Dzisiaj, 28 lipca, obchodzona jest 1026. rocznica chrztu Rusi Kijowskiej. W 988 toku władca Kijowa, święty Włodzimierz Wielki, jako pierwszy spośród książąt wschodniej Słowiańszczyzny przyjął chrzest i uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Faktycznie wiara chrześcijańska była obecna na terytorium dzisiejszego państwa ukraińskiego od samego początku. Święty papież Klemens I Rzymski, wymieniany w Kanonie Rzymskim, był zesłany na Krym i zmarł tam ok. 102 r. Istniejący przynajmniej od V wieku Kijów znajdował się na szlaku handlowym ze Skandynawii do Bizancjum i chrześcijańscy kupcy i duchowni byli w nim regularnie obecni. Jednak z chwilą chrztu Włodzimierza i jego ślubu z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego Ruś oficjalnie weszła do grona państw chrześcijańskich, a Kijów stał się miejscem rozkwitu chrześcijańskiej kultury. Świadectwem tego są zachowane do dzisiaj bizantyjskie świątynie z Soborem św. Sofii na czele, Kronika Nestora oraz inne zabytki kultury materialnej, rękopisy historyczne i liturgiczne.
Rok temu w Kijowie odbywały się uroczyste obchody 1025-lecia chrztu Rusi. Znajdowałam się wtedy na miejscu, spędzając wakacje u moich serdecznych przyjaciół, ukraińskich dominikanów, i patrzyłam, jak Putin z Janukowyczem i metropolitą Cyrylem wykorzystują to wydarzenie do wielkiej politycznej pokazówki zwierzchnictwa Moskwy nad „ruskim światem” sięgającym po Białoruś i Mołdawię. Wszystkich nas mdliło z niesmaku.
Kilka miesięcy później, w grudniu, gadałam na Facebooku z moim znajomym, ukraińskim dominikaninem dwóch obrządków, teologiem wykształconym w Rzymie, świetnie mówiącym chyba pięcioma językami, obdarzonym dużą kulturą, erudycją i wiedzą historyczną (Petro Bałog OP — uśmiechy :) i serduszka <3). Trwał już Majdan, a Piotrek był kapelanem jednej z jego sotni. Rozmawialiśmy o tym przeklętym losie naszych narodów, wciśniętych między Berlin a Moskwę, i o tragicznym, czy też żadnym wyborze między dżumą russkiego mira a cholerą Związku Socjalistycznych Republik Europejskich z przewodnią siłą Niemiec i dyktaturą pederastów, aborterów, eutanazistów i kogo tam jeszcze. Przekonywałam go, że jedyną ucieczką od naszego przeklętego położenia geopolitycznego jest odtworzenie — z wyeliminowaniem popełnionych błędów — Rzeczpospolitej Jagiellonów. (Niekoniecznie nawet w formie jednego państwa; wystarczyłby ścisły sojusz polityczny i gospodarczy). Kiedy Polska i Ukraina (wraz z Białorusią, Litwą, Inflantami, a w pewnym momencie także Czechami i wielkimi Węgrami, obejmującymi Słowację i większą część Bałkanów) działały razem, Rosja i Niemcy się nie liczyły, nie mogły nam zagrozić. Piotrek się upierał, że to rozwiązanie jest absolutnie niemożliwe, że nigdy do tego nie dojdzie, że Rosja nigdy nie wypuści Ukrainy ze swoich łap.
Od tamtych obchodów chrztu Rusi minął rok. Tylko rok. W Kijowie od pół roku nie ma Janukowycza i jego złodziejskiej ekipy. Moskwa utraciła 350-letnią dominację nad rozległymi ziemiami ukraińskimi. W Donbasie trwa wojna, ale jej szala przechyla się na stronę sił ukraińskich. Krym zajęty przez Rosję, ale to panowanie jest bardzo labilne. Rosja staje się coraz bardziej niestabilna. Pogrąża się w autorytaryzmie wobec własnych obywateli i coraz silniejszych tendencjach odśrodkowych, które już wkrótce mogą rozerwać łańcuchy „więzienia narodów”.
Na naszych oczach tworzy się nowy porządek geopolityczny Europy, unieważniający ten, który przez ostatnie 300–400 lat dławił narody środkowej Europy, w tym Polaków, w jarzmie imperium rosyjskiego (carskiego/radzieckiego), okresowo w sojuszu z podobnym imperium niemieckim, i umieszczając Warszawę w przeklętych kleszczach Berlina i Moskwy. Jego elementem konstytucyjnym była ugoda perejasławska z 1654 roku.
Nie można zanegować, że pozostają poważne bariery dzielące nas. Krew pomordowanych Polaków woła z ziemi Wołynia i Podola. Woła też krew pomordowanych Ukraińców i ruiny zburzonych cerkwi. O pierwszej mówi się w Polsce, a drugich — na Ukrainie. I nadal próby stworzenia z tych dwóch narracji jednej, i znalezienia pojednania, są w powijakach.
Przez cały okres Majdanu i wojny z Rosją stoję przy moich ukraińskich przyjaciołach i popieram ich walkę o wolność i niepodległość, ale jednocześnie widzę w tym rodzaj jakiejś sprawiedliwości dziejowej — dziejów tego świata, a nie Bożych, oczywiście. Teraz Ukraińcy wiedzą, jak się czuli Polacy we wrześniu ’39. Rosja na Krymie i w Donbasie powtórzyła to, co zrobił ZSRR ze wschodnimi terenami Rzeczypospolitej Polskiej 17 września ’39 i potem. Nie neguję, że z punktu widzenia etnicznego te tereny były ukraińskie, białoruskie i litewskie, a Polacy byli na nich osiedleńcami, ludnością napływową (co prawda przez bite 600 lat mieszkali na tej ziemi, więc zdobyli już chyba sobie prawo obywatelstwa?) — Jednak jest jakąś schizofrenią uważać, że tamto zajęcie siłą (korzystając z jednoczesnego ataku przez Niemcy na Polskę) polskich Kresów przez ZSRR, przyklepane przez społeczność międzynarodową w ’45, było w porządku i się należało, a teraz jest zbrodnia i napaść. Jedno i drugie jest zbrodnią i napaścią, i Polacy doskonale sobie z tego zdają sprawę, choć w swojej masie umieli wybaczyć i wspierają obecnie Ukraińców w ich walce.
Ale mam nadzieję, że jak już Ukraina wygra tę wojnę i obroni swoje terytorium, to refleksja na temat podobieństwa tych dwóch sytuacji się zacznie. Owszem, zwłaszcza dla Litwy posiadanie Wilna jest być albo nie być, o wiele ważniejszym niż Lwów dla Ukrainy. Chodzi jednak o to, aby zmienić narrację i nie pochwalać tego, co się wtedy stało, tzn. mieć świadomość, że tamto również było przestępstwem międzynarodowym. Przy zachowaniu zasady nienaruszalności aktualnych granic państwowych. Polsce również nie opłaca się ruszać granic — bo w takim wypadku nieuchronnie pojawiłaby się kwestia granicy zachodniej i północnej. Można więcej stracić niż zyskać. Mam po prostu nadzieję, że zdążę dożyć tego, że do Lwowa i Stanisławowa, a kiedyś także Grodna i Pińska, będzie się jeździło tak, jak teraz się jeździ na Słowację czy do Niemiec, jak Niemcy mogą jeździć do Wrocławia czy Olsztyna: mijana z boku drogi tabliczka informacyjna, że inne państwo, jak z nazwą rzeki czy miasta. To rozwiąże problem wszelkich rewanżyzmów.
Oczywiście, w tej chwili te wszystkie sprawy trzeba odłożyć na bok. Jeśli Ukraina nie zatrzyma ruskich sołdatów w Donbasie, to za kilka lat będziemy mieli ruskie tanki w Olsztynie i Gdańsku, bo następnym krokiem będzie „przywrócenie sprawiedliwości dziejowej” w odniesieniu do Prus Wschodnich (być może w porozumieniu z Niemcami). A może „ochrona praw ludności rosyjskiej” przebywającej na tych terenach? (Rosjan przebywających z różnych względów w Polsce wcale nie jest w końcu tak mało). Władza w Rosji jest niestabilna i co kilka lat potrzebuje wygranych wojen, by się utrzymać.
Po wtargnięciu Rosji na Krym i do Donbasu uświadomiłam sobie na nowo, że ZSRR = Rosja i to to imperium zła, niezmienne, należy winić za wrzesień ’39. Owszem, lokalna ludność ukraińska i białoruska witała (choć nie cała) „wyzwolicieli” z radością (by wkrótce paść ofiarą stalinowskiego terroru), ale gdyby nie wkroczenie Sowietów, dowodzonych z Moskwy, sama by tych terenów od Polski nie oderwała.
W 2014 roku, 1026 lat po przyjęciu chrztu z Bizancjum, Ruś Kijowska przestaje być częścią Mordoru, cywilizacji turańskiej profesora Konecznego, i wraca do kręgu kultury europejskiej, której zawsze była częścią. Święty Jan Paweł II przypomniał, że Europa oddycha dwoma płucami i bez kultury chrześcijańskiego Wschodu, wywodzącej się od Bizancjum, jej tożsamość i duchowość będą zawsze niepełne. W natłoku obecnych wydarzeń nie od rzeczy będzie poświęcenie godzinki na przypomnienie sobie encykliki Slavorum Apostoli.
Pozostaje jeszcze temat Rosji. Nie jestem wrogiem Rosji. Wysoko cenię rosyjską kulturę, mam przyjaciela Rosjanina i dobrych znajomych Rosjan. Putin i jego agresywna imperialna polityka jest nieszczęściem przede wszystkim dla samych obywateli tego kraju. To Rosjanie pierwsi padają jego ofiarą, podobnie jak Stalin mordował najpierw obywateli ZSRR, a dopiero potem innych. Ustroje się zmieniają, a władze na Kremlu nie. Z całego serca życzę „przyjaciołom moskalom” prawdziwej wolności, w której nie będzie groziło pięć lat więzienia za uczestnictwo w demonstracji, a dochody z bogactw naturalnych będą szły na szkoły, szpitale i drogi, nie na nienasyconą armię. W której poziom życia (nie tylko u wąskiej kasty oligarchów i złodziei u władzy) i rozwój infrastruktury dopędzi choćby Polskę. Obywatele Federacji Rosyjskiej — sto różnych narodów, a nie tylko Rosjanie — zasługują na umiejętne i uczciwe władze, dbające o prawdziwe dobro swego społeczeństwa, a nie pozostawiające po sobie nędzę, krew i trupy.
W kwestii zakończenia epoki Perejasławia i odwrócenia losów Europy bardzo dobry komentarz dał Grzegorz Górny (wpolityce.pl):
Przekreślenie Perejesławia. Taka szansa, przed jaką stoją dziś Ukraińcy, pojawia się raz na dziesięciolecia
Grzegorz Górny
To, co dzieje się na Ukrainie od listopada zeszłego roku, wciąż ogniskuje uwagę Polaków. Krwawe starcia na kijowskim Majdanie, ucieczka prezydenta Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję, konflikt zbrojny w Donbasie, wybór Petra Poroszenki na nowego prezydenta, zestrzelenie malezyjskiego samolotu — w kalejdoskopie tych wydarzeń łatwo umknąć może jednak pewien historyczny proces, który właśnie obserwujemy.
Jesteśmy bowiem świadkami przekreślenia Perejesławia, czyli odwrócenia trendu dziejowego, zapoczątkowanego w 1654 roku. To właśnie wówczas Kozacy pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego podpisali tzw. ugodę perejesławską z Moskwą. Od tego czasu Ukraina znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. Mitem założycielskim nowej konstelacji geopolitycznej stało się powstanie Chmielnickiego, które wykopało przepaść między dwoma narodami Pierwszej Rzeczpospolitej. Antidotum na to miał być sojusz Kozaków z Moskwą, oparty na wspólnej tożsamości słowiańsko-prawosławnej.
Nic przez wieki nie było w stanie tego zmienić, żaden wrogi akt ze strony Rosji — ani likwidacja Siczy Zaporoskiej w 1775 roku, ani Wielki Głód w 1933 roku. Wszelkie próby odwrócenia sojuszy, począwszy od unii w Hadziaczu w 1658 roku, a skończywszy na układzie Petlura-Piłsudski w 1920 roku, kończyły się niepowodzeniem. Zawsze brakowało pewnej masy krytycznej, zdolnej odwrócić koło historii. W umysły Ukraińców zbyt silnie było bowiem wdrukowane przeświadczenie o braterskich więzach łączących ich z Rosjanami. Nawet jeśli relacje między nimi były niesprawiedliwe, to nadal pozostawały braterskie. W końcu w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia i kłótnie. Dla wielu Ukraińców niewyobrażalna była wręcz nawet hipotetyczna możliwość zerwania z Rosjanami, tak bliskimi im etnicznie, językowo, kulturowo i religijnie.
Obecne wydarzenia przynoszą zmianę tej sytuacji. Im bardziej Rosjanie eskalują konflikt, tym mocniej wpływają na kształtowanie się świadomości narodowej Ukraińców, w której komponent antyrosyjski odgrywa coraz ważniejszą rolę. Obraz starszego brata zastąpiony zostaje obrazem mordercy i agresora. Sprzeciw wobec Rosji utożsamiony zostaje ze sprzeciwem wobec nieludzkiego reżimu, z walką o wolność i godność, a na dodatek przypieczętowany przelaną krwią. Na naszych oczach powstaje nowy mit założycielski współczesnej Ukrainy, który wykuwa się w krwawych bojach z moskiewską satrapią.
Niepodległościowe elity ukraińskie zdają sobie sprawę, że stanęły przed szansą, jaka zdarza się raz na dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Wystarczy przejrzeć ofertę ukraińskich kanałów telewizyjnych, które wciąż pokazują filmy dokumentalne o zbrodniach rosyjskich, sowieckich i komunistycznych. Jeszcze niedawno, za prezydentury Janukowycza, takich obrazów niemal w ogóle nie pokazywano, preferując raczej lekkie rosyjskie komedie lub filmy akcji. Teraz dominuje inny przekaz: zbyt wiele Moskwa wyrządziła nam krzywd, byśmy mogli razem planować wspólną przyszłość. Musimy być niezależni od Rosji.
W tym kontekście do rangi symbolu urasta fakt aneksji Krymu przez Putina. Przecież półwysep ten został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej w 1954 roku — a więc w 300. rocznicę ugody perejesławskiej — jako znak wiecznego sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Zabranie go teraz przez Rosję to jakby unieważnienie Perejesławia, przekreślenie tej relacji.
Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to proces niezwykle korzystny. Powinniśmy wspomagać Ukraińców, by wyrwali się z rosyjskiej strefy wpływów.
25 lipca 2014
http://wpolityce.pl/polityka/206517-przekreslenie-perejeslawia-taka-szansa-przed-jaka-stoja-dzis-ukraincy-pojawia-sie-raz-na-dziesieciolecia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 lipca 2014
wtorek, 22 lipca 2014
Magdalena Smoleńska
„Spojrzała i od razu zobaczyła, że ciało zostało zabrane. Nie ujrzała żadnego anioła, ponieważ Jezus sam chciał ją zawiadomić. Strwożona i zaniepokojona, obawiając się, żeby ukochane ciało Jezusa nie zostało zbezczeszczone, poszła z pośpiechem do Szymona Piotra i drugiego ucznia, którego Jezus kochał. Mówi im, co ją niepokoi: »Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono«. [...]
Ponownie się nachyliwszy, powraca, aby szukać gdzie indziej. Wtem widzi Jezusa i Go nie poznaje, ponieważ troszczy się jedynie o ukochane ciało, które chciała namaścić drogocennym olejkiem, a które jest w świętokradczych rękach”.
Z komentarza do Ewangelii br. Marii Józefa Lagrange’a OP, prezbitera
Myślę o tych wszystkich płaczących Mariach Magdalenach: Polakach, Holendrach, Malezyjczykach, Australijczykach, Filipińczykach, Anglikach, Belgach, Kanadyjczykach, których najbliżsi zostali zamordowani, ich rozkawałkowane ciała zbezczeszczone, przerzucane łopatami z miejsca na miejsce i z ciężarówki na ciężarówkę, pierścionki i obrączki zdjęte z martwych palców, pieniądze wyjęte z portfeli, karty kredytowe oczyszczone. A dowody zbrodni zacierane.
Myślę o tych wszystkich moich własnych znajomych, wydawało się, przyzwoitych ludziach — niektórzy z nich to niestety księża i ich postępowaniem i językiem jestem po prostu wciąż i nadal zgorszona, zgorszona, zgorszona — którzy cztery lata temu wyśmiewali się z „zimnego Lecha” i z nienawiścią i pogardą w głosie i słowach krzyczeli, że bardzo PiS-owcom tak dobrze; i że ci, co twierdzą, że Kaczyński nie kazał lądować, Błasik nie stał pijany w kabinie pilotów, a pilot nie był buńczuczny, brawurowy i nieumiejętny, jak to ZAWSZE Polacy — są chorzy psychicznie i nie ma dla nich w Polsce miejsca (sic).
Te dwie katastrofy są do siebie uderzająco podobne i ofiary tej dzisiejszej, donieckiej, oskarżają tych, którzy zakłamywali i przykrywali dywanem smoleńską. Zło, które nie doznaje sprzeciwu, rozprzestrzenia się i rozpowszechnia — dopóki ktoś go nie zatrzyma. To należy do samej natury zła.
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć (1 P 5,8).
Myślę, że święta Maria Magdalena jest szczególną patronką tych płaczących żałobników — zarówno tych dzisiejszych, którzy spotykają się ze współczuciem całego cywilizowanego świata, jak i tych sprzed czterech lat: wyszydzonych, wyśmianych, obnażonych przez własnych współplemieńców i współbraci w Chrystusie, jak sam Chrystus u kolumny biczowania i przed pałacem Piłata.
Myślę też, że teraz, po katastrofie donieckiej, prawda o katastrofie smoleńskiej wyjdzie na jaw. Bo teraz zginęli Holendrzy i przedstawiciele innych państw, które dbają o życie i godność swoich obywateli, i samego państwa. I teraz będzie, mimo wysiłków Kremla i jego najemników rosyjskiej i nierosyjskiej narodowości, którzy tak jak wtedy niszczą i ukrywają dowody, przeprowadzone rzetelne międzynarodowe śledztwo. A wtedy świat przypomni sobie o Smoleńsku (już sobie przypomina...) i bliźniacze podobieństwa staną się widoczne dla każdego.
Przypomni sobie też o wypędzonych i pomordowanych Gruzinach, których niepodległość podczas poprzedniej inwazji Kremla na swego sąsiada ocalił — jak można przypuszczać — zmarły prezydent RP. Za cenę własnego życia, jak się okazało. I 95 innych.
Święta Maria Magdalena, Równa Apostołom, wyprasza zbawienie dla ofiar, pociechę dla ich bliskich, nawrócenie dla zbrodniarzy, ich pomocników i gloryfikatorów.
![]() |
czwartek, 30 stycznia 2014
Pilny apel: Uwaga na piątą kolumnę Kremla w Polsce!
Normalnie na tym blogu piszę tylko o sprawach kościelnych, ale tym razem ze względu na ważność kwestii muszę poruszyć aktualny temat polityczny: nagłą nagonkę polskich środowisk nacjonalistycznych i prokremlowskich na Ukraińców walczących o własne życie, wolność i godność z Berkutem i rosyjskimi oddziałami zawodowych morderców, przebranymi dla niepoznaki w ukraińskie mundury. Nagonka ta odbywa się od kilku dni na Facebooku i forach internetowych, a obecnie jest podkręcana przez „Rzeczpospolitą”. Nie podaję linku ani tytułu, by nie propagować sprzecznej z polską racją stanu, gadzinowej propagandy.
Na Ukrainie bywam regularnie, znam mnóstwo ludzi, uczestniczę w życiu tego kraju i wydaje mi się, że nieco go znam. Nie widziałam w ostatnich tygodniach jeszcze ani jednej analizy zrobionej przez dziennikarzy polskich, która by nie zdradzała, że autor niezbyt się w sprawach ukraińskich orientuje, powtarza cudze opinie i powiela znane klisze.
Trzeba zignorować dziennikarzy, którzy pojechali na Ukrainę dla eventu i szukają sensacji. I nie wolno zapominać, że „Rzeczpospolita” należy do biznesmena związanego z władzą, która liże tyłek Putinowi i Merkel jak targowiczanie. Takie teksty nie pojawiają się bez powodu, temat został wyciągnięty przez bardzo różne, acz określone środowiska jednego dnia, akurat w tym samym momencie, gdy w świat wydostały się informacje o ofiarach śmiertelnych w Kijowie i masakrach dokonywanych przez Berkut. Chwilę wcześniej odbyła się próba prowokacji mającej sprowokować oskarżenie demonstrantów o antysemityzm. Przypadek? Ja jestem historykiem... I dziennikarzem; wiem, jak wyszukać klienta, żeby zrobić wywiad pod określoną tezę, i jak go podprowadzić.
Oczywiście, ludzie, którzy myślą tak jak człowiek, który udzielił „Rzeczpospolitej” wywiadu, zdarzają się na Ukrainie, podobnie jak w Polsce natychmiast znaleźli się nacjonaliści, którzy rzucili hasło rozbioru Ukrainy między Polskę i Rosję, korzystając z obecnej sytuacji. Wart Pac pałaca, małpy z brzytwą znajdą się w każdym narodzie, podobnie jak polieznyje idioty. Trzeba rozumieć kilka rzeczy:
Po pierwsze, dla tożsamości historycznej Ukraińców UPA pełni mniej więcej taką rolę jak dla nas Armia Krajowa. Dla nich to są ludzie, którzy w obronie Ukrainy walczyli zbrojnie z komunistami. Duża część nie wie w ogóle o zbrodniach na Polakach, a ci, co nawet wiedzą, że coś takiego było, nie mają pojęcia o ich skali. To jest dopiero lekcja historii do odrobienia. I trzeba to w końcu zrobić, Ukraińcy muszą się o swoich szkieletach w szafie dowiedzieć i przepracować sprawę w zgodny z Ewangelią sposób, ale czas i okazja na to będzie tylko pod warunkiem, że nie zostaną zatłuczeni rosyjskim knutem.
Po drugie, zagrożenie i poczucie beznadziei wpycha ludzi w skrajności. Ukraińcy to naród, którego świadomość obywatelska dopiero powstaje. U nas 30% głosowało na Tymińskiego, a Lepper utrzymywał się w sejmie bardzo długo. Obecna sytuacja spowodowała powstanie wspólnego frontu wszystkich sił antykomunistycznych, niezależnie od pozostałych poglądów.
Po trzecie, nacjonaliści istnieją, owszem, na Ukrainie (gdzieniegdzie są nawet dość mocno widoczni), ale we Lwowie i na Wołyniu, a nie w Kijowie i na Wschodzie.
Po czwarte, tam giną ludzie. Nie mają dostępu do szpitali i środków medycznych. I najpierw trzeba pomagać. To jest kwestia humanitaryzmu; nie zależy od poglądów i wiedzy ofiar.
Po piąte, partia Swoboda jest przez większość Ukraińców poza Hałyczyną i Wołyniem równie pogardzana i nielubiana jak u nas nacjonalistyczne skrzydło ruchu narodowego (i słusznie).
Po szóste, niedopuszczenie do całkowitego podporządkowania sobie Ukrainy przez Rosję to dla Polski po prostu racja stanu. Tylko niezależna od Rosji (a właściwie kremlowskiego imperializmu, nie mylmy Kremla z narodem rosyjskim) Ukraina jest jakimś zabezpieczeniem, że Rosja, w której odradza się imperium — ja to śledzę — nie wróci tak prędko nad Wisłę. Zwłaszcza że nasi politycy są równie umiejętni, uczciwi, humanitarni i kochający dobro swojego kraju jak Partia Regionów.
W obecnej żałosnej sytuacji na styku spraw polsko-rosyjsko-ukraińsko-litewskich najbardziej żałosny wydaje mi się niedowład umysłowy polskich środowisk narodowo-katolickich (czy jakkolwiek to można nazwać, bo żaden desygnat nie opisuje prawdy, a jest tylko etykietką), które mają za złe Rosjanom, Ukraińcom i Litwinom dokładnie to samo postępowanie i poglądy w stosunku do Polaków, które to owe właśnie polskie środowiska propagują jako jedynie słuszne wobec ww. Rosjan, Ukraińców i Litwinów. UPA to zbrodniarze, NSZ bohaterowie (podczas gdy jedni i drudzy raz byli zbrodniarzami, a raz bohaterami). Rosja jest antypolska, jeśli broni swej racji stanu przed Polską, ale Polska powinna bronić swej racji stanu przed Rosją. Litwini to zbrodniarze, kiedy likwidują polskie nazwy ulic i nie pozwalają stosować polskiej pisowni w paszportach, ale w Polsce nie powinno być dwujęzycznych nazw miejscowości, a ten, kto o to prosi, to zdrajca. I tak dalej. A to wszystko jest dodatkowo podszyte głęboką niewiedzą historyczną i brakiem podstawowych umiejętności analizy historycznej. Tuwim był geniuszem, gdy pisał w wierszu „Straszni mieszczanie”, że straszni mieszczanie wszystko widzą oddzielnie. Naprawdę jestem zdania, że nacjonalizm (w odróżnieniu od patriotyzmu) jest aberracją wynikającą z niedokształcenia i pewnych problemów psychologicznych. W każdym narodzie. A kolor flag i konkretne nazwiska bohaterów i wrogów są zupełnie przypadkowe, zależne od faktu, gdzie akurat dany egzemplarz się urodził.
Dziś w nocy w Fastowie koło Kijowa (taki ukraiński odpowiednik Żyrardowa albo Koluszek), do którego jeżdżę regularnie, bo mieszkają tam moi przyjaciele, poleciał z cokołu na centralnym placu miasta pomnik Lenina. Prawie sto lat temu, 1 grudnia 1918 r., na dworcu w Fastowie przedstawiciele Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej i Ukraińskiej Republiki Ludowej podpisali umowę o połączeniu. W naiwnych intencjach sygnatariuszy miała ona umożliwić niepodległość Ukrainy, ale w rzeczywistości pogrzebała szanse na stworzenie z Polską wspólnego frontu antysowieckiego i skuteczną obronę przed bolszewikami. Owoce nadeszły bardzo szybko. Kilkanaście miesięcy później nawała bolszewicka atakowała Warszawę, na fastowszczyźnie zaś w ciągu następnych kilku lat kościoły i cerkwie pozamykano, chrześcijanie wylądowali w łagrach lub zostali rozstrzelani, a cały region wyludnił się, wymordowany wielkim głodem świadomie wywołanym przez bolszewickich zbrodniarzy. Wymarła wtedy także większość fastowskich Polaków (w Fastowie przed rewolucją istniała duża kolonia polska). Dzisiaj fastowianie wciąż usiłują pozbierać się po wielkiej traumie, wyjść z posowieckiej nędzy i odnaleźć na powrót Boga.
W lokalnym muzeum regionalnym, owszem, oprócz innych eksponatów znajduje się mała wystawa poświęcona lokalnemu UPA-owcowi. Człowiek ten walczył jako partyzant z komunistami jeszcze po wojnie, podobnie jak nasi żołnierze niezłomni, w końcu został schwytany i przesiedział wiele lat w łagrze. Pani oprowadzająca mnie usiłowała ominąć ten fragment ekspozycji, a gdy uparłam się go obejrzeć, była bardzo zawstydzona. Tłumaczyła, że to bardzo skomplikowane i jej jest przykro przed Polakami, ale dla nich na fastowszczyźnie UPA to lokalne oddziały samoobrony, które broniły ludu przed bolszewickimi bojówkami... Nigdy, ale to nigdy (z wyjątkiem jednej sytuacji we Lwowie) nie doznałam na Ukrainie żadnej przykrości w związku z tym, że jestem Polką. Odwrotnie, zawsze witają mnie tam otwarte serca i domy. I nigdy w żadnym kraju nie usłyszałam tylu dobrych słów na temat Polski.
Na Ukrainie bywam regularnie, znam mnóstwo ludzi, uczestniczę w życiu tego kraju i wydaje mi się, że nieco go znam. Nie widziałam w ostatnich tygodniach jeszcze ani jednej analizy zrobionej przez dziennikarzy polskich, która by nie zdradzała, że autor niezbyt się w sprawach ukraińskich orientuje, powtarza cudze opinie i powiela znane klisze.
Trzeba zignorować dziennikarzy, którzy pojechali na Ukrainę dla eventu i szukają sensacji. I nie wolno zapominać, że „Rzeczpospolita” należy do biznesmena związanego z władzą, która liże tyłek Putinowi i Merkel jak targowiczanie. Takie teksty nie pojawiają się bez powodu, temat został wyciągnięty przez bardzo różne, acz określone środowiska jednego dnia, akurat w tym samym momencie, gdy w świat wydostały się informacje o ofiarach śmiertelnych w Kijowie i masakrach dokonywanych przez Berkut. Chwilę wcześniej odbyła się próba prowokacji mającej sprowokować oskarżenie demonstrantów o antysemityzm. Przypadek? Ja jestem historykiem... I dziennikarzem; wiem, jak wyszukać klienta, żeby zrobić wywiad pod określoną tezę, i jak go podprowadzić.
Oczywiście, ludzie, którzy myślą tak jak człowiek, który udzielił „Rzeczpospolitej” wywiadu, zdarzają się na Ukrainie, podobnie jak w Polsce natychmiast znaleźli się nacjonaliści, którzy rzucili hasło rozbioru Ukrainy między Polskę i Rosję, korzystając z obecnej sytuacji. Wart Pac pałaca, małpy z brzytwą znajdą się w każdym narodzie, podobnie jak polieznyje idioty. Trzeba rozumieć kilka rzeczy:
Po pierwsze, dla tożsamości historycznej Ukraińców UPA pełni mniej więcej taką rolę jak dla nas Armia Krajowa. Dla nich to są ludzie, którzy w obronie Ukrainy walczyli zbrojnie z komunistami. Duża część nie wie w ogóle o zbrodniach na Polakach, a ci, co nawet wiedzą, że coś takiego było, nie mają pojęcia o ich skali. To jest dopiero lekcja historii do odrobienia. I trzeba to w końcu zrobić, Ukraińcy muszą się o swoich szkieletach w szafie dowiedzieć i przepracować sprawę w zgodny z Ewangelią sposób, ale czas i okazja na to będzie tylko pod warunkiem, że nie zostaną zatłuczeni rosyjskim knutem.
Po drugie, zagrożenie i poczucie beznadziei wpycha ludzi w skrajności. Ukraińcy to naród, którego świadomość obywatelska dopiero powstaje. U nas 30% głosowało na Tymińskiego, a Lepper utrzymywał się w sejmie bardzo długo. Obecna sytuacja spowodowała powstanie wspólnego frontu wszystkich sił antykomunistycznych, niezależnie od pozostałych poglądów.
Po trzecie, nacjonaliści istnieją, owszem, na Ukrainie (gdzieniegdzie są nawet dość mocno widoczni), ale we Lwowie i na Wołyniu, a nie w Kijowie i na Wschodzie.
Po czwarte, tam giną ludzie. Nie mają dostępu do szpitali i środków medycznych. I najpierw trzeba pomagać. To jest kwestia humanitaryzmu; nie zależy od poglądów i wiedzy ofiar.
Po piąte, partia Swoboda jest przez większość Ukraińców poza Hałyczyną i Wołyniem równie pogardzana i nielubiana jak u nas nacjonalistyczne skrzydło ruchu narodowego (i słusznie).
Po szóste, niedopuszczenie do całkowitego podporządkowania sobie Ukrainy przez Rosję to dla Polski po prostu racja stanu. Tylko niezależna od Rosji (a właściwie kremlowskiego imperializmu, nie mylmy Kremla z narodem rosyjskim) Ukraina jest jakimś zabezpieczeniem, że Rosja, w której odradza się imperium — ja to śledzę — nie wróci tak prędko nad Wisłę. Zwłaszcza że nasi politycy są równie umiejętni, uczciwi, humanitarni i kochający dobro swojego kraju jak Partia Regionów.
W obecnej żałosnej sytuacji na styku spraw polsko-rosyjsko-ukraińsko-litewskich najbardziej żałosny wydaje mi się niedowład umysłowy polskich środowisk narodowo-katolickich (czy jakkolwiek to można nazwać, bo żaden desygnat nie opisuje prawdy, a jest tylko etykietką), które mają za złe Rosjanom, Ukraińcom i Litwinom dokładnie to samo postępowanie i poglądy w stosunku do Polaków, które to owe właśnie polskie środowiska propagują jako jedynie słuszne wobec ww. Rosjan, Ukraińców i Litwinów. UPA to zbrodniarze, NSZ bohaterowie (podczas gdy jedni i drudzy raz byli zbrodniarzami, a raz bohaterami). Rosja jest antypolska, jeśli broni swej racji stanu przed Polską, ale Polska powinna bronić swej racji stanu przed Rosją. Litwini to zbrodniarze, kiedy likwidują polskie nazwy ulic i nie pozwalają stosować polskiej pisowni w paszportach, ale w Polsce nie powinno być dwujęzycznych nazw miejscowości, a ten, kto o to prosi, to zdrajca. I tak dalej. A to wszystko jest dodatkowo podszyte głęboką niewiedzą historyczną i brakiem podstawowych umiejętności analizy historycznej. Tuwim był geniuszem, gdy pisał w wierszu „Straszni mieszczanie”, że straszni mieszczanie wszystko widzą oddzielnie. Naprawdę jestem zdania, że nacjonalizm (w odróżnieniu od patriotyzmu) jest aberracją wynikającą z niedokształcenia i pewnych problemów psychologicznych. W każdym narodzie. A kolor flag i konkretne nazwiska bohaterów i wrogów są zupełnie przypadkowe, zależne od faktu, gdzie akurat dany egzemplarz się urodził.
Dziś w nocy w Fastowie koło Kijowa (taki ukraiński odpowiednik Żyrardowa albo Koluszek), do którego jeżdżę regularnie, bo mieszkają tam moi przyjaciele, poleciał z cokołu na centralnym placu miasta pomnik Lenina. Prawie sto lat temu, 1 grudnia 1918 r., na dworcu w Fastowie przedstawiciele Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej i Ukraińskiej Republiki Ludowej podpisali umowę o połączeniu. W naiwnych intencjach sygnatariuszy miała ona umożliwić niepodległość Ukrainy, ale w rzeczywistości pogrzebała szanse na stworzenie z Polską wspólnego frontu antysowieckiego i skuteczną obronę przed bolszewikami. Owoce nadeszły bardzo szybko. Kilkanaście miesięcy później nawała bolszewicka atakowała Warszawę, na fastowszczyźnie zaś w ciągu następnych kilku lat kościoły i cerkwie pozamykano, chrześcijanie wylądowali w łagrach lub zostali rozstrzelani, a cały region wyludnił się, wymordowany wielkim głodem świadomie wywołanym przez bolszewickich zbrodniarzy. Wymarła wtedy także większość fastowskich Polaków (w Fastowie przed rewolucją istniała duża kolonia polska). Dzisiaj fastowianie wciąż usiłują pozbierać się po wielkiej traumie, wyjść z posowieckiej nędzy i odnaleźć na powrót Boga.
W lokalnym muzeum regionalnym, owszem, oprócz innych eksponatów znajduje się mała wystawa poświęcona lokalnemu UPA-owcowi. Człowiek ten walczył jako partyzant z komunistami jeszcze po wojnie, podobnie jak nasi żołnierze niezłomni, w końcu został schwytany i przesiedział wiele lat w łagrze. Pani oprowadzająca mnie usiłowała ominąć ten fragment ekspozycji, a gdy uparłam się go obejrzeć, była bardzo zawstydzona. Tłumaczyła, że to bardzo skomplikowane i jej jest przykro przed Polakami, ale dla nich na fastowszczyźnie UPA to lokalne oddziały samoobrony, które broniły ludu przed bolszewickimi bojówkami... Nigdy, ale to nigdy (z wyjątkiem jednej sytuacji we Lwowie) nie doznałam na Ukrainie żadnej przykrości w związku z tym, że jestem Polką. Odwrotnie, zawsze witają mnie tam otwarte serca i domy. I nigdy w żadnym kraju nie usłyszałam tylu dobrych słów na temat Polski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

