Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

Św. Teresa o złych kapłanach

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus — dziewicy, zakonnicy, doktora Kościoła. Wiele osób ma ugrzeczniony, zinfantylizowany wizerunek św. Teresy. Inni z kolei są świadomi jej głębi duchowej i wielkiej mądrości teologicznej, natomiast uważają, że jako mieszkająca najpierw w świętej rodzinie i internacie zakonnym, a od 15. roku życia w klauzurowym klasztorze, była oderwana od świata i jego brudu. W rzeczywistości Teresa świetnie orientowała się w brudach tego świata, a co więcej, także brudach Kościoła. Najważniejszym powołaniem karmelitanek bosych było modlić się za kapłanów. Takie zadanie dała im św. Teresa Wielka, która na własne oczy oglądała wiele zła w Kościele. Jej listy, Księga życia i Księga fundacji to nie są lektury dla osób łatwo się gorszących, które nie chcą utracić swojej naiwnej wiary w Kościół.
Jeśli myślimy, że niegodziwości, oziębłość, zeświecczenie, zdrada, łamanie prawa kościelnego i moralnego oraz podżeganie do herezji przez kapłanów katolickich to wynalazki reformatorów posoborowych, to bardzo się mylimy. Wiadomości o tego rodzaju godnych pożałowania postępkach regularnie dochodziły za kraty klasztoru w Lisieux i żadna z sióstr naiwnej świętoszki nie udawała. Wiedziały o tych faktach doskonale — i reagowały na nie właściwie, tzn. bezustanną modlitwą, niezliczonymi wyrzeczeniami na każdym kroku i ofiarą z własnego życia w intencji ich nawrócenia.
Mamy prawo być zgorszeni, gdy czytamy, co obecnie wyprawiają niektórzy kapłani, a nawet kardynałowie. W Polsce nazwiska kilku kapłanów i zakonników, którzy sprzeniewierzyli się Kościołowi, wstępując de facto w szeregi radykalnej i laksystycznej moralnie lewicy laickiej, bezlitośnie zwalczającej Kościół i religię, powtarzają się w środkach przekazu tak często, że wszyscy znają je na pamięć i zachodzą w głowę, dlaczego ich przełożeni wciąż nie reagują (albo dlaczego tak późno). Mamy prawo być zgorszeni, mamy prawo się burzyć przeciw milczącemu przyzwalaniu władz kościelnych na niszczenie przez złych kapłanów Kościoła i zabijanie dusz wiernych świeckich niszczeniem ich wiary swoim złym przykładem. Ale reagujmy tak, jak św. Teresa i jej siostry. Co ja dziś zrobiłam, żeby publiczny gorszyciel, ksiądz L..., G..., B..., D..., się nawrócił? Ile się modliłam, czego się wyrzekłam, w jaki sposób umarłam sobie w ofierze na jego intencję?
Zamieszczam dwa fragmenty z listów św. Teresy do jej siostry Celiny (później matki Genowefy), w których pokazuje ona bardzo wyraźnie, jak wstrząsające skutki pociąga za sobą zło popełniane przez kapłanów, i jak konieczna jest gorliwa modlitwa o ich nawrócenie. Zatrzymajmy się nad tymi tekstami — i my, świeccy, a przede wszystkim kapłani, którzy czytają ten post.

Celino, podczas tych KRÓTKICH CHWIL pozostawionych nam jeszcze, nie traćmy czasu... zbawiajmy dusze... dusze „giną jak płatki śniegu”, Jezus płacze, a my... a my myślimy o własnych cierpieniach, zamiast pocieszać naszego Oblubieńca! och! Celino moja, żyjmy dla dusz, bądźmy apostołkami, ratujmy zwłaszcza dusze kapłanów, one powinny być przezroczystsze od kryształu... Niestety! iluż złych księży, księży, którzy nie są dostatecznie święci! Módlmy się, cierpmy za nich, a Jezus w dniu ostatecznym jakże będzie wdzięczny. Damy Mu dusze!

Celino kochana, zawsze to samo Ci mówię: ach! módlmy się za kapłanów... każdy dzień wykazuje, jak niewielu Jezus ma przyjaciół. Zdaje mi się, że właśnie niewdzięczność odczuwa On najdotkliwiej. Zwłaszcza gdy widzi, że dusze Jemu poświęcone oddają innym serce, które należy do Niego w tak absolutny sposób.

sobota, 9 sierpnia 2014

Żeńskie oddziały specjalne


Myśli zawarte w tym tekście były pierwotnie wypowiedziami w dyskusji na FB, ale pomyślałam, że warto je uporządkować i tu opublikować.
Najpierw komentarz do infografiki, od której ta dyskusja się zaczęła. Wiem, z racji zawodowych, jak wyglądał kryzys zakonów w XVI wieku. Rozprzężenie powodowało brak powołań, odejścia i wymieranie, natomiast przywrócenie pierwotnych, a przynajmniej surowych i autentycznych obserwancji zakonnych — zawsze po ciężkiej walce wytaczanej przez współzakonników zeświecczonych, pardon: „humanistycznych” i „nowoczesnych” — napływ tłumów cisnących się za kratę. Tak było nie tylko z karmelitami bosymi obu płci (casus najsławniejszy), ale i np. z naszą polską reformą chełmińską benedyktynek. Teresa od Jezusa musiała odmawiać bardzo dobrym kandydatkom, bo nie mogła ich przyjąć, Magdalena Mortęska nie miała gdzie umieścić swoich mniszek. Jak się jezuici rozrastali na początku — wiadomo. I gdzie nie spojrzeć, tak jest. Także w przypadku dominikanów w XIII wieku, w porównaniu z wcześniejszymi, spasionymi już zakonami, tak było. Po prostu te same procesy uruchamiają się w tych samych okolicznościach.
A obecny czas w Kościele, ostatnie 50 lat, coraz bardziej i bardziej przypomina mi wiek XVI (znaczy raczej jego pierwszą połowę...); im głębiej siedzę w tych sprawach liturgicznych i duchowościowo-zakonnych, tym bardziej. Upadły człowiek ciągle chce naraz mieć ciastko i je zjeść — nawet jeśli widzi, że jego bicie głową w mur nie działa i już. Efekty są takie jak w przypadku nieszczęsnych franciszkanów Niepokalanej. Nihil novi sub sole. Myślę, że w ich wypadku konflikt o ryt był tylko pretekstem, a chodziło naprawdę o to, że nic tak bardzo nie wkurza zdemoralizowanego, spasłego i rozleniwiałego zakonnika jak jego chudy, ascetyczny, gorliwie zachowujący obserwancje zakonne współbrat. Podobnie jak nic tak nie wkurza pijącego alkoholika, jak spotkanie alkoholika trzeźwiejącego. Jestem pewna, na podstawie doświadczeń z historii Kościoła, że w końcowym rozrachunku zachowujący obserwancje franciszkanie Niepokalanej okażą się zwycięzcami. Nawet jeśli będą musieli założyć nowy zakon. Ale prędzej czy później skończy się cichym przyznaniem „reformatorów” do winy i beatyfikacjami.
Teraz, szerzej, kwestia żeńskich zakonów czynnych. Moim zdaniem obserwowany w ostatnim 50-leciu gwałtowny spadek liczby powołań do tych instytutów zakonnych ma głębsze przyczyny niż tylko „deforma” posoborowa, zeświecczenie itp. zjawiska cyklicznie występujące w historii. Spójrzmy na dzieje tego typu zgromadzeń.
Samo zjawisko kobiet opiekujących się chorymi, biednymi, uczących dzieci itp. istniało zapewne „od zawsze”. Tego rodzaju „zakonem czynnym” były np. mantellatae, do których należała Katarzyna Sieneńska. Jeszcze w XIV wieku w wielu klasztorach żeńskich nie było ścisłej klauzury, a nawet w XVI wieku siostry często wychodziły na miasto z wielu różnych przyczyn. Jednakże zarówno w XIV, jak i XVI wieku skarżono się, że to rozbija życie zakonne i duchowe, uniemożliwiając skupienie (bł. Henryk Suzo, św. Teresa od Jezusa). Po soborze trydenckim św. Franciszek Salezy bez powodzenia usiłował zorganizować wizytki jako taki zakon, ale udało się dopiero Wincentemu a Paulo (szarytki). Pełne uznanie żeńskich zakonów czynnych jako takich to dopiero wiek XIX. Owszem, także wcześniej pobożne kobiety, często mieszkające razem i składające ślub czystości, zajmowały się opieką nad chorymi, uczeniem dzieci itp., ale nie uważano ich zgromadzeń za zakony, bo to wymagało klauzury i spełnienia innych wymogów prawnych i faktycznych.
Oczywiście mniszki często prowadziły w swoich klasztorach szkoły, szpitale, przytułki itp. Np. benedyktynki staniąteckie prowadziły elitarną szkołę dla dziewcząt, dopóki komuna jej nie zamknęła. Nigdy nie było tak, że mniszki mają się tylko modlić. Poza tym przy klasztorach mniszych mieszkały często „posłusznice” i również one zajmowały się takimi rzeczami w imieniu klasztoru. Jednak uznanie, że istnieją żeńskie zakony, które z założenia mają się zajmować czynną pracą charytatywną i społeczną, wychodzić z klasztoru itp., jest stosunkowo niedawne. Spowodowane to było okolicznościami zewnętrznymi, takimi jak prześladowania Kościoła, pogorszenie się sytuacji społecznej po rewolucji francuskiej oraz rewolucji przemysłowej, a nawet tak prozaicznym czynnikiem, jak zwiększenie bezpieczeństwa, przynajmniej w miastach, tak że w drugiej połowie XIX wieku kobiety mogły już normalnie same chodzić po ulicach, co wcześniej było nie do pomyślenia z zupełnie racjonalnych przyczyn.
Dlatego osobiście uważam zakony czynne za swego rodzaju „produkt” rewolucji przemysłowej — nie ma w tym nic lekceważącego, założyciele zakonów zawsze starają się odpowiadać na aktualne zapotrzebowania ludzi, wśród których żyją, to normalne i godne pochwały — i nie uznaję za przypadek tego, iż to na nie przypada obecnie najgłębszy kryzys powołań, podczas gdy mniszki lepiej się przed nim bronią. Po prostu służba zdrowia jest, przedszkola są, szkoły są, emerytury są... Oczywiście, kiedy zajmują się tym zakonnice, to jest lepiej. Ale nie jest tak, że są one JEDYNYM ratunkiem, istnieje bowiem alternatywa państwowa czy świeckiego sektora pozarządowego. A z drugiej strony, nie trzeba dziś iść do zakonu, jeśli chce się pracować w tego rodzaju zawodach. Można to czynić, żyjąc w małżeństwie, podczas gdy jeszcze sto lat temu było to praktycznie wykluczone. Dlatego prognozuję, że jeśli tylko systemy zabezpieczenia socjalnego całkiem nie padną, to w ciągu jakichś 50 lat obecna olbrzymia przewaga liczbowa zakonów czynnych nad mniszkami — sytuacja powstała zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu — zaniknie.
Pojawia się za to inne, bardzo interesujące zjawisko, będące nowością w historii Kościoła: siostry czynne zajmujące się nie pracą socjalną, lecz aktywnym głoszeniem Słowa. Jest to skutek przemian obyczajowych ostatnich dziesiątków lat.
Dawniej praca misyjna kobiet mogła polegać wyłącznie na modlitwie za misjonarzy. Św. Dominik i bł. Jordan z Saksonii takie zadanie przeznaczyli specjalnie powołanym w tym celu mniszkom dominikańskim; oprócz tego na początku miały one jeszcze przyjmować wędrujących braci na noclegi, opierać ich, karmić itd. Dokładnie ten sam wniosek można wyciągnąć z kilkaset lat późniejszej korespondencji św. Teresy od Dzieciątka Jezus z księżmi misjonarzami Roulland i Bellière, jej duchowymi braćmi. A dzisiaj, o tempora, o mores :), kobiety zaczynają (poza kontekstem liturgicznym) głosić Słowo na równi z mężczyznami. Robią doktoraty z teologii, głoszą rekolekcje itd. I nie dziwię się, jeśli już wkrótce zaczną na szerszą skalę powstawać nowe zakony z takim właśnie charyzmatem (Rodzina Dominikańska aż się prosi o taki zakon), a stare czynne zakony żeńskie częściowo do niego przeorbitują. W Polsce już zresztą mamy jeden taki zakon: jadwiżanki wawelskie.
Piszę to wszystko w święto św. Teresy Benedykty od Krzyża, Edyty Stein, filozofa, karmelitanki bosej i patronki Europy. Karmelitanki bose rulez, one zawsze będą miały powołania :) Ale i o innych mniszkach nie zapominajmy. Niestety, również środowiska aktywnie, konserwatywnie czy tradycyjnie katolickie zdaje się trapić choroba „singlostwa” — odwlekania w nieskończoność decyzji o konkretnym wyborze drogi życiowej zakon/małżeństwo. Owszem, dzisiejsza patronka pokazuje, że lepiej późno niż wcale. Ale akurat pod tym względem nie trzeba jej naśladować :) Dziewczyny, odważcie się podjąć tę decyzję już, zaraz. Potrzebujemy i nowych mniszek, i nowych zakonnic: opiekunek, nauczycielek, misjonarek i teologów — i matek rodzących dzieci.

czwartek, 23 stycznia 2014

Czy biskupowi diecezjalnemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?

Histeria wśród znajomych tzw. aktywnych katolików wokół opublikowania prywatnych notatek Jana Pawła II osiągnęła taki poziom absurdu, że przestałam już się dziwić i tylko się śmieję.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
„Wszelkimi sposobami trzeba wam wielbić Jezusa Chrystusa, który was uwielbił, abyście zjednoczeni w tym samym posłannictwie, to jest, poddani biskupowi i prezbiterom, osiągnęli pełnię świętości... Ponieważ jednak, gdy o was idzie, miłość nie pozwala mi milczeć, dlatego uprzedziłem was i zachęcam, abyście jednoczyli się w spełnianiu woli Boga... Dlatego trzeba, abyście pozostawali w jedności z waszym biskupem, co też zresztą czynicie. Wasze czcigodne prezbiterium, czcigodne wobec Boga, złączone jest tak z biskupem, jak struny cytry. W jednomyślności i zgodnej miłości wznosi się pieśń ku chwale Jezusa Chrystusa. Każdy z was niechaj stanie się członkiem takiego chóru, abyście jednomyślni zgodą, podejmując harmonijnie melodię Bożą jednym głosem, śpiewali Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wtedy wysłucha was i pozna po dobrych waszych czynach, że należycie do Jego Syna. Trwajcie przeto w nienaruszonej jedności, abyście mieli trwałe uczestnictwo w Bogu. Jeśli ja sam w krótkim czasie zawarłem z waszym biskupem tak serdeczną znajomość, nie według ciała, lecz duchową, o ileż bardziej was uznaję za szczęśliwych, którzy z nim tak ściśle złączeni jesteście jak Kościół z Jezusem Chrystusem, jak Jezus Chrystus z Ojcem w doskonałej harmonii jedności. Niechaj nikt nie błądzi: jeśli ktoś znajduje się z dala od ołtarza, pozbawia się Bożego chleba”.
Wielu jest takich, co do kościoła na mszę przychodzą, albo nawet ją sprawują, ale w sercu są odłączeni, bo jedności ze swoim biskupem nie mają. I wtedy, zgodnie ze słowami św. Ignacego, nie mogą liczyć na świętość, owoce Bożego chleba i poznanie, że należą do Jego Syna.
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.

Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.

Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.

piątek, 18 maja 2012

Pani Sprzątaczka

U krakowskich dominikanów pracuje Pani Sprzątaczka. Pani Sprzątaczka jest dostojną, starszą, krakowską matroną. Przychodzi w żakiecie, a zimą w płaszczu i kapeluszu, po czym przebiera się do pracy. Zakłada fartuch i szaleje w bazylice z odkurzaczem, mopem czy innymi insygniami swojego zawodu. Pod koniec pracy oporządza się, chowa fartuch, przebiera się z powrotem w elegancki strój.
Pani Sprzątaczka pracuje przy sprzątaniu kilka godzin dziennie. Fartuch służy jej do ochrony ubrania przed zniszczeniem. Potem go zdejmuje i wraca do domu, do bliskich, aby prowadzić prywatne życie.
Fartuch jest strojem roboczym. Nie konstytuuje tożsamości Pani Sprzątaczki, podobnie jak nie konstytuuje jej wykonywanie zawodu sprzątaczki.

To samo co Pani Sprzątaczka robi przeważająca większość księży. Przebierają się w sutannę lub habit na czas wykonywania obowiązków zawodowych: aby spowiadać, odprawić mszę, poprowadzić katechezę w szkole. Następnie zdejmują ją i chowają, i prowadzą prywatne życie po godzinach. W prywatnym ubraniu wychodzą na miasto, na spacer, na zakupy.

Tylko że kapłaństwo nie jest czynnością przypadłościową, zawodem wykonywanym przez pewną część czasu, aby zarobić pieniądze na utrzymanie. Kapłaństwo konstytuuje tożsamość kapłana. Jest pieczęcią Boga wypisaną na czole. A sutanna jest tego widzialnym znakiem, podobnie jak obrączka na palcu małżonka.
Jeszcze głębsza symbolika dotyczy habitu. Święci zakonnicy i mistrzowie życia duchowego napisali o habicie i swoim umiłowaniu tego znaku całe tomy. Są to myśli bardzo piękne i teologiczne. Wystarczy zresztą wrzucić do Google’a hasła „habit życie zakonne symbolika”, żeby zobaczyć, ile nawet dzisiaj zakony piszą na ten temat. Tutaj tylko jeden cytat, z adhortacji apostolskiej bł. Jana Pawła II Vita consecrata, będącej najnowszym dużym dokumentem papieskim, poświęconym życiu konsekrowanemu:
„Zawsze, ale zwłaszcza we współczesnej kulturze, nieraz bardzo już zeświecczonej, a mimo to wrażliwej na język znaków, Kościół winien zabiegać o to, aby jego obecność była dostrzegalna w codziennym życiu. Ma przy tym prawo oczekiwać, że znacznie przyczynią się do tego osoby konsekrowane, powołane, aby w każdej sytuacji dawać konkretne świadectwo swojej przynależności do Chrystusa. Ponieważ ubiór jest znakiem konsekracji, ubóstwa i przynależności do określonej rodziny zakonnej, wraz z Ojcami synodalnymi gorąco zalecam zakonnikom i zakonnicom, aby nosili właściwy sobie strój, odpowiednio przystosowany do okoliczności miejsca i czasu. Tam, gdzie jest to konieczne z ważnych względów apostolskich, mogą także nosić zwykłe ubranie, odpowiadające ich godności oraz przepisom danego zgromadzenia, oprócz tego zaś stosowny symbol wskazujący na ich konsekrację”.

Proszę zauważyć — zwykłe ubranie mogą nosić, jeśli jest to „konieczne z ważnych względów apostolskich”, ale nawet wtedy muszą mieć na sobie jakiś znak, który ujawnia, że są zakonnikami.

Ojciec Święty ma całkowitą rację. Pochodzę z jednego z najbardziej zeświecczonych miast w Polsce. Na mszę niedzielną chodzi może kilkanaście procent mieszkańców, szerzy się buddyzm i hare kriszna, miejscem niedzielnego oddawania czci sacrum dla większości ludzi stał się hipermarket i galeria handlowa, czas spędza się na zarabianiu i wydawaniu pieniędzy, w fitnessach, klubach itp. Religia, wiara zniknęły z obszaru świadomości społecznej.
Milczące przypominanie o istnieniu Innej Rzeczywistości, jej widzialny znak, jakim jest habit czy sutanna, jest w tym mieście naprawdę rozpaczliwie potrzebne. I to wcale nie w kościele, do którego 80% mieszkańców nigdy nie wchodzi — lecz w galerii handlowej, kawiarni, kinie, tam, gdzie ci ludzie przesiadują.

Księży i zakonników w moim mieście na ulicach się nie widuje. Wszyscy chodzą po świecku. Ksiądz Jan Twardowski opowiadał anegdotę, która w zamierzeniu miała świadczyć o jego ludzkiej słabości. Mianowicie szedł kiedyś ulicą w centrum Warszawy, gdy podszedł jakiś człowiek i zapytał, czy może zrobić mu zdjęcie. Ksiądz Twardowski ucieszył się, że rozpoznano w nim znanego poetę, i zapytał: „Dlaczego chce mi pan zrobić zdjęcie?” Usłyszał: „Bo to niezwykły widok: ksiądz w sutannie na ulicy!”
Potrzebna jest jak najszybsza zmiana mentalności duchowieństwa i zakonników. Nawet nie nawrócenie — bo nie wątpię, że większość z nich jest naprawdę gorliwa — lecz zrozumienie, że znak stroju duchownego jest w dzisiejszym zeświecczonym, zagubionym, ale wbrew pozorom bardzo wrażliwym świecie podstawą praeparatio evangelica. W społeczeństwie, które nie chce już słuchać pasterzy, potrzebne jest najpierw milczące świadectwo ich zewnętrznego wyglądu i zachowania.

Jeszcze jedna migawka. Świętą Teresę od Dzieciątka Jezus pytano, jak siostry mogą nosić takie grube habity w upał. (Wtedy habitów nie robiono z materiałów na łazienkowe zasłonki). Odpowiedziała: „Pan Bóg wynagrodzi nam te grube habity”.

Warto przeczytać tekst o. Leona Knabita:
Ojca Leona słów kilka – sutanna i habit to przeżytek?