wtorek, 29 grudnia 2015

Cholerne partnerstwo czy promieniowanie ojcostwa?

„To cholerne partnerstwo demokratyczne, które nie zna autorytetu ojca, jest ogromnie smutne i samotne. Rodzi relacje poziome, a przede wszystkim blokuje rozwój. Wszyscy są równi, wszyscy kolesie, sami bracia. Nie ma tatusia, same sieroty. Każdy ma jeden tylko głos – głupi czy mądry. Taki sam. Tymczasem głosów nie trzeba liczyć, trzeba ważyć. To bardzo niedemokratyczna postawa. Od kolegi nie można wymagać, bo powie: »Zjeżdżaj«. A ojciec ma prawo wymagać. Stąd też kształty mojej miłości do młodych to stawianie wymagań. A oni odwzajemniają mi się z nawiązką”.
To są słowa ojca Jana Góry z jego ostatniej książki ...znaczy ksiądz. Zacytował je arcybiskup Damian Zimoń we wspomnieniu o ojcu Janie: „Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, kończyłem lekturę tej książki. I podkreśliłem fragment, który moim zdaniem jest kluczowy – Góra odpowiada na pytanie, jak rozumie sens i promieniowanie ojcostwa, to jest jak testament”.
Nie czytałam jeszcze tej książki, ale pierwsza książka ojca Góry, Mój dom, wywarła na mnie podobnie silne wrażenie, jak ostatnia na arcybiskupie Zimoniu. Uczyłam się z niej tradycyjnej, polskiej pobożności, której dotknęłam w dzieciństwie w podwarszawskiej parafii, ale później zapomniałam pod wpływem różnych oaz i dominikanów. Nie byłabym tu, gdzie jestem, bez tej książki, a być może w ogóle odeszłabym od wiary.
Ojciec Góra do końca życia celebrował wyłącznie nowy ryt rzymski, ale z tego, co wiem, do naszych wysiłków na rzecz przywrócenia Mszy św. w rycie dominikańskim odnosił się z życzliwym zainteresowaniem. Szanował tradycję i rozumiał jej znaczenie dla przetrwania wiary.
Jak mało kto rozumiał też ojcostwo. Był prawdziwym, mądrym i hojnym ojcem.

piątek, 25 września 2015

Kościół Katolicki Spółka Akcyjna

W ostatnich dniach tak zwykli ludzie, jak i część grafików, dziennikarzy i specjalistów od komunikacji publicznej (z wyjątkiem tych mainstreamowo-liberalnych, ma się rozumieć), pastwi się nad nowym logo Konferencji Episkopatu Polski:


Oprócz podobieństwa do innych logo, np. sieci aptek, oraz ubóstwa kreacyjnego, zwraca się uwagę na postępującą laicyzację przekazu kierowanego do sfery publicznej przez Kościół katolicki (i tu mamy odpowiedź na nie zadane wyżej pytanie, dlaczego akurat media mainstreamowo-liberalne pomysł z nowym logiem KEP chwalą). Proces taki rzeczywiście, w mojej opinii, zachodzi, i sprawa logo KEP jest tylko jego emblematyczną ilustracją. Niedawno podobną operację przeprowadziła na przykład Polska Prowincja Dominikanów. Oto przyjęte przez nią i szeroko reklamowane logo jubileuszu 800-lecia Zakonu, obowiązujące w Polsce:


Znowu, nie komentuję „garażowego” wzornictwa i błędów projektowych, na które zwrócili już w Internecie uwagę graficy. Chcę się skupić na innym fakcie: demontowania przez samą hierarchię katolicką religijnego wizerunku Kościoła, stopniowego, acz konsekwentnego usuwania wszystkiego, co się kojarzy z wiarą, pobożnością, aktami religijnymi, zbawieniem wysłużonym przez Chrystusa na Kalwarii... Proces ten trwa od kilkudziesięciu lat (w Polsce — według mnie — od dziesięciu, od śmierci Jana Pawła II) i ostatnio gwałtownie przyspieszył. Jest on oczywiście bliźniaczym odpowiednikiem konsekwentnego wypłukiwania przestrzeni społecznej z chrześcijaństwa w Europie. Mianowicie oryginalny herb Zakonu Dominikańskiego, z którego polskie logo jubileuszu ewidentnie czerpie, wygląda tak:

Przedstawia krzyż, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Z ramionami zakończonymi liliami Andegawenów, bo takie są uwarunkowania historyczne, biało-czarny ze względu na oficjalne kolory Zakonu, ale krzyż. Stat Crux dum volvitur orbis.
Ten krzyż, żeby nie uderzał, nie raził, nie zmuszał do myślenia, został przerobiony na plusik z kolorowymi przecinkami i wmontowany w inne elementy graficzne, żeby zanikł na ich tle.
Dla porównania kilka zagranicznych logo opracowanych przez zagraniczne struktury Zakonu na jubileusz 800-lecia. Wszystkie pochodzą ze zlaicyzowanego Zachodu!








Na Zachodzie znalazłam jeden przykład zlaicyzowanego logo jubileuszu. W tym wypadku jest ono wkomponowane w większą ilustrację, mającą ewidentnie religijny charakter. Samo logo ma wygląd zupełnie świecki i jest, nawiasem mówiąc, podobne do znaku graficznego warszawskich Domów Centrum. Mimo to, w proporcjach liczbowych zachodnie prowincje Zakonu wypadają znacznie lepiej od polskiej.


Proces świadomego i dobrowolnego zastępowania przez hierarchię kościelną religijnych oficjalnych przekazów graficznych świeckimi burzy niesmak i oburzenie, wszyscy oczywiście wiemy, czego jest on świadectwem i jak się to skończy (vide hasło, które powtarzam jak Katon: „Kościół posoborowy zdemontuje się sam”). Jego pierwowzorem jest usuwanie symboli religijnych z elementów identyfikacji wizualnej przez firmy i instytucje świeckie. Takim znanym przykładem jest korporacja ubezpieczeniowa Norwich Union. Przez wiele lat jej symbolem była wieża katedry w Norwich, najsłynniejszego zabytku miasta:



Później została ona zredukowana do znaku w kolorystyce kreskówek, ale jeszcze dość czytelnego:


Kilka lat temu na fali gwałtownych ataków liberalnych na chrześcijaństwo i obecność symboli religijnych w życiu publicznym wieża katedry została zredukowana do:


Tak aby niczego już nie przypominała. Cały proces (później doszła jeszcze zmiana właściciela i nazwy) wyglądał tak:


Nie dziwię się, że dominikanie i Episkopat podążają tą samą drogą. Już wielu komentatorów stwierdziło, że w Kościele katolickim w Europie zachodzi proces korporatyzacji, czyli po prostu zamiany w korpo, przyjęcia kultury organizacyjnej typowej dla wielkich organizacji komercyjnych, wraz z technokratycznym wzorcem zarządzania — opartym na sukcesie i zysku, a nie wartościach. Na pojawienie się tego zjawiska w Polsce skarżyło mi się już kilku znajomych księży, w tym dominikanie (w odniesieniu tak do całego Kościoła, jak i własnego zakonnego podwórka). Pojawiło się pokolenie księży zafascynowanych kulturą korpo i naśladujących ją. Dopóki chodzi tylko o małpowanie korporacyjnego stylu zebrań i język nasycony słówkami typu flipczart, promo kontentu, target itd. (takim czymś mnie poczęstowano na prezentacji biura Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, a kontentem była Ewangelia, którą się teraz promuje, a nie głosi), jest jeszcze śmiesznie, choć zarazem żałośnie (w sumie jest to tylko nowa odsłona lukania bez łindoły niewykształconych galicyjskich imigrantów w Ameryce). Przechodzimy jednak do strachu i przerażenia (phobos kai deimos), kiedy zaczynają do nas docierać opowiastki takie jak następująca (zaręczam, że niestety autentyczna):
Kilka lat temu mój znajomy ksiądz był na zebraniu dla księży zwołanym przez kierownictwo kurii dużej polskiej diecezji. Po zebraniu gadka szmatka. Wysoki urzędnik kurii chwali się, że udało się podpisać korzystną umowę spółki z komercyjnym partnerem zewnętrznym na budowę komercyjnego biurowca na wynajem na cennym gruncie w centrum miasta, uzyskanym od skarbu państwa w ramach odszkodowań dla Kościoła katolickiego. — Po co wam komercyjny biurowiec? — zapytał mój idealistycznie nastawiony znajomy ksiądz. — Jak to po co? Żebyśmy mieli się z czego utrzymywać, gdy wierni odejdą.
Kurtyna.
Autentyk, naprawdę.
Kościół posoborowy zdemontuje się sam.
A wtedy zaczniemy od początku, jak w dowcipie powtarzanym w mojej rodzinie:
Skończyła się III Wojna Światowa. Przeżyło ją dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Mężczyźni pobili się o kobietę i wzajemnie się pozabijali. Wtedy z lasu wychodzi goryl, kładzie jej łapę na ramieniu i mówi: — Skończyła się IV Wojna Światowa. Chodź, zaczniemy od początku.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Obrony wrogów Kościoła ciąg dalszy

Dyskutowałam ostatnio z pewnym Hiszpanem, człowiekiem wielkiej kultury, przedstawicielem tzw. kultury wysokiej i to w najlepszym wydaniu. Opowiadał mi, jak Kościół się zachowywał w ostatnich latach przed wybuchem antyklerykalizmu w społeczeństwie hiszpańskim i jego masowym odejściem od wiary. Z wielu podobnych historii utkwiła mi jedna. Tradycyjnie w hiszpańskich wsiach i miastach były nieruchomości będące własnością wspólnoty, gminy. Lokalna społeczność mogła je wykorzystywać dla różnych celów, takich jak zebrania, kultura czy rozrywka. Także dla celów religijnych. Rząd hiszpański w pewnym momencie przekazał te wszystkie nieruchomości Kościołowi. A Kościół uznał je za swoją prywatną własność. Jedne zostały sprzedane na komercyjne cele, inne po prostu zamknięto. Uniemożliwiono korzystanie z nich społecznościom, które kiedyś przed wiekami je wybudowały dla wspólnego pożytku. W miejscowości znanej mojemu rozmówcy taki domek służył do noclegu uczestnikom pieszych pielgrzymek religijnych. Domek przejął ksiądz i wyrzucił pielgrzymów, zamieniając go na komercyjny interes. Mój hiszpański znajomy, prywatnie ateista, był, delikatnie rzecz biorąc, z lekka zgorszony takim sposobem traktowania wiernych przez księży. Po wysłuchaniu tych opowieści stwierdziłam, że zachowanie Hiszpanów, którzy gremialnie poparli demontaż chrześcijańskiej formy państwa i społeczeństwa przez premiera Zapatero, było absolutnie racjonalne i zrozumiałe.

I tak sobie myślę, że ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu w sprawie in vitro oraz skutków podpisania ustawy o nim przez prezydenta Komorowskiego dla jego bycia w Kościele są kolejnym dowodem na moją tezę, że zapateryzm w żadnym katolickim kraju nie wygrywa bez współdziałania Kościoła. Wszędzie w Europie, gdzie społeczeństwa odeszły od wiary i zwyciężyła cywilizacja śmierci, Kościół na to po prostu zapracował. Skargi na wrednych lewicowców i złe społeczeństwo są krzywdzące i niesłuszne, jest to mechanizm obronny służący odwróceniu uwagi i zdjęciu odpowiedzialności. Ludzie zachowują się racjonalnie i postępują zgodnie z wzorcami, które widzą, kierując się wewnętrznym głosem sumienia. Ateiści i antyklerykałowie też mają sumienie i też mają rozum. Wartości, które się werbalnie głosi, ale których się nie broni w działaniu, nie mają mocy pociągania. Verba volant, exempla trahunt.

To nie tylko lewica, Kopacz, Grodzka ani Platforma jest winna, że w arcykatolickim kraju, jakim jest Polska, gdzie Kościół katolicki po dwustu latach zaborów i walki o wolność cieszył się najwyższym szacunkiem i zaufaniem społecznym nie tylko katolików, ustawodawstwo dosłownie w ciągu miesięcy ze względnie moralnego, względnie przyjaznego życiu i rodzinie, przekształca się w jedno z najbardziej libertyńskich i zabójczych praw w Europie. I nie duch Brukseli jest winien. Nie ma ducha Brukseli, tak samo jak nie ma ducha soboru. Są za to konkretni ludzie kierujący Kościołem i ich decyzje, otwierające pole do takich albo innych działań politycznych i moralnych oponentów. W tym momencie poszedł silny sygnał: Róbcie, co chcecie, wprowadzajcie zabijanie nadmiarowych dzieci poczętych metodą in vitro wraz z całą resztą cywilizacji śmierci, my dla porządku chwileczkę pokrzyczymy [bo krzyk był, nawet głośny, tylko krótki jak życie swobodnego kwarka], ale to nie będzie na poważnie i będziemy trwali w wygodnej symbiozie tronu z ołtarzem, jak do tej pory, cokolwiek zrobicie. Bo to się obu stronom po prostu opłaca.
Ciekawe, że tę symbiozę tronu z ołtarzem, trwającą w Polsce od lat 90., oprócz wiernie stojących przy ortodoksji chrześcijańskiej katolików dostrzegają też skrajni antyklerykałowie, i również oni uważają ją za bardzo szkodliwą. Oni — dla państwa, ja — w pierwszym rzędzie dla Kościoła, ale jest to kolejny punkt, w którym ja i moi znajomi z drugiego końca spektrum poglądów szczerze się zgadzamy.

Katolicka Agencja Informacyjna podała najnowsze oficjalne wypowiedzi przedstawiciela Konferencji Episkopatu Polski w tej sprawie. Uważam, że ich słowne sformułowanie to najwyższe mistrzostwo godne prawdziwego podziwu:
Bp Andrzej Dzięga — Przewodniczący Rady Prawnej KEP:
Poprzez głosowanie za ustawą dopuszczającą in vitro lub jej podpisanie nie zaciąga się automatycznie ekskomuniki. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego takową ma prawo nałożyć ordynariusz po dokładnym zbadaniu danej sprawy. [...]
Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie opowiedział się przeciw godności człowieka przez głosowanie lub podpisanie ustawy legalizującej procedurę in vitro, a chciałby przystępować do Komunii świętej, najpierw powinien pojednać się z Bogiem i wspólnotą Kościoła przez sakrament pojednania, wyrazić żal za popełniony grzech, postanowić poprawę i dokonać zadośćuczynienia. W tym przypadku musi być pewność, że dana osoba zmieniła opinię i przyznaje się do popełnionego błędu. W omawianym przypadku trzeba pamiętać, że grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia. Z tej racji, taka osoba powinna ze swej strony powstrzymać się od przystępowania do Komunii świętej, dopóki nie zmieni publicznie swego stanowiska.

Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. Mleko się rozlało, ale szklanka jest pełna.

Kościół katolicki w Europie i w każdym społeczeństwie znaczy tyle, ile sam sobie wypracuje. Tak samo jak od zachowania każdego indywidualnego człowieka zależy, czy inni go szanują, czy nie. Nie od zewnętrznych okoliczności, nastrojów, systemów poglądów, wagi argumentów itd. Lecz od tego, czy on sam siebie szanuje. Stąd biorą się tzw. giganci ducha oraz kolosy na glinianych nogach, walące się za dotknięciem palca. Inni traktują nas tak, jak na to pozwalamy. Kijem tego, kto nie pilnuje swego. Klucz do tego, czy inni się z nami liczą, czy przejmują nasze wartości, czy przestrzegają przyznanych nam praw i wolności, leży w naszych rękach.

Ps. Dla jasności, pan prezydent cały czas publicznie przyjmuje Komunię św. i to z najczcigodniejszych rąk. I nie widać objawów, żeby zmienił opinię w sprawie podpisania ustawy o in vitro albo uznał swoją winę. A jeśli grzech jest publiczny, to publicznie też należy wyrazić skruchę. Faktycznie zaczynam uważać, że dla Kościoła katolickiego jedynymi czarnymi owcami, które od udziału we wspólnocie eucharystycznej są wyłączone, są rozwodnicy, którzy zawarli nowy związek. Biedacy, są osobami prywatnymi i nikt się z nimi nie liczy. W tym kontekście chyba rzeczywiście jesienny synod powinien wprowadzić jakieś poluzowanie praktyki duszpasterskiej.

środa, 1 lipca 2015

Pielgrzymka nadchodzi, ratuj się, kto może

Niedaleko Jaktorowa pod Warszawą — na cennych przyrodniczo terenach, stanowiących ostoję zwierząt i zapewniających ciszę oraz kontakt z naturą ludziom uciekającym od miejskiego hałasu i zanieczyszczeń — pewna moja znajoma prowadzi w starym, zabytkowym gospodarstwie niewielką stadninę koni i szkołę jazdy konnej. I dzisiaj ta znajoma wrzuciła na Facebooka następujący wpis:
„Dziś wzdłuż naszych padoków przemaszerowała pielgrzymka piesza, machając flagami, wrzeszcząc do megafonów i płosząc zwierzęta, które stratowały padoki i rzuciły się do ucieczki. Z tej okazji przypominamy Wam, katolicy, że żyjemy w świeckim państwie, w którym każdy koń ma swobodę wyznania religijnego. Dlatego apelujemy o umiar. Módlcie się w swoich kościołach, a idąc przez wsie i lasy, zachowujcie się stosownie do tego, gdzie jesteście! Po drodze mieszkają ludzie i zwierzęta”.
Nie zgadzam się ze znajomą w obwinianiu za ten incydent religii i Kościoła katolickiego. To nie religia i Kościół tu winne, ani nawet nie zwyczaj pielgrzymowania. Te instytucje wypada raczej umieścić po stronie ofiar, razem ze spłoszonymi końmi i właścicielką padoków. Winne jest rozwrzeszczanie, które wraz z mikrofonami i wzmacniaczami wlało się do kościołów i niszczy liturgię oraz przeżycie religijne tak samo jako ostoje zwierząt. Winni są ludzie, którzy mimo że skoro praktykujący, powinni doznawać conversio mentis et morum, zwłaszcza jeśli są kapłanami, kierownikami (jak się domyślam) tej pielgrzymki, w rzeczywistości nadal są częścią rozwrzeszczanego współczesnego świeckiego zgiełku, który wnoszą ze sobą do miejsc kultu i, jak widać, poza nie. Pan Bóg przychodzi w ciszy, o tym wie doskonale każdy, kto liznął chociaż okładki jakichkolwiek dzieł jakichkolwiek duchowych pisarzy, nie ważne z jakiej epoki i z którego odłamu chrześcijaństwa. W ciszy serca, w ciszy ducha, w szmerze modlitwy. W szmerze łagodnego powiewu, jak do Eliasza. A nie w grzmotach, wzmocnionych mikrofonami, ryków z głośników i brzękliwej kakofonii gitar (które dotarły już nawet do bazyliki dominikanów na Stolarskiej w Krakowie, przez całe lata jednego z nielicznych miejsc kultu katolickiego wolnych od ogłuszającego łomotu „sacro polo”). Przed laty na tę „szarpaninę nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą” skarżył się prymas Wyszyński, jego wypowiedź cytowałam w tekście „Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim. Rozryczany hałas, w którym żyje Kościół dzisiaj, jest w porównaniu z ówczesnymi problemami istnym wpadnięciem z deszczu pod rynnę, a w zasadzie pod Niagarę — stosownie do upowszechnienia się i zwiększenia mocy mikrofonów oraz innych elektronicznych urządzeń służących do nagłaśniania, także w plenerze. Dzisiejszy ksiądz może celebrować bez ołtarza, bez szat liturgicznych, bez odpowiednich naczyń i bielizny ołtarzowej, bez godnego odzienia i obuwia, nawet bez mszału i lekcjonarza — także w świątyni Bożej — ale nie może celebrować bez głośników i mikrofonu. Mikrofon jest najcenniejszym sprzętem liturgicznym, ustawionym centralnie na ołtarzu w miejsce krzyża.
I jeszcze jedno. Winne jest nie tylko rozwrzeszczanie i brak prawdziwego kontaktu z Bogiem, który przychodzi do głębi serca w szmerze łagodnego powiewu. Winne jest chamstwo. Zwykłe, brutalne chamstwo, z którym zetknął się chyba każdy, kto ma do czynienia z klerem — i to tym mocniej, im szerszy ma ten kontakt. Rozplenione obficie wskutek odrzucenia w posoborowej formacji kleru ducha umartwienia i ascetyki jako „niehumanistycznego ciemnogrodu”. A kultury bez kindersztuby nikogo nauczyć się nie da.
Zatem zwykłe chamstwo i egocentryczna, butna postawa nazwana kiedyś barwnie TKM: „Teraz, k..wa, my”. Jeśli katolicy się tak zachowują w miejscach publicznych, to niech się nie dziwią, że wzbiera ku nim coraz większa niechęć i pogarda, że rośnie antyklerykalizm, święcą triumfy hasła o zamknięciu religii w murach kościołów i uwolnieniu od katolicyzmu przestrzeni publicznej. I że paradoksalnie takie hasła padają często właśnie z ust ludzi wrażliwych, poszukujących wartości, pragnących działać na rzecz wspólnego dobra. Sami to sobie, drodzy współbracia w wierze, ściągacie na własne (i niestety nasze) głowy.

sobota, 13 czerwca 2015

Brak cukru w cukrze

Jedna moja znajoma, osoba o poglądach radykalnie odmiennych od moich (ateistka, weganka, zwolenniczka aborcji, małżeństw homoseksualnych itd.), zaprosiła mnie ostatnio na listę dyskusyjną ludzi ze swojego kręgu światopoglądowego, dodając następujący komentarz:
„Dla mnie jest bardzo cenne, że znam osobę z »tamtej strony«, z którą można porozmawiać :D niestety większość katolików, których znam, to albo fanatycy albo hipokryci, mający gdzieś 10 przykazań, ale biegający co chwila do kościoła. A przecież wiem, że to niemożliwe, żeby to środowisko nie miało ludzi normalnych, więc ta znajomość w jakimś sensie ratuje mnie też przed jednostronnym widzeniem świata”.
Wypowiedź Ani uważam za jeden z największych komplementów, jakie miałam okazję usłyszeć. Sama Ania jest osobą niezwykle kulturalną i skrajnie różne poglądy nie przeszkadzają nam w podtrzymywaniu sympatycznej i owocnej relacji. Ale jej wypowiedź przypomniała mi na nowo bolesny fakt, że najczęstszą przyczyną odrzucania i gwałtownej krytyki Kościoła i wiary chrześcijańskiej jest niestety niegodne zachowanie samych katolików. Ilekroć udawało mi się nawiązać kontakt z kimś, kto gwałtownie atakował Kościół i religię, tylekroć rozmowa dochodziła do punktu, w którym okazywało się, że osoba ta została zgorszona antyświadectwem ludzi wierzących (zarówno świeckich, jak i — jeszcze częściej — księży) albo wręcz zraniona i skrzywdzona przez reprezentantów Kościoła. Ludzie spoza Kościoła nieźle orientują się w zasadach chrześcijaństwa i doskonale widzą, kiedy ludzie nazywający siebie chrześcijanami prezentują postawy z zasadami tej religii niezgodne.
Piszę o tym dzisiaj, bo na ten sam temat mówi, waląc prosto w oczy, patron dzisiejszego dnia, św. Antoni Padewski:
„Kto napełniony jest Duchem Świętym, ten przemawia różnymi językami. Różne języki — to różne sposoby świadczenia o Chrystusie, a zatem: pokora, ubóstwo, cierpliwość, posłuszeństwo. Przemawiamy nimi wtedy, gdy inni widzą je w nas. Mowa zaś jest skuteczna wówczas, kiedy przemawiają czyny. A zatem proszę was, niechaj zamilkną słowa, a odezwą się czyny. U nas tymczasem pełno słów, ale czynów prawdziwe pustkowie. Dlatego Pan zapowiada nam karę, jak to zapowiedział drzewu figowemu, na którym zamiast owoców znalazł same tylko liście. »Obowiązkiem głosiciela — mówi święty Grzegorz — jest wypełniać to, co się głosi«. Daremna jest znajomość Prawa u tego, kto uczynkami obala to, czego naucza”.
Kazanie I, 226 (z godziny czytań)
Często z ateistami mam znacznie lepsze relacje niż z katolikami, zwłaszcza księżmi. Nie jest to przypadek; księża i zakonnicy, którzy wystawiają katolicyzmowi antyświadectwo, odpychając ludzi od wiary, bardzo mnie irytują i gorszą. Jestem cięta szczególnie na jedną postawę: olewania obowiązków i zobowiązań zakonnych i kapłańskich przy pełnym samozadowoleniu. Totalne zeświecczenie i rozleniwienie, tumiwisizm, linia najmniejszego oporu, ręka rękę myje. Czy się stoi, czy się leży, pełna taca się należy. Krytykuję ich, a oni mają do mnie pretensje. Niestety, wyznaję zasadę: „Jakżeś się najął za psa, to szczekaj jak on”; i naprawdę o wiele bardziej wolę mieć do czynienia z ateistami, którzy się za tego psa nie najmowali, niż gośćmi, którzy ze swego stanu w Kościele chcą czerpać profity (stosunkowo lekka praca, pełne utrzymanie, brak trosk materialnych i niepewności o przyszłość, szacunek ludzi itd.), ale dotrzymywać związanych z nim obowiązków (choćby tak lekkich jak noszenie stroju duchownego) już nie chcą.
Na koniec kropka nad „i” od księdza poety, Janusza Pasierba:
„Warto by zrobić kiedyś rachunek sumienia z tego, jaki stworzyliśmy sobie wizerunek Kościoła, który często przekazujemy innym. Czy przypomina on oblubienicę z Pieśni nad pieśniami, czy raczej starą damę, co siedzi na kanapie i ma za złe? Czy chrześcijaństwo w naszej realizacji i naszym przekazie jest wspaniałą przygodą z Bogiem, ryzykowną i trochę szaloną, czy nudną rutyną, tępym szablonem, praniem mózgów w letniej wodzie święconej? Czy w naszym przeżywaniu i głoszeniu Kościoła jest poezja? Przecież Chrystus był poetą. Czy chrześcijaństwo jest dla nas pierwiastkiem dynamizującym umysł i serce, odświeżającym wizję świata, poszerzającym wyobraźnię i pogłębiającym wrażliwość o nowe wymiary?”
Dodałabym jeszcze: Czy jesteśmy posłuszni nauczaniu Kościoła, jego Tradycji i zwyczajom, i z pokorą uczestniczymy w katolickiej liturgii i formach pobożności; czy też tworzymy de facto nową, prywatną religię i nowy kult na miarę naszych indywidualnych zachcianek i pomysłów, nazywając to, nie wiadomo dlaczego, nauczaniem i liturgią Kościoła katolickiego? To także kompromituje katolicyzm. Naprawdę, ateiści i antyklerykałowie z reguły doskonale wiedzą, o co chodzi, i odrzuca ich bubel, który prezentujemy. Odpowiemy kiedyś za to...

piątek, 12 czerwca 2015

Dwa lata

Równo dwa lata temu, 12 czerwca 2013 r., odbyła się obrona mojej pracy doktorskiej z teologii. Czas, który od tamtej chwili upłynął, był trudny, ale bardzo owocny. Dzięki Ci, Panie, za wszystko, co wydarzyło się przez te dwa lata!
Myślę, że nie miałabym tytułu doktora, gdyby nie bł. Michał Czartoryski, męczennik Powstania Warszawskiego, patron dzisiejszego dnia. A było to tak:
Bardzo mi zależało, żeby na obronie pracy był mój najlepszy przyjaciel, dominikanin, o imieniu Michał. Wiedziałam, że będzie moim palladium — jeśli będzie ze mną, będzie się za mnie modlił, dam sobie radę ze wszystkim. Mój kochany promotor rozumiał mnie i starał się załatwić taki termin, żeby Michał mógł być wtedy w Krakowie. Niestety, nagle okazało się, że jeden z recenzentów wyjeżdża i termin obrony niespodziewanie został wyznaczony na za kilka dni, na datę, kiedy Michał musiał być gdzie indziej. Był to właśnie 12 czerwca. Przygnębiona, zwróciłam się do bł. Michała: „Błogosławiony Michale, Michał miał być na obronie i miał mnie wspierać. Niestety nie udało się, więc teraz ty, także dominikanin i także Michał, musisz go zastąpić. To jest twój dzień. Oddaję wszystko, całą obronę pod twoją opiekę”.
Prezentację pracy, mimo zdenerwowania, przedstawiłam sprawnie. Potem recenzenci przeczytali fragmenty recenzji i podali pytania, na które mam odpowiedzieć. Wtedy nastąpiła awaria — jeden z recenzentów zadał dwa pytania, które wywołały w mojej głowie czarną dziurę. Po prostu nic, null. Wiedziałam, że nic. Po prostu coś się stało, wpadłam w czarną dziurę i nie mam nawet żadnego pomysłu, jak ściemniać, żeby przynajmniej sprawić dobre wrażenie. Zaczęłam odpowiadać na pozostałe pytania i gorąco modlić się w duchu do bł. Michała o ratunek. Chwila klęski zbliżała się nieuchronnie... Wtem nagle jeden z członków komisji zadał recenzentowi nie związane z tematem pytanie i zaczęli ze sobą dyskutować. Coraz goręcej... I tak moja obrona zeszła w cień. Po kilku minutach wymiany zdań obu profesorów przewodniczący komisji zabrał głos, podziękował mi uprzejmie, oznajmił, że jest już późno i moje odpowiedzi są wystarczające. To był po prostu cud. Cud sprawiony przez bł. Michała.
W podziękowaniu napisałam dla niego tekst, przeczytajcie: Ziarno, które obumarło.
Uznaję bł. Michała, oprócz św. Tomasza z Akwinu, za patrona wszystkiego, co od tamtej chwili przed dwoma laty robię jako teolog. I bardzo polecam go wam wszystkim jako patrona. Bł. Michale, módl się za nami!


Zdjęcie bł. Michała pochodzi ze strony http://www.alexiagb.pl/michal.html. Inne cenne zdjęcie bł. ojca Michała publikowałam tu: Kim jest dominikanin.

wtorek, 2 czerwca 2015

Jedni drugich

Szukając pewnego cytatu, wpisałam w BibleWorks frazę „jedni drugich” i oto, co znalazłam:

Rz 12,10
W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie!

Rz 14,13
Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia.

Rz 16,16
Pozdrówcie wzajemnie jedni drugich pocałunkiem świętym!

1 Kor 11,33
Tak więc bracia moi, gdy zbieracie się by spożywać wieczerzę poczekajcie jedni na drugich!

Ga 5,26
Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc.

Flp 2,3
...niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie.

Kol 3,13
...znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy!

1 Tes 5,11
Dlatego zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie.

1 P 1,22
Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie celem zdobycia nieobłudnej miłości bratniej, jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie.

Pismo Święte samo prowadzi.