polecam strony Beka z gender i Lemingopedia.
Ten tekst piszę dzień po tym, jak Parlament Europejski przyjął raport Lunacek.

czwartek, 23 stycznia 2014

Czy biskupowi diecezjalnemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?

Histeria wśród znajomych tzw. aktywnych katolików wokół opublikowania prywatnych notatek Jana Pawła II osiągnęła taki poziom absurdu, że przestałam już się dziwić i tylko się śmieję.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
„Wszelkimi sposobami trzeba wam wielbić Jezusa Chrystusa, który was uwielbił, abyście zjednoczeni w tym samym posłannictwie, to jest, poddani biskupowi i prezbiterom, osiągnęli pełnię świętości... Ponieważ jednak, gdy o was idzie, miłość nie pozwala mi milczeć, dlatego uprzedziłem was i zachęcam, abyście jednoczyli się w spełnianiu woli Boga... Dlatego trzeba, abyście pozostawali w jedności z waszym biskupem, co też zresztą czynicie. Wasze czcigodne prezbiterium, czcigodne wobec Boga, złączone jest tak z biskupem, jak struny cytry. W jednomyślności i zgodnej miłości wznosi się pieśń ku chwale Jezusa Chrystusa. Każdy z was niechaj stanie się członkiem takiego chóru, abyście jednomyślni zgodą, podejmując harmonijnie melodię Bożą jednym głosem, śpiewali Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wtedy wysłucha was i pozna po dobrych waszych czynach, że należycie do Jego Syna. Trwajcie przeto w nienaruszonej jedności, abyście mieli trwałe uczestnictwo w Bogu. Jeśli ja sam w krótkim czasie zawarłem z waszym biskupem tak serdeczną znajomość, nie według ciała, lecz duchową, o ileż bardziej was uznaję za szczęśliwych, którzy z nim tak ściśle złączeni jesteście jak Kościół z Jezusem Chrystusem, jak Jezus Chrystus z Ojcem w doskonałej harmonii jedności. Niechaj nikt nie błądzi: jeśli ktoś znajduje się z dala od ołtarza, pozbawia się Bożego chleba”.
Wielu jest takich, co do kościoła na mszę przychodzą, albo nawet ją sprawują, ale w sercu są odłączeni, bo jedności ze swoim biskupem nie mają. I wtedy, zgodnie ze słowami św. Ignacego, nie mogą liczyć na świętość, owoce Bożego chleba i poznanie, że należą do Jego Syna.
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.

Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.

Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.

wtorek, 14 stycznia 2014

Ksiądz, dominikanin, duszpasterz młodych: Więcej i weselej o erotyce w Kościele!

Godne ubolewania wypadki, które opisywałam w tym tekście, zostały już częściowo naprawione. Tym samym tekst odniósł skutek i można go było usunąć.
Mam nadzieję, że podobnie zostanie zrobiony porządek z pozostałymi wymienionymi w nim nadużyciami. Będę się przyglądać sprawie.
26 stycznia zaczyna się kapituła polskiej prowincji. Zarówno sami dominikanie, jak i ja proszę o modlitwę w intencji podjęcia na niej dobrych decyzji.
Pozostawiam cytat z papieża Benedykta, bo refleksji nad jego wypowiedziami nigdy za dużo:


„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”.


piątek, 4 października 2013

Uroczy człowiek, lecz tragiczna postać



Na portalu „Time” ukazał się list amerykańskiego katolika, który przeszedł na prawosławie. Oto ważniejsze fragmenty bardzo długiego tekstu. Ponieważ nadal jest to długie, kluczowe zdania bolduję (i sorry za brak tłumaczenia):

Just over two decades ago, when I began the process to enter the Roman Catholic Church as an adult convert, I chose to receive instruction at a university parish, figuring that the quality of teaching would be more rigorous. After three months of guided meditations and endless God is love lectures, I dropped out. I agreed that God is love, but that didn’t tell me what He would expect of me if I became a Catholic. Besides, I had spent four years dancing around the possibility of returning to the Christianity of my youth. When I made my first steps back to churchgoing as an adult, I found plenty of good people who told me God is love but who never challenged me to change my life. What needed changing? Lots. My own brokenness was plain to me, and I was ready to turn from my destructive sins and become a new person.
The homilies were wholly therapeutic, almost always some saccharine variation of God is love. Well, yes, He is, but Sunday School simplicities get you only so far. Classical Catholic theology dwells on the paradox of God’s love and God’s justice. As Dante shows in the Divine Comedy, God’s love is God’s justice poured out on those who reject Him. In the Gospels, Jesus offers compassion to sinners rejected by religious rigorists, but he also tells them to reform their lives, to “go forth and sin no more.”
The contemporary era of global Catholicism began in 1959, when the newly elected Pope John XXIII sought to “open the windows” of the fusty old Church to the modern world by calling the Second Vatican Council. Three years later, in his opening address to the council, the charismatic and avuncular pope called for “a new enthusiasm, a new joy and serenity of mind in the unreserved acceptance by all of the entire Christian faith,” without compromising on doctrine. A fierce spirit of the age blasted through those newly-opened windows, scouring nearly everything in its path. The coming decades would see a collapse in Catholic catechesis and Catholic discipline. The so-called “spirit of Vatican II” — a perversion of the Council’s actual teaching — justified many subsequent outrages.
If I had to pinpoint a single moment at which I ceased to be a Roman Catholic, it would have been that one. I fought for two more years to hold on, thinking that having the syllogisms from my catechism straight in my head would help me stand firm. But it was useless. By then I was a father, and I did not want to raise my children in a church where sentimentality and self-satisfaction were the point of the Christian life. It wasn’t safe to raise my children in this church, I thought — not because they would be at risk of predators but because the entire ethos of the American church, like the ethos of the decadent post-Christian society in which it lives, is not that we should die to ourselves so that we can live in Christ, as the New Testament demands, but that we should learn to love ourselves more.
I finally broke. Losing my Catholic faith was the most painful thing that ever happened to me. Today, as much as I admire Pope Francis and understand the enthusiasm among Catholics for him, his interview makes me realize that the good, if incomplete, work that John Paul II and Benedict XVI did to restore the church after the violence of the revolution stands to be undone. Though I agree with nearly everything the Pope said last week in his interview and cheer inwardly when he chastises rigorist knotheads who would deny the healing medicine of the church to anyone, I fear his merciful words will be received not as love but license. The “spirit of Pope Francis” will replace the “spirit of Vatican II” as the rationalization people will use to ignore the difficult teachings of the faith. If so, this Pope will turn out to be like his predecessor John XXIII: a dear man, but a tragic figure.
In his interview, the Pope used a metaphor for the church that is often employed by Eastern Orthodox Christianity: he called it a “field hospital” where the walking wounded can receive treatment. He’s right, but it’s important to discern the nature of the cure on offer. Anesthesia is a kind of medicine that masks pain, but it’s not the kind of medicine that heals the underlying sickness.
There is, of course, no such thing as the perfect church, but in Orthodoxy, which radically resists the moralistic therapeutic deism that characterizes so much American Christianity, I found a soul-healing balance. In my Russian Orthodox country mission parish this past Sunday, the priest preached about love, joy, repentance and forgiveness — in all its dimensions. Addressing parents in the congregation, he exhorted us to be merciful, kind and forgiving toward our children. But he also warned against thinking of love as giving our children what they want as opposed to what they need. “Giving them what they want may make it easier for us,” he said, “but we must love our children enough to teach them the hard lessons and compel them toward the good.”

Niestety, diagnoza autora jest prawdziwa. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Kościół katolicki odszedł faktycznie od podstaw całego dwutysiącletniego głoszenia: że za decyzją o wyborze Boga musi iść realna zmiana życia na lepsze, realna walka z grzechami. Nastąpiła histeria walki z tzw. „moralnością podręcznikową skupioną na grzechach zamiast na cnotach”. Ale kiedy przestano mówić o grzechu i piekle, nie wprowadzono zamiast tego pozytywnej wersji tej nauki. W zamian za to w teologii moralnej powstała pustka, którą wypełniło wlewające się z dogorywającego protestantyzmu popchrześcijaństwo. Znikła cała ascetyka, okrzyknięta przedsoborowym i antyhumanistycznym ciemnogrodem, a w zamian za to księża powtarzają: ”Bóg cię kocha! Bóg cię kocha!”, jak niegdyś Żydzi: „Świątynia Pańska! Świątynia Pańska!” Wiemy z księgi Jeremiasza, jak to się skończyło (rozdz. 7). Tak jest zawsze, gdy znaki obecności Pana stają się zewnętrznym palladium i sedatywem, zamiast zachętą do własnej wysilonej pracy i odpowiedzialności.
Doświadczam tego mocno w kontaktach ze spowiednikami. Tylko najstarsze pokolenie księży upomina mnie, abym zerwała z grzechami i podjęła konkretną decyzję o zmianie życia i wprowadziła je w czyn. Młodsi, a szczególnie najmłodsi, zniechęcają mnie, kiedy wyznaję grzechy, mówiąc, żebym nie patrzyła na swoje postępowanie tak negatywnie, że jestem w porządku, żebym nie usiłowała sama się poprawić, tylko poprosiła Boga i czekała, aż On to zrobi itd. Dzisiaj miano pelagianisty nosi każdy, kto chce jakkolwiek pracować nad eliminowaniem swoich grzechów i rozwijaniem cnót, zamiast siedzieć i nic nie robić. Obawiam się, że faktycznie mają rację ci, którzy mówią, że spowiedź została zastąpiona przez psychoterapię. Nawet jeśli ktoś idzie do spowiedzi, zamiast do terapeuty, ma dużą szansę trafić na spowiednika, który będzie próbował bawić się w psychoterapeutę amatora, zamiast upomnieć i wskazać drogi poprawy.
Wszystko to przyszło z protestantyzmu, po tym, jak odrzucono w nim dogmaty, sakramenty i Tradycję, i utracono płynące z nich łaski Boże. I uważam, że faktyczna protestantyzacja (z zewnętrznym pozostawieniem dogmatów i sakramentów, ale na boku i bez konsekwencji) jest dziś dla Kościoła katolickiego śmiertelnym zagrożeniem. Ona dokonuje się pomału, niezauważenie i od wewnątrz. Coś w tym jest, co prawosławni powtarzają, iż protestantyzm jest wewnętrzną herezją Kościoła rzymskiego...
Jednak z drugiej strony to właśnie protestantka, teolog i psychoterapeuta z Kościoła ewangelikalnego (powstałego w ramach tzw. III reformy protestanckiej jako reakcja na degenerację duchową i dogmatyczną Kościołów protestanckich I i II reformy), Sandra D. Wilson, przeciwstawia się tzw. ckliwej (ang. sloppy) agape, której celem jest jedynie sprawianie, aby wszyscy byli zadowoleni i było ogólnie przyjemnie. Piszę o tym w swojej pracy doktorskiej, która ma być wydana, więc tutaj nie wyjaśniam dłużej.
Podobnie jak autor tekstu w „Time”, ja również odnajduję w prawosławiu to, czego brakuje obecnie w katolicyzmie, chociaż nie zmieniam przynależności kościelnej. Księża prawosławni, których kazań miałam okazję słuchać, mówili o miłości Boga, ale także o grzeszności człowieka, o konieczności jego nawrócenia — nie abstrakcyjnej, tylko tu i teraz, ty i od zaraz. I nie wahali się mówić rzeczy trudnych i nieprzyjemnych. Jak sam Jezus w Ewangeliach, którego celem nie było, aby poszli za Nim wszyscy Żydzi. Godził się, że tłumy odchodziły, bo nie mogły znieść Jego trudnego nauczania, i specjalnie stawiał sprawę na ostrzu noża, aby wypróbować tych, którzy chcieli za Nim iść — jak bogatego młodzieńca.

 „Od czasu, kiedy Pan wyprowadził przodków naszych z ziemi egipskiej, aż do dnia dzisiejszego byliśmy niewierni wobec Pana, Boga naszego, byliśmy niedbali w posłuszeństwie na głos Jego. Przylgnęły przeto do nas nieszczęścia i przekleństwa, jakimi zagroził przez Mojżesza, sługę swego, w dniu, w którym wyprowadził przodków naszych z Egiptu, aby nam dać ziemię opływającą w mleko i miód, jak to jest i obecnie. Nie byliśmy posłuszni głosowi Pana, Boga naszego, przekazanemu we wszystkich mowach proroków posłanych do nas. Każdy chodził według zamysłów swego złego serca, służyliśmy bowiem obcym bogom i czyniliśmy zło przed oczami Pana, Boga naszego”
„Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz!”

To są dzisiejsze czytania mszalne. Bóg przez cały czas mówi to samo.
Z faktyczną dekonstrukcją teologii moralnej ręka w rękę poszła liturgia — i nie przez przypadek cała jej posoborowa reforma poszła w kierunku, żeby było cool, żeby wierni na mszy bawili się dobrze i było ciekawie i wesoło. Żeby zlikwidować wszystko, co wymaga czasu i wysiłku, a wprowadzić znaną z psychologii natychmiastową gratyfikację. Żeby imprezowością i atrakcyjnością zewnętrzną przyciągnąć tłumy (które, jak już wiadomo, i tak nie przyszły, a za to większość dotychczasowych wiernych odeszła; tu pytanie dodatkowe: Czy Jezus starał się przyciągać i utrzymywać tłumy?).
Dlatego właśnie praca świeckich katolików, którzy znienawidzeni i wyśmiewani przez kler rozpaczliwie walczą o dostojną, świętą i pełną czci Bożej liturgię (nie mówię, jakoby byli rycerzami bez trwogi i skazy, ale jestem przekonana, że nawet gdyby nimi byli, to i tak by się błoto na nich znalazło), jest w tej chwili tak ważna — bo lex orandi lex credendi. Obrońcy życia i chrześcijańskiej moralności zgodnej z prawem naturalnym (to ostatni filar katolickiej nauki moralnej, który jeszcze jakoś się trzyma po upadku ascetyki) oraz świętej liturgii — przede wszystkim wierni świeccy, choć duchowni też się wsród nich zdarzają — są teraz na pierwszej linii frontu w samym Kościele, bo walka ze „światem” przeniosła się z zewnątrz do wewnątrz. Przyszłość Kościoła katolickiego rozstrzygnie się na tych dwóch polach.
Myślę, że albo Kościół łaciński wkrótce się opamięta, albo będzie coraz szybciej rozmywać się i zanikać jak protestantyzm, rzucając się w konwulsjach od laksyzmu moralnego i liturgicznego po skrajny purytanizm i odwrotnie. W perspektywie kilku stuleci ocaleje Reszta katolicka, podobnie jak z zalewu herezji arianizmu (ortodoksji katolickiej bronił w pewnym momencie tylko jeden ważniejszy biskup, jeśli dobrze pamiętam; wszyscy poszli za Ariuszem i jego następcami). Ona ocaleje, bo będzie twardo stała przy oryginalnym nauczaniu chrześcijańskim i katolickim, głoszonym przez wszystkie sobory (łącznie z Watykańskim II, gdy bierze się jego dokumenty in extenso). Te Resztki zaczynają się już zresztą ujawniać i to, że dostają zewsząd w Kościele po głowie, rodzi nadzieję.

sobota, 7 września 2013

Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?

Dzisiaj mój proboszcz, ks. prałat Tomasz Boroń, zadziwił mnie po raz kolejny. Oto dziecko przyprowadzone do chrztu, takie już dość podrośnięte, zaczęło podczas mszy coraz swobodniej biegać po stopniach prezbiterium. Rodzice i rodzice chrzestni stali sobie spokojnie w pierwszym rzędzie krzeseł, metr dalej, i nie reagowali. I wtedy proboszcz przerwał odczytywanie różnych formuł i powiedział, bardzo grzecznie i kulturalnie: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem, bo będzie nam tu przez całą mszę biegało?” Zdębiałam. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało (dla ostatnich roczników szkolnych: Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz”). Nic się jednak nie stało. Rodzice nie wybiegli z kościoła, nie zrezygnowali z chrztu, tylko wzięli dziecko na ręce i zaczęli go pilnować. Byłam zszokowana. Podobno dzieci katolickie, w odróżnieniu od prawosławnych, muszą swobodnie biegać w ciągu mszy po kościele, bawić się, przekrzykiwać, jeść i ogólnie zachowywać się jak na podwórkowym małpim gaju. (Dzieci prawosławne, jak wiadomo, nie muszą, ale one są inaczej skonstruowane). Słyszałam to od wielu katolickich rodziców, a także licznych księży. Jest to dogmat tak niewzruszony jak skład Trójcy Świętej. I już prawie w niego uwierzyłam... dopóki nie uczestniczyłam we mszy z kilkuletnimi dziećmi Marcela Peresa. Ale cóż, może one jako potomstwo dwojga wybitnych śpiewaków chorałowych z ciągotami tradycyjnymi także są inaczej skonstruowane. Albo sterroryzowane. Jak wiadomo bowiem, rodziny tradycyjne masakrują i perwersyjnie karzą swoje dzieci, aby grzecznie i spokojnie zachowywały się na mszy. Dlatego biedne dzieci znienawidzą chrześcijaństwo, Boga i Kościół, i natychmiast, gdy będą mogły, przestaną chodzić do kościoła, w odróżnieniu od dzieci liberalnych rodziców posoborowych, które, jak wiadomo, nie porzucają wiary i regularnie w życiu dorosłym podtrzymują praktyki religijne.
Tak więc dzieci katolickie po prostu fizycznie nie mogą 45 minut zachowywać się spokojnie, skupiać uwagi na modlitwie i na świętych czynnościach, ich rodzicom zaś broń Boże nie wolno zwracać uwagi, bo byłoby to ich publiczne zawstydzenie, które by ich zraniło. A księdzu nie wypada. Mój prawy rękaw jest mokry od wypłakiwania się kapłanów i braci zakonnych, którzy skarżyli mi się, jak bardzo wrzeszczące i biegające dzieci przeszkadzają im w modlitwie i celebracji liturgii, ale przecież nie mogą, nie mogą, nie wypada! Byli też tacy, co dziękowali mi gorąco, gdy ja podjęłam interwencję (odważyłam się na przełamanie tabu, gdy siedmioletni gówniarz przez całą Modlitwę Eucharystyczną łącznie z Podniesieniem na oczach kilkuset ludzi tuż przed ołtarzem odstawiał breakdance śp. pana Michaela Jacksona). Sami nie mogli tego zrobić, bo się bali, bo nie wypada...
Aż tu nagle mój proboszcz po prostu spokojnie mówi: „Może ktoś się zaopiekuje dzieckiem?” Nie troszcząc się o to, że zapewne całą rodzinę odstręczył od wiary, a matka dziecka wpadnie w depresję i będzie potrzebować długotrwałej terapii.
Po Doksologii zaś, gdy dziecko od kilku minut głośno ryczy, a rodzice nie wyprowadzają go z kościoła, pyta z serdecznością w głosie: „Może Pan pójdzie z dzieckiem do zakrystii?” Po mszy zaś, kiedy już wszystko wróciło do normy, błogosławi rodzinę, składa życzenia, gratuluje... Nic się nie dzieje.
I takie mi dzisiaj przyszło do głowy pytanie: Jak wiadomo, ważnym celem posoborowej reformy liturgii było zwiększenie wspólnotowości przeżywania Eucharystii. Poczucie wspólnoty, a nie indywidualizm, odczuwanie wspólnotowości eucharystycznej itd. Dla zagwarantowania tego poczucia wspólnoty zrezygnowano nawet z wielu świętych i czcigodnych elementów liturgii. Więc dlaczego zasada dobra wspólnoty załamuje się nagle, gdy chodzi o indywidualną osobę (nawet mniej dziecko, a bardziej jego wolnościowo nastawionych rodziców) przeszkadzającą wspólnocie w modlitwie i w celebracji ww. liturgii? Dlaczego obowiązuje zawsze, tylko nie w tym wypadku? I nagle przeskakuje się do zgoła indywidualistycznej zasady Wolnoć Tomku w swoim domku, hulaj dusza, wolno robić, co kto chce?
I chodzi mi po głowie jeszcze jedno pytanie. Czy te matki, które pozwalają swoim dzieciom robić w kościele, co tylko im się żywnie podoba, pozwalają im na to także na przykład w sklepie?
Bo o tym, że Kościół naucza, że dzieci zbyt małych, aby mogły przeżywać Eucharystię, nie trzeba brać w niedzielę do kościoła i można z nimi bez grzechu zostać w domu, już nawet nie chcę wspominać. Jedna matka mi powiedziała: „Bo JA się dobrze czuję z rodziną w kościele, lubię chodzić na mszę i nie przeszkadza MI, że moje dziecko biega i krzyczy”.

Ps. Już nie raz pisałam na blogu o świetnych śpiewakach tradycyjnych, jakimi cieszy się nasza parafia — zarówno chórze męskim, jak i paniach prowadzących śpiew w dni powszednie. I oto pojawiła się okazja posłuchania ich w Krakowie. 17 września nasza parafia będzie prowadzić całonocne czuwanie w kaplicy adoracji w Łagiewnikach i nasi śpiewacy będą tam obecni. Zapraszam do uczestniczenia w modlitwie i śpiewie razem z naszą parafią.

piątek, 30 sierpnia 2013

Ulewa się

Już wiem, dlaczego wszyscy zakonodawcy tak walczyli (nieskutecznie oczywiście) z życiem założonych przez siebie zakonów z czynszów i odsetek. Otrzymywanie pieniędzy bez wysiłku potwornie rozleniwia i demoralizuje. Niemal każdy, czy to świecki, czy ksiądz, czy zakonnik, nawet jeśli na początku jest wypełniony największym ogniem i najszczerszymi chęciami, po dostaniu się w środowisko, gdzie żyje się dostatnio, spokojnie, bez trosk materialnych, gdzie papu, ogrzewanie i książki same przychodzą codziennie, czy się coś robi dla Boga i ludzi, czy nie, bardzo szybko popada w letarg i zaczyna wyznawać doktrynę Kononowicza — nie będzie nic. Sądzę, że jest to odmiana syndromu bezrobotnego. Taki człowiek jest głęboko przekonany, że ciężko pracuje, i obraża się na wszystkich, którzy podają to w wątpliwość, nawet jeśli robi tylko 10% tego co jeszcze kilka lat temu. Nie tylko doba, ale i serce mu się zmniejszyło i jest całkiem wypełnione czymkolwiek, bo bardzo malutkie.
Przykładów nie będzie, choć cisną mi się do głowy. Każdy spowoduje, że ktoś się na mnie obrazi, część z nich to tzw. insider news, a w ogóle wyznaję pogląd, że brudów nie pierze się publicznie.
Najgorsze jest to, że jeśli znajdzie się jakiś straceniec, który jeszcze chce coś robić, to demokratyczna większość, przyzwyczajona do konsensusu i dialogowania, wolności i swoich praw, natychmiast wciąga go z powrotem za nogi do kotła i spuszcza mu takie manto, żeby mu się odechciało. Nazywa się to celebrowaniem wspólnoty.
Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji oprócz czekania do takiego momentu, aż naprawdę nie będzie nic i pojawi się jakaś Magdalena Mortęska czy Teresa z Avili, która doprowadzi do nawrócenia i powrotu do ubóstwa i gorliwości, ma się rozumieć za cenę znienawidzenia i prześladowań na każdym kroku?
I, ma się rozumieć, ciągłej walki z Kononowiczem w sobie samym?

sobota, 27 lipca 2013

Róbmy swoje

„Patrzmy własnych naszych wad i ułomności, a nie troszczmy się o cudze. Dusze zbyt rozważne mają to do siebie, że byle co u innych je razi, a przecież nieraz właśnie od tych, z których się gorszymy, moglibyśmy się wiele nauczyć w rzeczach istotnie ważnych. Może w zewnętrznym ułożeniu i sposobie zachowania się z ludźmi mamy niejaką wyższość nad nimi, to rzecz mniejszej wagi, choć dobra sama w sobie. Ale nie upoważnia nas to jeszcze do żądania, by wszyscy tą samą co my drogą chodzili, ani tym bardziej do nauczania ich życia duchowego, kiedy może sami jeszcze nie wiemy, co to jest życie duchowe. Gorące pragnienia uświęcenia dusz są darem łaski Bożej, ale nieuważnie idąc za nimi, łatwo możemy w wielu rzeczach zbłądzić. Lepiej nam więc, siostry, trzymać się tego, co nam zaleca nasza Reguła, byśmy starały się zawsze żyć »w milczeniu i nadziei«. O duszach bliźnich będzie pamiętał Pan i my o nich nieustannie pamiętajmy w modlitwie, a tym sposobem przyniesiemy im pożytek, za łaską Pana, który niech będzie błogosławiony na wieki”.
Św. Teresa z Avili, Twierdza wewnętrzna III 2,13
Skupianie się na cudzych wadach i grzechach oraz nadmierną skłonność do napominania bliźnich Teresa uważa za jedną z głównych przypadłości ludzi, którzy znaleźli się w „trzecim mieszkaniu”, czyli regularnie pracują nad rozwijaniem życia duchowego i cnót. Napomnienia mające na celu unikanie tej wady regularnie powtarzają się w jej dziełach. Oczywiście, postawa ta jest niebezpiecznie bliska faryzeuszowi wywyższającemu się nad celnika. Rozbija ona jedność Kościoła i zamienia życie wspólnoty w piekło. Jako lekarstwo Teresa proponuje pokorę i zajęcie się wyłącznie poprawianiem siebie samego.
Jest prawdą, że Kościół łaciński boleśnie zeświecczał i potrzebuje głębokiej odnowy, rozumianej jako powrót do życia autentycznie chrześcijańskiego, normowanego zasadami postępowania wypróbowanymi przez wieki. To, co się w nim dzieje od kilkudziesięciu lat, naprawdę łudząco przypomina XVI-wieczną reformację protestancką. Tak jak wtedy, pierwsi na manowce podążają kapłani i zakonnicy, ciągnąc za sobą wiernych świeckich. Nie jest to nic nowego, takie epoki upadku występują w historii Kościoła endemicznie. I tak daleko nam do tego, co działo się choćby w wieku dziesiątym. Prawdziwa reforma jest konieczna i być może w planach Bożych jest, aby tym razem „wymusili” ją świeccy. Ale jest tylko jeden skuteczny i Boży sposób reformowania — taki, jaki podjęła Teresa, Ignacy czy, trzysta lat przed nimi, Dominik. Nie pouczać innych, nie szemrać, nie narzekać, tylko działać samemu, zaczynając od tego, co jest możliwe. Od małego dobra. Zmieniać siebie, zadawać sobie umartwienia i wyrzeczenia w intencji nawrócenia innych, ciężko pracować, godzinami modlić się. Świadczyć przykładem, a nie słowami. Verba volant, exempla trahunt.
Codziennie przekonuję się, że skuteczna jest tylko metoda osobistego wyrzeczenia, milczącego przykładu i wytężonej modlitwy, bo krytykowanie i napominanie po prostu nie działa, a jednocześnie, jak strasznie trudno jest faktycznie przejść od słów do czynów. O wiele łatwiej jest powiedzieć parę słów na temat czynów i namawiać innych do nawrócenia i gorliwości, niż wymagać od siebie samego i samemu walczyć z własną słabością, ociężałością i grzechem.

sobota, 18 maja 2013

Nadmierna roztropność

Przyznam się, że nałogowo czytam świętą Teresę z Avili. To najlepsza komentatorka życia publicznego i kościelnego, przewodniczka po życiu duchowym, znawczyni ludzi i ich charakterów, opowiadaczka pasjonujących i pełnych humoru historii, pocieszaczka w trudnych chwilach, zarażająca entuzjazmem i gorliwością, wlewająca motywację i siłę do nawrócenia w upadkach, depresjach i duchowym lenistwie. Jej analizy zdradzają wnikliwą inteligencję i złośliwą spostrzegawczość. Stratfor wysiada. Na przykład przed chwilą natknęłam się (Księga życia 16,7) na coś takiego:
„Szczerość i śmiałość w mówieniu prawdy tak dzisiaj u nas jest rzadka. [...] Otwartość w mowie już teraz nie jest w użyciu. Sami nawet kaznodzieje tak układają kazania swoje, aby snadź kogo nie obrazili; zapewne dobrą mają w tym intencję i rzecz sama może być dobra, ale i to prawda, że po takim kazaniu mało kto się poprawia! Bo czemuż to nie widać grzeszników gromadami wskutek usłyszanego kazania jawnie grzechy swoje porzucających? Wasza miłość [chodzi tu o o. Garcię de Toledo, spowiednika świętej) wie, co myślę? — Że to dlatego, iż ci, którzy im przepowiadają Słowo Boże, są nadto roztropni. Nie pochłania w nich tej roztropności ludzkiej, jak pochłaniał w Apostołach, wielki ogień miłości Bożej i dlatego ten płomień mało ich grzeje; nie mówię, by miłość Boża miała być w nich tak wielka, jak była w Apostołach, ale chciałabym, by była większa, niż ją widzę. — Czy mam powiedzieć, co słowu ich dawało taką skuteczność? To, że już mieli w obrzydzeniu to życie i mało się troszczyli o sławę świata, że gdy chodziło o wyznanie prawdy i obronę jej dla chwały Bożej, zarówno im było wszystko stracić czy wszystko zyskać. — Kto bowiem naprawdę wszystek poświęcił siebie Bogu, ten z równą gorliwością znosi czy jedno, czy drugie”.
Myślę, że jest to bardzo dobry komentarz do dzisiejszej fejsbukowej wymiany zdań na temat prozaicznych, doczesnych przyczyn niejakiej „spolegliwości” Episkopatu Polski wobec władzy, dobrze zauważalnej w ciągu ostatnich 20 lat (do chwili wybuchu gwałtownego antyklerykalizmu w warstwach rządzących i mediach z tzw. salonu kilkanaście miesięcy temu), w której pewien dyskutant napisał, co następuje:
„Konieczność utrzymywania "dobrych stosunków" między "państwem a kościołem", które jest zresztą pozostałością komuny i tamtejszej polityki hierarchów, sprawia, że w imię tych dobrych stosunków o wielu sprawach nie mówi się wprost. Owszem. Są listy biskupów o tym i o tamtym, ale zarazem ci sami biskupi, którzy krytykują aborcję jako największe zło udzielają Komunii Świętej tym, którzy takie prawo stanowią. Przykłady można by mnożyć”.
Owa przypadłość nadmiernej roztropności nie dotyka zresztą dzisiaj tylko hierarchów, lecz schodzi w dół, przez księży, zakonników itd. aż po ostatniego z wiernych świeckich. W Polsce, Europie i na całym świecie. Nie przez przypadek papież Franciszek cieszy się taką popularnością wśród świeckich (podczas gdy duchowieństwu nierzadko jest nie w smak, jak trafnie zauważył jego współbrat zakonny, ojciec Józef Augustyn) także z tego powodu, że wali prosto z mostu, piętnuje grzechy (dzisiaj na przykład plotkarstwo), krytykuje odchodzenie od radykalizmu Ewangelii i zakopywanie się w wygodnym fotelu i ciepłych papuciach.
Dzisiaj w bazylice Świętej Trójcy w Krakowie wyświęciliśmy (tzn. zrobił to bp Ryś, ale my mu pomagaliśmy) dziesięciu dominikanów. W tej i dla nich, i dla nas pełnej radości i szczęścia chwili życzę im, by nie byli niemymi, bezzębnymi psami, lecz odważyli się oszaleć dla Boga jak król Dawid i święty Paweł, i mówili prawdę w oczy i prosto z mostu — „byśmy nie stali się chrześcijanami dobrych manier i złych nawyków”, dopowiada papież Franciszek.


Zdjęcie pożyczone z serwisu Polskiej Prowincji Dominikanów (dominikanie.pl)

wtorek, 31 stycznia 2012

Jak zwracać ludziom uwagę

Ileż to razy, Synowie moi, musiałem w ciągu mojego długiego życia uczyć się tej wielkiej prawdy, że łatwiej jest gniewać się niż cierpliwie znosić, grozić niż przekonywać, a nawet łatwiej jest z powodu naszej niecierpliwości i pychy ukarać opornego niż poprawić zachowując się stanowczo i przyjaźnie. [...]
Baczcie, by wam nikt nie mógł zarzucić, że działacie w gniewie. Niełatwo zachować spokój w karaniu, a przecież jest on konieczny, aby się nie wydawało, że działamy dla podkreślenia swej władzy albo dania upustu gniewowi.
Tych, nad którymi sprawujemy jakąkolwiek władzę, uważajmy za synów. Stańmy się ich sługami, podobnie jak Jezus, który przyszedł służyć, nie zaś, aby Mu służono. Niechaj zawstydza nas nawet pozór chęci panowania. Nie panujmy nad nikim, chyba po to tylko, aby lepiej służyć.
Tak właśnie postępował Jezus z Apostołami: znosił ich niewiedzę, brak wykształcenia, a nawet brak wiary. Do grzeszników odnosił się z życzliwością i serdeczną dobrocią, tak że u niektórych rodziło to zdumienie, u innych zgorszenie, u wielu zaś nadzieję uzyskania miłosierdzia Bożego. Toteż zalecił i nam, abyśmy byli cisi i pokornego serca.
Są naszymi dziećmi. Dlatego gdy poprawiamy ich błędy, wyzbądźmy się wszelkiego zagniewania, albo przynajmniej działajmy tak, jakbyśmy usunęli je zupełnie.
Żadnego zagniewania, żadnej pogardy, żadnej obelgi. Na czas obecny miejcie miłosierdzie, na przyszły — nadzieję, jak przystoi ojcom, którzy naprawdę starają się o poprawę i właściwe wychowanie.
W szczególnie trudnych wypadkach należy raczej pokornie i ufnie błagać Boga, niż wylewać potok słów, które tylko obrażają słuchających, lecz nie przynoszą żadnego pożytku winowajcom.

Z listów św. Jana Bosco, patrona dzisiejszego dnia