sobota, 28 marca 2015

Życie w różowych okularach

Przywiezione z rekolekcji:

List od babci.
Któregoś dnia poszłam do miejscowej księgarni katolickiej i ujrzałam naklejkę na zderzak z napisem: „ZATRĄB, JEŚLI KOCHASZ JEZUSA”. Akurat byłam w szczególnym nastroju, ponieważ właśnie wróciłam ze wstrząsającego występu chóru, po którym odbyły się gromkie, wspólne modlitwy — więc kupiłam naklejkę i założyłam na zderzak.
Jak dobrze, że to zrobiłam!!!
Co za podniosłe doświadczenie nastąpiło później! Zatrzymałam się na czerwonych światłach na zatłoczonym skrzyżowaniu i pogrążyłam się w myślach o Bogu i o tym, jaki jest dobry... Nie zauważyłam, że światła się zmieniły. Jak to dobrze, że ktoś również kocha Jezusa, bo gdyby nie zatrąbił, nie zauważyłabym... a tak odkryłam, że MNÓSTWO ludzi kocha Jezusa! Więc gdy tam siedziałam, gość za mną zaczął trąbić, jak oszalały, potem otworzył okno i krzyknął: „Na miłość boską! Naprzód! Naprzód! Jezu Chryste, naprzód!” Jakimże oddanym chwalcą Jezusa był ten człowiek!
Potem każdy zaczął trąbić! Wychyliłam się przez okno i zaczęłam machać i uśmiechać się do tych wszystkich, pełnych miłości ludzi. Sama też kilkakrotnie nacisnęłam klakson, by dzielić z nimi tę miłość!
Gdzieś z tyłu musiał być ktoś z Florydy, bo usłyszałam, jak krzyczał coś o „sunny beach”. Ujrzałam innego człowieka, który w zabawny sposób wymachiwał dłonią, ze środkowym palcem uniesionym do góry. Gdy zapytałam nastoletniego wnuka, siedzącego z tyłu, co to może znaczyć, odpowiedział, że to chyba jest jakiś hawajski znak na szczęście, czy coś takiego. No cóż, nigdy nie spotkałam nikogo z Hawajów, więc wychyliłam się z okna i też pokazałam mu hawajski znak na szczęście. Wnuk wybuchnął śmiechem... Nawet jemu podobało się to religijne doświadczenie!...
Paru ludzi było tak ujętych radością tej chwili, że wysiedli z samochodów i zaczęli iść w moim kierunku. Z pewnością chcieli się wspólnie pomodlić, lub może zapytać, do jakiego Kościoła należę, ale właśnie zobaczyłam, że mam zielone światła. Pomachałam więc do wszystkich sióstr i braci z miłym uśmiechem, po czym przejechałam przez skrzyżowanie. Zauważyłam, że tylko mój samochód zdążył to zrobić, bo znowu zmieniły się światła — i poczułam smutek, że muszę już opuścić tych ludzi, po okazaniu sobie nawzajem tak pięknej miłości; otworzyłam więc okno i po raz ostatni pokazałam im wszystkim hawajski znak na szczęście, a potem odjechałam.
Niech Bogu będzie chwała za tych cudownych ludzi!!!

Amerykański humor w pigułce, ale mądry. Szczęśliwi, którzy mają tak pozytywne oczekiwania wobec ludzi. Omija ich mnóstwo zgryzot. Rekolekcjonista (ks. Marek Różycki, polecam — mądry i pobożny kapłan) zakończył nauki słowami, że 90% rzeczy, których się obawiamy, nigdy się nie zdarzy. Te rekolekcje pozwoliły mi uświadomić sobie, ile sobie dodaję frustracji, interpretując zachowania bliźnich w kluczu negatywnym, a nie pozytywnym. Skoro i tak nie wiemy, co naprawdę myśli o nas nasz bliźni i z jakich motywacji i uczuć wynikają jego zachowania wobec nas, to po co tłumaczyć je jako negatywne? Hermeneutyka w różowych okularach nie musi być mniej błędna niż w czarnych, ale o ile jest przyjemniejsza!

Ps. Przy okazji możliwość dokształtu: Hawajski znak na szczęście


wtorek, 10 marca 2015

Przekleństwo skojarzeń

Dzisiaj rano znajoma weszła na portal społecznościowy i ujrzała następujące wpisy swoich znajomych.
W tłumaczeniu na polski:
Górny wpis: „Korporacja zła”: „Najtrudniejsze rano jest nie zasnąć po tym, jak wyłączysz budzik”.
Poniżej wpis użytkownika „Dominikanie”:

czwartek, 19 lutego 2015

Na dobry początek Wielkiego Postu

„Nie mów o człowieku, którego byś widziała pijanym, że to pijak; ani o tym, kto byłby przyłapany na cudzołóstwie, że to cudzołożnik; albo na kazirodztwie, że kazirodca – bo jeden upadek nie zasługuje jeszcze i na miano złoczyństwa. Słońce raz było stanęło dla zwycięstwa Jozuego i raz było zgasło na zwycięską śmierć naszego Zbawiciela – któż by jednak z tego powodu mówił, że słońce jest nieruchome i ciemne. Noe raz się był upił; a Lot raz jeden i drugi i w obu razach popełnił wielkie kazirodztwo – a jednak ani Noe nie był pijakiem, ani Lot nie był kazirodcą. I Święty Piotr nie był rozlewcą krwi, dlatego że jeden raz ciął w ucho Malchusa, ani bluźniercą, że jednej nocy trzy razy zaparł się Chrystusa. Dla zasłużenia sobie na imię jakiejś cnoty albo jakiegoś grzechu, trzeba znacznie już w tej cnocie postąpić albo nabyć już w tym grzechu wielkiego nałogu. Jest więc fałszem mówić o człowieku, że złośnik lub złodziej, gdy się go raz widziało w zagniewaniu albo na kradzieży”.
Św. Franciszek Salezy, Filotea, cz. III, rozdz. 29

„W tych trzech przypadkach twe usta pełne są mądrości i roztropności: gdy wyznajesz własne nieprawości, gdy wielbisz i dzięki składasz Panu, gdy przemawiasz ku zbudowaniu. Albowiem »sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami do zbawienia«. Jako też: »Na początku przemówienia człowiek sprawiedliwy oskarża sam siebie«. W połowie powinien wielbić Pana, a wreszcie – gdy starczy mądrości – także budować bliźniego”.
Św. Bernard z Clairvaux, Sermo de diversis nr 15

piątek, 23 stycznia 2015

Ciasteczko jedności

Często odkrywam, że moi znajomi są mądrzejsi ode mnie i potrafią lepiej oddać sprawę niż ja. W takich chwilach w ogóle nie chce mi się pisać, bo po co, skoro oni jakąś moją myśl wyrazili trafniej i umiejętniej. Za zgodą autorów publikuję dwie wypowiedzi z dyskusji o olewactwie liturgicznym, wywołanej profanacją Najświętszego Sakramentu podczas Mszy papieskiej w Manili.

Agnieszka Myszewska-Dekert:
W Kościele Katolickim, apostolskim Kościele Katolickim, Najświętszy Sakrament zawsze był otaczany czcią najwyższą. Nie istnieją „żadne względy duszpasterskie”, ani tłum, ani „brak czasu”, ani brak kapłanów czy szafarzy, które by usprawiedliwiały tak zorganizowaną obrazę Chrystusa. Kościół Katolicki będzie trwał, o ile będzie wierny, także w oddawaniu czci, Najświętszemu Sakramentowi. To dla Niego zostali ustanowieni kapłani i wokół Niego toczyło się zawsze życie Kościoła. Zamiana Eucharystii na „ciasteczko jedności” (dalsze protestanckie rozumienie liturgii) jest zagładą naszej wiary i właściwie jej śmiercią. Tak, Pan Jezus tego nie potrzebuje: ani piękna liturgii, ani naszej czci, ale to Mu się po prostu od nas należy. Co więcej — my tego potrzebujemy. Każdy, kto ma podstawowy szacunek do Najświętszego Sakramentu, kiedy już wyjdzie z kategorii „fajności” („Ale super, mogę wziąć Komunię na rękę! Ekstra! Co za bliskość!”) dojrzy głęboką niestosowność i destruktywność tego, co się wydarzyło (podobnie jak plastikowe kubeczki w czasie innej papieskiej mszy w Rio), kolejne przekroczenie granicy w desakralizacji tego co Najświętsze, tym bardziej niebezpieczne, że gros ludzi nie widzi problemu, że Najświętszy Sakrament staje się... problemem. Usuwa się Go z głównych ołtarzy, (by nie przeszkadzał ludziom zwiedzać kościołów, zamiast ich uczyć, jak się zachowuje w obecności Sakramentu; jakoś muzułmanie nie mają problemów, by wymagać zdjęcia butów od wszystkich przed wejściem do meczetu). Każde, już nie tylko konsekrowane dłonie mogą Go brać, już nie tylko w szczególnych okolicznościach, ale zawsze, bo np. księżnom się spieszy i „panie, ta komunia to by z godzinę trwała, gdybyśmy we dwóch jej udzielali”... oducza się przyklękania przed przyjęciem (już nie mówię o przyjmowaniu na klęcząco), bo by to mogło naruszyć św. Pośpiech, najważniejszą ostatnio (poza by „było miło i fajnie”) kategorię liturgiczną... Jednym słowem skutecznie i metodycznie od małego oducza się ludzi czci dla Najświętszego Sakramentu. A potem dziwi się, kiedy ludzie faktycznie tej czci nie mają... i nie uważają, że do czegokolwiek potrzebni im są także kapłani... i skąd taka nienawiść do chrześcijaństwa... ale skoro sami katolicy znieważają Sakrament, to jak można wymagać czci od tych „z zewnątrz”?
Jan Traczyk:
Wszystko przez to, że w ogóle nie uczy się ludzi (księży w seminariach też nie za bardzo), cóż to takiego jest liturgia. Potem wychodzą w szmatach do świętego ołtarza, opuszczają wszystkie ukłony, bo przecież „Panu Bogu nasza chwała niepotrzebna”. A jak zapyta się ktoś, po co tu przyszedł, nie usłyszy: „aby wraz z Cherubinami i Serafinami opiewać dniem i nocą niewypowiedzianą i nieopisaną chwałę wielkiego Boga, Pana światów i Władcy królów ziemi, który wszystko potężnie utrzymuje w istnieniu”, ani „aby w obliczu majestatu Bożego służyć Najwyższemu i śpiewać Jego boską teologię”, tylko w najlepszym razie „pomodlić się”. No jasne, po co komu udział w jakiejś tam liturgii niebiańskiej, w jakiś Boskich i Życiodajnych Tajemnicach Władcy Jezusa Chrystusa, to wszystko niepotrzebne...

I jeszcze link do tekstu na blogu ojca Macieja Zachary MIC, liturgisty (sprzed kilku lat, ale aktualnego i na temat): O tym, że Pan Jezus się przecież nie obrazi

poniedziałek, 22 grudnia 2014

798. rocznica zatwierdzenia Zakonu

Dzisiaj obchodzimy 798. rocznicę zatwierdzenia Zakonu Braci Kaznodziejów. 22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III bullą Religiosam Vitam zatwierdził i ustanowił nowy zakon: „Zarządzamy, aby zakon kanoników, który jak wiadomo, został założony przy tym samym kościele [świętego Romana]… był uznawany bez naruszenia przez wszystkie przyszłe czasy”. Pierwsze konstytucje Zakonu, Liber Consuetudinum, zaczynały się od słów: „Ponieważ zgodnie z nakazem Reguły mamy mieć jedno serce i jedną duszę w Panu, jest rzeczą słuszną, abyśmy żyjąc wedle jednej reguły… zachowali jednolitą kanoniczną obserwancję zakonną”. Kanoniczną, to znaczy opartą na pełnym, chórowym oficjum liturgicznym. Dlaczego? Ojciec William Bonniwell OP pisze w książce Historia liturgii dominikańskiej:
„Liturgia przywraca równowagę między życiem intelektualnym i afektywnym; nie jest przeszkodą, lecz wzmacnia studium i nadaje mu owocność. Podczas zgromadzeń wokół ołtarza dusza przyswaja owoc swojej pracy, a prawda, zstępując z umysłu do serca, zapala ją żarliwością. I właśnie po to, aby zabezpieczyć osobiste uświęcanie się swoich uczniów, święty Dominik pragnął, aby byli kanonikami regularnymi. Jego decyzja miała też inną, istotną przyczynę. Studium miało być tylko środkiem do celu, a celem tym było głoszenie. Święty w pełni zdawał sobie sprawę, że aby kaznodziejstwo braci było owocne, musi je podtrzymywać i ożywiać modlitwa. Nie wierzył, że wystarczy polegać tylko na prywatnej modlitwie pojedynczego kaznodziei, bo taka modlitwa może osłabnąć, a nawet zaniknąć; wolał złożyć ufność w uroczystej oficjalnej modlitwie wspólnoty, zbierającej się codziennie przed ołtarzem Boga. Jako człowiek intensywnej modlitwy, namiętnie kochający liturgię, święty Dominik wiedział, że jego zakon może kwitnąć tylko tak długo, jak długo będzie nocą i dniem wznosił ku Bogu niekończące się, uroczyste błaganie liturgii — tej oficjalnej modlitwy Chrystusowego Kościoła — aby sprowadzać Boże błogosławieństwo na nauczanie i głoszenie braci”.
Dzisiaj, w dniu 798. rocznicy zatwierdzenia Zakonu Dominikańskiego, życzmy braciom dominikanom autentycznego i wiernego wypełniania charyzmatu dominikańskiego. Oby zawsze pamiętali o podstawowym znaczeniu modlitwy liturgicznej dla ich duchowości i pracy apostolskiej oraz stale nawracali się do naśladowania Jezusa Chrystusa i jego gorliwego naśladowcy — św. Dominika Guzmana.
Bulla papieża Honoriusza

piątek, 7 listopada 2014

Dostałam moskalika :)))

Pan Piotr J. Ochwał napisał na moją cześć moskalika. Jest mi bardzo miło :) Oto on:

Rzeknij: pani Dominika
Nie zna się na starym mszale!
Wnet oberwie twoja grdyka
W nawie, przy konfesjonale.

Piotr Ochwał, oprócz tego iż jak pies gończy zapamiętale ściga w Internecie wszelkich bajzelarzy, kryptoheretyków i demoralizatorów niszczących liturgię i Kościół katolicki, szczególnie jeśli są posiadaczami celebretów, czyli osobami bardziej niż inne powołanymi do troski o Kościół i dawania dobrego przykładu, przejawia nieprzeciętny talent poetycki. Jestem naprawdę pod wrażeniem :)
A oto dwa inne przykłady spośród wielu, które zaprezentował w ciągu zaledwie kilkunastu minut w jednej fejsbukowej dyskusji; pierwszy to znowu moskalik, drugi — klasyczny limeryk:

Mówisz, że kardynał Burke
Złamał posłuszeństwa słowo?
Czekaj, dorwę ja dwururkę,
Spadnie łeb twój. Odpustowo.
Raz ojciec Bergoglio majonez
Przemycić chciał na Peloponez.
Lecz zjadł go po drodze,
Przestraszył się srodze,
Po prostu: zabrakło cojones...

Ponieważ mnie też bardzo bawi składanie limeryków (a także poematów trzynastozgłoskowcem), przy okazji po raz pierwszy publikuję dwa moje limeryki, napisane przed laty na cześć znajomych dominikanów:

Prosiła raz Olga Gałuszkę,
By pomógł jej pielić pietruszkę.
„Nie mogę — tak rzecze,
Wszak lata już nie te”.
Więc biedna wciąż płacze w poduszkę.
Z Dawidem pojeździć na rolkach
Pragnęła gorąco Mariolka.
Lecz chętnych zbyt wiele
Jest w każdą niedzielę,
Została jej tylko więc scholka.

Wszystkich was zachęcam do zabawy w pisanie limeryków i moskalików. Świetna rozrywka :))) Więcej informacji np.:
Moskalik (Wikipedia)
Limeryk (Wikipedia)
Polska Strona Limerykowa

niedziela, 2 listopada 2014

Prekursorzy aggiornamento

Na większą cześć i chwałę Pana Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, a nam na pożytek nasz zbawienny czyta nam dzisiaj Kościół Święty, Matka nasza:
„W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: »Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili«. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i im się zaprzedali, aby robić to, co złe”.
1 Księga Machabejska, drugie czytanie w Godzinie Czytań
Spójrzcie. Przecież „Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili” to jest dokładnie motywacja kościelnego aggiornamento. Upodobnienie się do zeświecczałych obyczajów świata zachodniego i likwidacja prawdziwego łacińskiego rytu liturgicznego, rozluźnienie obserwancji zakonnych, odgórne zniesienie wielu dobrze zakorzenionych zwyczajów pobożnościowych miały ocalić Kościół rzymski przed utratą wiernych, spadkiem liczby powołań kapłańskich i zakonnych oraz innymi katastrofami rodem ze świata okrutnych bożków statystyki. I co, ocaliły? Dzisiaj, po 50 latach, już widać, że Kościół, owszem, w miarę ocalał, ale tam, gdzie te postępowe reformy wprowadzono w minimalnym możliwym zakresie. Tam zaś, gdzie wszystko ochoczo wdrożono (jak to wyglądało w realu, opisywałam w tekście: „Koniec rewolucji kulturalnej, czyli demitologizacja”; jest to autentyczne świadectwo mojej śp. krewnej), jest postchrześcijańska, postkapłańska, postzakonna pustynia.
Powiedzmy szczerze — opis Judei w czasach Antiocha Epifanesa to wierny obraz dzisiejszego Kościoła katolickiego w świecie zachodnim. Zamieńmy tylko znak obrzezania na znak stroju duchownego, a resztę czytajmy w kluczu akceptacji dla powtórnych małżeństw, stosunków homoseksualnych, przyjęcia przez zakonników świeckich obyczajów itd., itp. Czyż zdanie „Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre” nie stanowi trafnej charakterystyki poczynań kardynała Kaspera i spółki, a na naszym rodzimym poletku „Neo-PAX-u”, którego troskliwie przykryte pięknymi hasłami o realizowaniu odnowy soborowej korzenie światopoglądowe możemy w rzeczywistości wyśledzić u protagonistów francuskiej lewicy laickiej (ideowych mistrzów środowiska „Gazety Wyborczej”) i/lub dawnych kontaktów z ulicy Rakowieckiej*?
„Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12). Natchnione Słowo Boże odsłania prawdziwe motywacje wszystkich heroldów różnych aggiornamento w historii. Gdy się poszczególnym casusom starannie przyjrzymy, łatwo odkryjemy, że słowa o dobrym celu reform, mających pozwolić na uniknięcie utraty wiary i dobrych obyczajów, są tylko przykrywką. W rzeczywistości ludzie, którzy takie reformy usiłują wprowadzać, JUŻ są zeświecczeni, JUŻ utracili pobożność i religijne obyczaje, JUŻ zafascynowali się cudzą, wrogą własnej religii i tożsamości kulturowej cywilizacją, i chcą całą swoją społeczność przerobić na swoje.
(Drugi papierek lakmusowy, zdradzający takich „reformatorów”, to częsty element przymusu, siły, podstępu, inżynierii społecznej, psychomanipulacji, korzystania z aparatu władzy zewnętrznej; jest on dobrze widoczny i w sposobie wprowadzenia posoborowej reformy mszału, i obecnie w poczynaniach kardynała Kaspera).
„Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach”.
Mt 7,15-20
Czyż nie obserwujemy właśnie tych owoców w Kościele zachodnim? Ale z dzisiejszego Słowa Bożego płynie także dobra wiadomość. Przeciw destrukcyjnym działaniom „reformatorów” prędzej czy później zawsze występują jacyś Machabeusze. I to jest widoczne już także dzisiaj: powstaje Francja, liczba tradycjonalistów katolickich (nie tylko w aspekcie liturgicznym, lecz także szerzej pojętej pobożności, ortodoksji, obserwancji, wręcz kultury katolickiej) gwałtownie rośnie w całej Europie, świeccy coraz głośniej domagają się od duchownych i zakonników zachowywania obowiązujących ich przepisów i obserwancji, a ustawka kardynała Kaspera wywołała prawdziwy bunt na pokładzie — tym razem już nie tylko świeckich, lecz także hierarchów.
Bo religia, czy szerzej kultura, pozbawiona zasad i związanej z nimi tożsamości naprawdę nie jest dla nikogo atrakcyjna. Grupy, które rezygnują z przestrzegania zasad i własnej tożsamości, które się „modernizują” i upodabniają do narodów ościennych — po prostu z czasem zanikają. O tym, jak to się odbywa, napiszę kiedyś oddzielny tekst, na przykładzie historii starożytnego Izraela. Wiele lat temu przygotowywałam na ten temat rozprawę doktorską u ks. prof. Waldemara Chrostowskiego; i choć z przyczyn losowych nie zdołałam jej ukończyć, wiele się dzięki niej nauczyłam.

* Wyjaśnienie dla młodzieży i niewarszawiaków: przy ul. Rakowieckiej w czasach komunistycznych mieściła się siedziba resortów siłowych. Stąd krążył dowcip, że najdłuższa ulica w Warszawie to Rakowiecka: zaczyna się Moskwą (chodzi o zburzone później kino Moskwa), dalej jest jednostka wojskowa, MSW, sierociniec i areszt, a kończy się kościołem i cmentarzem.