Dzisiaj mój kolega z uczelni, Bawer Aondo-Akaa, wstąpił w związek małżeński. Fakt ten, sam w sobie powtarzalny w milionach egzemplarzy, w przypadku Bawera jest warty opisania na moim blogu, bo Bawer jest człowiekiem niezwykłym.
Jest kimś takim jak Nick Vujicič — wydawałoby się, że bez żadnych szans już na starcie, a jednak prowadzącym aktywne i wartościowe życie oraz szczodrze rozdającym innym ludziom radość, nadzieję, siłę i sens życia.
Jest pół-Murzynem, co już samo w sobie jest w naszym kraju utrudnieniem, i człowiekiem niemal zupełnie sparaliżowanym. Jeździ na wózku, który ktoś inny musi popychać, i mówi bardzo niewyraźnie. Mimo to skończył studia magisterskie z teologii, obecnie kontynuuje studia doktoranckie, pisze artykuły, udziela wywiadów, działa społecznie, startował w ostatnich wyborach parlamentarnych jako kandydat na posła, jest duszą towarzystwa (słynął z urządzania w akademiku atrakcyjnych imprez), znalazł wspaniałą dziewczynę, a dzisiaj się z nią ożenił.
Ja poznałam Bawera kilka lat temu, na zajęciach u ojca Jarka Kupczaka OP. Ojciec Jarek wprowadza zawsze na swoich wykładach elementy dyskusji, pozwala wypowiadać się studentom, ale jednocześnie bezwzględnie przerywa, gdy ktoś mówi nieinteresująco, nie na temat albo po prostu za długo. Moją uwagę przykuło to, że Bawerowi ojciec nigdy nie przerywa, choć zrozumienie tego, co mówi, i dojechanie do końca jego wypowiedzi naprawdę wymaga czasem cierpliwości. Kiedy ktoś z trudem i niewyraźnie mówi, w naturalny sposób zakładamy, że ta osoba jest upośledzona umysłowo lub przynajmniej opóźniona. Tymczasem w przypadku Bawera szybko się okazało, że jest człowiekiem wybitnie inteligentnym i o wielkiej wiedzy. To, co mówi, zawsze wyrasta ponad poziom innych studentów, i po prostu warto uzbroić się w cierpliwość, aby wysłuchać go do końca. Nigdy nie zapomnę, jak na wykładzie ojca Jarka nt. feminizmu Bawer jedną celną wypowiedział rozprawił się z postulatami „katolickich” feministek, żądających święceń kapłańskich, bo zakaz wyświęcania kobiet stawia je rzekomo na gorszej pozycji w Kościele i jest brakiem równouprawnienia. A Bawer na to: „Ja jestem osobą niepełnosprawną i nie mogę dostać prawa jazdy, bo nie jestem w stanie prowadzić samochodu. Zrobiłbym krzywdę i sobie, i innym. I nie jest to żadne traktowanie mnie jako gorszego. Po prostu takie są moje ograniczenia i trzeba umieć to uznać! Na tym polega mądrość!”
Bawer stał się sławny na cały kraj po pierwszym Marszu Niepodległości w 2011 r., kiedy to media reżimowe: „Gazeta Wyborcza”, TVN itd., a także lewacy z „Krytyki Politycznej” itp. środowisk usiłowali przedstawić Marsz jako faszystowski i antymniejszościowy, a niemieckich bojówkarzy z Antify jako miłujących wolność obrońców demokracji. Pamiętamy hasło tęczowej kontrdemonstracji homoseksualistów: „Faszyzm nie przejdzie!” Cała ta kłamliwa narracja została obalona jednym zdjęciem, które jak piorun (to właśnie oznacza imię Bawer) rozeszło się po forach internetowych: w pierwszym rzędzie Marszu, pod transparentami i biało-czerwonymi flagami, ciemnoskóry Bawer na swym inwalidzkim wózku, w biało-czerwonym szaliku z polskim orłem. Natychmiast ktoś wpuścił do sieci mema ze zbliżeniem Bawera i przeróbką tamtego hasła: „Faszyzm nie przeszedł, on przejechał!” Zamieszczam je poniżej.
Nigdy nie byłam na ślubie, na którym cała atmosfera byłaby tak przesiąknięta wiarą i gdzie nowożeńcy tak poważnie traktowaliby wszystkie wypowiadane słowa, starannie i powoli je wypowiadając. Nie mam wątpliwości, że to będzie bardzo dobre i szczęśliwe małżeństwo.
Ślubu udzielał Maciek Okoński OP, stryjeczny wnuk pani Marii Okońskiej, współpracownicy kardynała Wyszyńskiego. Koncelebrował inny kapłan, wujek panny młodej, przyszło mnóstwo ludzi, skrzyknęliśmy też liczną scholę. A życzenia dla nowożeńców przekazał i udzielił im papieskiego błogosławieństwa sam papież Franciszek! Kuria watykańska wysłała w tej sprawie specjalny list!
Podaję dwa linki do wywiadów z Bawerem, żebyście mogli się przekonać, kim jest:
Radości i smutki ciemnoskórego Polaka
Miłość przedniejsza niż wino
Sto lat młodej parze!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Okoński OP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Okoński OP. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 października 2013
niedziela, 12 maja 2013
Teraz my weźmy się do pracy
Jestem przekonana, że pani Maria Okońska była święta i znajduje się już w niebie. Jej pierwszy mały cud polega na tym, że mogłam być na jej pogrzebie. Nie pojechałabym specjalnie — nie mam na to pieniędzy ani czasu. Tymczasem jej pogrzeb wypadł właśnie wtedy, gdy akurat byłam w Warszawie na delegacji, choć ostatnio zdarza się to bardzo rzadko.
Msza pogrzebowa była celebrowana w mojej ulubionej od dzieciństwa katedrze św. Jana Chrzciciela. Były setki ludzi, trzech biskupów i 60 kapłanów, ale na mnie największe wrażenie zrobił poczet sztandarowy Rajdu Katyńskiego — dobrze zbudowani panowie w średnim wieku (zapewne nieźle sytuowani, bo wiadomo, kogo stać na harleya) w strojach motocyklowych z mnóstwem patriotycznych naszywek. Spotkałam ich wcześniej dwukrotnie, w tym przed kościołem dominikanów w Czortkowie, jest to niezwykła inicjatywa, którą warto bliżej poznać. Jeden z panów trzymał także patenę podczas rozdawania komunii i był to chyba najdziwniejszy ministrant, jakiego widziałam w życiu. W pierwszej chwili wzięłam go za ochroniarza lub gromowca :)
En passant, o ile oficjalne przemówienia na pogrzebach ważnych osób i w innych tp. okolicznościach są z reguły drętwe, sztampowe, pełne klisz językowych i myślowych (i zawsze za długie), o tyle mówcy duchowni nie są jeszcze tacy źli. Naprawdę okropni są świeccy. Gdy przemawiają na uroczystościach kościelnych, a nie daj Boże w imieniu jakiejś instytucji, próbują być bardziej duchowi od duchownych i bardziej dostojni od dostojników kościelnych. Są wyjątkowo podniośli, świadomi wyjątkowego momentu i miary naszych czasów. Efekt jest traumatyczny. Zawsze w takich chwili staję się jeszcze gorętszym zwolennikiem Kościoła hierarchicznego i jeszcze bardziej zaciekłym przeciwnikiem posoborowej promocji świeckich ;)
Po mszy pojechaliśmy na cmentarz bródnowski. Kwatera członkiń Instytutu znajduje się w jego najstarszej części, w pobliżu drewnianego kościółka św. Wincentego. Drzewa i krzewy stały pachnące po świeżym deszczu w kwiatach i młodych liściach. To był bardzo przyjemny pogrzeb. Wyglądał raczej na nabożeństwo majowe. Zaczęło się od „Zwycięzca śmierci”, łącznie ze zwrotkami „Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale, gdy Pan Zbawiciel tryumfuje w chwale” oraz „Cieszy swych uczniów, którzy wierni byli”, a potem Litania loretańska, „Chwalcie, łąki umajone”, „Z dawna Polski Tyś Królową” i tak dalej. Śpiewała (po wiele zwrotek) większość uczestników — zupełnie inaczej, niż się dzieje normalnie.
Z chwilą śmierci pani Okońskiej, której nie znałam osobiście, ale która była dla mnie łącznikiem z wielce czczonym przeze mnie kardynałem Wyszyńskim, a także wraz ze śmiercią Cezarego Chlebowskiego, który zmarł w tym samym tygodniu, wymarło już całe pokolenie, które mnie ukształtowało — moją religijność, światopogląd, stosunek do Polski i historii. Odkryłam jednak, że po raz pierwszy nie czuję osamotnienia i osierocenia, jak zawsze wcześniej w takich chwilach. Po tamtej stronie jest już tak dużo ludzi, którzy byli dla mnie ważni, drodzy i bliscy, że niezauważalnie zmieniła mi się perspektywa. Teraz już czekam, kiedy dołączę do nich tam, a nie tylko patrzę, kto jeszcze jest ze mną tutaj.
Ale jednocześnie śmierć tych wielkich ludzi nakłada na nas obowiązek przejęcia ich zadań. Jak napisała autorka jednego z komentarzy na profilu Instytutu Prymasa Wyszyńskiego na Facebooku, pani Elżbieta: „A więc wypełniajmy śluby a nie je zrywajmy. Nie przyzwalajmy nie zamykajmy oczu nie mówmy to nas nie obchodzi. Ona nie była obojętna. Teraz my weźmy się do pracy”. Nasz krakowski dominikanin Maciek Okoński, duszpasterz Beczki, który przemawiał na pogrzebie w imieniu rodziny, powiedział, że w ostatnich latach Ciocia Marysia mówiła już tylko o rzeczach ważnych: o tym, że mamy być święci i zostać zbawieni. (To samo napisała w książkowej dedykacji dla mnie, którą Maciek zdążył mi załatwić przed jej śmiercią, zamieściłam ją we wpisie „Kobieta niezwykła”). Opowiedział też drobną, ale znaczącą historię z jej życia. Była kiedyś na plaży i spotkała tam mężczyznę. Wyglądał, jakby czegoś potrzebował, więc podeszła i zapytała go. Odpowiedział: Potrzebuję człowieka. Zapytała, zdziwiona: Tutaj, w katolickiej Polsce, nie ma pan żadnego człowieka? Wtedy mężczyzna odpowiedział: Potrzebuję człowieka, który będzie w pełni mi oddany. Zrozumiała, że to był Jezus Chrystus.
Teraz my musimy być tymi ludźmi: Maciek, ja, pani Elżbieta i inni. Musimy być ludźmi dla ludzi wokół nas, musimy nieść im Chrystusa. Kardynał Wyszyński i pani Okońska gorąco pragnęli, by Polska została wierna Bogu; wierna Jezusowi Chrystusowi i Maryi. Poświęcili temu całe życie. Teraz to zadanie — zobowiązanie — przeszło na nas.
Jeszcze ostatnia refleksja: w najgorszych czasach prześladowań komunistycznych Prymas Tysiąclecia powtarzał, że zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Na pogrzebie pani Okońskiej zobaczyłam Kościół liczny, wierny, żywy, modlący się, śpiewający, pobożny, aktywny. Kościół polski i maryjny, chciałoby się powiedzieć: „taki jak kiedyś”. Nie mam wątpliwości, że obecny upadek wiary w narodzie, odejście od Boga, niemal zupełna i zapewne nie do odwrócenia ateizacja młodego pokolenia są skutkiem tego, co zwolennicy tradycyjnej liturgii nazywają „posoborowiem”, a co z opóźnieniem dotarło także do Polski — za przyzwoleniem hierarchii. Zwalczanie kultu maryjnego i tradycyjnej pobożności było i jest jedną z głównych trosk modernizujących „ideologów soboru” i tzw. inteligencji katolickiej. I udało im się — wyśmiewaną „mariodulię”, zacofaną ludową pobożność i mocną pozycję kapłana jako ojca i przywódcy świeckich po soborze wyeliminowano na Zachodzie doszczętnie. Wraz z nimi niepostrzeżenie odeszła wiara w Boga... U nas proces ten powstrzymywali kardynał Wyszyński i Jan Paweł II. Niestety od czasu, kiedy ich zabrakło, szybko się „unowocześniamy” także w sferze religijnej. I nie są za to odpowiedzialni politycy, Unia, hipermarkety, feministki czy geje. Oni nie mogliby nic, gdyby Kościół nie rozmontowywał się sam.
To na nas spoczywa zadanie, aby odwrócić ten proces. Jestem pewna, że może się to stać tylko w jeden sposób — przez powrót do nauczania i wizji Kościoła kardynała Wyszyńskiego, których kustoszką była pani Okońska i jej Instytut. O Wyszyńskim niemal się nie mówi, jest niewygodny; Kościół w Polsce poszedł dokładnie w przeciwną stronę, niż on chciał (warto przypomnieć, że nie tylko ciągle mówił o Maryi, lecz także był zwolennikiem silnego jednoosobowego przywództwa w Kościele, a nawet uważał, że dobrze się stało, iż komuniści zabrali Kościołowi majątki, bo oddzielały go od ludzi i odciągały od duszpasterstwa!). A jednak zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Wróćmy do Maryi, do silnej, ojcowskiej i przywódczej roli księdza, do tradycyjnej ludowej pobożności.
Na szczęście wszystkie te rysy — łącznie z naciskiem na zmniejszanie statusu materialnego instytucjonalnego Kościoła — odnajduję w nowym papieżu Franciszku.
Msza pogrzebowa była celebrowana w mojej ulubionej od dzieciństwa katedrze św. Jana Chrzciciela. Były setki ludzi, trzech biskupów i 60 kapłanów, ale na mnie największe wrażenie zrobił poczet sztandarowy Rajdu Katyńskiego — dobrze zbudowani panowie w średnim wieku (zapewne nieźle sytuowani, bo wiadomo, kogo stać na harleya) w strojach motocyklowych z mnóstwem patriotycznych naszywek. Spotkałam ich wcześniej dwukrotnie, w tym przed kościołem dominikanów w Czortkowie, jest to niezwykła inicjatywa, którą warto bliżej poznać. Jeden z panów trzymał także patenę podczas rozdawania komunii i był to chyba najdziwniejszy ministrant, jakiego widziałam w życiu. W pierwszej chwili wzięłam go za ochroniarza lub gromowca :)
En passant, o ile oficjalne przemówienia na pogrzebach ważnych osób i w innych tp. okolicznościach są z reguły drętwe, sztampowe, pełne klisz językowych i myślowych (i zawsze za długie), o tyle mówcy duchowni nie są jeszcze tacy źli. Naprawdę okropni są świeccy. Gdy przemawiają na uroczystościach kościelnych, a nie daj Boże w imieniu jakiejś instytucji, próbują być bardziej duchowi od duchownych i bardziej dostojni od dostojników kościelnych. Są wyjątkowo podniośli, świadomi wyjątkowego momentu i miary naszych czasów. Efekt jest traumatyczny. Zawsze w takich chwili staję się jeszcze gorętszym zwolennikiem Kościoła hierarchicznego i jeszcze bardziej zaciekłym przeciwnikiem posoborowej promocji świeckich ;)
Po mszy pojechaliśmy na cmentarz bródnowski. Kwatera członkiń Instytutu znajduje się w jego najstarszej części, w pobliżu drewnianego kościółka św. Wincentego. Drzewa i krzewy stały pachnące po świeżym deszczu w kwiatach i młodych liściach. To był bardzo przyjemny pogrzeb. Wyglądał raczej na nabożeństwo majowe. Zaczęło się od „Zwycięzca śmierci”, łącznie ze zwrotkami „Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale, gdy Pan Zbawiciel tryumfuje w chwale” oraz „Cieszy swych uczniów, którzy wierni byli”, a potem Litania loretańska, „Chwalcie, łąki umajone”, „Z dawna Polski Tyś Królową” i tak dalej. Śpiewała (po wiele zwrotek) większość uczestników — zupełnie inaczej, niż się dzieje normalnie.
Z chwilą śmierci pani Okońskiej, której nie znałam osobiście, ale która była dla mnie łącznikiem z wielce czczonym przeze mnie kardynałem Wyszyńskim, a także wraz ze śmiercią Cezarego Chlebowskiego, który zmarł w tym samym tygodniu, wymarło już całe pokolenie, które mnie ukształtowało — moją religijność, światopogląd, stosunek do Polski i historii. Odkryłam jednak, że po raz pierwszy nie czuję osamotnienia i osierocenia, jak zawsze wcześniej w takich chwilach. Po tamtej stronie jest już tak dużo ludzi, którzy byli dla mnie ważni, drodzy i bliscy, że niezauważalnie zmieniła mi się perspektywa. Teraz już czekam, kiedy dołączę do nich tam, a nie tylko patrzę, kto jeszcze jest ze mną tutaj.
Ale jednocześnie śmierć tych wielkich ludzi nakłada na nas obowiązek przejęcia ich zadań. Jak napisała autorka jednego z komentarzy na profilu Instytutu Prymasa Wyszyńskiego na Facebooku, pani Elżbieta: „A więc wypełniajmy śluby a nie je zrywajmy. Nie przyzwalajmy nie zamykajmy oczu nie mówmy to nas nie obchodzi. Ona nie była obojętna. Teraz my weźmy się do pracy”. Nasz krakowski dominikanin Maciek Okoński, duszpasterz Beczki, który przemawiał na pogrzebie w imieniu rodziny, powiedział, że w ostatnich latach Ciocia Marysia mówiła już tylko o rzeczach ważnych: o tym, że mamy być święci i zostać zbawieni. (To samo napisała w książkowej dedykacji dla mnie, którą Maciek zdążył mi załatwić przed jej śmiercią, zamieściłam ją we wpisie „Kobieta niezwykła”). Opowiedział też drobną, ale znaczącą historię z jej życia. Była kiedyś na plaży i spotkała tam mężczyznę. Wyglądał, jakby czegoś potrzebował, więc podeszła i zapytała go. Odpowiedział: Potrzebuję człowieka. Zapytała, zdziwiona: Tutaj, w katolickiej Polsce, nie ma pan żadnego człowieka? Wtedy mężczyzna odpowiedział: Potrzebuję człowieka, który będzie w pełni mi oddany. Zrozumiała, że to był Jezus Chrystus.
Teraz my musimy być tymi ludźmi: Maciek, ja, pani Elżbieta i inni. Musimy być ludźmi dla ludzi wokół nas, musimy nieść im Chrystusa. Kardynał Wyszyński i pani Okońska gorąco pragnęli, by Polska została wierna Bogu; wierna Jezusowi Chrystusowi i Maryi. Poświęcili temu całe życie. Teraz to zadanie — zobowiązanie — przeszło na nas.
Jeszcze ostatnia refleksja: w najgorszych czasach prześladowań komunistycznych Prymas Tysiąclecia powtarzał, że zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Na pogrzebie pani Okońskiej zobaczyłam Kościół liczny, wierny, żywy, modlący się, śpiewający, pobożny, aktywny. Kościół polski i maryjny, chciałoby się powiedzieć: „taki jak kiedyś”. Nie mam wątpliwości, że obecny upadek wiary w narodzie, odejście od Boga, niemal zupełna i zapewne nie do odwrócenia ateizacja młodego pokolenia są skutkiem tego, co zwolennicy tradycyjnej liturgii nazywają „posoborowiem”, a co z opóźnieniem dotarło także do Polski — za przyzwoleniem hierarchii. Zwalczanie kultu maryjnego i tradycyjnej pobożności było i jest jedną z głównych trosk modernizujących „ideologów soboru” i tzw. inteligencji katolickiej. I udało im się — wyśmiewaną „mariodulię”, zacofaną ludową pobożność i mocną pozycję kapłana jako ojca i przywódcy świeckich po soborze wyeliminowano na Zachodzie doszczętnie. Wraz z nimi niepostrzeżenie odeszła wiara w Boga... U nas proces ten powstrzymywali kardynał Wyszyński i Jan Paweł II. Niestety od czasu, kiedy ich zabrakło, szybko się „unowocześniamy” także w sferze religijnej. I nie są za to odpowiedzialni politycy, Unia, hipermarkety, feministki czy geje. Oni nie mogliby nic, gdyby Kościół nie rozmontowywał się sam.
To na nas spoczywa zadanie, aby odwrócić ten proces. Jestem pewna, że może się to stać tylko w jeden sposób — przez powrót do nauczania i wizji Kościoła kardynała Wyszyńskiego, których kustoszką była pani Okońska i jej Instytut. O Wyszyńskim niemal się nie mówi, jest niewygodny; Kościół w Polsce poszedł dokładnie w przeciwną stronę, niż on chciał (warto przypomnieć, że nie tylko ciągle mówił o Maryi, lecz także był zwolennikiem silnego jednoosobowego przywództwa w Kościele, a nawet uważał, że dobrze się stało, iż komuniści zabrali Kościołowi majątki, bo oddzielały go od ludzi i odciągały od duszpasterstwa!). A jednak zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Wróćmy do Maryi, do silnej, ojcowskiej i przywódczej roli księdza, do tradycyjnej ludowej pobożności.
Na szczęście wszystkie te rysy — łącznie z naciskiem na zmniejszanie statusu materialnego instytucjonalnego Kościoła — odnajduję w nowym papieżu Franciszku.
Więcej o tym, kim była pani Maria Okońska, można przeczytać tutaj.
wtorek, 9 października 2012
Kobieta niezwykła
Mam wśród znajomych stryjecznego wnuka Marii Okońskiej, jednej z największych Polek i kobiet Kościoła XX wieku. Najbliższej współpracownicy kard. Stefana Wyszyńskiego, trwającej przy nim, gdy zawodzili nawet współbracia w kapłaństwie, i wykonującej dla niego najbardziej dyskretne misje, których nie odważał się powierzyć oficjalnym współpracownikom. Bojowniczki Powstania Warszawskiego i więźniarki stalinowskiej. Założycielki „Ósemek”, które pobiły na głowę wszelkie filmowe „aniołki Charliego” itp. Kobiety tak szalonej, że podczas przesłuchania u „Krwawej Luny” — Julii Brystygierowej — zaczęła ją nawracać, będąc pewna, że również w niej musi być ukryte dobro, a na pożegnanie serdecznie ją całując. I rzeczywiście, ponieważ ludzie najczęściej zachowują się tak, jak po nich oczekujemy, wydobyła z „Krwawej Luny” dobro.
Dzieło życia pani Okońskiej jest dzisiaj aktualne nie mniej niż 60 lat temu; dziś pokazuje ono wielką rolę kobiet w Kościele i jest najlepszą odtrutką na „feministyczne teolożki” żądające dla siebie władzy nad wiernymi i święceń kapłańskich.
Ta niezwykła kobieta nadal żyje, Bogu dzięki; zajmuje się pielęgnowaniem dziedzictwa Prymasa Tysiąclecia i pisaniem wspomnień. Pierwszy tom, pod tytułem „Przez Maryję wszystko dla Boga”, ukazał się w wydawnictwie Soli Deo w 2008 roku. Wykorzystując okazję, za pośrednictwem znajomego poprosiłam panią Okońską o osobistą dedykację i dzisiaj nadszedł szczęśliwy dzień, kiedy książka z dedykacją wreszcie wróciła. Ba, i to z jaką dedykacją! Nikt mi nigdy takiej nie napisał. Kobieta, Która Nie Rozmienia Się Na Drobne I Trafia W Sedno.
Jeśli siły pani Okońskiej dopiszą, przyjedzie pod koniec października do Krakowa na noc czuwania i będę mogła spotkać ją osobiście :)
Dzieło życia pani Okońskiej jest dzisiaj aktualne nie mniej niż 60 lat temu; dziś pokazuje ono wielką rolę kobiet w Kościele i jest najlepszą odtrutką na „feministyczne teolożki” żądające dla siebie władzy nad wiernymi i święceń kapłańskich.
Ta niezwykła kobieta nadal żyje, Bogu dzięki; zajmuje się pielęgnowaniem dziedzictwa Prymasa Tysiąclecia i pisaniem wspomnień. Pierwszy tom, pod tytułem „Przez Maryję wszystko dla Boga”, ukazał się w wydawnictwie Soli Deo w 2008 roku. Wykorzystując okazję, za pośrednictwem znajomego poprosiłam panią Okońską o osobistą dedykację i dzisiaj nadszedł szczęśliwy dzień, kiedy książka z dedykacją wreszcie wróciła. Ba, i to z jaką dedykacją! Nikt mi nigdy takiej nie napisał. Kobieta, Która Nie Rozmienia Się Na Drobne I Trafia W Sedno.
Jeśli siły pani Okońskiej dopiszą, przyjedzie pod koniec października do Krakowa na noc czuwania i będę mogła spotkać ją osobiście :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

