W nocy na Pasterce w Ewangelii uderzyły mnie słowa, że „anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli”. Wcześniej „Zachariasz przeraził się na ten widok i strach padł na niego” i Maryja też się lękała, skoro anioł powiedział do niej „Nie bój się, Maryjo”. Podobnie z Józefem — usłyszał bowiem we śnie: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki”.
Jak często reagujemy strachem — przesadnym i nieuzasadnionym, i jak bardzo strach, którym podszyte są różne zachowania, nawet nieświadomie i mimowolnie, rozbija nam życie i niszczy różne wartości. To jest chyba taka najbardziej pierwotna i niszcząca emocja, bardziej niż gniew, na pewno rozchwierutana po grzechu pierworodnym i na pewno diabeł mocno na niej gra.
Tę podstawową rolę strachu w motywacjach ludzkich działań zauważyła Lucy Maud Montgomery, autorka „Ani z Zielonego Wzgórza”. W bardzo udanej pod względem psychologicznym książce „Błękitny Zamek” główna bohaterka zaczyna się wyzwalać od zniewolenia i upodlenia przez toksyczną, kołtuńską, zakłamaną rodzinę z fałszywą, sztywną religijnością (trochę odpowiednik naszych Dulskich, ale z zapaszkiem protestanckiego purytanizmu) od chwili, gdy w pożyczonej z biblioteki książce natrafiła na słowa: „Strach to grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizły wąż, który owija się wokół ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżającego, jak żyć w bojaźni”.
Kwestia strachu tak przyciąga moją uwagę, bo badania, które prowadziłam w ramach pracy doktorskiej, potwierdziły, że ludzi dysfunkcyjnych wyróżnia bardzo wysoki poziom lęku, gniewu i poczucia winy — nieadekwatnych, uogólnionych i zinterioryzowanych (utożsamionych z ja), także w życiu religijnym. Zaczęłam podejrzewać, że w ogóle u podłoża dysfunkcji i wynikających z niej problemów leży po prostu strach. Będę starała się to sprawdzić, złożyłam wniosek o grant na kontynuację badań (przy okazji proszę o pobożne westchnienie, żeby mi go przyznali...)
Warto prześledzić w Biblii miejsca, gdy Bóg mówi: „Nie bój się”, „Nie lękaj się”, „Nie bójcie się”, „Nie lękajcie się”. Najczęściej do narodu wybranego lub proroków, ale nie tylko. Jest ich w sumie ponad sto. A także szerzej, miejsca, gdzie tekst święty mówi, że ktoś się bał. Oprócz zacytowanych wyżej chcę teraz wymienić jeszcze jedno miejsce. Bóg mówi do Jeremiasza, powołując go do jego misji: „Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi”. Bardzo znaczące: „Nie lękaj się, bym cię nie napełnił lękiem”. Być może tu leży klucz do zagadki potęgi strachu...
Bł. Jan Paweł II zaczął swój wielki pontyfikat słowami „Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. Wiemy, co się później stało. Gdy ludzie, napełnieni wiarą dzięki słowom papieża-proroka przestali się lękać, upadło niemożliwe, jak się wydawało, do ruszenia imperium zła.
Długo nie pisałam na „Myślach spod chustki”, bo potrzebowałam się wyciszyć, odosobnić, potrzebowałam „klauzury”. Zaczęłam pisać książkę, której celem jest pomoc dorosłym dzieciom alkoholików w rozwiązywaniu problemów ze sferą religijną. Ludzie dysfunkcyjni statystycznie znacznie częściej porzucają Kościół i wiarę niż zdrowi; ich religijność jest obciążona trudnymi emocjami, fałszywymi obrazami Boga, często zniekształcona szkodliwymi przekonaniami. Chciałabym, aby to, co piszę, pozwalało im zdrowieć i prostować ich relacje z Bogiem. Oby ta książeczka pomagała tych ludzi zatrzymać w Kościele, a tym, co odeszli, ułatwić powrót i odnalezienie prawdziwego, miłującego Boga.
I jeszcze prezent gwiazdkowy. Adorujmy wraz ze św. Hieronimem i św. Dominikiem nowo narodzone Dzieciątko i Jego Matkę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DDA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DDA. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 grudnia 2013
środa, 10 lipca 2013
Uzdrowienie: instrukcja obsługi
„Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości... Idźcie i głoście: »Bliskie już jest królestwo niebieskie«. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!”Nie rozumiem tych katolików, którzy atakują księdza Bashoborę jako szamana i oszusta, z tego powodu, że jeździ po świecie i modli się o uzdrowienia duchowe i fizyczne tysięcy ludzi. Ugandyjski kapłan wyraźnie podkreśla, że uzdrawia Jezus, a nie on. Nie wątpię też, że za jego wstawiennictwem takie uzdrowienia mogą się dokonywać. Dziwi mnie raczej co innego: powszechny w dzisiejszych czasach brak wiary, że Chrystus i łaska sakramentalna leczą. Z nieznanych przyczyn katolicy tak się zafiksowali na racjonalizmie i pozytywistycznej, oficjalnej medycynie, że zapomnieli, iż pierwszym Lekarzem jest zawsze Chrystus. Zupełnie jakby byli ateistami.
Mt 10,1.7-8
W rzeczywistości — jak przypomina dzisiejsza Ewangelia — Chrystus dał kolegium apostołów władzę wypędzania złych duchów (które często, także dzisiaj, sprowadzają choroby i niemoce, choćby w sferze psychiczno-emocjonalnej, ale ich skutki od razu przerzucają się na somatykę) oraz leczenia chorób fizycznych. I łaskę tę dziedziczą po nich wszyscy kapłani, którzy ważnie przyjęli sakrament święceń od biskupów posiadających sukcesję apostolską. W szczególnym stopniu, oczywiście, posiadają ją sami biskupi. Zapomnieliśmy, że tego właśnie — uzdrawiania każdej sfery człowieka — powinniśmy się od nich przede wszystkim domagać.
W tej sprawie mogę złożyć osobiste świadectwo. Z syndromu dorosłych dzieci alkoholików, i to silnie natężonego, wyciągnęła mnie nie terapia psychologiczna (która trwała krótko i zakończyła się zupełną porażką terapeutki: błędnym, pospiesznym zdiagnozowaniem mnie jako alkoholika), lecz łaska sakramentalna związana ze święceniami kapłańskimi i sakramentem spowiedzi. Widziałam wyraźnie przez cały czas spowiadania się u tego kapłana, że przez niego dokonuje się moje uzdrowienie. On też widział u mnie dobroczynne skutki każdej spowiedzi, swoich nauk i modlitwy za mnie. Przyznawał, że przekraczało to zupełnie jego ludzkie możliwości; były to wyłącznie cudowne owoce łaski Bożej działającej przez sakramenty (łącznie z kardiognozją). Co więcej, później okazało się, że „po ludzku” ten kapłan był co najmniej tak samo zaburzony i poraniony jak ja. Jego ludzkie niedostatki bardzo mnie poraniły, a potem sam musiał szukać pomocy. Ale uzdrowienie z syndromu DDA dokonało się — Mocą z Wysoka, której on był tylko narzędziem, kanałem.
Może też być tak, że określony człowiek, a tym bardziej kapłan, otrzymuje specjalny charyzmat uzdrawiania nie tylko duchowego i psychicznego, lecz także fizycznego (jako narzędzie mocy Bożej, ma się rozumieć). Jest to również zgodne z Pismem Świętym i nauką Kościoła katolickiego o charyzmatach. Jeśli mocą Chrystusa kapłan odpuszcza grzechy, to tym bardziej może zrobić coś łatwiejszego: uzdrowić ciało. „Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: »Odpuszczają ci się twoje grzechy«, czy też powiedzieć: »Wstań i chodź!«” Jeśli uzdrowienia są tak rzadkie, to tylko dlatego, że brakuje nam wiary. „I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu”.
O tym, że sakramenty uzdrawiają, mówi Kościół. I to nie tylko sakrament specjalnie w tym celu ustanowiony: namaszczenie chorych. Każde przyjęcie Eucharystii, sakramentu naszego zbawienia (a łacińskie salus oznacza zarówno zbawienie, jak i zdrowie), uzdrawia również fizycznie, a nie tylko duchowo. Święta Teresa z Avili wielokrotnie zaświadcza w swoich pismach, że za każdym razem po przyjęciu komunii św. czuła się znacznie zdrowsza fizycznie, a jej liczne przewlekłe choroby i cierpienia ustępowały. Takich świadectw jest mnóstwo. Potrzebna jest tylko pewność realności Świętych Tajemnic, gorąca miłość Boga i przyzwolenie na całkowite otwarcie się na Jego działanie.
Także „po ludzku” jest to wytłumaczalne: przecież każda choroba, czy to sfery somatycznej, czy to psychicznej, jest powiązana z rozstrojem ludzkiej natury wynikającym z grzechu pierworodnego i grzechów osobistych. Im bardziej się przebóstwiamy, upodabniamy do Chrystusa, tym bardziej zdrowiejemy — w każdym zakresie. Słabości ciała wynikające z jego materialnej natury, ze śmiercią na czele, pozostaną; ale nie będę już miały niszczycielskiego charakteru związanego z grzechem.
Paweł Milcarek napisał niedawno: „Fascynacja prymatem Liturgii, ambicja połączenia wiary i rozumu, dynamizm wiary przeżywanej charyzmatycznie — trzy żywe nurty polskiego katolicyzmu, o różnym zasięgu. Wiele zależy od tego, czy się kiedyś połączą i oczyszczą z tego, co jest w nich tylko ludzką pozą”. Rozkwit ruchu charyzmatycznego, koncentrującego się na uzdrawiającej i wyzwalającej mocy Boga, także w Kościele katolickim, jest niewątpliwie znakiem czasu. Istnieją zniekształcenia, wynikające z „ludzkiej pozy”. Ale charyzmatycy przypominają o tym, że każdy katolik może na co dzień doznawać od Jezusa pełnego, także fizycznego uzdrowienia.
Ps. Ten tekst jest również listem przewodnim do mojej pracy doktorskiej:)
Źródło: swiatlopana.com
piątek, 4 maja 2012
Nie widzę dla siebie miejsca w kościele
Jak moi znajomi wiedzą, przeprowadzam obecnie ankietę badającą religijność dorosłych dzieci alkoholików. (Jest mi ona potrzebna do pracy doktorskiej; przy okazji proszę o rozpowszechnianie mojej prośby wśród krewnych-i-znajomych-królika; kontakt do mnie znajduje się na blogu). Jako osoba zajmująca się rodziną alkoholową i znająca te klimaty także z autopsji, jestem przyzwyczajona do mocnych rzeczy i wiele trzeba, żeby mnie wytrącić z równowagi; podobnie mają dziennikarze śledczy, policjanci jeżdżący na wypadki i tak dalej. Wczoraj jednak dostałam ankietę, która mnie zmroziła.
Osoba ankietowana wierzy w Boga i jest raczej religijna. Korzysta z różnych propozycji Kościoła dla ludzi poszukujących uzdrowienia wewnętrznego, ocenia, że jej stan się dzięki nim poprawił, i chciałaby otrzymywać jeszcze większą pomoc. Lecz kiedy pojawia się pytanie: „Jak odbierasz swoje miejsce w Kościele jako społeczności wiernych?”, pisze: „Jako osoba orientacji homoseksualnej nie widzę dla siebie miejsca w kościele”.
Nie postrzegam homoseksualizmu jako normalnej orientacji seksualnej, równorzędnej heteroseksualizmowi. Podoba mi się wyważone nauczanie Kościoła, że podczas gdy czynne relacje homoseksualne są grzechem — podobnie zresztą jak heteroseksualne poza małżeństwem sakramentalnym — sama orientacja homoseksualna grzechem nie jest. Na podstawie tego, co wiem o homoseksualistach znanych mi osobiście czy z mediów, takich jak pan poseł Robert Biedroń, doszłam do przekonania, że homoseksualizm z reguły rozwija się wtórnie jako skutek padnięcia ofiarą jakiejś krzywdy: skrajnie zaburzonych relacji w domu rodzinnym, ciężkiej przemocy, wykorzystania seksualnego, gwałtu. Jest objawem świadczącym, że ktoś przeżył traumę, która go wykoślawiła. A cała reszta jest skutkiem, wołaniem o pomoc — nawet zachowania, które odbieramy jako agresywne wobec nas czy naruszające nasze wartości.
Do uleczenia zranionej sfery seksualnej konieczne jest całościowe uzdrowienie człowieka we wszystkich wymiarach: somatycznym, psychicznym i duchowym. Może się ono udać tylko pod warunkiem dostarczenia takiej osobie olbrzymiej ilości nie uwarunkowanej akceptacji i mądrej (!) miłości, a w każdym wypadku zajmuje wiele lat.
Moja matka była rozwódką i zawarła drugie małżeństwo cywilne, które również się rozpadło; bardzo smutna historia jej życia, będąca tylko elementem wielopokoleniowej dysfunkcji naszej rodziny, była w większej mierze skutkiem czynników i nacisków zewnętrznych, które wpływały na nią od najwcześniejszego dzieciństwa, niż efektem jej własnych, wolnie podjętych decyzji. Przez całe moje życie nie pamiętam, aby choć raz przestąpiła próg kościoła, z wyjątkiem zabierania mnie i mojego rodzeństwa do ruchomej szopki u kapucynów na Miodowej i odwiedzania grobów Pańskich (ale tylko w godzinach, kiedy można było oczekiwać, że w kościele nie będzie ludzi). Kiedy po nawróceniu się namawiałam ją, by poszła za mną na mszę czy nabożeństwo, zawsze odpowiadała z goryczą: „Kościół mnie wyrzucił; dla takich jak ja nie ma w nim miejsca”. Była przekonana, że jest ekskomunikowana, i to nieodwołalnie.
Niech Bóg strzeże każdego z nas przed przedstawianiem wymagań moralnych chrześcijaństwa w taki sposób, aby choć jeden człowiek poczuł się z naszego powodu przez Kościół ODRZUCONY. Aby doszedł do przekonania, że po tym, co zrobił, w Kościele — a jeszcze gorzej, u Boga, bo takich ludzi też znam — nie ma dla niego miejsca. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi.
Osoba ankietowana wierzy w Boga i jest raczej religijna. Korzysta z różnych propozycji Kościoła dla ludzi poszukujących uzdrowienia wewnętrznego, ocenia, że jej stan się dzięki nim poprawił, i chciałaby otrzymywać jeszcze większą pomoc. Lecz kiedy pojawia się pytanie: „Jak odbierasz swoje miejsce w Kościele jako społeczności wiernych?”, pisze: „Jako osoba orientacji homoseksualnej nie widzę dla siebie miejsca w kościele”.
Nie postrzegam homoseksualizmu jako normalnej orientacji seksualnej, równorzędnej heteroseksualizmowi. Podoba mi się wyważone nauczanie Kościoła, że podczas gdy czynne relacje homoseksualne są grzechem — podobnie zresztą jak heteroseksualne poza małżeństwem sakramentalnym — sama orientacja homoseksualna grzechem nie jest. Na podstawie tego, co wiem o homoseksualistach znanych mi osobiście czy z mediów, takich jak pan poseł Robert Biedroń, doszłam do przekonania, że homoseksualizm z reguły rozwija się wtórnie jako skutek padnięcia ofiarą jakiejś krzywdy: skrajnie zaburzonych relacji w domu rodzinnym, ciężkiej przemocy, wykorzystania seksualnego, gwałtu. Jest objawem świadczącym, że ktoś przeżył traumę, która go wykoślawiła. A cała reszta jest skutkiem, wołaniem o pomoc — nawet zachowania, które odbieramy jako agresywne wobec nas czy naruszające nasze wartości.
Do uleczenia zranionej sfery seksualnej konieczne jest całościowe uzdrowienie człowieka we wszystkich wymiarach: somatycznym, psychicznym i duchowym. Może się ono udać tylko pod warunkiem dostarczenia takiej osobie olbrzymiej ilości nie uwarunkowanej akceptacji i mądrej (!) miłości, a w każdym wypadku zajmuje wiele lat.
Moja matka była rozwódką i zawarła drugie małżeństwo cywilne, które również się rozpadło; bardzo smutna historia jej życia, będąca tylko elementem wielopokoleniowej dysfunkcji naszej rodziny, była w większej mierze skutkiem czynników i nacisków zewnętrznych, które wpływały na nią od najwcześniejszego dzieciństwa, niż efektem jej własnych, wolnie podjętych decyzji. Przez całe moje życie nie pamiętam, aby choć raz przestąpiła próg kościoła, z wyjątkiem zabierania mnie i mojego rodzeństwa do ruchomej szopki u kapucynów na Miodowej i odwiedzania grobów Pańskich (ale tylko w godzinach, kiedy można było oczekiwać, że w kościele nie będzie ludzi). Kiedy po nawróceniu się namawiałam ją, by poszła za mną na mszę czy nabożeństwo, zawsze odpowiadała z goryczą: „Kościół mnie wyrzucił; dla takich jak ja nie ma w nim miejsca”. Była przekonana, że jest ekskomunikowana, i to nieodwołalnie.
Niech Bóg strzeże każdego z nas przed przedstawianiem wymagań moralnych chrześcijaństwa w taki sposób, aby choć jeden człowiek poczuł się z naszego powodu przez Kościół ODRZUCONY. Aby doszedł do przekonania, że po tym, co zrobił, w Kościele — a jeszcze gorzej, u Boga, bo takich ludzi też znam — nie ma dla niego miejsca. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi.
piątek, 24 lutego 2012
Bezpieczeństwo i śmierć, czyli o majątkach świeckich i kościelnych
Śmierć jest ostateczną słabością. Oznacza całkowitą utratę kontroli nad naszym życiem — całkowitą bezradność i poddanie się.
Czy to możliwe, aby owa utrata kontroli, która czeka nas u kresu naszych dni, była wskazówką, co jest ważne w życiu? Może życie zachęca nas, abyśmy oddali kontrolę, zanim ta zostanie nam nieodwołalnie odebrana przez śmierć. Realność śmierci wskazuje na wartość życia, które ja poprzedza. Śmierć napomina nas, byśmy dobrze odbyli swe życie i rozważyli, co jest naprawdę istotne. Ponieważ śmierć odziera nas ze wszystkiego, co nie jest konieczne, wyznacza fundament naszego życia. Cokolwiek nie przetrwa w obliczu śmierci, nie jest, w ostatecznym rozrachunku, ważne. W tym sensie śmierć można postrzegać jako triumfalną kulminację ludzkiego życia. To zwycięska fanfara, która kończy proces duchowego wzrostu. To nasza najradośniejsza ceremonia wręczania nagród — a nagrodą jest wstęp do czegoś nowego u kresu naszej egzystencji.
Zmierzamy do absolutnej słabości. Ale w słabości poznajemy, co w życiu jest cenne i trwałe. Przyznając się do słabości, wkraczamy w życie poprzez śmierć. Fasada się załamuje, fałszywe ja umiera, jesteśmy ponownie zjednani z prawdziwym, autentycznym sobą.
Nie, to nie są słowa średniowiecznego skrajnego ascety, pogrążającego się w masochistycznej autodestrukcji i deprywacji potrzeb, ani XVII-wiecznego podręcznika dobrej śmierci, radzącego codziennie kłaść się na łóżku i ćwiczyć pobożne umieranie, lecz Tommy’ego Hellstena, jednego z najsławniejszych i najlepszych psychoterapeutów, który odniósł ogromny sukces w leczeniu uzależnienia od alkoholu oraz syndromu dorosłych dzieci alkoholików. Na podstawie trzydziestoletniego doświadczenia zawodowego oraz historii własnego życia stawia on tezę, że alkoholizm i inne plagi współczesnej cywilizacji zachodniej (wszelkie uzależnienia, pośpiech, płytkość i fasadowość egzystencji, ucieczka w rozrywkę, łatwiznę i konsumpcjonizm) wynikają na najgłębszym poziomie z chorobliwej potrzeby posiadania siły i kontroli, wynikającej z neurotycznego lęku przed uznaniem własnej słabości.
W tej ucieczce przed słabością i śmiercią biorą dziś udział wszyscy. Także Kościół, którego istotnym zajęciem stało się obecnie zabezpieczanie finansowe swojego „personelu” i instytucji. Nie oszukujmy się — orędziem polskiego Kościoła, jakie dzisiaj dominuje w przestrzeni publicznej, nie jest wcale oczekująca nas radość w niebie oraz konieczność chrześcijańskiej ascezy, podejmowania wyrzeczeń i zdobywania zasług dla zbawienia wiecznego, lecz udowadnianie słuszności moralnej i materialnej odzyskiwania majątków (jakimś cudem nie złożono jeszcze pozwu o odszkodowanie chyba tylko za utraconą pańszczyznę), sprawdzania się w biznesie (to przecież nie tylko rydzykowa geotermia, lecz także czysto komercyjny biurowiec archidiecezji warszawskiej i inne, mniej znane geszefty) oraz uprzywilejowania duchowieństwa znacznie obniżonymi w stosunku do ludzi świeckich składkami na ubezpieczenie.
Oczywiście Kościół instytucjonalny nie od dzisiaj zabiega o jak największy majątek i wpływy na tym świecie, i przez długie okresy historii bywał znacznie bogatszy niż obecnie; średniowieczni asceci przecież dlatego byli tak skrajni, że w ich czasach bogactwo i wpływy Kościoła również były skrajne. Zawsze jednak w Kościele był obecny nurt głoszący słowem i przykładem własnych, nierzadko szalonych wyrzeczeń o tym, że należy szukać Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie przydane. Warto tu przypomnieć dominikanina Hieronima Savonarolę, który za tę prawdę oddał życie na stosie, ale także samowyniszczenie Katarzyny Sieneńskiej czy opisywanej przez świętą Teresę w 28 rozdziale „Księgi fundacji” pokutnicy Cataliny de Cardona. Ich przykłady porywały współczesnych do ubóstwa i nawrócenia; przypominały, że nie mamy tu trwałego miasta i nasza ojczyzna jest w niebie. Krótko mówiąc, nie pozwalały Kościołowi skupiać się na doczesnym bycie zupełnie jawnie i bezwstydnie.
W ostatnich czasach pojawił się jednak nowy czynnik, który zaburzył ten delikatny samoster. Od chwili ogłoszenia konstytucji Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II, zachęcającej do zajęcia się urządzaniem tego świata (pisałam o tym w tekście „Czy księża są przyczyną sekularyzacji i co z tego wynika?”), Kościół daje oficjalne przyzwolenie na „zwrot ku doczesności”. Budowanie dobrobytu na tym świecie przestaje być czynnością ambiwalentną moralnie, która nie jest sama w sobie zła, ale jednak odrywa nas od myśli o życiu wiecznym (pamiętamy ewangeliczną przypowieść o bogaczu budującym spichlerze, który został przez Chrystusa nazwany głupcem), a zaczyna być cnotą. Czy jest to odłożony w czasie wpływ marksistowskiej doktryny o alienacji chrześcijaństwa i weberowskiej wyższości protestantyzmu nad katolicyzmem? Czy po kilkudziesięciu latach obrony przed antychrześcijańską propagandą Kościół wygrał z nią przez zaadaptowanie jej tez? Nie byłoby to po raz pierwszy — podobnie przejął niektóre elementy myśli neoplatońskiej i kantowskiej. Nie należy oskarżać Ojców Soborowych o błąd dogmatyczny; niemniej jednak można uznać, że okazali pewną naiwność i nieostrożność w ocenie natury ludzkiej i porządku tego świata.
Trudno bowiem mieć pretensję, że po takiej zachęcie Magisterium katolicy, poddani jednocześnie wpływowi zlaicyzowanej zachodniej cywilizacji, skupionej na szalonej konsumpcji, używaniu i pogoni za przyjemnościami, owczym (czy raczej świńskim, do jeziora Genezaret) pędem rzucili się na bezpieczne urządzanie na tym świecie. Duchowni tak jak i świeccy. Łaska buduje na naturze, a naturę wszyscy ludzie mają tę samą. Ciążącą ku złu po grzechu pierworodnym.
Tak więc wszyscy (ja też) angażujemy czas i siły w trzepanie kasy, by zapewnić sobie bezpieczeństwo materialne na dziś, jutro, przyszły tydzień, rok. Przecież musimy zapewnić utrzymanie sobie, rodzinie, instytucji kościelnej, za którą jesteśmy odpowiedzialni. Jeśli jesteśmy pobożni, to staramy się w wypełnionym bieganiną za mirażem bezpieczeństwa dniu wyszarpać chwilę na modlitwę. A tymczasem codziennie przybliża się śmierć, która pozbawi nas tych wszystkich podpórek i skonfrontuje nas z prawdą, ile z tego pozostanie nam w rękach, gdy będziemy stawać przed Bogiem i zdawać sprawę ze swojego życia. Codziennie jest o jeden dzień bliżej. Być może nie za kilkadziesiąt lat, jak myślimy, a w przyszłym tygodniu.
Obietnica niezależności i bezpieczeństwa, jaką składa nam posiadanie rzeczy materialnych, jest równie kłamliwa i złudna jak ta, którą składa alkohol. Ewangelia wyraźnie demaskuje fałszywość tej nadziei.
Tommy Hellsten, Odwaga poddania się. Osiem sprzeczności na ścieżce duchowej, Łódź 2009

Hans Holbein Młodszy, Ambasadorowie, objaśnienie w
Wikipedii
sobota, 28 stycznia 2012
Świętuję Tomasza z Akwinu
Ps. Przed ostatnią reformą liturgiczną wspomnienie Tomasza przypadało 7 marca, w dzień jego śmierci. Wtedy też będziemy świętować, razem z Kolegium Filozoficzno-Teologicznym ojców dominikanów, które daty swojego święta nie przeniosło! :)
Święty Tomasz nie był psychologiem, lecz filozofem i teologiem. Żył w XIII wieku, na kilkaset lat przed powstaniem psychologii jako samodzielnej nauki. Jednak stworzona przez niego antropologia i etyka tworzy bazę filozoficzną i światopoglądową, dającą mocne podstawy leczeniu dysfunkcji dorosłych dzieci alkoholików — zarówno dla nich samych, jak i osób udzielających im różnego rodzaju pomocy psychologicznej.
Dotyczy to oczywiście w pierwszym rzędzie osób wyznania katolickiego, dla których istotne znaczenie może mieć fakt, że św. Tomasz został uznany za największego teologa katolickiego i ogłoszony Doktorem Kościoła, jednak z pewnością odnajdą w nim dla siebie wartościowe propozycje także ci, którzy nie identyfikują się z Kościołem katolickim lub nie wierzą w Boga. Myśl św. Tomasza wykorzystuje bowiem dziedzictwo myśli ogólnoludzkiej: wielkich myślicieli antyku, szczególnie Platona i Arystotelesa, filozofów arabskich oraz wybitnych pisarzy wczesnochrześcijańskich. Jego antropologia i etyka opierają się na podstawach prawa naturalnego, wspólnych wszystkim ludziom niezależnie od światopoglądu i wyznania.
„Maritain powiedział kiedyś, że św. Tomasz jest świętym proroczym, tym, który rzuca światło na przyszłe epoki. Myśl św. Tomasza nie owocowała jednak do tej pory we właściwy sposób. [...] Antropologia św. Tomasza nie została wykorzystana. Św. Tomasz nie jest też owocem feudalizmu średniowiecznego. Jest postacią, która wykracza poza swoją współczesność; otwiera perspektywy przyszłościowe” (Swieżawski 2002, s. 115). Mimo upływu czasu ta opinia wybitnych filozofów Jacques’a Maritaina i Stefana Swieżawskiego jest nadal aktualna.
System Tomasza ma mocne podstawy filozoficzne, co zapewnia mu znaczną uniwersalność i stosunkowo dużą niezależność od kwestii wyznaniowych. Jego zakorzenienie w antycznej filozofii eudajmonistycznej, realistycznej, optymistycznie patrzącej na człowieka, postrzegającej jego życie jako ciągły rozwój, opartej na zasadzie umiaru i złotego środka oraz kładącej nacisk na roztropność sprawia, że mimo upływu 750 lat od jego sformułowania stanowi on nadal atrakcyjną propozycję antropologiczno-etyczną.
Klasyczna ontologia stojąca u podstaw antropologii tomistycznej pozwala umocnić godność i tożsamość osoby ludzkiej dzięki podkreślaniu takich cech bytu, jak jego jedność i odrębność, prawda, dobro i piękno. Przekonanie o celowości bytu i istnieniu transcendentnego dobra najwyższego, ku któremu wszystko zmierza, harmonijna koncepcja wszechświata i czuwającej nad nim Opatrzności sprzyja powstawaniu poczucia sprawiedliwości i przewidywalności, a co za tym idzie, poczucia bezpieczeństwa.
Antropologia Tomasza uznaje uczucia, w tym także gniew, za niezbędny element życia psychofizycznego i duchowego człowieka, i przyznaje im ważną funkcję w zabezpieczaniu jego potrzeb i osiąganiu celów. Dowartościowuje ona przyjemność i radość, a także afirmuje cielesność i seksualność człowieka. Te aspekty nauczania św. Tomasza są szczególnie warte przypomnienia, gdyż stanowią skuteczną odpowiedź na stoicko-kantowskie postrzeganie sfery uczuciowej człowieka, które ukształtowało współczesną mentalność i jest nadal obecne w polskiej religijności (o czym była mowa w rozdziale I); nietrudno zauważyć, że jest ono współbieżne z dysfunkcyjnym sposobem traktowania uczuć przez dorosłe dzieci alkoholików.
Z tego samego powodu warto przypomnieć etykę tomistyczną, która przeciwstawia się szkodliwym dla psychiki ludzkiej systemom etycznym opartym na powinności oraz wolności obojętnej wobec wartości. Nadaje ona ogromną wagę wolności człowieka oraz podkreśla znaczenie jego woli i intelektu przy podejmowaniu decyzji, dzięki czemu uczy go wewnątrzsterowności i uwalnia od rozmazanego, nieadekwatnego poczucia winy. Jednocześnie etyka ta nastawiona jest na samodzielną i świadomą pracę nad porządkowaniem uczuć, pragnień i dążeń, dzięki czemu zabezpiecza przed nadmiernie woluntarystycznym i perfekcjonistycznym podejściem do moralności, a także sprzyja odzyskiwaniu równowagi emocjonalnej. Pracę nad sobą ułatwia zaś przekonanie o naturalnym dążeniu człowieka do dobra oraz koncepcja cnoty jako wewnętrznej sprawności człowieka do czynienia dobra.
Wszystkie te walory sprawiają, że nauczanie tomistyczne może wspomagać dorosłe dzieci alkoholików w uzdrawianiu dysfunkcji dotykających ich sposoby odczuwania, myślenia i reagowania oraz stanowić dobrą podstawę filozoficzną i światopoglądową do pracy psychologicznej z tymi osobami.
Ps2. Z ostatniej chwili! Doznałam dzisiaj osobistej opieki Mistrza w sprawie dość niecodziennej — miała do mnie przyjechać na obiad po drodze z Zakopanego do Warszawy przyjaciółka z 4 innymi osobami. Zupełnie nie mam pieniędzy i obiecałam, że zrobię im naleśniki. I te naleśniki przywierały i całkiem się rozwalały. Nie miałam więcej mleka, więc z desperacji zaczęłam się modlić, żeby przestały przywierać. Nie pomogło. I wtedy pomodliłam się o to z całą ufnością do świętego Tomasza. Przecież dziś jego święto. I od razu przestały przywierać!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

