Dzisiaj, 28 lipca, obchodzona jest 1026. rocznica chrztu Rusi Kijowskiej. W 988 toku władca Kijowa, święty Włodzimierz Wielki, jako pierwszy spośród książąt wschodniej Słowiańszczyzny przyjął chrzest i uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Faktycznie wiara chrześcijańska była obecna na terytorium dzisiejszego państwa ukraińskiego od samego początku. Święty papież Klemens I Rzymski, wymieniany w Kanonie Rzymskim, był zesłany na Krym i zmarł tam ok. 102 r. Istniejący przynajmniej od V wieku Kijów znajdował się na szlaku handlowym ze Skandynawii do Bizancjum i chrześcijańscy kupcy i duchowni byli w nim regularnie obecni. Jednak z chwilą chrztu Włodzimierza i jego ślubu z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego Ruś oficjalnie weszła do grona państw chrześcijańskich, a Kijów stał się miejscem rozkwitu chrześcijańskiej kultury. Świadectwem tego są zachowane do dzisiaj bizantyjskie świątynie z Soborem św. Sofii na czele, Kronika Nestora oraz inne zabytki kultury materialnej, rękopisy historyczne i liturgiczne.
Rok temu w Kijowie odbywały się uroczyste obchody 1025-lecia chrztu Rusi. Znajdowałam się wtedy na miejscu, spędzając wakacje u moich serdecznych przyjaciół, ukraińskich dominikanów, i patrzyłam, jak Putin z Janukowyczem i metropolitą Cyrylem wykorzystują to wydarzenie do wielkiej politycznej pokazówki zwierzchnictwa Moskwy nad „ruskim światem” sięgającym po Białoruś i Mołdawię. Wszystkich nas mdliło z niesmaku.
Kilka miesięcy później, w grudniu, gadałam na Facebooku z moim znajomym, ukraińskim dominikaninem dwóch obrządków, teologiem wykształconym w Rzymie, świetnie mówiącym chyba pięcioma językami, obdarzonym dużą kulturą, erudycją i wiedzą historyczną (Petro Bałog OP — uśmiechy :) i serduszka <3). Trwał już Majdan, a Piotrek był kapelanem jednej z jego sotni. Rozmawialiśmy o tym przeklętym losie naszych narodów, wciśniętych między Berlin a Moskwę, i o tragicznym, czy też żadnym wyborze między dżumą russkiego mira a cholerą Związku Socjalistycznych Republik Europejskich z przewodnią siłą Niemiec i dyktaturą pederastów, aborterów, eutanazistów i kogo tam jeszcze. Przekonywałam go, że jedyną ucieczką od naszego przeklętego położenia geopolitycznego jest odtworzenie — z wyeliminowaniem popełnionych błędów — Rzeczpospolitej Jagiellonów. (Niekoniecznie nawet w formie jednego państwa; wystarczyłby ścisły sojusz polityczny i gospodarczy). Kiedy Polska i Ukraina (wraz z Białorusią, Litwą, Inflantami, a w pewnym momencie także Czechami i wielkimi Węgrami, obejmującymi Słowację i większą część Bałkanów) działały razem, Rosja i Niemcy się nie liczyły, nie mogły nam zagrozić. Piotrek się upierał, że to rozwiązanie jest absolutnie niemożliwe, że nigdy do tego nie dojdzie, że Rosja nigdy nie wypuści Ukrainy ze swoich łap.
Od tamtych obchodów chrztu Rusi minął rok. Tylko rok. W Kijowie od pół roku nie ma Janukowycza i jego złodziejskiej ekipy. Moskwa utraciła 350-letnią dominację nad rozległymi ziemiami ukraińskimi. W Donbasie trwa wojna, ale jej szala przechyla się na stronę sił ukraińskich. Krym zajęty przez Rosję, ale to panowanie jest bardzo labilne. Rosja staje się coraz bardziej niestabilna. Pogrąża się w autorytaryzmie wobec własnych obywateli i coraz silniejszych tendencjach odśrodkowych, które już wkrótce mogą rozerwać łańcuchy „więzienia narodów”.
Na naszych oczach tworzy się nowy porządek geopolityczny Europy, unieważniający ten, który przez ostatnie 300–400 lat dławił narody środkowej Europy, w tym Polaków, w jarzmie imperium rosyjskiego (carskiego/radzieckiego), okresowo w sojuszu z podobnym imperium niemieckim, i umieszczając Warszawę w przeklętych kleszczach Berlina i Moskwy. Jego elementem konstytucyjnym była ugoda perejasławska z 1654 roku.
Nie można zanegować, że pozostają poważne bariery dzielące nas. Krew pomordowanych Polaków woła z ziemi Wołynia i Podola. Woła też krew pomordowanych Ukraińców i ruiny zburzonych cerkwi. O pierwszej mówi się w Polsce, a drugich — na Ukrainie. I nadal próby stworzenia z tych dwóch narracji jednej, i znalezienia pojednania, są w powijakach.
Przez cały okres Majdanu i wojny z Rosją stoję przy moich ukraińskich przyjaciołach i popieram ich walkę o wolność i niepodległość, ale jednocześnie widzę w tym rodzaj jakiejś sprawiedliwości dziejowej — dziejów tego świata, a nie Bożych, oczywiście. Teraz Ukraińcy wiedzą, jak się czuli Polacy we wrześniu ’39. Rosja na Krymie i w Donbasie powtórzyła to, co zrobił ZSRR ze wschodnimi terenami Rzeczypospolitej Polskiej 17 września ’39 i potem. Nie neguję, że z punktu widzenia etnicznego te tereny były ukraińskie, białoruskie i litewskie, a Polacy byli na nich osiedleńcami, ludnością napływową (co prawda przez bite 600 lat mieszkali na tej ziemi, więc zdobyli już chyba sobie prawo obywatelstwa?) — Jednak jest jakąś schizofrenią uważać, że tamto zajęcie siłą (korzystając z jednoczesnego ataku przez Niemcy na Polskę) polskich Kresów przez ZSRR, przyklepane przez społeczność międzynarodową w ’45, było w porządku i się należało, a teraz jest zbrodnia i napaść. Jedno i drugie jest zbrodnią i napaścią, i Polacy doskonale sobie z tego zdają sprawę, choć w swojej masie umieli wybaczyć i wspierają obecnie Ukraińców w ich walce.
Ale mam nadzieję, że jak już Ukraina wygra tę wojnę i obroni swoje terytorium, to refleksja na temat podobieństwa tych dwóch sytuacji się zacznie. Owszem, zwłaszcza dla Litwy posiadanie Wilna jest być albo nie być, o wiele ważniejszym niż Lwów dla Ukrainy. Chodzi jednak o to, aby zmienić narrację i nie pochwalać tego, co się wtedy stało, tzn. mieć świadomość, że tamto również było przestępstwem międzynarodowym. Przy zachowaniu zasady nienaruszalności aktualnych granic państwowych. Polsce również nie opłaca się ruszać granic — bo w takim wypadku nieuchronnie pojawiłaby się kwestia granicy zachodniej i północnej. Można więcej stracić niż zyskać. Mam po prostu nadzieję, że zdążę dożyć tego, że do Lwowa i Stanisławowa, a kiedyś także Grodna i Pińska, będzie się jeździło tak, jak teraz się jeździ na Słowację czy do Niemiec, jak Niemcy mogą jeździć do Wrocławia czy Olsztyna: mijana z boku drogi tabliczka informacyjna, że inne państwo, jak z nazwą rzeki czy miasta. To rozwiąże problem wszelkich rewanżyzmów.
Oczywiście, w tej chwili te wszystkie sprawy trzeba odłożyć na bok. Jeśli Ukraina nie zatrzyma ruskich sołdatów w Donbasie, to za kilka lat będziemy mieli ruskie tanki w Olsztynie i Gdańsku, bo następnym krokiem będzie „przywrócenie sprawiedliwości dziejowej” w odniesieniu do Prus Wschodnich (być może w porozumieniu z Niemcami). A może „ochrona praw ludności rosyjskiej” przebywającej na tych terenach? (Rosjan przebywających z różnych względów w Polsce wcale nie jest w końcu tak mało). Władza w Rosji jest niestabilna i co kilka lat potrzebuje wygranych wojen, by się utrzymać.
Po wtargnięciu Rosji na Krym i do Donbasu uświadomiłam sobie na nowo, że ZSRR = Rosja i to to imperium zła, niezmienne, należy winić za wrzesień ’39. Owszem, lokalna ludność ukraińska i białoruska witała (choć nie cała) „wyzwolicieli” z radością (by wkrótce paść ofiarą stalinowskiego terroru), ale gdyby nie wkroczenie Sowietów, dowodzonych z Moskwy, sama by tych terenów od Polski nie oderwała.
W 2014 roku, 1026 lat po przyjęciu chrztu z Bizancjum, Ruś Kijowska przestaje być częścią Mordoru, cywilizacji turańskiej profesora Konecznego, i wraca do kręgu kultury europejskiej, której zawsze była częścią. Święty Jan Paweł II przypomniał, że Europa oddycha dwoma płucami i bez kultury chrześcijańskiego Wschodu, wywodzącej się od Bizancjum, jej tożsamość i duchowość będą zawsze niepełne. W natłoku obecnych wydarzeń nie od rzeczy będzie poświęcenie godzinki na przypomnienie sobie encykliki Slavorum Apostoli.
Pozostaje jeszcze temat Rosji. Nie jestem wrogiem Rosji. Wysoko cenię rosyjską kulturę, mam przyjaciela Rosjanina i dobrych znajomych Rosjan. Putin i jego agresywna imperialna polityka jest nieszczęściem przede wszystkim dla samych obywateli tego kraju. To Rosjanie pierwsi padają jego ofiarą, podobnie jak Stalin mordował najpierw obywateli ZSRR, a dopiero potem innych. Ustroje się zmieniają, a władze na Kremlu nie. Z całego serca życzę „przyjaciołom moskalom” prawdziwej wolności, w której nie będzie groziło pięć lat więzienia za uczestnictwo w demonstracji, a dochody z bogactw naturalnych będą szły na szkoły, szpitale i drogi, nie na nienasyconą armię. W której poziom życia (nie tylko u wąskiej kasty oligarchów i złodziei u władzy) i rozwój infrastruktury dopędzi choćby Polskę. Obywatele Federacji Rosyjskiej — sto różnych narodów, a nie tylko Rosjanie — zasługują na umiejętne i uczciwe władze, dbające o prawdziwe dobro swego społeczeństwa, a nie pozostawiające po sobie nędzę, krew i trupy.
W kwestii zakończenia epoki Perejasławia i odwrócenia losów Europy bardzo dobry komentarz dał Grzegorz Górny (wpolityce.pl):
Przekreślenie Perejesławia. Taka szansa, przed jaką stoją dziś Ukraińcy, pojawia się raz na dziesięciolecia
Grzegorz Górny
To, co dzieje się na Ukrainie od listopada zeszłego roku, wciąż ogniskuje uwagę Polaków. Krwawe starcia na kijowskim Majdanie, ucieczka prezydenta Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję, konflikt zbrojny w Donbasie, wybór Petra Poroszenki na nowego prezydenta, zestrzelenie malezyjskiego samolotu — w kalejdoskopie tych wydarzeń łatwo umknąć może jednak pewien historyczny proces, który właśnie obserwujemy.
Jesteśmy bowiem świadkami przekreślenia Perejesławia, czyli odwrócenia trendu dziejowego, zapoczątkowanego w 1654 roku. To właśnie wówczas Kozacy pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego podpisali tzw. ugodę perejesławską z Moskwą. Od tego czasu Ukraina znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. Mitem założycielskim nowej konstelacji geopolitycznej stało się powstanie Chmielnickiego, które wykopało przepaść między dwoma narodami Pierwszej Rzeczpospolitej. Antidotum na to miał być sojusz Kozaków z Moskwą, oparty na wspólnej tożsamości słowiańsko-prawosławnej.
Nic przez wieki nie było w stanie tego zmienić, żaden wrogi akt ze strony Rosji — ani likwidacja Siczy Zaporoskiej w 1775 roku, ani Wielki Głód w 1933 roku. Wszelkie próby odwrócenia sojuszy, począwszy od unii w Hadziaczu w 1658 roku, a skończywszy na układzie Petlura-Piłsudski w 1920 roku, kończyły się niepowodzeniem. Zawsze brakowało pewnej masy krytycznej, zdolnej odwrócić koło historii. W umysły Ukraińców zbyt silnie było bowiem wdrukowane przeświadczenie o braterskich więzach łączących ich z Rosjanami. Nawet jeśli relacje między nimi były niesprawiedliwe, to nadal pozostawały braterskie. W końcu w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia i kłótnie. Dla wielu Ukraińców niewyobrażalna była wręcz nawet hipotetyczna możliwość zerwania z Rosjanami, tak bliskimi im etnicznie, językowo, kulturowo i religijnie.
Obecne wydarzenia przynoszą zmianę tej sytuacji. Im bardziej Rosjanie eskalują konflikt, tym mocniej wpływają na kształtowanie się świadomości narodowej Ukraińców, w której komponent antyrosyjski odgrywa coraz ważniejszą rolę. Obraz starszego brata zastąpiony zostaje obrazem mordercy i agresora. Sprzeciw wobec Rosji utożsamiony zostaje ze sprzeciwem wobec nieludzkiego reżimu, z walką o wolność i godność, a na dodatek przypieczętowany przelaną krwią. Na naszych oczach powstaje nowy mit założycielski współczesnej Ukrainy, który wykuwa się w krwawych bojach z moskiewską satrapią.
Niepodległościowe elity ukraińskie zdają sobie sprawę, że stanęły przed szansą, jaka zdarza się raz na dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Wystarczy przejrzeć ofertę ukraińskich kanałów telewizyjnych, które wciąż pokazują filmy dokumentalne o zbrodniach rosyjskich, sowieckich i komunistycznych. Jeszcze niedawno, za prezydentury Janukowycza, takich obrazów niemal w ogóle nie pokazywano, preferując raczej lekkie rosyjskie komedie lub filmy akcji. Teraz dominuje inny przekaz: zbyt wiele Moskwa wyrządziła nam krzywd, byśmy mogli razem planować wspólną przyszłość. Musimy być niezależni od Rosji.
W tym kontekście do rangi symbolu urasta fakt aneksji Krymu przez Putina. Przecież półwysep ten został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej w 1954 roku — a więc w 300. rocznicę ugody perejesławskiej — jako znak wiecznego sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Zabranie go teraz przez Rosję to jakby unieważnienie Perejesławia, przekreślenie tej relacji.
Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to proces niezwykle korzystny. Powinniśmy wspomagać Ukraińców, by wyrwali się z rosyjskiej strefy wpływów.
25 lipca 2014
http://wpolityce.pl/polityka/206517-przekreslenie-perejeslawia-taka-szansa-przed-jaka-stoja-dzis-ukraincy-pojawia-sie-raz-na-dziesieciolecia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 lipca 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Clubbing z domieszką churchingu
Ten post jest pisany na życzenie Małżonka :)
Czwartek: piwo w Schronisku Chochołowskim, smażone ziemniaki z kefirem w Kolibecce przy Alei Przewodników Tatrzańskich (bardzo właściwa nazwa, czyż nie? :D) — polecam szczególnie to miejsce, bo właściciele zaznaczają w eleganckiej karcie, że w Środę Popielcową i Wielki Piątek nie podają potraw mięsnych — salwatorianie na Bulwarach Słowackiego, w drodze powrotnej babeczka z kajmakiem w Samancie na Kasprusiach. Po drodze jeszcze Halama, Orlik, gdzie równo 60 lat temu zmarł Julian Tuwim, Kornel Makuszyński i Koziołek Matołek pod willą Opolanka.
Piątek: piwo na Hali Ornak, siostry dominikanki kasztanowe Za Strugiem, piwo w Dworze Ślebody na Skibówkach z ceremonią otwarcia igrzysk w Soczi, catering z pierogami ruskimi i ze śliwkami z barku na Piłsudskiego przy Krupówkach.
Sobota: spacer wokół Kopieńca z odpoczynkiem pod kapliczką na Hali Kopieniec, bardzo miłe siostry urszulanki na Jaszczurówce (ten punkt programu to zarówno clubbing, jak i churching, a do tego racuszki z dżemem, opowieści o Janie Pawle i innych świętych, i ploteczki z baaardzo dawną znajomą...), słodki deser w cukierni na Bystrem.
W zestawie chmury, wiatr, wiewiórka, krajobraz po halnym, ponory i wywierzyska.
Sponsorem imprezy był serwis tatrydlakazdego.pl. Dziękujemy! :)
Czwartek: piwo w Schronisku Chochołowskim, smażone ziemniaki z kefirem w Kolibecce przy Alei Przewodników Tatrzańskich (bardzo właściwa nazwa, czyż nie? :D) — polecam szczególnie to miejsce, bo właściciele zaznaczają w eleganckiej karcie, że w Środę Popielcową i Wielki Piątek nie podają potraw mięsnych — salwatorianie na Bulwarach Słowackiego, w drodze powrotnej babeczka z kajmakiem w Samancie na Kasprusiach. Po drodze jeszcze Halama, Orlik, gdzie równo 60 lat temu zmarł Julian Tuwim, Kornel Makuszyński i Koziołek Matołek pod willą Opolanka.
Piątek: piwo na Hali Ornak, siostry dominikanki kasztanowe Za Strugiem, piwo w Dworze Ślebody na Skibówkach z ceremonią otwarcia igrzysk w Soczi, catering z pierogami ruskimi i ze śliwkami z barku na Piłsudskiego przy Krupówkach.
Sobota: spacer wokół Kopieńca z odpoczynkiem pod kapliczką na Hali Kopieniec, bardzo miłe siostry urszulanki na Jaszczurówce (ten punkt programu to zarówno clubbing, jak i churching, a do tego racuszki z dżemem, opowieści o Janie Pawle i innych świętych, i ploteczki z baaardzo dawną znajomą...), słodki deser w cukierni na Bystrem.
W zestawie chmury, wiatr, wiewiórka, krajobraz po halnym, ponory i wywierzyska.
Sponsorem imprezy był serwis tatrydlakazdego.pl. Dziękujemy! :)
![]() |
| Chmury nad Halą Pyszną |
![]() |
| Nad Smreczyńskim Stawem |
![]() |
| Potok Kościeliski |
![]() |
| Kapliczka na Hali Kopieniec, napis: Nic nad Boga, 1950 |
![]() |
| Fragment zniszczeń po grudniowym halnym w Dolinie Olczyskiej |
czwartek, 23 stycznia 2014
Czy biskupowi diecezjalnemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?
Histeria wśród znajomych tzw. aktywnych katolików wokół opublikowania prywatnych notatek Jana Pawła II osiągnęła taki poziom absurdu, że przestałam już się dziwić i tylko się śmieję.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.
Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.
Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
„Wszelkimi sposobami trzeba wam wielbić Jezusa Chrystusa, który was uwielbił, abyście zjednoczeni w tym samym posłannictwie, to jest, poddani biskupowi i prezbiterom, osiągnęli pełnię świętości... Ponieważ jednak, gdy o was idzie, miłość nie pozwala mi milczeć, dlatego uprzedziłem was i zachęcam, abyście jednoczyli się w spełnianiu woli Boga... Dlatego trzeba, abyście pozostawali w jedności z waszym biskupem, co też zresztą czynicie. Wasze czcigodne prezbiterium, czcigodne wobec Boga, złączone jest tak z biskupem, jak struny cytry. W jednomyślności i zgodnej miłości wznosi się pieśń ku chwale Jezusa Chrystusa. Każdy z was niechaj stanie się członkiem takiego chóru, abyście jednomyślni zgodą, podejmując harmonijnie melodię Bożą jednym głosem, śpiewali Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wtedy wysłucha was i pozna po dobrych waszych czynach, że należycie do Jego Syna. Trwajcie przeto w nienaruszonej jedności, abyście mieli trwałe uczestnictwo w Bogu. Jeśli ja sam w krótkim czasie zawarłem z waszym biskupem tak serdeczną znajomość, nie według ciała, lecz duchową, o ileż bardziej was uznaję za szczęśliwych, którzy z nim tak ściśle złączeni jesteście jak Kościół z Jezusem Chrystusem, jak Jezus Chrystus z Ojcem w doskonałej harmonii jedności. Niechaj nikt nie błądzi: jeśli ktoś znajduje się z dala od ołtarza, pozbawia się Bożego chleba”.Wielu jest takich, co do kościoła na mszę przychodzą, albo nawet ją sprawują, ale w sercu są odłączeni, bo jedności ze swoim biskupem nie mają. I wtedy, zgodnie ze słowami św. Ignacego, nie mogą liczyć na świętość, owoce Bożego chleba i poznanie, że należą do Jego Syna.
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.
Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.
Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.
wtorek, 14 stycznia 2014
Ksiądz, dominikanin, duszpasterz młodych: Więcej i weselej o erotyce w Kościele!
Godne ubolewania wypadki, które opisywałam w tym tekście, zostały już częściowo naprawione. Tym samym tekst odniósł skutek i można go było usunąć.
Mam nadzieję, że podobnie zostanie zrobiony porządek z pozostałymi wymienionymi w nim nadużyciami. Będę się przyglądać sprawie.
26 stycznia zaczyna się kapituła polskiej prowincji. Zarówno sami dominikanie, jak i ja proszę o modlitwę w intencji podjęcia na niej dobrych decyzji.
Pozostawiam cytat z papieża Benedykta, bo refleksji nad jego wypowiedziami nigdy za dużo:
Mam nadzieję, że podobnie zostanie zrobiony porządek z pozostałymi wymienionymi w nim nadużyciami. Będę się przyglądać sprawie.
26 stycznia zaczyna się kapituła polskiej prowincji. Zarówno sami dominikanie, jak i ja proszę o modlitwę w intencji podjęcia na niej dobrych decyzji.
Pozostawiam cytat z papieża Benedykta, bo refleksji nad jego wypowiedziami nigdy za dużo:
„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”.
środa, 25 grudnia 2013
Potęga strachu
W nocy na Pasterce w Ewangelii uderzyły mnie słowa, że „anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli”. Wcześniej „Zachariasz przeraził się na ten widok i strach padł na niego” i Maryja też się lękała, skoro anioł powiedział do niej „Nie bój się, Maryjo”. Podobnie z Józefem — usłyszał bowiem we śnie: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki”.
Jak często reagujemy strachem — przesadnym i nieuzasadnionym, i jak bardzo strach, którym podszyte są różne zachowania, nawet nieświadomie i mimowolnie, rozbija nam życie i niszczy różne wartości. To jest chyba taka najbardziej pierwotna i niszcząca emocja, bardziej niż gniew, na pewno rozchwierutana po grzechu pierworodnym i na pewno diabeł mocno na niej gra.
Tę podstawową rolę strachu w motywacjach ludzkich działań zauważyła Lucy Maud Montgomery, autorka „Ani z Zielonego Wzgórza”. W bardzo udanej pod względem psychologicznym książce „Błękitny Zamek” główna bohaterka zaczyna się wyzwalać od zniewolenia i upodlenia przez toksyczną, kołtuńską, zakłamaną rodzinę z fałszywą, sztywną religijnością (trochę odpowiednik naszych Dulskich, ale z zapaszkiem protestanckiego purytanizmu) od chwili, gdy w pożyczonej z biblioteki książce natrafiła na słowa: „Strach to grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizły wąż, który owija się wokół ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżającego, jak żyć w bojaźni”.
Kwestia strachu tak przyciąga moją uwagę, bo badania, które prowadziłam w ramach pracy doktorskiej, potwierdziły, że ludzi dysfunkcyjnych wyróżnia bardzo wysoki poziom lęku, gniewu i poczucia winy — nieadekwatnych, uogólnionych i zinterioryzowanych (utożsamionych z ja), także w życiu religijnym. Zaczęłam podejrzewać, że w ogóle u podłoża dysfunkcji i wynikających z niej problemów leży po prostu strach. Będę starała się to sprawdzić, złożyłam wniosek o grant na kontynuację badań (przy okazji proszę o pobożne westchnienie, żeby mi go przyznali...)
Warto prześledzić w Biblii miejsca, gdy Bóg mówi: „Nie bój się”, „Nie lękaj się”, „Nie bójcie się”, „Nie lękajcie się”. Najczęściej do narodu wybranego lub proroków, ale nie tylko. Jest ich w sumie ponad sto. A także szerzej, miejsca, gdzie tekst święty mówi, że ktoś się bał. Oprócz zacytowanych wyżej chcę teraz wymienić jeszcze jedno miejsce. Bóg mówi do Jeremiasza, powołując go do jego misji: „Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi”. Bardzo znaczące: „Nie lękaj się, bym cię nie napełnił lękiem”. Być może tu leży klucz do zagadki potęgi strachu...
Bł. Jan Paweł II zaczął swój wielki pontyfikat słowami „Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. Wiemy, co się później stało. Gdy ludzie, napełnieni wiarą dzięki słowom papieża-proroka przestali się lękać, upadło niemożliwe, jak się wydawało, do ruszenia imperium zła.
Długo nie pisałam na „Myślach spod chustki”, bo potrzebowałam się wyciszyć, odosobnić, potrzebowałam „klauzury”. Zaczęłam pisać książkę, której celem jest pomoc dorosłym dzieciom alkoholików w rozwiązywaniu problemów ze sferą religijną. Ludzie dysfunkcyjni statystycznie znacznie częściej porzucają Kościół i wiarę niż zdrowi; ich religijność jest obciążona trudnymi emocjami, fałszywymi obrazami Boga, często zniekształcona szkodliwymi przekonaniami. Chciałabym, aby to, co piszę, pozwalało im zdrowieć i prostować ich relacje z Bogiem. Oby ta książeczka pomagała tych ludzi zatrzymać w Kościele, a tym, co odeszli, ułatwić powrót i odnalezienie prawdziwego, miłującego Boga.
I jeszcze prezent gwiazdkowy. Adorujmy wraz ze św. Hieronimem i św. Dominikiem nowo narodzone Dzieciątko i Jego Matkę.
Jak często reagujemy strachem — przesadnym i nieuzasadnionym, i jak bardzo strach, którym podszyte są różne zachowania, nawet nieświadomie i mimowolnie, rozbija nam życie i niszczy różne wartości. To jest chyba taka najbardziej pierwotna i niszcząca emocja, bardziej niż gniew, na pewno rozchwierutana po grzechu pierworodnym i na pewno diabeł mocno na niej gra.
Tę podstawową rolę strachu w motywacjach ludzkich działań zauważyła Lucy Maud Montgomery, autorka „Ani z Zielonego Wzgórza”. W bardzo udanej pod względem psychologicznym książce „Błękitny Zamek” główna bohaterka zaczyna się wyzwalać od zniewolenia i upodlenia przez toksyczną, kołtuńską, zakłamaną rodzinę z fałszywą, sztywną religijnością (trochę odpowiednik naszych Dulskich, ale z zapaszkiem protestanckiego purytanizmu) od chwili, gdy w pożyczonej z biblioteki książce natrafiła na słowa: „Strach to grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizły wąż, który owija się wokół ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżającego, jak żyć w bojaźni”.
Kwestia strachu tak przyciąga moją uwagę, bo badania, które prowadziłam w ramach pracy doktorskiej, potwierdziły, że ludzi dysfunkcyjnych wyróżnia bardzo wysoki poziom lęku, gniewu i poczucia winy — nieadekwatnych, uogólnionych i zinterioryzowanych (utożsamionych z ja), także w życiu religijnym. Zaczęłam podejrzewać, że w ogóle u podłoża dysfunkcji i wynikających z niej problemów leży po prostu strach. Będę starała się to sprawdzić, złożyłam wniosek o grant na kontynuację badań (przy okazji proszę o pobożne westchnienie, żeby mi go przyznali...)
Warto prześledzić w Biblii miejsca, gdy Bóg mówi: „Nie bój się”, „Nie lękaj się”, „Nie bójcie się”, „Nie lękajcie się”. Najczęściej do narodu wybranego lub proroków, ale nie tylko. Jest ich w sumie ponad sto. A także szerzej, miejsca, gdzie tekst święty mówi, że ktoś się bał. Oprócz zacytowanych wyżej chcę teraz wymienić jeszcze jedno miejsce. Bóg mówi do Jeremiasza, powołując go do jego misji: „Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi”. Bardzo znaczące: „Nie lękaj się, bym cię nie napełnił lękiem”. Być może tu leży klucz do zagadki potęgi strachu...
Bł. Jan Paweł II zaczął swój wielki pontyfikat słowami „Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. Wiemy, co się później stało. Gdy ludzie, napełnieni wiarą dzięki słowom papieża-proroka przestali się lękać, upadło niemożliwe, jak się wydawało, do ruszenia imperium zła.
Długo nie pisałam na „Myślach spod chustki”, bo potrzebowałam się wyciszyć, odosobnić, potrzebowałam „klauzury”. Zaczęłam pisać książkę, której celem jest pomoc dorosłym dzieciom alkoholików w rozwiązywaniu problemów ze sferą religijną. Ludzie dysfunkcyjni statystycznie znacznie częściej porzucają Kościół i wiarę niż zdrowi; ich religijność jest obciążona trudnymi emocjami, fałszywymi obrazami Boga, często zniekształcona szkodliwymi przekonaniami. Chciałabym, aby to, co piszę, pozwalało im zdrowieć i prostować ich relacje z Bogiem. Oby ta książeczka pomagała tych ludzi zatrzymać w Kościele, a tym, co odeszli, ułatwić powrót i odnalezienie prawdziwego, miłującego Boga.
I jeszcze prezent gwiazdkowy. Adorujmy wraz ze św. Hieronimem i św. Dominikiem nowo narodzone Dzieciątko i Jego Matkę.
niedziela, 29 września 2013
Obrona realnie potrzebna
13 października 1884 r. Papież Leon XIII podczas dziękczynienia po mszy św. doznał wizji mistycznej, w czasie której usłyszał dialog szatana z Chrystusem.
Gardłowym głosem, pełnym złości szatan krzyczał: Mogę zniszczyć Twój Kościół!
Łagodnym głosem Jezus odpowiedział: Potrafisz? Więc próbuj.
Szatan: Ale do tego potrzeba mi więcej czasu i władzy! Jezus: Ile czasu i władzy potrzebujesz?
Szatan: Od 75 do 100 lat i większą władzę nad tymi, którzy mi służą.
Jezus: Będziesz miał ten czas i władzę. Które stulecie wybierasz?
Szatan: To nadchodzące [XX w.].
Jezus: Więc próbuj, jak potrafisz.
Leon XIII udał się zaraz do biura i ułożył modlitwę do św. Michała Archanioła, którą nakazał biskupom i kapłanom odmawiać po mszy. Sam odmawiał ją wiele razy w ciągu dnia.
Podobno to Fiodor Dostojewski zauważył, że największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie. Miał rację. Ostatnie głośne wydarzenia w Kościele wskazują, że najwyższy czas wrócić do modlitwy leonińskiej.
Więcej informacji o wizji Leona XIII i innych świadectwach wskazujących, by oddawać się w opiekę św. Michała Archanioła, podają ojcowie karmelici z sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach. Akurat do medytacji na dzisiejszy dzień.
Gardłowym głosem, pełnym złości szatan krzyczał: Mogę zniszczyć Twój Kościół!
Łagodnym głosem Jezus odpowiedział: Potrafisz? Więc próbuj.
Szatan: Ale do tego potrzeba mi więcej czasu i władzy! Jezus: Ile czasu i władzy potrzebujesz?
Szatan: Od 75 do 100 lat i większą władzę nad tymi, którzy mi służą.
Jezus: Będziesz miał ten czas i władzę. Które stulecie wybierasz?
Szatan: To nadchodzące [XX w.].
Jezus: Więc próbuj, jak potrafisz.
Leon XIII udał się zaraz do biura i ułożył modlitwę do św. Michała Archanioła, którą nakazał biskupom i kapłanom odmawiać po mszy. Sam odmawiał ją wiele razy w ciągu dnia.
Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Niech go Bóg pogromić raczy, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu Niebieskich Zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.Obserwując świat i Kościół w XX wieku, trudno nie przyznać, że objawienie papieża Leona było prawdziwe. Także słowa: „i większą władzę nad tymi, którzy mi służą”... Tym bardziej trzeba się uciekać do św. Michała Archanioła. Nietrudno zgadnąć, że odmawianie modlitwy leonińskiej po mszy zostało zniesione po ostatnim soborze. Jednak można odmawiać ją nadal prywatnie, namawiał do tego m.in. sam Jan Paweł II (24 kwietnia 1994 r. w południowym rozważaniu niedzielnym). Bardzo mnie cieszy, że codziennie odmawia się ją na modlitwach w wikariacie generalnym Rosji i Ukrainy dominikanów, gdyż jest on jego patronem. I to naprawdę przynosi efekty; sądzę, że gdyby nie to stałe uciekanie się pod ochronę św. Michała, szatan już dawno mógłby zniszczyć i wikariat, i całą Ukrainę.
Podobno to Fiodor Dostojewski zauważył, że największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie. Miał rację. Ostatnie głośne wydarzenia w Kościele wskazują, że najwyższy czas wrócić do modlitwy leonińskiej.
Więcej informacji o wizji Leona XIII i innych świadectwach wskazujących, by oddawać się w opiekę św. Michała Archanioła, podają ojcowie karmelici z sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach. Akurat do medytacji na dzisiejszy dzień.
sobota, 13 lipca 2013
Cierpienia młodego kapłana, czyli Breviarium a rebours
Wczoraj na Facebooku przeczytałam smutną diagnozę aktualnej sytuacji duszpastersko-liturgicznej w polskim Kościele, tym smutniejszą, że celną i trafną. Jej autorem jest pewien młody ksiądz. Chcę ją nieco szerzej skomentować, więc przeklejam ją na „Myśli spod chustki”. Wypowiedź ta była odpowiedzią na pytanie świeckiego użytkownika:
Ksiądz odpowiedział:
W tej wypowiedzi uderzyło mnie poczucie osamotnienia i niezrozumienia przez współbraci w kapłaństwie, a także zapewne świeckich (ale od nich nie oczekujemy takiej świadomości i wiedzy liturgicznej jak od kapłanów). Ciekawe „użycie” znanej roli kard. Wyszyńskiego w uratowaniu polskiego Kościoła przed całkowitym zniszczeniem sakralności i chrześcijańskiej głębi liturgii przed destrukcją z rąk posoborowych barbarzyńców z celebretami (bo nie w sutannach przecież), jak na Zachodzie, nie w celu pielęgnowania liturgii, lecz jej niszczenia. Zdanie „liturgia jest dla ludzi, a nie dla księdza” zdradza całkowitą nieznajomość podstawowego celu liturgii oraz, szerzej, istnienia człowieka i Kościoła, jaką jest oddawanie chwały Bogu (i to mówił ksiądz, a nie świecki, autor cytuje zarzuty swoich współbraci w kapłaństwie!), a także ewangelizacyjnej roli liturgii (wystarczy wspomnieć choćby św. Antoniego Pustelnika). Pośpiech, brak nastawienia na modlitwę i kontemplację, bylejakość, tumiwisizm, jakie wychodzą w zarzucie o „marnowanie” czasu ludzi z powodu śpiewania prefacji i wyboru o kilka minut dłuższej modlitwy eucharystycznej (przypominają mi się te wszystkie piękne frazy obu świętych Teres o błogosławionym marnowaniu swego czasu i życia dla Boga, za co On odpłaci stokrotnie). Zarzut dotyczący łączenia palców, pokazujący całkowite zapomnienie wielowiekowych zasad postępowania w ciągu jednego krótkiego czterdziestolecia od reformy liturgicznej; barbarzyństwo kulturowe i duchowe, nie tylko liturgiczne — i jak można się dziwić, że posoborowa reforma liturgiczna kojarzy mi się (w aspekcie barbarzyństwa i wytworzenia pustyni kulturowej) z rewolucją radziecką i wprowadzaniem komunizmu w Polsce. Tam też najbardziej uderzano w symboliczne gesty, dobry smak, zasady wychowania, stare przekazy kulturowe, cześć dla wyższych wartości — jednym słowem, piękno, wysoką kulturę i cywilizację. Musztardówka, gazeta i własne tłuste paluchy zamiast kryształowych kieliszków, adamaszkowych obrusów i srebrnych sztućców — czy nie obserwujemy tego na co dzień na mszach w tysiącach polskich kościołów? Oczywiście to metafora. Plastikowe ornaty z materiału na zasłonki z brzydkimi wzorami, diesle nawet zamiast paschału, styropianowe dekoracje, walka z czymkolwiek przeznaczonym do kultu Bożego, co nie jest najtańsze i najbardziej przaśne („Łamie ubóstwo!!!”), podczas gdy na dobre samochody, luksusowe wyposażenie budynków do celów pozakultowych oraz obfite i wykwintne jedzenie nikomu (prawie) w Kościele pieniędzy nie żal... Jeden z fejsbukowiczów napisał, że na Śląsku, jeśli ocalały jakieś piękne stare szaty liturgiczne i przedmioty kultu, to tylko dzięki samozaparciu miejskich konserwatorów zabytków, bo proboszczowie z zapałem niszczyli wszystko. Pomyślmy, jaką mentalność i wiarę musieli mieć ci proboszczowie, żeby to robić. I zastanówmy się, kiedy zostali uformowani: po soborze czy raczej przed?
Tutaj autor zwraca uwagę na rzecz bardzo ważną. Nie można pozostawić punktu 1 bez komentarza z punktu 2 (to jest moim zdaniem podstawowy błąd ideowy inicjatyw w rodzaju Kronika Novus Ordo, mimo niewątpliwych zalet). „Barbarzyńcy” z celebretami czy bez są nieczuli na piękno, kontemplację i sacrum w liturgii, na jej głęboką istotę po prostu, bo tak zostali uformowani. Świeccy przez kapłanów, kapłani przez starszych kapłanów. Trzeba o nich myśleć z wielką miłością i współczuciem, płakać nad nimi jak św. Dominik i krzyczeć do Boga o ich nawrócenie. Nie mam wątpliwości, że cała reforma posoborowa (i wiele aktualnie prowadzonych „reform” w Kościele polskim czy na Zachodzie) wynika z całkowitego zeświecczenia duchowego ich protagonistów, czyli po prostu utraty żywej wiary. W efekcie, nawet jeśli zamiary mieli dobre, to skutki są równie błogosławione, jak gdyby za reformowanie Kościoła wzięli się Katarzyna Wiśniewska, Dominika Wielowieyska, Tomasz Lis i Magdalena Środa. Kościół jest przede wszystkim rzeczywistością nie ręką ludzką uczynioną, nawet jeśli jak wierzchołek góry lodowej z wierzchu widoczna jest tylko ludzka i społeczna instytucja. I jeśli do zmieniania Kościoła stosuje się wytyczne i metody rodem z teorii zarządzania organizacją, psychologii społecznej oraz marketingu i public relations, to skutkiem będzie zredukowanie go do jeszcze jednego NGO-su w rodzaju stowarzyszenia miłośników motocykli czy koła soroptymistek. W dużej mierze udało się to już hierarchii zrobić, zwłaszcza na Zachodzie, lecz także i w Polsce. Ale nie wolno się załamywać; jak mawia niezrównany ojciec Marek Pieńkowski, „nigdy nie można tracić nadziei, że Duch Święty jednak działa w Kościele”. Nie z takich terminów przy Bożych auxiliach Kościół już zdołał się podnieść.
Ta uwaga dotyczy rzeczy zupełnie fundamentalnej, która moim zdaniem stoi u źródeł kryzysu katolicyzmu w Polsce. Sprowadzenie roli Kościoła do duszpasterstwa młodzieży. Po pierwsze, sakrament bierzmowania staje się sakramentem ostatniego namaszczenia eklezjalnego. Po drugie, duszpasterstwo bez podstaw liturgicznych i ascetycznych staje się kościelnym domem kultury i świetlicą środowiskową. Kościół polski zużywa olbrzymią część swoich zasobów ludzkich i materialnych na duszpasterstwo młodzieży, ale długofalowe efekty są zupełnie mizerne. Żywa wiara dorosłych utrzymuje się tylko w ruchach oddolnie animowanych przez świeckich, którzy za to dostają często od hierarchii po tylnej części ciała, gdyż są z góry podejrzani ideologicznie i niemile widziani: neokatechumenat, tradsi, odnowa (ta ostatnia może najmniej, pewnie ze względu na skrajny emocjonalizm oraz zamiłowanie do gitar i sacro polo). A także w Rodzinie Radia Maryja (znienawidzonej i pogardzanej przez dużą część kleru i aktywnych katolików świeckich), parafialnych różach różańcowych, trzecich zakonach — czyli tych wszystkich przejawach tradycyjnej katolickiej pobożności, których mimo wieloletnich wysiłków postępowców nie udało się w Polsce całkowicie wyeliminować.
Nie ma wątpliwości, że w swej strategii długoterminowej Kościół polski nie zauważył upadku komunizmu. Za komuny duszpasterstwa były koniecznością, bo niemożliwe były jakiekolwiek działania zewnętrzne; natomiast od ponad dwudziestu lat są hamulcem blokującym ewangelizację szerokich mas zdechrystianizowanego społeczeństwa oraz formację dorosłych.
Kolejny poważny problem. Z wyjątkiem środowisk tradycjonalistycznych duszpasterstwo młodzieży to niemal wyłącznie duszpasterstwo młodzieży żeńskiej. W kontekście zlikwidowania wszelkich zewnętrznych barier oddzielających księdza od świeckich (sutanna, liczne zakazy kulturowe, czego nie wolno robić, obowiązujący sposób odnoszenia się do kapłana z szacunkiem, dystansem i jak do osoby starszej, niezależnie od jego wieku, itp.) duszpasterstwa są przez cały czas mniej lub bardziej podszyte zinternalizowaną seksualnością i stanowią towarzystwa adoracji młodego bolca (mniej lub bardziej chętnie przyjmującego te hołdy) przez tłum głodnych idola fanek. Naoglądałam się tego dość, wszędzie. Sprawę pogarsza kryzys ojcostwa i powszechne rozwody; do duszpasterstw trafiają setki dziewcząt zaburzonych, pozbawionych ojca, które w zastępstwie chcą się „powiesić” na księdzu, a wkrótce zaczynają na nim sprawdzać siłę rodzącej się kobiecości; jednocześnie po soborze przyjęto, niezgodnie z całą wielowiekową tradycją Kościoła, że do pracy z dziewczątkami należy posyłać jak najmłodszych księży. Znam dziesiątki kapłanów prowadzących duszpasterstwa, a tych, którzy potrafili zupełnie wyeliminować kontekst męsko-damski ze swoich relacji z „laseczkami”, nie wystarczyłoby na palce jednej ręki. Nawet jeśli umieją jakoś nie okazać tego samym zainteresowanym (w co wątpię, bo natura jest naturą, nawet u księdza), to wysłuchuję potem rozmarzonych zwierzeń ojców duszpasterzy w rodzaju: „Nawet nie wiesz, jakie piękne są teraz dziewczyny! Można odlecieć z zakonu, czy w habicie, czy bez!” I to nie od popaprańców wyświęconych przez pomyłkę, tylko od skądinąd dojrzałych, pracujących nad swoją świętością i gorliwie modlących się kapłanów. Okazja po prostu czyni złodzieja; a ciągłe przebywanie samotnego mężczyzny w zamkniętym gronie kilkunastu czy kilkudziesięciu dziewcząt w kryzysie rozwojowym, często niezaspokojonych emocjonalnie i z toksycznych rodzin, bez osób z zewnątrz, bez barier chroniących kapłaństwo przed nadmierną poufałością oraz bez kontekstu liturgicznego i ascetycznego musi poważnie go obciążać i wystawiać na pokusy. Oczywiście wytrwanie w takich pokusach w czystości będzie największą zasługą w niebie. Ale ilu nie wytrwa i popadnie w ciągłe grzechy seksualne choćby w myśli i wyobraźni, nawet jeśli nie „odleci” z zakonu czy kapłaństwa ani nie zrobi dziecka? I jakie są owoce takiej pracy duszpasterskiej? Takie, jakie widać. Panienki w końcu znajdują własnego chłopa, z salki kościelnej znikają, a wiary dzieciom nie przekazują, bo im jej nie przekazano.
Sprawę oklasków można pominąć, bo jest to tylko jeszcze jeden przejaw porewolucyjnego schamienia, o którym pisałam wyżej. Interesująca jest uwaga o Golgocie; tutaj można szukać wskazówki, gdzie kapłani — odmieńcy, tacy jak autor tej wypowiedzi, mogą szukać ratunku. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo; jeśli wybrało się Chrystusa, na pewno spotka się z prześladowaniami, jak i sam Chrystus się spotkał. I niczym nowym nie jest, że te wilki drapieżne są w samym Kościele, że z gorliwych kapłanów szydzą ich współbracia w kapłaństwie i przyjaciele — takie jest też stare doświadczenie Psalmisty i Sługi Jahwe. Synu, jeśli chcesz służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie. Niech ich pociechą będzie fakt, że skoro nie odbiorą swej nagrody w tym życiu, a odwrotnie, spotykają ich drwiny i niezrozumienie, to znajdą ją stokrotną w niebie, a Chrystus wraz ze swoją Matką nagrodzą ich za wytrwałe męstwo i dopełnianie własnych udręk dla dobra Kościoła. I polecam tym kapłanom wpatrywanie się w postaci świętej Teresy z Avili i Jana od Krzyża. Znajdą w tych pismach świętych, tak znienawidzonych i prześladowanych za próbę powrotu do obserwancji zakonnych przez własnych współbraci i współsiostry, wielką pociechę dla siebie.
Fakt. Tu ciekawe jest to, że od kilkudziesięciu lat papież pełni w Kościele katolickim rolę idola i celebryty, którego się naśladuje zewnętrznie (zwłaszcza gdy to wygodne), zamiast realizować wydawane przez niego dokumenty i rzeczywiście na co dzień traktować jako przełożonego. Recepcja papieża, przynajmniej w Polsce od czasów Jana Pawła II, zeszła na poziom „Super Expressu” (kremówki, pióropusze, białe motocykle) i na tym poziomie się zatrzymuje — już na szczeblu biskupów. Rzeczywiście, w ostatnich latach Kościół katolicki ociera się o kult jednostki (do pop-wojtylianizmu doszedł pop-franciszkizm; tylko Benedykt był znienawidzony, bo jego osoba nie dawała się sprowadzić do poziomu niedzielnego dodatku do tabloidu, więc pozostawiał swego słuchacza bez żadnego sedatywu, w nieznośnej pustce stawianych wymagań i wzywania do nawrócenia); jego krytycy, czy to prawosławni i protestanccy, czy to ateistyczni, mają sporo racji, stawiając ten zarzut. Trzeba przemyśleć na nowo rolę papieża, jak i rolę kolegialności w Kościele. Słusznie powiedział mi ostatnio znajomy teolog, jeden z najwybitniejszych polskich tomistów, że na swoim roku szabatowym zamierza zająć się eklezjologią, bo jest ona obecnie w głębokim kryzysie.
Dwie uwagi, bo reszta oczywista. Pierwsza: „ludzie” (czyli „względy duszpasterskie”) są najczęstszym wykrętem, stosowanym przez wypalonych i rozleniwiałych kapłanów jako wymówka, by nie dążyć wzwyż, nie patrzeć dalej, nie starać się bardziej. Druga: zarzut o lefebryzm. Od prawie roku, odkąd moje starania o mszę w rycie dominikańskim zrobiły się głośne, padam ze strony części środowiska dominikańskiego (z braćmi na czele) ofiarą burzy ataków, podejrzeń, zniesławień, z naczelnym zarzutem o lefebryzm. Jak to się dzieje, że większość duchowieństwa oraz tzw. otwarci katolicy spolegliwie odnoszą się do wszelkich rzeczywistych heretyków i schizmatyków (bracia protestanci, prawosławni itd.), a także innowierców i ateistów, i chcą z nimi gorliwie dialogować itd., a wobec lefebrystów, którzy uznają papieża i katolickie wyznanie wiary, a z nauczania ostatniego soboru odrzucają nie większy procent niż przeważająca część katolików (choć ma się rozumieć, z innego dokumentu — niektóre zapisy Dignitatis humanae, a nie Sacrosanctum concilium), zieją integralną nienawiścią i pogardą, której jako żywo z Ewangelią w żaden sposób nie da się pogodzić? Nie da i już? Natomiast w atakach na mnie zadziwia mnie to, że nikt z atakujących nawet mnie nie zapytał, jakie są moje PRAWDZIWE intencje i zamiary. ONI wiedzą. I z krzykiem potępiają, jak zwieziona z zakładów pracy tłuszcza w marcu ’68. A spotykam tych ludzi na co dzień i mają mojego maila.
Taka karma. Obserwanci i reformatorzy (jeśli przez reformę rozumieć równanie w górę, a nie w dół) nigdy nie mają łatwo. Jak powiedział wczoraj na kazaniu Andrzej Morka, owce mają być owcami i iść na prześladowania między wilki, bo taka jest ich rola, a wilki mają prawo być wilkami, bo to jest ich rola.
Pod omawianą wypowiedzią młodego kapłana pojawił się komentarz innego, z innej diecezji:
„Źródło i szczyt” to oczywiście aluzja do najbardziej (choć milcząco) kontestowanego dokumentu Soboru Watykańskiego II, Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum concilium („Liturgia jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc”). Wiem także od innych gorliwych kapłanów, którym na sercu leży pobożne i pełne czci sprawowanie liturgii, że odczuwają podobne osamotnienie i potępienie ze strony wiernych, a najbardziej innych kapłanów. Pomyślałam, że my, świeccy katolicy, powinniśmy ich wesprzeć jak Mojżesza, aby nie osłabły im ręce. Dołączmy ich do naszych modlitw, pamiętajmy o nich. Każdy z czytelników tego bloga z pewnością zna osobiście takich kapłanów. Niech żaden z nich nie zostanie bez naszego wsparcia modlitewnego i dobrego słowa. Okażmy im, że ich praca jest potrzebna i że świadomi wierni świeccy na takich właśnie kapłanów czekają. Człowiek ma tendencję skupiać się na złu. Mówmy o dobru. Potrzebne jest „Breviarium” a rebours.
„Ja się zastanawiam najbardziej, czy ksiądz chcący działać, również liturgicznie, jak należy, jest w tym bardzo samotny. Czy tak wielu tego nie robi, bo ich nie obchodzi, czy może próbowali i dostali po łapach. (Pytam akurat przy Księdza wpisie, ale interesuje mnie ogólnie).”
Ksiądz odpowiedział:
„1. Nie wiem jak gdzie indziej, ale u mnie w diecezji — jest samotny, bo nikt nie widzi żadnych problemów (Wyszyński nas uratował; źle jest na Zachodzie a nie u nas; liturgia jest dla ludzi a nie dla księdza — proszę nie przedłużać śpiewając prefację; po co te palce łączysz, dziwaczysz i tyle; stare ornaty — ładne, ale po co; nowe, ładne ornaty — mamy stare (z PRL-u) więc po co nowe, II ME zapluta, pierwsza sama się zamyka od nieużywania.”
W tej wypowiedzi uderzyło mnie poczucie osamotnienia i niezrozumienia przez współbraci w kapłaństwie, a także zapewne świeckich (ale od nich nie oczekujemy takiej świadomości i wiedzy liturgicznej jak od kapłanów). Ciekawe „użycie” znanej roli kard. Wyszyńskiego w uratowaniu polskiego Kościoła przed całkowitym zniszczeniem sakralności i chrześcijańskiej głębi liturgii przed destrukcją z rąk posoborowych barbarzyńców z celebretami (bo nie w sutannach przecież), jak na Zachodzie, nie w celu pielęgnowania liturgii, lecz jej niszczenia. Zdanie „liturgia jest dla ludzi, a nie dla księdza” zdradza całkowitą nieznajomość podstawowego celu liturgii oraz, szerzej, istnienia człowieka i Kościoła, jaką jest oddawanie chwały Bogu (i to mówił ksiądz, a nie świecki, autor cytuje zarzuty swoich współbraci w kapłaństwie!), a także ewangelizacyjnej roli liturgii (wystarczy wspomnieć choćby św. Antoniego Pustelnika). Pośpiech, brak nastawienia na modlitwę i kontemplację, bylejakość, tumiwisizm, jakie wychodzą w zarzucie o „marnowanie” czasu ludzi z powodu śpiewania prefacji i wyboru o kilka minut dłuższej modlitwy eucharystycznej (przypominają mi się te wszystkie piękne frazy obu świętych Teres o błogosławionym marnowaniu swego czasu i życia dla Boga, za co On odpłaci stokrotnie). Zarzut dotyczący łączenia palców, pokazujący całkowite zapomnienie wielowiekowych zasad postępowania w ciągu jednego krótkiego czterdziestolecia od reformy liturgicznej; barbarzyństwo kulturowe i duchowe, nie tylko liturgiczne — i jak można się dziwić, że posoborowa reforma liturgiczna kojarzy mi się (w aspekcie barbarzyństwa i wytworzenia pustyni kulturowej) z rewolucją radziecką i wprowadzaniem komunizmu w Polsce. Tam też najbardziej uderzano w symboliczne gesty, dobry smak, zasady wychowania, stare przekazy kulturowe, cześć dla wyższych wartości — jednym słowem, piękno, wysoką kulturę i cywilizację. Musztardówka, gazeta i własne tłuste paluchy zamiast kryształowych kieliszków, adamaszkowych obrusów i srebrnych sztućców — czy nie obserwujemy tego na co dzień na mszach w tysiącach polskich kościołów? Oczywiście to metafora. Plastikowe ornaty z materiału na zasłonki z brzydkimi wzorami, diesle nawet zamiast paschału, styropianowe dekoracje, walka z czymkolwiek przeznaczonym do kultu Bożego, co nie jest najtańsze i najbardziej przaśne („Łamie ubóstwo!!!”), podczas gdy na dobre samochody, luksusowe wyposażenie budynków do celów pozakultowych oraz obfite i wykwintne jedzenie nikomu (prawie) w Kościele pieniędzy nie żal... Jeden z fejsbukowiczów napisał, że na Śląsku, jeśli ocalały jakieś piękne stare szaty liturgiczne i przedmioty kultu, to tylko dzięki samozaparciu miejskich konserwatorów zabytków, bo proboszczowie z zapałem niszczyli wszystko. Pomyślmy, jaką mentalność i wiarę musieli mieć ci proboszczowie, żeby to robić. I zastanówmy się, kiedy zostali uformowani: po soborze czy raczej przed?
„2. Wielu nie dba jak powinni o liturgię bo jej nie rozumie, nie umie, nie uczy się, nie ma na to czasu, nie chce. Powodów jest milion. Przede wszystkim w seminarium mamy bardzo kiepskie wykłady z liturgiki, niestety...”
Tutaj autor zwraca uwagę na rzecz bardzo ważną. Nie można pozostawić punktu 1 bez komentarza z punktu 2 (to jest moim zdaniem podstawowy błąd ideowy inicjatyw w rodzaju Kronika Novus Ordo, mimo niewątpliwych zalet). „Barbarzyńcy” z celebretami czy bez są nieczuli na piękno, kontemplację i sacrum w liturgii, na jej głęboką istotę po prostu, bo tak zostali uformowani. Świeccy przez kapłanów, kapłani przez starszych kapłanów. Trzeba o nich myśleć z wielką miłością i współczuciem, płakać nad nimi jak św. Dominik i krzyczeć do Boga o ich nawrócenie. Nie mam wątpliwości, że cała reforma posoborowa (i wiele aktualnie prowadzonych „reform” w Kościele polskim czy na Zachodzie) wynika z całkowitego zeświecczenia duchowego ich protagonistów, czyli po prostu utraty żywej wiary. W efekcie, nawet jeśli zamiary mieli dobre, to skutki są równie błogosławione, jak gdyby za reformowanie Kościoła wzięli się Katarzyna Wiśniewska, Dominika Wielowieyska, Tomasz Lis i Magdalena Środa. Kościół jest przede wszystkim rzeczywistością nie ręką ludzką uczynioną, nawet jeśli jak wierzchołek góry lodowej z wierzchu widoczna jest tylko ludzka i społeczna instytucja. I jeśli do zmieniania Kościoła stosuje się wytyczne i metody rodem z teorii zarządzania organizacją, psychologii społecznej oraz marketingu i public relations, to skutkiem będzie zredukowanie go do jeszcze jednego NGO-su w rodzaju stowarzyszenia miłośników motocykli czy koła soroptymistek. W dużej mierze udało się to już hierarchii zrobić, zwłaszcza na Zachodzie, lecz także i w Polsce. Ale nie wolno się załamywać; jak mawia niezrównany ojciec Marek Pieńkowski, „nigdy nie można tracić nadziei, że Duch Święty jednak działa w Kościele”. Nie z takich terminów przy Bożych auxiliach Kościół już zdołał się podnieść.
„3. Wielu nie widzi sensu studiować głębiej liturgii, na zasadzie mam odprawić to odprawię, potem mam ważniejsze rzeczy do roboty (ksiądz ma być duszpasterzem młodzieży i katechetą, a nie liturgiem).”
Ta uwaga dotyczy rzeczy zupełnie fundamentalnej, która moim zdaniem stoi u źródeł kryzysu katolicyzmu w Polsce. Sprowadzenie roli Kościoła do duszpasterstwa młodzieży. Po pierwsze, sakrament bierzmowania staje się sakramentem ostatniego namaszczenia eklezjalnego. Po drugie, duszpasterstwo bez podstaw liturgicznych i ascetycznych staje się kościelnym domem kultury i świetlicą środowiskową. Kościół polski zużywa olbrzymią część swoich zasobów ludzkich i materialnych na duszpasterstwo młodzieży, ale długofalowe efekty są zupełnie mizerne. Żywa wiara dorosłych utrzymuje się tylko w ruchach oddolnie animowanych przez świeckich, którzy za to dostają często od hierarchii po tylnej części ciała, gdyż są z góry podejrzani ideologicznie i niemile widziani: neokatechumenat, tradsi, odnowa (ta ostatnia może najmniej, pewnie ze względu na skrajny emocjonalizm oraz zamiłowanie do gitar i sacro polo). A także w Rodzinie Radia Maryja (znienawidzonej i pogardzanej przez dużą część kleru i aktywnych katolików świeckich), parafialnych różach różańcowych, trzecich zakonach — czyli tych wszystkich przejawach tradycyjnej katolickiej pobożności, których mimo wieloletnich wysiłków postępowców nie udało się w Polsce całkowicie wyeliminować.
Nie ma wątpliwości, że w swej strategii długoterminowej Kościół polski nie zauważył upadku komunizmu. Za komuny duszpasterstwa były koniecznością, bo niemożliwe były jakiekolwiek działania zewnętrzne; natomiast od ponad dwudziestu lat są hamulcem blokującym ewangelizację szerokich mas zdechrystianizowanego społeczeństwa oraz formację dorosłych.
„4. Zbyt małe zrozumienie ewangelizacyjnej roli liturgii — gitarka, uśmiech, żarciki, chwytliwe tekściki, bajerowanie dziewczątek wystarczy.”
Kolejny poważny problem. Z wyjątkiem środowisk tradycjonalistycznych duszpasterstwo młodzieży to niemal wyłącznie duszpasterstwo młodzieży żeńskiej. W kontekście zlikwidowania wszelkich zewnętrznych barier oddzielających księdza od świeckich (sutanna, liczne zakazy kulturowe, czego nie wolno robić, obowiązujący sposób odnoszenia się do kapłana z szacunkiem, dystansem i jak do osoby starszej, niezależnie od jego wieku, itp.) duszpasterstwa są przez cały czas mniej lub bardziej podszyte zinternalizowaną seksualnością i stanowią towarzystwa adoracji młodego bolca (mniej lub bardziej chętnie przyjmującego te hołdy) przez tłum głodnych idola fanek. Naoglądałam się tego dość, wszędzie. Sprawę pogarsza kryzys ojcostwa i powszechne rozwody; do duszpasterstw trafiają setki dziewcząt zaburzonych, pozbawionych ojca, które w zastępstwie chcą się „powiesić” na księdzu, a wkrótce zaczynają na nim sprawdzać siłę rodzącej się kobiecości; jednocześnie po soborze przyjęto, niezgodnie z całą wielowiekową tradycją Kościoła, że do pracy z dziewczątkami należy posyłać jak najmłodszych księży. Znam dziesiątki kapłanów prowadzących duszpasterstwa, a tych, którzy potrafili zupełnie wyeliminować kontekst męsko-damski ze swoich relacji z „laseczkami”, nie wystarczyłoby na palce jednej ręki. Nawet jeśli umieją jakoś nie okazać tego samym zainteresowanym (w co wątpię, bo natura jest naturą, nawet u księdza), to wysłuchuję potem rozmarzonych zwierzeń ojców duszpasterzy w rodzaju: „Nawet nie wiesz, jakie piękne są teraz dziewczyny! Można odlecieć z zakonu, czy w habicie, czy bez!” I to nie od popaprańców wyświęconych przez pomyłkę, tylko od skądinąd dojrzałych, pracujących nad swoją świętością i gorliwie modlących się kapłanów. Okazja po prostu czyni złodzieja; a ciągłe przebywanie samotnego mężczyzny w zamkniętym gronie kilkunastu czy kilkudziesięciu dziewcząt w kryzysie rozwojowym, często niezaspokojonych emocjonalnie i z toksycznych rodzin, bez osób z zewnątrz, bez barier chroniących kapłaństwo przed nadmierną poufałością oraz bez kontekstu liturgicznego i ascetycznego musi poważnie go obciążać i wystawiać na pokusy. Oczywiście wytrwanie w takich pokusach w czystości będzie największą zasługą w niebie. Ale ilu nie wytrwa i popadnie w ciągłe grzechy seksualne choćby w myśli i wyobraźni, nawet jeśli nie „odleci” z zakonu czy kapłaństwa ani nie zrobi dziecka? I jakie są owoce takiej pracy duszpasterskiej? Takie, jakie widać. Panienki w końcu znajdują własnego chłopa, z salki kościelnej znikają, a wiary dzieciom nie przekazują, bo im jej nie przekazano.
„5. Brak poczucia, że do ołtarza idę pod Golgotę — kiedyś pewien ksiądz na rekolekcjach wiedząc, że nie znoszę oklasków na liturgii, specjalnie na dziękczynienie kazał dzieciom klaskać i kątem oka patrzył jak zaciskam pięści (byłem jedyną osobą w kościele, która nie wstała i nie klaskała, a potem musiałem odpowiadać na pytania dzieci i młodzieży dlaczego).”
Sprawę oklasków można pominąć, bo jest to tylko jeszcze jeden przejaw porewolucyjnego schamienia, o którym pisałam wyżej. Interesująca jest uwaga o Golgocie; tutaj można szukać wskazówki, gdzie kapłani — odmieńcy, tacy jak autor tej wypowiedzi, mogą szukać ratunku. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo; jeśli wybrało się Chrystusa, na pewno spotka się z prześladowaniami, jak i sam Chrystus się spotkał. I niczym nowym nie jest, że te wilki drapieżne są w samym Kościele, że z gorliwych kapłanów szydzą ich współbracia w kapłaństwie i przyjaciele — takie jest też stare doświadczenie Psalmisty i Sługi Jahwe. Synu, jeśli chcesz służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie. Niech ich pociechą będzie fakt, że skoro nie odbiorą swej nagrody w tym życiu, a odwrotnie, spotykają ich drwiny i niezrozumienie, to znajdą ją stokrotną w niebie, a Chrystus wraz ze swoją Matką nagrodzą ich za wytrwałe męstwo i dopełnianie własnych udręk dla dobra Kościoła. I polecam tym kapłanom wpatrywanie się w postaci świętej Teresy z Avili i Jana od Krzyża. Znajdą w tych pismach świętych, tak znienawidzonych i prześladowanych za próbę powrotu do obserwancji zakonnych przez własnych współbraci i współsiostry, wielką pociechę dla siebie.
„6. Najnowsze tłumaczenie: FRANCISZEK TEGO NIE LUBI, NIE CHCE, NIE ROBI, NIE POTRZEBUJE, INACZEJ UCZY... szkoda, że Benedykta XVI tak nie zauważali i nie słuchali...”
Fakt. Tu ciekawe jest to, że od kilkudziesięciu lat papież pełni w Kościele katolickim rolę idola i celebryty, którego się naśladuje zewnętrznie (zwłaszcza gdy to wygodne), zamiast realizować wydawane przez niego dokumenty i rzeczywiście na co dzień traktować jako przełożonego. Recepcja papieża, przynajmniej w Polsce od czasów Jana Pawła II, zeszła na poziom „Super Expressu” (kremówki, pióropusze, białe motocykle) i na tym poziomie się zatrzymuje — już na szczeblu biskupów. Rzeczywiście, w ostatnich latach Kościół katolicki ociera się o kult jednostki (do pop-wojtylianizmu doszedł pop-franciszkizm; tylko Benedykt był znienawidzony, bo jego osoba nie dawała się sprowadzić do poziomu niedzielnego dodatku do tabloidu, więc pozostawiał swego słuchacza bez żadnego sedatywu, w nieznośnej pustce stawianych wymagań i wzywania do nawrócenia); jego krytycy, czy to prawosławni i protestanccy, czy to ateistyczni, mają sporo racji, stawiając ten zarzut. Trzeba przemyśleć na nowo rolę papieża, jak i rolę kolegialności w Kościele. Słusznie powiedział mi ostatnio znajomy teolog, jeden z najwybitniejszych polskich tomistów, że na swoim roku szabatowym zamierza zająć się eklezjologią, bo jest ona obecnie w głębokim kryzysie.
„7. Nieśmiertelne stwierdzenia: jest dobrze, po co kombinować/zmieniać; daj se spokój; szkoda czasu, ludzie i tak nic z tego nie rozumieją; są ważniejsze sprawy/problemy/kwestie; lefebrysta; przechodzisz już do Bractwa?”
Dwie uwagi, bo reszta oczywista. Pierwsza: „ludzie” (czyli „względy duszpasterskie”) są najczęstszym wykrętem, stosowanym przez wypalonych i rozleniwiałych kapłanów jako wymówka, by nie dążyć wzwyż, nie patrzeć dalej, nie starać się bardziej. Druga: zarzut o lefebryzm. Od prawie roku, odkąd moje starania o mszę w rycie dominikańskim zrobiły się głośne, padam ze strony części środowiska dominikańskiego (z braćmi na czele) ofiarą burzy ataków, podejrzeń, zniesławień, z naczelnym zarzutem o lefebryzm. Jak to się dzieje, że większość duchowieństwa oraz tzw. otwarci katolicy spolegliwie odnoszą się do wszelkich rzeczywistych heretyków i schizmatyków (bracia protestanci, prawosławni itd.), a także innowierców i ateistów, i chcą z nimi gorliwie dialogować itd., a wobec lefebrystów, którzy uznają papieża i katolickie wyznanie wiary, a z nauczania ostatniego soboru odrzucają nie większy procent niż przeważająca część katolików (choć ma się rozumieć, z innego dokumentu — niektóre zapisy Dignitatis humanae, a nie Sacrosanctum concilium), zieją integralną nienawiścią i pogardą, której jako żywo z Ewangelią w żaden sposób nie da się pogodzić? Nie da i już? Natomiast w atakach na mnie zadziwia mnie to, że nikt z atakujących nawet mnie nie zapytał, jakie są moje PRAWDZIWE intencje i zamiary. ONI wiedzą. I z krzykiem potępiają, jak zwieziona z zakładów pracy tłuszcza w marcu ’68. A spotykam tych ludzi na co dzień i mają mojego maila.
Taka karma. Obserwanci i reformatorzy (jeśli przez reformę rozumieć równanie w górę, a nie w dół) nigdy nie mają łatwo. Jak powiedział wczoraj na kazaniu Andrzej Morka, owce mają być owcami i iść na prześladowania między wilki, bo taka jest ich rola, a wilki mają prawo być wilkami, bo to jest ich rola.
Pod omawianą wypowiedzią młodego kapłana pojawił się komentarz innego, z innej diecezji:
„Dobrze wytłumaczone — niestety... A jeśli mogę się dołączyć, to »po łapach« również się dostaje... Największy absurd — obrywa ci się za to, że starasz się dbać o »szczyt i żródło«... :(”
„Źródło i szczyt” to oczywiście aluzja do najbardziej (choć milcząco) kontestowanego dokumentu Soboru Watykańskiego II, Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum concilium („Liturgia jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc”). Wiem także od innych gorliwych kapłanów, którym na sercu leży pobożne i pełne czci sprawowanie liturgii, że odczuwają podobne osamotnienie i potępienie ze strony wiernych, a najbardziej innych kapłanów. Pomyślałam, że my, świeccy katolicy, powinniśmy ich wesprzeć jak Mojżesza, aby nie osłabły im ręce. Dołączmy ich do naszych modlitw, pamiętajmy o nich. Każdy z czytelników tego bloga z pewnością zna osobiście takich kapłanów. Niech żaden z nich nie zostanie bez naszego wsparcia modlitewnego i dobrego słowa. Okażmy im, że ich praca jest potrzebna i że świadomi wierni świeccy na takich właśnie kapłanów czekają. Człowiek ma tendencję skupiać się na złu. Mówmy o dobru. Potrzebne jest „Breviarium” a rebours.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






