Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 grudnia 2017

Adoptuj kościół w Holandii

Adopteer een kerk in Holland.
Przestałam pisywać na tym blogu, bo moje życie w ostatnich latach poszło dalej i przestał on odzwierciedlać moje istotne wewnętrzne przeżycia; projekt, którego nieuczesane początki tu opisywałam, wystartował i konsekwentnie się rozrasta, w wyniku czego moim pierwszym obowiązkiem blogowym stało się prowadzenie strony Ryt dominikański. Poza tym chustka na głowie z powodu najnowszych wydarzeń społeczno-politycznych przestała mi się dobrze kojarzyć.
Od kilku tygodni chodzi mi jednak po głowie pomysł nowego bloga.
A było to tak...
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zainteresowałam się — zupełnie nieoczekiwanie dla siebie samej i w sumie z powodów dość przypadkowych — ale za to głęboko krajem, którego istnieniu wcześniej nigdy nie poświęciłam chwili zainteresowania: Holandią. Zaczęłam o niej czytać, uczyć się holenderskiego, a na wiosnę udało mi się wybrać na „całe” trzy dni do Amsterdamu. Kraj ten urzekł mnie swoją tak odmiennością, jak i — pod pewnymi względami — podobieństwem do Polski. Dotyczy to jego kultury, historii i mentalności. Podobnie Holendrzy; potrafią być wspaniali, ale także nie do wytrzymania.
Szczególnie skomplikowana, poplątana i bolesna jest u Holendrów sfera wiary religijnej i moralności. Kryją się za tym poważne zaszłości historyczne i psychologiczne, w tym niestety także z winy katolików.
Kościół katolicki w Holandii przeżywał w ciągu wieków szczyty wyżyn oraz okresy ciężkiego kryzysu czy wręcz upadku, ale niejednokrotnie wnosił do Kościoła powszechnego bardzo cenne dziedzictwo, o którym większość ludzi nawet nie wie. Także związki Holandii z Polską są słabo znane; co ciekawe i wyjątkowe, relacje naszych narodów były zawsze przyjazne i owocne. W bardzo niedawnej przeszłości, zaledwie trzydzieści parę lat temu, Holendrzy udzielili Polakom i polskiemu Kościołowi gigantycznej, w porównaniu z wielkością tego niewielkiego kraju, i niezwykle hojnej pomocy humanitarnej. Nigdy, jako Polacy, nie podziękowaliśmy im za to właściwie.
A dzisiaj to Holendrzy potrzebują pomocy. Mam tu na myśli chrześcijan, a przede wszystkim (z racji mojej własnej wiary) katolików. O kryzysie holenderskiego katolicyzmu (i szerzej chrześcijaństwa) mówi się dużo, ale tylko w formie potępiania, ewentualnie ubolewań. Nikt jednak dotąd nie zauważył, że jest to sytuacja, na którą bracia chrześcijanie z innych krajów powinni odpowiedzieć wsparciem i pomocą. A potrzeb jest wiele i są różnorodne: od wytężonej modlitwy aż po wsparcie materialne (tak!). Stąd mój pomysł akcji: „Adoptuj kościół w Holandii”, przez analogię do akcji adoptowania na odległość dzieci afrykańskich. Można i warto adoptować duchowo i finansowo dzieci w Afryce, ale dziś potrzebujący pojawiają się w nowych i zaskakujących miejscach także w Europie.
Pomysł tej akcji zrodził się dzięki błogosławionej akcji „Różaniec do granic”, w której zupełnym przypadkiem (zwanym Opatrznością) mogłam wziąć udział. Rzadko bywam na granicach kraju, ale akurat 7 października zaczynały się... wczasy odchudzające, które (znacznie wcześniej) wykupiłam z przyjaciółką w Rewie nad Zatoką Pucką. I kiedy wkroczyłyśmy do pensjonatu z bagażami, jego właściciel wraz z żoną właśnie wychodził na plażę, by odmawiać różaniec, a my mogłyśmy od razu za nim podążyć we właściwe miejsce. Udział w tej modlitwie na plaży przedmuchiwanej jesiennym, silnym i zimnym wiatrem z zachodu był hardcore’owym i bardzo wzruszającym przeżyciem. I potem przyszło mi do głowy: ten różaniec nie może się zatrzymać na granicach Polski, musimy z nim iść dalej. Wrażenie to zostało później potwierdzone podczas rozeznawania na IV tygodniu rekolekcji ignacjańskich.
Więc właśnie wyruszam, i zapraszam Was do wspólnej podróży! Adres: http://adoptkhol.blogspot.com
Ps. Dlaczego właśnie Holandia, choć potrzeby w innych krajach zachodnioeuropejskich też są duże, będzie się okazywać po drodze. Ale niech ten blog zachęci Was do myślenia także o dziedzictwie innych starych krajów chrześcijańskich. Na przykład właśnie teraz we Francji potrzeba pieniędzy do uratowania bezcennego kościółka z VI wieku. Myślę, że nas, polskich katolików, zaczyna już być stać na udzielanie wsparcia także finansowego. Zanim pożeglujemy na wietrzne brzegi Holandii, można zacząć od słonecznej Prowansji: Sauvons l’église St Hilaire

Amsterdam, sklepienie Oude Kerk.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Obrony wrogów Kościoła ciąg dalszy

Dyskutowałam ostatnio z pewnym Hiszpanem, człowiekiem wielkiej kultury, przedstawicielem tzw. kultury wysokiej i to w najlepszym wydaniu. Opowiadał mi, jak Kościół się zachowywał w ostatnich latach przed wybuchem antyklerykalizmu w społeczeństwie hiszpańskim i jego masowym odejściem od wiary. Z wielu podobnych historii utkwiła mi jedna. Tradycyjnie w hiszpańskich wsiach i miastach były nieruchomości będące własnością wspólnoty, gminy. Lokalna społeczność mogła je wykorzystywać dla różnych celów, takich jak zebrania, kultura czy rozrywka. Także dla celów religijnych. Rząd hiszpański w pewnym momencie przekazał te wszystkie nieruchomości Kościołowi. A Kościół uznał je za swoją prywatną własność. Jedne zostały sprzedane na komercyjne cele, inne po prostu zamknięto. Uniemożliwiono korzystanie z nich społecznościom, które kiedyś przed wiekami je wybudowały dla wspólnego pożytku. W miejscowości znanej mojemu rozmówcy taki domek służył do noclegu uczestnikom pieszych pielgrzymek religijnych. Domek przejął ksiądz i wyrzucił pielgrzymów, zamieniając go na komercyjny interes. Mój hiszpański znajomy, prywatnie ateista, był, delikatnie rzecz biorąc, z lekka zgorszony takim sposobem traktowania wiernych przez księży. Po wysłuchaniu tych opowieści stwierdziłam, że zachowanie Hiszpanów, którzy gremialnie poparli demontaż chrześcijańskiej formy państwa i społeczeństwa przez premiera Zapatero, było absolutnie racjonalne i zrozumiałe.

I tak sobie myślę, że ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu w sprawie in vitro oraz skutków podpisania ustawy o nim przez prezydenta Komorowskiego dla jego bycia w Kościele są kolejnym dowodem na moją tezę, że zapateryzm w żadnym katolickim kraju nie wygrywa bez współdziałania Kościoła. Wszędzie w Europie, gdzie społeczeństwa odeszły od wiary i zwyciężyła cywilizacja śmierci, Kościół na to po prostu zapracował. Skargi na wrednych lewicowców i złe społeczeństwo są krzywdzące i niesłuszne, jest to mechanizm obronny służący odwróceniu uwagi i zdjęciu odpowiedzialności. Ludzie zachowują się racjonalnie i postępują zgodnie z wzorcami, które widzą, kierując się wewnętrznym głosem sumienia. Ateiści i antyklerykałowie też mają sumienie i też mają rozum. Wartości, które się werbalnie głosi, ale których się nie broni w działaniu, nie mają mocy pociągania. Verba volant, exempla trahunt.

To nie tylko lewica, Kopacz, Grodzka ani Platforma jest winna, że w arcykatolickim kraju, jakim jest Polska, gdzie Kościół katolicki po dwustu latach zaborów i walki o wolność cieszył się najwyższym szacunkiem i zaufaniem społecznym nie tylko katolików, ustawodawstwo dosłownie w ciągu miesięcy ze względnie moralnego, względnie przyjaznego życiu i rodzinie, przekształca się w jedno z najbardziej libertyńskich i zabójczych praw w Europie. I nie duch Brukseli jest winien. Nie ma ducha Brukseli, tak samo jak nie ma ducha soboru. Są za to konkretni ludzie kierujący Kościołem i ich decyzje, otwierające pole do takich albo innych działań politycznych i moralnych oponentów. W tym momencie poszedł silny sygnał: Róbcie, co chcecie, wprowadzajcie zabijanie nadmiarowych dzieci poczętych metodą in vitro wraz z całą resztą cywilizacji śmierci, my dla porządku chwileczkę pokrzyczymy [bo krzyk był, nawet głośny, tylko krótki jak życie swobodnego kwarka], ale to nie będzie na poważnie i będziemy trwali w wygodnej symbiozie tronu z ołtarzem, jak do tej pory, cokolwiek zrobicie. Bo to się obu stronom po prostu opłaca.
Ciekawe, że tę symbiozę tronu z ołtarzem, trwającą w Polsce od lat 90., oprócz wiernie stojących przy ortodoksji chrześcijańskiej katolików dostrzegają też skrajni antyklerykałowie, i również oni uważają ją za bardzo szkodliwą. Oni — dla państwa, ja — w pierwszym rzędzie dla Kościoła, ale jest to kolejny punkt, w którym ja i moi znajomi z drugiego końca spektrum poglądów szczerze się zgadzamy.

Katolicka Agencja Informacyjna podała najnowsze oficjalne wypowiedzi przedstawiciela Konferencji Episkopatu Polski w tej sprawie. Uważam, że ich słowne sformułowanie to najwyższe mistrzostwo godne prawdziwego podziwu:
Bp Andrzej Dzięga — Przewodniczący Rady Prawnej KEP:
Poprzez głosowanie za ustawą dopuszczającą in vitro lub jej podpisanie nie zaciąga się automatycznie ekskomuniki. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego takową ma prawo nałożyć ordynariusz po dokładnym zbadaniu danej sprawy. [...]
Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie opowiedział się przeciw godności człowieka przez głosowanie lub podpisanie ustawy legalizującej procedurę in vitro, a chciałby przystępować do Komunii świętej, najpierw powinien pojednać się z Bogiem i wspólnotą Kościoła przez sakrament pojednania, wyrazić żal za popełniony grzech, postanowić poprawę i dokonać zadośćuczynienia. W tym przypadku musi być pewność, że dana osoba zmieniła opinię i przyznaje się do popełnionego błędu. W omawianym przypadku trzeba pamiętać, że grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia. Z tej racji, taka osoba powinna ze swej strony powstrzymać się od przystępowania do Komunii świętej, dopóki nie zmieni publicznie swego stanowiska.

Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. Mleko się rozlało, ale szklanka jest pełna.

Kościół katolicki w Europie i w każdym społeczeństwie znaczy tyle, ile sam sobie wypracuje. Tak samo jak od zachowania każdego indywidualnego człowieka zależy, czy inni go szanują, czy nie. Nie od zewnętrznych okoliczności, nastrojów, systemów poglądów, wagi argumentów itd. Lecz od tego, czy on sam siebie szanuje. Stąd biorą się tzw. giganci ducha oraz kolosy na glinianych nogach, walące się za dotknięciem palca. Inni traktują nas tak, jak na to pozwalamy. Kijem tego, kto nie pilnuje swego. Klucz do tego, czy inni się z nami liczą, czy przejmują nasze wartości, czy przestrzegają przyznanych nam praw i wolności, leży w naszych rękach.

Ps. Dla jasności, pan prezydent cały czas publicznie przyjmuje Komunię św. i to z najczcigodniejszych rąk. I nie widać objawów, żeby zmienił opinię w sprawie podpisania ustawy o in vitro albo uznał swoją winę. A jeśli grzech jest publiczny, to publicznie też należy wyrazić skruchę. Faktycznie zaczynam uważać, że dla Kościoła katolickiego jedynymi czarnymi owcami, które od udziału we wspólnocie eucharystycznej są wyłączone, są rozwodnicy, którzy zawarli nowy związek. Biedacy, są osobami prywatnymi i nikt się z nimi nie liczy. W tym kontekście chyba rzeczywiście jesienny synod powinien wprowadzić jakieś poluzowanie praktyki duszpasterskiej.

środa, 1 lipca 2015

Pielgrzymka nadchodzi, ratuj się, kto może

Niedaleko Jaktorowa pod Warszawą — na cennych przyrodniczo terenach, stanowiących ostoję zwierząt i zapewniających ciszę oraz kontakt z naturą ludziom uciekającym od miejskiego hałasu i zanieczyszczeń — pewna moja znajoma prowadzi w starym, zabytkowym gospodarstwie niewielką stadninę koni i szkołę jazdy konnej. I dzisiaj ta znajoma wrzuciła na Facebooka następujący wpis:
„Dziś wzdłuż naszych padoków przemaszerowała pielgrzymka piesza, machając flagami, wrzeszcząc do megafonów i płosząc zwierzęta, które stratowały padoki i rzuciły się do ucieczki. Z tej okazji przypominamy Wam, katolicy, że żyjemy w świeckim państwie, w którym każdy koń ma swobodę wyznania religijnego. Dlatego apelujemy o umiar. Módlcie się w swoich kościołach, a idąc przez wsie i lasy, zachowujcie się stosownie do tego, gdzie jesteście! Po drodze mieszkają ludzie i zwierzęta”.
Nie zgadzam się ze znajomą w obwinianiu za ten incydent religii i Kościoła katolickiego. To nie religia i Kościół tu winne, ani nawet nie zwyczaj pielgrzymowania. Te instytucje wypada raczej umieścić po stronie ofiar, razem ze spłoszonymi końmi i właścicielką padoków. Winne jest rozwrzeszczanie, które wraz z mikrofonami i wzmacniaczami wlało się do kościołów i niszczy liturgię oraz przeżycie religijne tak samo jako ostoje zwierząt. Winni są ludzie, którzy mimo że skoro praktykujący, powinni doznawać conversio mentis et morum, zwłaszcza jeśli są kapłanami, kierownikami (jak się domyślam) tej pielgrzymki, w rzeczywistości nadal są częścią rozwrzeszczanego współczesnego świeckiego zgiełku, który wnoszą ze sobą do miejsc kultu i, jak widać, poza nie. Pan Bóg przychodzi w ciszy, o tym wie doskonale każdy, kto liznął chociaż okładki jakichkolwiek dzieł jakichkolwiek duchowych pisarzy, nie ważne z jakiej epoki i z którego odłamu chrześcijaństwa. W ciszy serca, w ciszy ducha, w szmerze modlitwy. W szmerze łagodnego powiewu, jak do Eliasza. A nie w grzmotach, wzmocnionych mikrofonami, ryków z głośników i brzękliwej kakofonii gitar (które dotarły już nawet do bazyliki dominikanów na Stolarskiej w Krakowie, przez całe lata jednego z nielicznych miejsc kultu katolickiego wolnych od ogłuszającego łomotu „sacro polo”). Przed laty na tę „szarpaninę nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą” skarżył się prymas Wyszyński, jego wypowiedź cytowałam w tekście „Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim. Rozryczany hałas, w którym żyje Kościół dzisiaj, jest w porównaniu z ówczesnymi problemami istnym wpadnięciem z deszczu pod rynnę, a w zasadzie pod Niagarę — stosownie do upowszechnienia się i zwiększenia mocy mikrofonów oraz innych elektronicznych urządzeń służących do nagłaśniania, także w plenerze. Dzisiejszy ksiądz może celebrować bez ołtarza, bez szat liturgicznych, bez odpowiednich naczyń i bielizny ołtarzowej, bez godnego odzienia i obuwia, nawet bez mszału i lekcjonarza — także w świątyni Bożej — ale nie może celebrować bez głośników i mikrofonu. Mikrofon jest najcenniejszym sprzętem liturgicznym, ustawionym centralnie na ołtarzu w miejsce krzyża.
I jeszcze jedno. Winne jest nie tylko rozwrzeszczanie i brak prawdziwego kontaktu z Bogiem, który przychodzi do głębi serca w szmerze łagodnego powiewu. Winne jest chamstwo. Zwykłe, brutalne chamstwo, z którym zetknął się chyba każdy, kto ma do czynienia z klerem — i to tym mocniej, im szerszy ma ten kontakt. Rozplenione obficie wskutek odrzucenia w posoborowej formacji kleru ducha umartwienia i ascetyki jako „niehumanistycznego ciemnogrodu”. A kultury bez kindersztuby nikogo nauczyć się nie da.
Zatem zwykłe chamstwo i egocentryczna, butna postawa nazwana kiedyś barwnie TKM: „Teraz, k..wa, my”. Jeśli katolicy się tak zachowują w miejscach publicznych, to niech się nie dziwią, że wzbiera ku nim coraz większa niechęć i pogarda, że rośnie antyklerykalizm, święcą triumfy hasła o zamknięciu religii w murach kościołów i uwolnieniu od katolicyzmu przestrzeni publicznej. I że paradoksalnie takie hasła padają często właśnie z ust ludzi wrażliwych, poszukujących wartości, pragnących działać na rzecz wspólnego dobra. Sami to sobie, drodzy współbracia w wierze, ściągacie na własne (i niestety nasze) głowy.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rura i kisiel dla Jezusa



W związku z przekształceniem przez łódzkich jezuitów Świętego Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa w oryginalny estradowy performance oraz imprezą „Taniec dla Jezusa”, która w tym samym mniej więcej czasie odbywała się w Krakowie, mam kilka refleksji:
  • Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej. Degeneracja Europy przejawia się nie tylko w promocji zboczeń seksualnych, kryzysie męskości i ojcostwa, rozpadzie rodzin, niechęci do posiadania dzieci itd. Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki: „Bawmy się” — i to jest pierwotna przyczyna, dla której ludzie nie chcą być dorosłymi mężczyznami i kobietami, zachowywać wierności raz wybranym partnerom (lub złożonym ślubom zakonnym, zobowiązaniom kapłańskim), ponosić odpowiedzialności za wychowanie dzieci itd. Historyk zauważy, że jest to cecha typowa dla schyłkowego okresu danej cywilizacji i kończy się to zawsze tak samo: zastąpieniem zmęczonej, zniewieściałej i zdemoralizowanej populacji przez świeże, dzielne ludy barbarzyńskie nawykłe do walki, pracy i wyrzeczenia.
  • Imprezy są dobrym świadectwem bezrefleksyjnego poddawania się przez Kościół katolicki wpływom społeczeństwa laickiego. Obie mają charakter czysto świecki, mogłyby odbyć się z okazji dnia Ziemi czy święta Unii Europejskiej, i zostały przeniesione w kontekst kościelny, mimo że zupełnie do niego nie pasują. Ale młodzież chce się bawić — zarówno ta będąca odbiorcą tych imprez, jak i organizująca je. Wyświęcenie i wręczenie celebretu (świadomie nie mówię o sutannie czy habicie, bo który młody ksiądz dzisiaj je nosi — nosi, a nie zakłada na chwilę?) nie powoduje w cudowny sposób zrodzenia się dojrzałości, odpowiedzialności, kultury, kindersztuby ani wzniesienia gustów na poziom choćby odrobinę wyższy od najpodlejszego motłochu.
  • Obie imprezy są kolejną oznaką, że w Kościele katolickim w Polsce wygrywają wzorce tzw. popchrześcijaństwa, które narodziły się pierwotnie w protestanckich wspólnotach „trzeciej reformy” w Ameryce. Po raz kolejny widać, że zerwanie łączności z ortodoksyjnym Wschodem pozostawiło łaciński Zachód bezbronnym wobec wszelkich racjonalistycznych i reformacyjnych herezji.
  • Niestety mimo smutnego doświadczenia postchrześcijańskiego Zachodu, Kościół w Polsce powtarza z opóźnieniem jego błędy. Komunistyczna „lodówka” i niechętna postawa kard. Wyszyńskiego wobec pseudokatolickich nowinek z Zachodu uchroniły nas przed dechrystianizacją kilkadziesiąt lat temu, ale obecnie to „zapóźnienie” polski establishment kościelny szybko nadrabia. Tamci, aby zrozumieć, że religia nie może istnieć bez dogmatów, tradycji, norm i zasad, musieli doprowadzić do sytuacji, że w Kościele pozostało kilka procent społeczeństwa. My mamy okazję nauczyć się na ich błędach, zamiast je powielać, ale okazja ta jest właśnie marnowana.
W tym samym czasie, gdy aktywiści katoliccy w łódzkiej świątyni i na rynku krakowskim podrygują i fikają nogami „dla Jezusa”, w Afryce i Azji ludzie tracą dla Niego swoje mienie, cierpią tortury i oddają życie. Jaki chrześcijanin, takie świadectwo. Kiedy w Europie będzie kwitł islam, Azja i Afryka będą kontynentami na wskroś przenikniętymi chrześcijaństwem. Sanguis martyrum semen christianorum. Sanguis martyrum, a nie bezustanne imprezowanie wiecznych nastolatków. Już dziś kolorowi misjonarze przybywają do Europy, a hierarchowie murzyńscy zawstydzają europejskich swoją odwagą i wiernością Chrystusowi — i jest to tylko początek.

Mam świeże, jeszcze nie zużyte propozycje dla organizatorów kolejnych eventów dla Jezusa — przecież żeby zabłysnąć i utrzymać na sobie uwagę gawiedzi, trzeba proponować ciągle coś nowego:
  • jedzenie pizzy (hotdogów, pierogów) na czas dla Jezusa,
  • taniec na rurze dla Jezusa,
  • mokre podkoszulki dla Jezusa,
  • zawody w kisielu dla Jezusa,
  • puszczanie megaserpentyn z dziesiątego piętra dla Jezusa,
  • konkurs „Ile osób wejdzie do malucha” dla Jezusa.
Dla odważnych:
  • streptease dla Jezusa,
  • picie piwa (lub nawet wódki, jeśli znajdzie się sponsor) dla Jezusa,
  • bekanie i pierdzenie dla Jezusa.
Przecież ludźmi jesteśmy i nic co ludzkie nie jest nam obce.
A jezuici w Łodzi muszą przynajmniej porąbać ołtarz podczas przyszłorocznego Triduum. Jak inaczej zdołają wyrazić rozsadzającą ich wielką radość?

Orkiestra na Titanicu grała do tańca do samego końca.


Ps. To uczucie, kiedy jezuici piętnują cię jako pseudokatolika i lefebrystę za cytowanie dokumentów Soboru Watykańskiego II, Jana Pawła II i Konferencji Episkopatu Polski 3:)
Ps 2. Czy zauważyli Państwo bliźniacze podobieństwo stylu, frazeologii i toku myślenia naszych drogich jezuitów do Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków? Już od pewnego czasu myślę o założeniu satyrycznej strony „Młodzi, wykształceni i z wielkich klasztorów” 3:)

Ps 3. Kilka dalszych refleksji oraz odpowiedzi na krytykę znajdują się tutaj: Rura, kisiel i król Dawid.

piątek, 4 października 2013

Uroczy człowiek, lecz tragiczna postać



Na portalu „Time” ukazał się list amerykańskiego katolika, który przeszedł na prawosławie. Oto ważniejsze fragmenty bardzo długiego tekstu. Ponieważ nadal jest to długie, kluczowe zdania bolduję (i sorry za brak tłumaczenia):

Just over two decades ago, when I began the process to enter the Roman Catholic Church as an adult convert, I chose to receive instruction at a university parish, figuring that the quality of teaching would be more rigorous. After three months of guided meditations and endless God is love lectures, I dropped out. I agreed that God is love, but that didn’t tell me what He would expect of me if I became a Catholic. Besides, I had spent four years dancing around the possibility of returning to the Christianity of my youth. When I made my first steps back to churchgoing as an adult, I found plenty of good people who told me God is love but who never challenged me to change my life. What needed changing? Lots. My own brokenness was plain to me, and I was ready to turn from my destructive sins and become a new person.
The homilies were wholly therapeutic, almost always some saccharine variation of God is love. Well, yes, He is, but Sunday School simplicities get you only so far. Classical Catholic theology dwells on the paradox of God’s love and God’s justice. As Dante shows in the Divine Comedy, God’s love is God’s justice poured out on those who reject Him. In the Gospels, Jesus offers compassion to sinners rejected by religious rigorists, but he also tells them to reform their lives, to “go forth and sin no more.”
The contemporary era of global Catholicism began in 1959, when the newly elected Pope John XXIII sought to “open the windows” of the fusty old Church to the modern world by calling the Second Vatican Council. Three years later, in his opening address to the council, the charismatic and avuncular pope called for “a new enthusiasm, a new joy and serenity of mind in the unreserved acceptance by all of the entire Christian faith,” without compromising on doctrine. A fierce spirit of the age blasted through those newly-opened windows, scouring nearly everything in its path. The coming decades would see a collapse in Catholic catechesis and Catholic discipline. The so-called “spirit of Vatican II” — a perversion of the Council’s actual teaching — justified many subsequent outrages.
If I had to pinpoint a single moment at which I ceased to be a Roman Catholic, it would have been that one. I fought for two more years to hold on, thinking that having the syllogisms from my catechism straight in my head would help me stand firm. But it was useless. By then I was a father, and I did not want to raise my children in a church where sentimentality and self-satisfaction were the point of the Christian life. It wasn’t safe to raise my children in this church, I thought — not because they would be at risk of predators but because the entire ethos of the American church, like the ethos of the decadent post-Christian society in which it lives, is not that we should die to ourselves so that we can live in Christ, as the New Testament demands, but that we should learn to love ourselves more.
I finally broke. Losing my Catholic faith was the most painful thing that ever happened to me. Today, as much as I admire Pope Francis and understand the enthusiasm among Catholics for him, his interview makes me realize that the good, if incomplete, work that John Paul II and Benedict XVI did to restore the church after the violence of the revolution stands to be undone. Though I agree with nearly everything the Pope said last week in his interview and cheer inwardly when he chastises rigorist knotheads who would deny the healing medicine of the church to anyone, I fear his merciful words will be received not as love but license. The “spirit of Pope Francis” will replace the “spirit of Vatican II” as the rationalization people will use to ignore the difficult teachings of the faith. If so, this Pope will turn out to be like his predecessor John XXIII: a dear man, but a tragic figure.
In his interview, the Pope used a metaphor for the church that is often employed by Eastern Orthodox Christianity: he called it a “field hospital” where the walking wounded can receive treatment. He’s right, but it’s important to discern the nature of the cure on offer. Anesthesia is a kind of medicine that masks pain, but it’s not the kind of medicine that heals the underlying sickness.
There is, of course, no such thing as the perfect church, but in Orthodoxy, which radically resists the moralistic therapeutic deism that characterizes so much American Christianity, I found a soul-healing balance. In my Russian Orthodox country mission parish this past Sunday, the priest preached about love, joy, repentance and forgiveness — in all its dimensions. Addressing parents in the congregation, he exhorted us to be merciful, kind and forgiving toward our children. But he also warned against thinking of love as giving our children what they want as opposed to what they need. “Giving them what they want may make it easier for us,” he said, “but we must love our children enough to teach them the hard lessons and compel them toward the good.”

Niestety, diagnoza autora jest prawdziwa. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Kościół katolicki odszedł faktycznie od podstaw całego dwutysiącletniego głoszenia: że za decyzją o wyborze Boga musi iść realna zmiana życia na lepsze, realna walka z grzechami. Nastąpiła histeria walki z tzw. „moralnością podręcznikową skupioną na grzechach zamiast na cnotach”. Ale kiedy przestano mówić o grzechu i piekle, nie wprowadzono zamiast tego pozytywnej wersji tej nauki. W zamian za to w teologii moralnej powstała pustka, którą wypełniło wlewające się z dogorywającego protestantyzmu popchrześcijaństwo. Znikła cała ascetyka, okrzyknięta przedsoborowym i antyhumanistycznym ciemnogrodem, a w zamian za to księża powtarzają: ”Bóg cię kocha! Bóg cię kocha!”, jak niegdyś Żydzi: „Świątynia Pańska! Świątynia Pańska!” Wiemy z księgi Jeremiasza, jak to się skończyło (rozdz. 7). Tak jest zawsze, gdy znaki obecności Pana stają się zewnętrznym palladium i sedatywem, zamiast zachętą do własnej wysilonej pracy i odpowiedzialności.
Doświadczam tego mocno w kontaktach ze spowiednikami. Tylko najstarsze pokolenie księży upomina mnie, abym zerwała z grzechami i podjęła konkretną decyzję o zmianie życia i wprowadziła je w czyn. Młodsi, a szczególnie najmłodsi, zniechęcają mnie, kiedy wyznaję grzechy, mówiąc, żebym nie patrzyła na swoje postępowanie tak negatywnie, że jestem w porządku, żebym nie usiłowała sama się poprawić, tylko poprosiła Boga i czekała, aż On to zrobi itd. Dzisiaj miano pelagianisty nosi każdy, kto chce jakkolwiek pracować nad eliminowaniem swoich grzechów i rozwijaniem cnót, zamiast siedzieć i nic nie robić. Obawiam się, że faktycznie mają rację ci, którzy mówią, że spowiedź została zastąpiona przez psychoterapię. Nawet jeśli ktoś idzie do spowiedzi, zamiast do terapeuty, ma dużą szansę trafić na spowiednika, który będzie próbował bawić się w psychoterapeutę amatora, zamiast upomnieć i wskazać drogi poprawy.
Wszystko to przyszło z protestantyzmu, po tym, jak odrzucono w nim dogmaty, sakramenty i Tradycję, i utracono płynące z nich łaski Boże. I uważam, że faktyczna protestantyzacja (z zewnętrznym pozostawieniem dogmatów i sakramentów, ale na boku i bez konsekwencji) jest dziś dla Kościoła katolickiego śmiertelnym zagrożeniem. Ona dokonuje się pomału, niezauważenie i od wewnątrz. Coś w tym jest, co prawosławni powtarzają, iż protestantyzm jest wewnętrzną herezją Kościoła rzymskiego...
Jednak z drugiej strony to właśnie protestantka, teolog i psychoterapeuta z Kościoła ewangelikalnego (powstałego w ramach tzw. III reformy protestanckiej jako reakcja na degenerację duchową i dogmatyczną Kościołów protestanckich I i II reformy), Sandra D. Wilson, przeciwstawia się tzw. ckliwej (ang. sloppy) agape, której celem jest jedynie sprawianie, aby wszyscy byli zadowoleni i było ogólnie przyjemnie. Piszę o tym w swojej pracy doktorskiej, która ma być wydana, więc tutaj nie wyjaśniam dłużej.
Podobnie jak autor tekstu w „Time”, ja również odnajduję w prawosławiu to, czego brakuje obecnie w katolicyzmie, chociaż nie zmieniam przynależności kościelnej. Księża prawosławni, których kazań miałam okazję słuchać, mówili o miłości Boga, ale także o grzeszności człowieka, o konieczności jego nawrócenia — nie abstrakcyjnej, tylko tu i teraz, ty i od zaraz. I nie wahali się mówić rzeczy trudnych i nieprzyjemnych. Jak sam Jezus w Ewangeliach, którego celem nie było, aby poszli za Nim wszyscy Żydzi. Godził się, że tłumy odchodziły, bo nie mogły znieść Jego trudnego nauczania, i specjalnie stawiał sprawę na ostrzu noża, aby wypróbować tych, którzy chcieli za Nim iść — jak bogatego młodzieńca.

 „Od czasu, kiedy Pan wyprowadził przodków naszych z ziemi egipskiej, aż do dnia dzisiejszego byliśmy niewierni wobec Pana, Boga naszego, byliśmy niedbali w posłuszeństwie na głos Jego. Przylgnęły przeto do nas nieszczęścia i przekleństwa, jakimi zagroził przez Mojżesza, sługę swego, w dniu, w którym wyprowadził przodków naszych z Egiptu, aby nam dać ziemię opływającą w mleko i miód, jak to jest i obecnie. Nie byliśmy posłuszni głosowi Pana, Boga naszego, przekazanemu we wszystkich mowach proroków posłanych do nas. Każdy chodził według zamysłów swego złego serca, służyliśmy bowiem obcym bogom i czyniliśmy zło przed oczami Pana, Boga naszego”
„Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz!”

To są dzisiejsze czytania mszalne. Bóg przez cały czas mówi to samo.
Z faktyczną dekonstrukcją teologii moralnej ręka w rękę poszła liturgia — i nie przez przypadek cała jej posoborowa reforma poszła w kierunku, żeby było cool, żeby wierni na mszy bawili się dobrze i było ciekawie i wesoło. Żeby zlikwidować wszystko, co wymaga czasu i wysiłku, a wprowadzić znaną z psychologii natychmiastową gratyfikację. Żeby imprezowością i atrakcyjnością zewnętrzną przyciągnąć tłumy (które, jak już wiadomo, i tak nie przyszły, a za to większość dotychczasowych wiernych odeszła; tu pytanie dodatkowe: Czy Jezus starał się przyciągać i utrzymywać tłumy?).
Dlatego właśnie praca świeckich katolików, którzy znienawidzeni i wyśmiewani przez kler rozpaczliwie walczą o dostojną, świętą i pełną czci Bożej liturgię (nie mówię, jakoby byli rycerzami bez trwogi i skazy, ale jestem przekonana, że nawet gdyby nimi byli, to i tak by się błoto na nich znalazło), jest w tej chwili tak ważna — bo lex orandi lex credendi. Obrońcy życia i chrześcijańskiej moralności zgodnej z prawem naturalnym (to ostatni filar katolickiej nauki moralnej, który jeszcze jakoś się trzyma po upadku ascetyki) oraz świętej liturgii — przede wszystkim wierni świeccy, choć duchowni też się wsród nich zdarzają — są teraz na pierwszej linii frontu w samym Kościele, bo walka ze „światem” przeniosła się z zewnątrz do wewnątrz. Przyszłość Kościoła katolickiego rozstrzygnie się na tych dwóch polach.
Myślę, że albo Kościół łaciński wkrótce się opamięta, albo będzie coraz szybciej rozmywać się i zanikać jak protestantyzm, rzucając się w konwulsjach od laksyzmu moralnego i liturgicznego po skrajny purytanizm i odwrotnie. W perspektywie kilku stuleci ocaleje Reszta katolicka, podobnie jak z zalewu herezji arianizmu (ortodoksji katolickiej bronił w pewnym momencie tylko jeden ważniejszy biskup, jeśli dobrze pamiętam; wszyscy poszli za Ariuszem i jego następcami). Ona ocaleje, bo będzie twardo stała przy oryginalnym nauczaniu chrześcijańskim i katolickim, głoszonym przez wszystkie sobory (łącznie z Watykańskim II, gdy bierze się jego dokumenty in extenso). Te Resztki zaczynają się już zresztą ujawniać i to, że dostają zewsząd w Kościele po głowie, rodzi nadzieję.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?