Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kard. Stefan Wyszyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kard. Stefan Wyszyński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dzikość kobiety

Ignacy — geniusz! Dedykuję ten wpis wszystkim jezuitom z okazji uroczystości liturgicznej ich założyciela, jaka przypadła kilka dni temu :)

Z reguł rozeznawania duchów (Ćwiczenia duchowne nr 325):
„Reguła 12. Nieprzyjaciel w zachowaniu się podobny jest do kobiety, w tym mianowicie, że siły ma słabe, ale chęć szkodzenia mocną. Bo właściwością kobiety w czasie sprzeczki z jakimś mężczyzną jest tracić odwagę i uciekać, jeśli mężczyzna stawia jej dzielnie czoła; a przeciwnie, jeżeli mężczyzna zaczyna uciekać tracąc odwagę, wtedy gniew, mściwość i dzikość kobiety nie zna granic, ni miary”.

A już bardziej poważnie: Dzisiaj przypada 90. rocznica święceń kapłańskich Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego, jednocześnie 113. rocznica jego urodzin oraz imieniny. Pamiętajmy o dziękczynieniu Bogu za jego życie i działanie, jakie z łaski Opatrzności wspierały Polskę w chwili zagrożenia jej bytu przez komunizm, oraz o modlitwie o jego rychłą beatyfikację!

„Nie wystarczy w Boga wierzyć, trzeba jeszcze Bogu zawierzyć”.
„Zamiast oczekiwać na dobroć innych, sami napełniajmy codziennie życie dobrocią”.
„Nie musisz wszystkiego rozumieć, wystarczy, że kochasz wszystko, co Bóg daje”.
„Człowiek Boży zawsze budzi nadzieję! w ludziach smutnych, zgorzkniałych i zwątpiałych pogłębia wiarę w Bożą opatrzność”.

środa, 26 marca 2014

„Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim

„Jest tu otwarte wielkie zagadnienie, które trafnie postawił Ojciec św. Pius XII w jednej ze swoich encyklik, poświęconej śpiewowi kościelnemu. Jak wiele przejawów współczesnej sztuki, tak też muzyka i śpiew współczesny przeżywają jakąś mękę, szarpaninę i niepokój. Rzecz znamienna: człowiek dzisiejszy poddaje się tej szarpaninie, szuka w niej nadziei i uspokojenia, ale nie znajduje. Bo gdy do szarpaniny mózgów i nerwów dołączy się jeszcze szarpanina nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, to wówczas szaleństwo może ogarnąć ludzi i świat. Ktoś musi to wszystko uspokoić, uciszyć.

WYCHOWAWCZE I SPOŁECZNE ZNACZENIE ŚPIEWU GREGORIAŃSKIEGO


Kościół święty ma wspaniałe narzędzia uspokajania serc ludzkich. Jest nim śpiew gregoriański. W ciągu kilku dni waszej pielgrzymki poświęciliście mu uwagę, ćwiczenia i prelekcje. Ma on w sobie szczególną doniosłość i dostojną powagę spokojnego Kościoła. Ma przedziwną dojrzałość wieków i jakieś wielkie zamodlenie. Dzięki temu uczy nas modlitwy, przywraca umiejętność skupienia, skoncentrowania i skierowania zbolałej duszy ku Bogu. Śpiew gregoriański jest wybitnie wychowawczy, społeczny i uspokajający. Wnosi pokój do serc i do życia społecznego.
Dlatego też często osobiście zachęcaliśmy rzesze organistów i chórmistrzów, ażeby we wspaniałej gamie wszelkich możliwości śpiewnych różnych stylów, wyrobili miejsce dla śpiewu gregoriańskiego.
Ojciec święty ma głębokie zrozumienie dla śpiewu polifonicznego, narodowego i ludowego. Zresztą Kościół święty zawsze i wszędzie, a szczególnie w Ojczyźnie naszej, pielęgnował śpiew ludowy w świątyniach, świadczą o tym Godzinki i Gorzkie żale, nasze kolędy i śpiewy okresów liturgicznych. Ale obok tych wybitnie doniosłych wartości wychowawczych i modlitewnych, szczególne znaczenie ma dzisiaj, właśnie ze względów wychowawczych i społecznych, niosący pokój śpiew gregoriański.
Dlatego zachęcaliśmy Was, Najmilsi (i nie przestajemy nadal zachęcać), do pielęgnowania go. Radujemy się, że wielu z Was mogło poświęcić tych kilka dni na szczególne kultywowanie śpiewu gregoriańskiego.
Jeszcze jedną uwagę chciałbym Wam dorzucić: pamiętajcie, że śpiew gregoriański, to jest artyzm duszy, to jest, że się tak wyrażę, kwiat duszy, jakiś szczyt usposobienia duchowego i modlitewnego. Wyrósł on z modlitwy i ze znajomości ducha Kościoła. Dlatego trzeba go pielęgnować w jego wspaniałej, złotej oprawie liturgii Kościoła św. Bez znajomości liturgii i ducha roku kościelnego nie uda się Wam dobrze wykonać śpiewu gregoriańskiego. Wymaga on dużej kultury osobistej i modlitewnej, zmysłu teologicznego, a przede wszystkim, jak już powiedziałem, rzetelnej i gruntownej znajomości liturgii Kościoła.
Gdybyście chcieli zinterpretować tylko jeden werset psalmu, zobaczylibyście, że te same słowa inaczej smakują zależnie od tego, na jakie tło liturgiczne je rzucimy. Inaczej będzie brzmiał w uszach ten sam werset w czasie Adwentu, kiedy cały Kościół Boży oczekuje, a inaczej zaśpiewa Ci w duszy, gdy go wykonasz na tle liturgii Bożego Narodzenia, okresu Męki Pańskiej czy zwycięskiej Wielkiej nocy i Zielonych świątek. Jeszcze inaczej zabrzmi w powadze dojrzewających niedziel post Pentecosten. Jest to bardzo znamienne.
Dojrzałość tę możecie wyczerpnąć, łącząc śpiew gregoriański ze znajomością ducha poszczególnych okresów roku liturgicznego. Gdy przystępujecie do głębszego zaznajomienia się ze śpiewem gregoriańskim i gdy ćwiczycie w nim chóry, starajcie się sami dobrze zapoznać z duchem liturgii Kościoła świętego i zadbajcie o to, aby oswoić z nim uczestników chórów. Sami się o to starajcie i proście kapłanów, aby Wam pomogli.
Wtedy wasze apostolstwo śpiewem i muzyką wyda wspaniały owoc. Będziecie uśmierzali nienawistną bestię pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. Niech na głos śpiewu i melodii waszej muzyki stanie się w sercach ludzkich wielkie uciszenie. Oddacie wówczas olbrzymią przysługę biednym dzieciom, wygnańcom Ewy, na tym łez padole. To jest wasze zaszczytne apostolstwo! Przejmijcie się nim do głębi!

Stefan kard. Wyszyński, Kazanie do Ogólnopolskiej pielgrzymki organistów na Jasną Górę, 25 września 1958 r., w: Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, Uświęcenie pracy zawodowej, Paris 1963, s. 290-292. Kursywa wg oryginału, pogrubienia moje.

Dołączam modlitwę o łaski za sprawą sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Może warto za pośrednictwem Prymasa Tysiąclecia prosić o łaskę uwolnienia naszych kościołów, a szczególnie dusz księży, zakonników i zakonnic, którzy wydają decyzje dotyczące liturgii w naszych kościołach, którzy swoim słowem i przykładem formują wiernych i ich duchowy i artystyczny smak, od szarpaniny nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, dołączającej się do szarpaniny mózgów i nerwów... od nienawistnej bestii pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. I mam pomysł nowej akcji: wydawanie certyfikatów „Kościół przyjazny wiernym! Tutaj liturgia wolna od gitar, perkusji, wzmacniaczy i śpiewu estradowego”


MODLITWA O BEATYFIKACJĘ STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO PRYMASA TYSIĄCLECIA


Boże w Trójcy Świętej Jedyny, Ty w swojej niewypowiedzianej dobroci powołujesz ciągle nowych, apostołów, aby przybliżali światu Twoją Miłość. Bądź uwielbiony za to, że dałeś nam opatrznościowego Pasterza Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia.
Boże, Źródło wszelkiej świętości, spraw prosimy Cię, aby Kościół zaliczył go do grona swoich świętych. Wejrzyj na jego heroiczną wiarę, całkowite oddanie się Tobie, na jego męstwo wobec przeciwności i prześladowań, które znosił dla imienia Twego. Pomnij, jak bardzo miłował Kościół Twojego Syna, jak wiernie kochał Ojczyznę i każdego człowieka, broniąc jego godności i praw, przebaczając wrogom, zło dobrem zwyciężając.
Otocz chwałą wiernego Sługę Twojego Stefana Kardynała, który wszystko postawił na Maryję i Jej zawierzył bez granic, u Niej szukając pomocy w obronie wiary Chrystusowej i wolności Narodu. Ojcze nieskończenie dobry, uczyń go orędownikiem naszych spraw przed Tobą. Amen.
Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem Stefana Kardynała Wyszyńskiego tej łaski, o którą Cię teraz szczególnie proszę...

Nihil obstat do prywatnego odmawiania
Kuria Metrop. Warszawska 24.06.83 nr 4792/K
Ks. Stefan Piotrowski, wikariusz generalny
Ks. Stanisław Pyzel, notariusz

czwartek, 23 stycznia 2014

Czy biskupowi diecezjalnemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?

Histeria wśród znajomych tzw. aktywnych katolików wokół opublikowania prywatnych notatek Jana Pawła II osiągnęła taki poziom absurdu, że przestałam już się dziwić i tylko się śmieję.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
„Wszelkimi sposobami trzeba wam wielbić Jezusa Chrystusa, który was uwielbił, abyście zjednoczeni w tym samym posłannictwie, to jest, poddani biskupowi i prezbiterom, osiągnęli pełnię świętości... Ponieważ jednak, gdy o was idzie, miłość nie pozwala mi milczeć, dlatego uprzedziłem was i zachęcam, abyście jednoczyli się w spełnianiu woli Boga... Dlatego trzeba, abyście pozostawali w jedności z waszym biskupem, co też zresztą czynicie. Wasze czcigodne prezbiterium, czcigodne wobec Boga, złączone jest tak z biskupem, jak struny cytry. W jednomyślności i zgodnej miłości wznosi się pieśń ku chwale Jezusa Chrystusa. Każdy z was niechaj stanie się członkiem takiego chóru, abyście jednomyślni zgodą, podejmując harmonijnie melodię Bożą jednym głosem, śpiewali Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wtedy wysłucha was i pozna po dobrych waszych czynach, że należycie do Jego Syna. Trwajcie przeto w nienaruszonej jedności, abyście mieli trwałe uczestnictwo w Bogu. Jeśli ja sam w krótkim czasie zawarłem z waszym biskupem tak serdeczną znajomość, nie według ciała, lecz duchową, o ileż bardziej was uznaję za szczęśliwych, którzy z nim tak ściśle złączeni jesteście jak Kościół z Jezusem Chrystusem, jak Jezus Chrystus z Ojcem w doskonałej harmonii jedności. Niechaj nikt nie błądzi: jeśli ktoś znajduje się z dala od ołtarza, pozbawia się Bożego chleba”.
Wielu jest takich, co do kościoła na mszę przychodzą, albo nawet ją sprawują, ale w sercu są odłączeni, bo jedności ze swoim biskupem nie mają. I wtedy, zgodnie ze słowami św. Ignacego, nie mogą liczyć na świętość, owoce Bożego chleba i poznanie, że należą do Jego Syna.
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.

Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.

Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.

niedziela, 12 maja 2013

Teraz my weźmy się do pracy

Jestem przekonana, że pani Maria Okońska była święta i znajduje się już w niebie. Jej pierwszy mały cud polega na tym, że mogłam być na jej pogrzebie. Nie pojechałabym specjalnie — nie mam na to pieniędzy ani czasu. Tymczasem jej pogrzeb wypadł właśnie wtedy, gdy akurat byłam w Warszawie na delegacji, choć ostatnio zdarza się to bardzo rzadko.

Msza pogrzebowa była celebrowana w mojej ulubionej od dzieciństwa katedrze św. Jana Chrzciciela. Były setki ludzi, trzech biskupów i 60 kapłanów, ale na mnie największe wrażenie zrobił poczet sztandarowy Rajdu Katyńskiego — dobrze zbudowani panowie w średnim wieku (zapewne nieźle sytuowani, bo wiadomo, kogo stać na harleya) w strojach motocyklowych z mnóstwem patriotycznych naszywek. Spotkałam ich wcześniej dwukrotnie, w tym przed kościołem dominikanów w Czortkowie, jest to niezwykła inicjatywa, którą warto bliżej poznać. Jeden z panów trzymał także patenę podczas rozdawania komunii i był to chyba najdziwniejszy ministrant, jakiego widziałam w życiu. W pierwszej chwili wzięłam go za ochroniarza lub gromowca :)

En passant, o ile oficjalne przemówienia na pogrzebach ważnych osób i w innych tp. okolicznościach są z reguły drętwe, sztampowe, pełne klisz językowych i myślowych (i zawsze za długie), o tyle mówcy duchowni nie są jeszcze tacy źli. Naprawdę okropni są świeccy. Gdy przemawiają na uroczystościach kościelnych, a nie daj Boże w imieniu jakiejś instytucji, próbują być bardziej duchowi od duchownych i bardziej dostojni od dostojników kościelnych. Są wyjątkowo podniośli, świadomi wyjątkowego momentu i miary naszych czasów. Efekt jest traumatyczny. Zawsze w takich chwili staję się jeszcze gorętszym zwolennikiem Kościoła hierarchicznego i jeszcze bardziej zaciekłym przeciwnikiem posoborowej promocji świeckich ;)

Po mszy pojechaliśmy na cmentarz bródnowski. Kwatera członkiń Instytutu znajduje się w jego najstarszej części, w pobliżu drewnianego kościółka św. Wincentego. Drzewa i krzewy stały pachnące po świeżym deszczu w kwiatach i młodych liściach. To był bardzo przyjemny pogrzeb. Wyglądał raczej na nabożeństwo majowe. Zaczęło się od „Zwycięzca śmierci”, łącznie ze zwrotkami „Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale, gdy Pan Zbawiciel tryumfuje w chwale” oraz „Cieszy swych uczniów, którzy wierni byli”, a potem Litania loretańska, „Chwalcie, łąki umajone”, „Z dawna Polski Tyś Królową” i tak dalej. Śpiewała (po wiele zwrotek) większość uczestników — zupełnie inaczej, niż się dzieje normalnie.

Z chwilą śmierci pani Okońskiej, której nie znałam osobiście, ale która była dla mnie łącznikiem z wielce czczonym przeze mnie kardynałem Wyszyńskim, a także wraz ze śmiercią Cezarego Chlebowskiego, który zmarł w tym samym tygodniu, wymarło już całe pokolenie, które mnie ukształtowało — moją religijność, światopogląd, stosunek do Polski i historii. Odkryłam jednak, że po raz pierwszy nie czuję osamotnienia i osierocenia, jak zawsze wcześniej w takich chwilach. Po tamtej stronie jest już tak dużo ludzi, którzy byli dla mnie ważni, drodzy i bliscy, że niezauważalnie zmieniła mi się perspektywa. Teraz już czekam, kiedy dołączę do nich tam, a nie tylko patrzę, kto jeszcze jest ze mną tutaj.

Ale jednocześnie śmierć tych wielkich ludzi nakłada na nas obowiązek przejęcia ich zadań. Jak napisała autorka jednego z komentarzy na profilu Instytutu Prymasa Wyszyńskiego na Facebooku, pani Elżbieta: „A więc wypełniajmy śluby a nie je zrywajmy. Nie przyzwalajmy nie zamykajmy oczu nie mówmy to nas nie obchodzi. Ona nie była obojętna. Teraz my weźmy się do pracy”. Nasz krakowski dominikanin Maciek Okoński, duszpasterz Beczki, który przemawiał na pogrzebie w imieniu rodziny, powiedział, że w ostatnich latach Ciocia Marysia mówiła już tylko o rzeczach ważnych: o tym, że mamy być święci i zostać zbawieni. (To samo napisała w książkowej dedykacji dla mnie, którą Maciek zdążył mi załatwić przed jej śmiercią, zamieściłam ją we wpisie „Kobieta niezwykła”). Opowiedział też drobną, ale znaczącą historię z jej życia. Była kiedyś na plaży i spotkała tam mężczyznę. Wyglądał, jakby czegoś potrzebował, więc podeszła i zapytała go. Odpowiedział: Potrzebuję człowieka. Zapytała, zdziwiona: Tutaj, w katolickiej Polsce, nie ma pan żadnego człowieka? Wtedy mężczyzna odpowiedział: Potrzebuję człowieka, który będzie w pełni mi oddany. Zrozumiała, że to był Jezus Chrystus.

Teraz my musimy być tymi ludźmi: Maciek, ja, pani Elżbieta i inni. Musimy być ludźmi dla ludzi wokół nas, musimy nieść im Chrystusa. Kardynał Wyszyński i pani Okońska gorąco pragnęli, by Polska została wierna Bogu; wierna Jezusowi Chrystusowi i Maryi. Poświęcili temu całe życie. Teraz to zadanie — zobowiązanie — przeszło na nas.

Jeszcze ostatnia refleksja: w najgorszych czasach prześladowań komunistycznych Prymas Tysiąclecia powtarzał, że zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Na pogrzebie pani Okońskiej zobaczyłam Kościół liczny, wierny, żywy, modlący się, śpiewający, pobożny, aktywny. Kościół polski i maryjny, chciałoby się powiedzieć: „taki jak kiedyś”. Nie mam wątpliwości, że obecny upadek wiary w narodzie, odejście od Boga, niemal zupełna i zapewne nie do odwrócenia ateizacja młodego pokolenia są skutkiem tego, co zwolennicy tradycyjnej liturgii nazywają „posoborowiem”, a co z opóźnieniem dotarło także do Polski — za przyzwoleniem hierarchii. Zwalczanie kultu maryjnego i tradycyjnej pobożności było i jest jedną z głównych trosk modernizujących „ideologów soboru” i tzw. inteligencji katolickiej. I udało im się — wyśmiewaną „mariodulię”, zacofaną ludową pobożność i mocną pozycję kapłana jako ojca i przywódcy świeckich po soborze wyeliminowano na Zachodzie doszczętnie. Wraz z nimi niepostrzeżenie odeszła wiara w Boga... U nas proces ten powstrzymywali kardynał Wyszyński i Jan Paweł II. Niestety od czasu, kiedy ich zabrakło, szybko się „unowocześniamy” także w sferze religijnej. I nie są za to odpowiedzialni politycy, Unia, hipermarkety, feministki czy geje. Oni nie mogliby nic, gdyby Kościół nie rozmontowywał się sam.

To na nas spoczywa zadanie, aby odwrócić ten proces. Jestem pewna, że może się to stać tylko w jeden sposób — przez powrót do nauczania i wizji Kościoła kardynała Wyszyńskiego, których kustoszką była pani Okońska i jej Instytut. O Wyszyńskim niemal się nie mówi, jest niewygodny; Kościół w Polsce poszedł dokładnie w przeciwną stronę, niż on chciał (warto przypomnieć, że nie tylko ciągle mówił o Maryi, lecz także był zwolennikiem silnego jednoosobowego przywództwa w Kościele, a nawet uważał, że dobrze się stało, iż komuniści zabrali Kościołowi majątki, bo oddzielały go od ludzi i odciągały od duszpasterstwa!). A jednak zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję. Wróćmy do Maryi, do silnej, ojcowskiej i przywódczej roli księdza, do tradycyjnej ludowej pobożności.

Na szczęście wszystkie te rysy — łącznie z naciskiem na zmniejszanie statusu materialnego instytucjonalnego Kościoła — odnajduję w nowym papieżu Franciszku.


Więcej o tym, kim była pani Maria Okońska, można przeczytać tutaj.

środa, 3 kwietnia 2013

Bilans otwarcia 1

Po kilkunastodniowej przerwie, spowodowanej pośpiesznym kończeniem pracy doktorskiej, włączyłam przed świętami Facebooka... i od razu mi się odechciało go przeglądać. Zwolennicy i przeciwnicy Mszy w rycie klasycznym, jedni i drudzy zaangażowani katolicy świeccy, a czasem i duchowni, kłócili się na temat nowego papieża Franciszka z taką zajadłością, nienawiścią, pychą i agresją, że jedyne, co przychodziło do głowy jako komentarz, to tyrada Chrystusa przeciwko faryzeuszom:
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle?”
No, można jeszcze sięgnąć po skargę Dawida:
„Wybaw mię, Panie, od człowieka złego, strzeż mnie od gwałtownika: od tych, którzy w sercu knują złe zamiary, każdego dnia wzniecają spory. Ostre jak u węża ich języki, a jad żmijowy pod ich wargami”.
Jedyna różnica była taka, że jedni bluzgali tylko na swoich bezpośrednich oponentów, a drudzy także na nowo wybranego papieża (jeszcze niedawno często powoływana w dyskusjach zasada posłuszeństwa Następcy Świętego Piotra i wiernego naśladowania go nagle bowiem została rzucona w kąt... ale ponieważ natura nie znosi próżni, więc teraz zapewne odkurzy ją i poniesie jako swoje palladium druga strona sporu).
Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności. I takiego przywiązania do tradycji i czci Bożej, i takiego otwierania Kościoła na potrzeby współczesnych ludzi.
Czem prędzej z powrotem wyłączyłam FB, usiłując strząsnąć z siebie ten jad, który zdążył w jednej chwili zatruć moje myśli i serce, aby móc się w spokoju ducha przygotować do współuczestniczenia w Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa.
Odczuwałam w tym czasie potrzebę napisania czegoś w rodzaju osobistego bilansu otwarcia nowego pontyfikatu, ale wszystko, co przychodziło mi do głowy, czem prędzej odsuwałam z niesmakiem na bok, bo od razu oczyma duszy widziałam pod linkiem do mojego tekstu na FB agresywne komentarze zaangażowanych katolików bądź z jednej, bądź z drugiej strony. Aż wczoraj w kościele ojców dominikanów przy ul. Stolarskiej w Krakowie, koło Grobu Pańskiego (tak, tak!) znalazłam stosik odbitych na ksero ulotek z modlitwą o beatyfikację Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego, położonych tam zapewne przez jakiś pobożny moherowy beret (en passant, muszę sobie w końcu kupić to nakrycie głowy). A w ulotce oprócz ww. modlitwy i mądrych myśli Kardynała zamieszczono „ABC Społecznej Krucjaty Miłości”. Więc może na razie zacznijmy bilans otwarcia od ABC; a co będzie dalej, zobaczymy.

ABC Społecznej Krucjaty Miłości

1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata.
2. Myśl dobrze o wszystkich — nie myśl źle o nikim. Staraj się nawet w najgorszym dostrzec coś dobrego.
3. Mów zawsze życzliwie o drugich — nie mów źle o bliźnich. Napraw krzywdę wyrządzoną słowem. Nie czyń rozdźwięku między ludźmi. Jednocz sercem i słowem.
4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości. Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj, nie rób przykrości. Nie wyciskaj łez. Uspokajaj i okazuj dobroć.
5. Przebaczaj wszystko wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy. Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.
6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego. Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie czyniono. Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien, ale co ty jesteś winien innym.
7. Czynnie współczuj w cierpieniu. Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.
8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni, jak ty korzystasz z pracy drugich.
9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim. Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego. Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.
10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.

Społeczna Krucjata Miłości to ruch nieformalny, nie posiadający struktury administracyjnej, a jedynie łączący wszystkich, którzy swym życiem szerzą zasady ABC Społecznej Krucjaty Miłości, których twórcą jest Sługa Boży Stefan Kard. Wyszyński.

wtorek, 9 października 2012

Kobieta niezwykła

Mam wśród znajomych stryjecznego wnuka Marii Okońskiej, jednej z największych Polek i kobiet Kościoła XX wieku. Najbliższej współpracownicy kard. Stefana Wyszyńskiego, trwającej przy nim, gdy zawodzili nawet współbracia w kapłaństwie, i wykonującej dla niego najbardziej dyskretne misje, których nie odważał się powierzyć oficjalnym współpracownikom. Bojowniczki Powstania Warszawskiego i więźniarki stalinowskiej. Założycielki „Ósemek”, które pobiły na głowę wszelkie filmowe „aniołki Charliego” itp. Kobiety tak szalonej, że podczas przesłuchania u „Krwawej Luny” — Julii Brystygierowej — zaczęła ją nawracać, będąc pewna, że również w niej musi być ukryte dobro, a na pożegnanie serdecznie ją całując. I rzeczywiście, ponieważ ludzie najczęściej zachowują się tak, jak po nich oczekujemy, wydobyła z „Krwawej Luny” dobro.
Dzieło życia pani Okońskiej jest dzisiaj aktualne nie mniej niż 60 lat temu; dziś pokazuje ono wielką rolę kobiet w Kościele i jest najlepszą odtrutką na „feministyczne teolożki” żądające dla siebie władzy nad wiernymi i święceń kapłańskich.
Ta niezwykła kobieta nadal żyje, Bogu dzięki; zajmuje się pielęgnowaniem dziedzictwa Prymasa Tysiąclecia i pisaniem wspomnień. Pierwszy tom, pod tytułem „Przez Maryję wszystko dla Boga”, ukazał się w wydawnictwie Soli Deo w 2008 roku. Wykorzystując okazję, za pośrednictwem znajomego poprosiłam panią Okońską o osobistą dedykację i dzisiaj nadszedł szczęśliwy dzień, kiedy książka z dedykacją wreszcie wróciła. Ba, i to z jaką dedykacją! Nikt mi nigdy takiej nie napisał. Kobieta, Która Nie Rozmienia Się Na Drobne I Trafia W Sedno.
Jeśli siły pani Okońskiej dopiszą, przyjedzie pod koniec października do Krakowa na noc czuwania i będę mogła spotkać ją osobiście :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”

„Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy rozpocząć budowania w »czystym polu«. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się zgodnie ze swoją własną duchowością — jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych — to naród renegatów! Taki naród skazuje się dobrowolnie na śmierć, podcina korzenie własnego istnienia”.

„Nie wolno tworzyć »dziejów bez dziejów«; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi; nie wolno sprowadzać narodu na poziom »zaczynania od początku«, jak gdyby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, jej wypróbowaną moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych”.

Te słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego, wygłoszone w 1972 i 1977 roku, odnoszą się bezpośrednio do odcinania społeczeństwa, przez komunistyczne władze okresu PRL, od tysiącletniej historii Polski i jej związków z chrześcijaństwem. Nieoczekiwanie dzisiaj stają się równie aktualne jak wtedy, gdy zostały wypowiedziane; Polską znowu rządzą ludzie, którzy usiłują oderwać młodzież od historii, literatury i kultury polskiej, aby wyprodukować nowego, internacjonalnego i wykorzenionego, a więc podatnego na socjotechnikę człowieka.
Jednak mi te słowa Prymasa Tysiąclecia kojarzą się z czymś jeszcze. Przeczytajcie je, proszę, jeszcze raz, zamieniając słowa „naród” i „Polska” na „Kościół”... Niektórzy czytelnicy będą mi to mieli zapewne za złe, ale szczerze się przyznam, że operacja wprowadzenia nowej mszy i zakazania starej, a przede wszystkim związana z nią tabuizacja tematu i zbiorowa amnezja, jako żywo przypominają mi czasy, w których Polska zaczynała się w lipcu 1944 razem z Manifestem PKWN, a o AK i II Rzeczpospolitej nie wolno było wspominać, chyba że najwyżej z dyżurnymi etykietkami „zaplutych karłów reakcji” i „krwawych rządów sanacyjnych”. Urodziłam się w tym samym roku, w którym promulgowany został mszał Pawła VI. Tymczasem o tym, że kiedyś była jakaś inna msza, dowiedziałam się grubo po zakończeniu studiów teologicznych! Kiedy w książkach historycznych oglądałam ilustracje przedstawiające mszę w dawnych czasach, dziwiło mnie, dlaczego wszystko tak inaczej wygląda. Wystarczyło 20 lat, aby dokonać zupełnej amputacji pamięci. A ja nie byłam całkiem oddzielona od Kościoła: chodziłam na religię i byłam w oazie. I kiedy teraz obserwuję, jak przeciwnicy „uwolnienia” starej mszy zwalczają mnie i innych jej zwolenników na Facebooku czy w osobistych rozmowach, jakich używają argumentów, jak uciekają od tematu, stosując proste zaprzeczanie, etykietowanie, projekcje, przypisywanie złych intencji, odwracanie kota ogonem, agresywne ataki ad personam i inne techniki świetnie mi znane z manipulacyjnych zachowań alkoholików, nie mogę uwolnić się od widma tej propagandy historycznej i wymuszonej amnezji z czasów komuny. Pamiętam ją doskonale z dzieciństwa.

Skojarzenia te nie są zupełnie nieuzasadnione, gdyż czym historia jest dla narodu, tym liturgia dla Kościoła. Liturgia jest pamiątką, anamnezą dziejów naszego zbawienia; i jest szkołą wiary zgodnie z zasadą „lex orandi lex credendi”. Jaka liturgia, taki Kościół. Jeśli nagle chirurgicznym cięciem odcinamy sobie 1500 lat historii, przeskakując do mitycznej II-wiecznej „mszy Justyna Męczennika” i równie mitycznej „anafory Hipolita” (polecam świetny tekst o. Macieja Zachary pt. „O tym, że II Modlitwa eucharystyczna NIE JEST najstarszą modlitwą jaką mamy”), to pozbawiamy Kościół jego dziejów, z których czerpie soki na przyszłość. Dlatego, nawiasem mówiąc, nie wierzę w powodzenie wysiłków moich przyjaciół z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, którzy usiłują naprawiać NOM. Może jestem starym zrzędzącym mamutem, czy też karłem z piosenki tria Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński:
„Tej księgi do końca już czytać nie muszę
Choć większa ode mnie i ledwo w połowie
Ogromne oburącz przewracam arkusze —
Ostatnią stronicę bez trudu dopowiem.
By przyszłość dokładnie przewidzieć, wystarczy
Znad kart podnieść wzrok i popatrzeć wam w twarze.
Nic dla was nie musi oznaczać mój starczy
Wzrok z twarzy od dziecka zmarszczonej...”

...ale przez cały czas odczuwam wrażenie, że naprawianie NOM-u przypomina reformowanie socjalizmu. Stawiam hipotezę, że jedno i drugie jest nienaprawialne, bo zostało wykoncypowane za biurkiem i wprowadzone sztucznie, z pogwałceniem procedur i zasad (to oczywiście aluzja do braku legalnego umocowania komisji Bugniniego). Byłam świadkiem tamtych prób ratowania PRL-u; w końcu nie dało się już dłużej udawać, że to działa, i doczekaliśmy Okrągłego Stołu, czerwca 1989 i wyprowadzenia sztandaru. Teraz zaś, ukradkiem kręcąc wąsa, przyglądam się spod przymrużonych powiek, jak to będzie z NOM-em. Czy komukolwiek uda się przekonać duchowieństwo, uformowane przez pokolenie rewolucjonistów kościelnego ’68 roku w duchu wyrzucania mszałów i szat liturgicznych, wyzwalania się z „przestarzałych” pobożnościowych zwyczajów i likwidowania zasad i przepisów, że należy przestrzegać Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, zaleceń papieskich i biskupich, przepisów liturgicznych czy kanonicznych? Trzymam kciuki za Ośrodek Liturgiczny :)
A my tymczasem po cichutku prowadzimy tajne komplety (www.rytdominikanski.pl) i robimy kolejne celebracje. W ten sposób, naśladując organizatorów wielkiej akcji społecznej „Przywracamy lekcje historii do szkół!”, przywracamy Kościołowi jego wielowiekową liturgię i tym samym jego historię. Na Festiwalu „Pieśń naszych korzeni” codziennie celebrowane były msze w rycie dominikańskim (zapraszam do przeczytania relacji). Mimo fatalnej pory (powiedzmy sobie szczerze, że siódma rano to środek nocy, zwłaszcza gdy zabawy festiwalowe trwają do trzeciej) we mszach uczestniczyło po kilkadziesiąt osób. Przychodził na nie opat tyniecki, ojciec Bernard Sawicki, z braćmi, a także pewien cysters. Przychodzili znani śpiewacy i organizatorzy festiwalu. Nie zjawił się tylko nikt z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego ani (poza jednym klerykiem) licznie obecnych na festiwalu dominikanów... Przykro :(

I nie jest to, co robimy, żadnym wprowadzaniem podziałów i niszczeniem jedności, jak zdaje się nam zarzucać opat Sawicki na blogu festiwalowym. Odsyłam tu do jednego z koryfeuszy posoborowej teologii, Hansa Ursa von Balthasara i jego książki „Prawda jest symfoniczna”. Jest w niej zawarte bardzo interesujące rozróżnienie między jednością i jednolitością. Balthasar pokazał, że jednolitość wcale nie jest wymarzona w Kościele, a jedność wcale nie wymaga jednolitości. Ma tego świadomość także Sobór Watykański II (o czym świadczą zapisy Konstytucji o liturgii Sacrosanctum concilium) i papież Benedykt XVI, apelujący o zachowywanie i pielęgnowanie czcigodnych starych rytów własnych. Przecież nawet reforma liturgiczna po Soborze Trydenckim, mimo silnego centralizmu i ujednolicania, pozostawiła tradycyjne ryty zakonne i lokalne!
Warto o tym wszystkim pamiętać, tak samo jak o ponurych konsekwencjach kulturowego, religijnego i narodowego glajszachtowania, które pod czerwonymi, brunatnymi i wszelkimi innymi sztandarami zaciążyło na całym wieku XX, odbierając ludziom ich tożsamość — w imię „jedności” narodowej, państwowej, kościelnej... Bo w rzeczywistości to właśnie dzięki pielęgnowaniu różnorodnych tradycji kulturowych, religijnych, narodowych buduje się jedność. Naprawdę mogą ją czuć tylko ludzie, którym nie odbiera się ich tożsamości i wolności.
A zwolennikom jedności pojmowanej jako jednolitość dedykuję nieśmiertelną piosenkę Kabaretu Salon Niezależnych pt. „Sejm” z 1976 roku — szczególnie przedostatnią zwrotkę :)

środa, 30 maja 2012

Przeprowadził Polskę przez Morze Czerwone


Dwa dni temu minęła 31. rocznica śmierci księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przemilczana. Nie było o niej mowy w mediach ani — o dziwo — nikt poza mną nie wrzucił żadnego wspomnieniowego posta na Facebooka, choć wśród znajomych i ulubionych stron mam dużą liczbę aktywnych katolików, konserwatystów i narodowców.
Specjalnie zostałam dzień dłużej w Warszawie, by w katedrze warszawskiej pw. św. Jana uczestniczyć we Mszy świętej w intencji beatyfikacji wielkiego kardynała. Msze te odbywają się 28. dnia każdego miesiąca o godz. 19, a w maju mają szczególnie uroczysty charakter. W tym roku wyjątkowo zdarzyło się, że rocznica śmierci kardynała Wyszyńskiego przypadła w dniu święta Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła. Mały prezent od Matki dla wiernego syna.
Inaczej niż rok temu, nie było żadnego biskupa — kolejne rozczarowanie, wziąwszy pod uwagę fakt, że kardynał Wyszyński był przed kilkadziesiąt lat ordynariuszem warszawskim. Celebrował o. Gabriel Bartoszewski, kapucyn, wicepostulator procesu beatyfikacyjnego. W katedrze zgromadziło się kilkunastu kapłanów, klerycy warszawskiego seminarium (szli przez Plac Zamkowy w sutannach; także część kapłanów, zapewne pamiętając o umiłowaniu sutanny przez kardynała Wyszyńskiego, przyszła w pełnym stroju kapłańskim... w Warszawie jest to ewenement tylko trochę mniejszy od lądowania UFO!), poczty sztandarowe kilku szkół, kilkuset wiernych.
Ojciec Bartoszewski przypomniał w kazaniu ogłoszenie przez Pawła VI Maryi Matką Kościoła w odpowiedzi na apel polskich biskupów, w tym kardynała Wyszyńskiego. Po mszy jak zwykle odczytano wypowiedź wielkiego prymasa. Tym razem wybrano jedno z ostatnich wystąpień publicznych — przemówienie wygłoszone podczas odsłonięcia tablicy ku czci prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w dniu 1 marca 1981 r. Wszystkich obecnych uderzyła jego niezwykła aktualność, sądząc po temperaturze oklasków, jakie się potem rozległy... Ja miałam wrażenie, że wielki prymas stoi wśród nas i komentuje aktualne wydarzenia społeczno-polityczne w Polsce z wiosny roku 2012:
„Dziś wiemy, że dokonano straszliwej wiwisekcji i alienacji narodowej i historycznej młodego pokolenia, pozbawiając je wiedzy historycznej o Narodzie i o polskiej twórczości literackiej, a przez to pozbawiając kultury narodowej. To słowo »wiwisekcja« znaczy coś więcej niż tylko brak dostępu do informacji, to uśmiercanie żywej duszy narodu. [...] Polska nie pożywi się alienacją, ani odejściem od kultury historycznej, twórczej, literackiej. Polska nie pożywi się ani argumentami, gdy pisma były ateizujące, ani groteskową laicyzacją, ani uwstecznioną ateizacją. Polska nie pożywi się odzieraniem dusz z kultury narodowej, z własnych dziejów. Pamiętajmy — Polskę sprzedano raz, nie w Warszawie, ale na Sejmie Grodzieńskim przed dwoma wiekami. My nie chcemy handlu Polską!”

Po mszy celebransi i wierni udali się do kaplicy, w której znajduje się sarkofag kardynała, i odczytali modlitwę o jego beatyfikację. Za miesiąc czy rok przyjdziemy znowu. Modlitwa trwa; może nareszcie proces beatyfikacyjny, z niezrozumiałych względów wlokący się jak spaghetti, dobiegnie końca.


Jest jakimś absurdem różnica, z jaką traktowane są w Polsce — także przez hierarchię kościelną — postaci Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. Bez tego drugiego nie byłoby tego pierwszego; są równie wielcy, a ich pisma, słowa i wstawiennictwo w niebie równie ważne dla nawrócenia i przetrwania narodu. Tymczasem w przypadku pierwszego mamy oficjalny kult jednostki, ocierający się momentami o śmieszność, momentami o bałwochwalstwo, a momentami o biznes (o naginaniu przepisów kościelnych, aby przyspieszyć beatyfikację w czynie partyjnym na 22 lipca, czy papagodzillach nie wspominając; jak trafnie zauważyła moja bratowa–ateistka, papież w Polsce pełni rolę Myszki Miki — to znaczy niewiele brakuje, aby jego obrazki drukowano na gumach do żucia); w przypadku drugiego jest wielkie milczenie.
Nie ulega wątpliwości, że kardynał Wyszyński — uważający, że dobrze się stało, iż komuniści zabrali Kościołowi majątki, bo dzięki temu wreszcie może zająć się duszpasterstwem, przy każdej okazji napominający księży, by chodzili w sutannach, twardo wymagający od nich wytężonej pracy i najwyższych standardów moralnych — jest dzisiaj dla bardzo wielu środowisk w Polsce kamieniem upadku i skałą zgorszenia co najmniej w takim stopniu jak za życia. Wystarczy przeczytać choćby świetną biografię pióra Ewy Czaczkowskiej, aby się przekonać, że kardynał musiał się bronić jednocześnie na dwóch frontach; zwalczali go na równi komuniści oraz niemała część biskupów, księży i inteligencji katolickiej (warto tu wspomnieć niesławny list pana Mazowieckiego). I nadal kult Wyszyńskiego ogranicza się do wąskich grup wiernych; jedynym aktem publicznym było nadanie jego imienia dawnej ATK. Ale nawet tam — o czym dobrze wiem, bo studiowałam na tej uczelni w sumie kilkanaście lat — Wyszyńskiego praktycznie się nie wspomina; jest tylko trzema ozdobnymi literkami w logo szkoły. (Aha, żeby nie przekłamać: prymas ma jeszcze w Warszawie ulicę i skwerek).
Miłym zaskoczeniem podczas Mszy była dla mnie niemal „trydencka” staranność i pobożność, z jaką odprawiana była liturgia, w tym zachowanie diakonów, czterech ministrantów do kadzidła i świec oraz kleryków — na przykład jak jeden mąż pochylających głowy na Imię Jezus w Gloria. To kolejne pozytywne zaskoczenie po klerykach krakowskich (videGaude Mater Polonia”). Idzie ku lepszemu! Przynajmniej w seminariach diecezjalnych.
Po mszy grupa społeczników zbierała podpisy przeciwko likwidacji lekcji historii w szkołach ponadgimnazjalnych. Ja też z pełnym przekonaniem podpisałam i zachęcam do tego również was.
A na deser jeszcze jedna niewygodna wypowiedź Prymasa Tysiąclecia:
„Nie mogę odłożyć pióra, zanim nie dotknę tu jeszcze jednej sprawy, która ma dla wspólnoty kleru większe, niż się wydaje znaczenie, a dla Ludu Bożego jest społecznym wyznaniem wiary. Mam na myśli sutannę kapłańską. Sutanna nie jest ubiorem w szeregu innych strojów, ale jest wyznaniem wiary przed ludźmi, jest odważnym świadectwem danym Chrystusowi, jest przyznaniem się do Kościoła. Dlaczego zdjąłem znak wiary i kapłaństwa. Czy z lęku? Ze słabości? Nie! Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga”.
Stefan kard. Wyszyński