Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Jan od Krzyża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Jan od Krzyża. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lutego 2014

Nie ku temu, co łatwiejsze

Pewien ksiądz diecezjalny napisał dzisiaj na Facebooku, że szkoda, iż kapłani z pewnego zakonu traktują habit jako albę. Jego uwaga przypomniała mi znany wiersz św. Jana od Krzyża, zamieszczony w Drodze na Górze Karmel (I,13,6). Przypominam go, bo te myśli świętego Jana są też bliskie mojemu postrzeganiu życia i wiary. Niech to będzie dopowiedzenie do tekstu sprzed kilku dni, Duch „Myśli spod chustki”.
Usiłuj zawsze skłaniać się:
nie ku temu, co łatwiejsze,
lecz ku temu, co trudniejsze;
nie do tego, co przyjemniejsze,
lecz do tego, co nieprzyjemne;
nie do tego, co smakowitsze,
lecz do tego, co niesmaczne;
nie do tego, co daje spoczynek,
lecz do tego, co wymaga trudu;
nie do tego, co daje pociechę,
lecz do tego, co nie jest pociechą;
nie do tego, co większe,
lecz do tego, co mniejsze;
nie do tego, co wzniosłe i cenne,
lecz do tego, co niskie i wzgardzone;
nie do tego, aby pragnąć czegoś,
lecz do tego by nie pragnąć niczego,
nie szukając tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych,
ale tego co gorsze.
Pragnij z miłości dla Chrystusa dojść do zupełnego ogołocenia, ubóstwa i oderwania się od wszystkiego, co jest na świecie.
Dla porządku załączam też linka do wstępu do Drogi na Górę Karmel pióra ojca Jerzego Gogoli OCD, w którym wyjaśnia on, jak należy interpretować myśl św. Jana.

czwartek, 23 stycznia 2014

Czy biskupowi diecezjalnemu przyrzekasz cześć i posłuszeństwo?

Histeria wśród znajomych tzw. aktywnych katolików wokół opublikowania prywatnych notatek Jana Pawła II osiągnęła taki poziom absurdu, że przestałam już się dziwić i tylko się śmieję.
W godzinie czytań w ostatnią niedzielę czytaliśmy fragment z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Efezjan, a w nim między innymi:
„Wszelkimi sposobami trzeba wam wielbić Jezusa Chrystusa, który was uwielbił, abyście zjednoczeni w tym samym posłannictwie, to jest, poddani biskupowi i prezbiterom, osiągnęli pełnię świętości... Ponieważ jednak, gdy o was idzie, miłość nie pozwala mi milczeć, dlatego uprzedziłem was i zachęcam, abyście jednoczyli się w spełnianiu woli Boga... Dlatego trzeba, abyście pozostawali w jedności z waszym biskupem, co też zresztą czynicie. Wasze czcigodne prezbiterium, czcigodne wobec Boga, złączone jest tak z biskupem, jak struny cytry. W jednomyślności i zgodnej miłości wznosi się pieśń ku chwale Jezusa Chrystusa. Każdy z was niechaj stanie się członkiem takiego chóru, abyście jednomyślni zgodą, podejmując harmonijnie melodię Bożą jednym głosem, śpiewali Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wtedy wysłucha was i pozna po dobrych waszych czynach, że należycie do Jego Syna. Trwajcie przeto w nienaruszonej jedności, abyście mieli trwałe uczestnictwo w Bogu. Jeśli ja sam w krótkim czasie zawarłem z waszym biskupem tak serdeczną znajomość, nie według ciała, lecz duchową, o ileż bardziej was uznaję za szczęśliwych, którzy z nim tak ściśle złączeni jesteście jak Kościół z Jezusem Chrystusem, jak Jezus Chrystus z Ojcem w doskonałej harmonii jedności. Niechaj nikt nie błądzi: jeśli ktoś znajduje się z dala od ołtarza, pozbawia się Bożego chleba”.
Wielu jest takich, co do kościoła na mszę przychodzą, albo nawet ją sprawują, ale w sercu są odłączeni, bo jedności ze swoim biskupem nie mają. I wtedy, zgodnie ze słowami św. Ignacego, nie mogą liczyć na świętość, owoce Bożego chleba i poznanie, że należą do Jego Syna.
Należę do pokolenia, które pamięta wojnę z Kościołem toczoną przez komunistów. Było jasne, że diabeł rękami komunistów uderza przede wszystkim w biskupów z kardynałem Wyszyńskim, a potem Glempem na czele. Bo jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. Kościół niszczy się przede wszystkim, rozbijając więź wiernych z hierarchią. Uderz pasterza, aby się rozproszyły owce. I dlatego dla wszystkich patriotów (nawet spoza Kościoła, bo moja rodzina na przykład była niereligijna i tradycyjnie antyklerykalna, ale w tej sprawie miała dokładnie to samo zdanie) było jasne, że należy stać przy kardynale Wyszyńskim. Tak samo jak było jasne, że komuniści mogą z kolei liczyć na tzw. inteligencję katolicką, środowiska różnych „Znaków” i „Tygodników Powszechnych”, gdy chcą w biskupów uderzyć.
W sumie niewiele się zmieniło, a nawet nic; zło z biegiem czasu tylko narasta. Dzisiaj już nawet komunistów nie trzeba, bo całą rozbijacką robotę w Kościele wykonują dla diabła sami ludzie Kościoła.
Ja naprawdę mam już dosyć wysłuchiwania od znajomych księży drwin, szyderstw i pogardliwych ocen biskupów. Pojedynczo i całego Episkopatu do kupy. I czynią to ci sami ludzie, którzy mają wielkie pretensje do części tradsów-jastrzębi, że atakują papieża Franciszka i wyśmiewają się z niego. Jasne, jest to zgroza, ale kto ich tak wymodelował? Wy sami, gdy wyśmiewaliście się z biskupów, a część z was także z poprzedniego papieża, Benedykta. Niedawno dowiedziałam się, że Sienkiewicz ostrzegał cesarza Wilhelma, iż jeśli łamie prawa nadane Polakom w Księstwie Poznańskim przez jego ojca i dziada, to doczeka tego, iż jego właśni poddani, nauczywszy się, że zobowiązań nie trzeba dotrzymywać, zrzucą go z tronu. I tak się stało. A wy wszyscy przysięgaliście swemu biskupowi cześć i posłuszeństwo. I jak w przypadku przysięgi małżeńskiej, nie było potem: Jeśli jest mądry, jeśli go lubię, jeśli ma takie poglądy jak ja, jeśli nie grzeszy i mnie szanuje... I jeśli wymagacie od ludzi świeckich wypełniania ich przysiąg, to czy nie osłabia waszego głoszenia, jeśli ci ludzie widzą, jak traktujecie własną przysięgę wobec swojego biskupa?
Najbardziej nieznany sobór to ten Watykański II. Zapraszam do czytania już nie tylko Sacrosanctum Concilium czy Unitatis redintegratio (by dowiedzieć się, jak NAPRAWDĘ powinien wyglądać ekumenizm), lecz i Presbyterorum ordinis: dekret o posłudze i życiu kapłanów. Polecam taką zabawę świeckim: poczytajcie i zobaczcie, jak kapłani wokół was wypełniają ten dokument, zwłaszcza właśnie w odniesieniu do osób biskupów. (Przy okazji warto też zapoznać się z Apostolicam actuositatem, dekretem o apostolstwie świeckich, i dowiedzieć się, jaka jest naprawdę ich rola w Kościele. Czy na pewno mają rozdawać komunię, głosić rekolekcje, jeśli nie mają z jakiegoś szczególnego tytułu misji kanonicznej, prowadzić rozważania podczas nabożeństw...)
A teraz przez katolicki internet przechodzą nawoływania, by nie kupować tej książki, i nawet tradsi zjednoczyli się w tej sprawie z „Kościołem otwartym”. (Pytanie: co może połączyć tradycjonalistów i „Kościół otwarty”? Odpowiedź: nieposłuszeństwo i pogarda wobec swego biskupa. Gratuluję.)
Inni Katoni bezinteresowności mają z kolei za złe, że biskupstwo krakowskie na tej książce zarobi. Nierzadko ci sami, którzy niedawno gardłowali, że Kościół ma moralne prawo dusić państwo o wszelkie odszkodowania, wysądzać złocisze składane przez dzisiejszych podatników (a nie sprawców nacjonalizacji i ich spadkobierców) do kasy państwowej, gdy nie ma w niej środków na odszkodowania dla zabużan i pozostałych świeckich ofiar komunizmu, na dotacje do służby zdrowia i samorządów; a z odzyskanych nieruchomości wyrzucać szkoły, szpitale i emerytów. (Bo święte prawo własności. Naprawdę, według Ewangelii, święte i bezwzględnie ważniejsze niż inne prawa?) A parę złotych uczciwie zarobione za dobrą książkę, która przyniesie ludziom słowa wiary, to granda.
I jeszcze jeden moment mnie w tym wszystkim uderza: pewne siebie przekonanie, że mam wiedzę, mądrość, umiejętności, doświadczenie czy co jeszcze, które pozwalają mi, i dają mandat, aby recenzować, oceniać, osądzać czyny i słowa mojego zwierzchnika w Kościele, biskupa (czy innego prawnie ustanowionego przełożonego), zdradza po prostu pychę. Starą, dobrą pychę, jeden z siedmiu grzechów głównych. Któż cię ustanowił recenzentem Twojego zwierzchnika w Kościele? Kto tu komu ma okazywać cześć i posłuszeństwo, kto ma kogo prawo oceniać i recenzować?
Nawiasem mówiąc zresztą, tym razem sprawa jest oczywista. Nasze świątynie są pełne wspaniałych grobowców i relikwiarzy świętych, którzy umierając, błagali, by pochować ich pod nogami i nie dawać nawet napisu, tak aby ich grób został zapomniany. Podobnie osoby umierające w opinii świętości często prosiły, by spalić ich notatki i pisma. Przykładowo, św. Teresa z Avili stawiała ostry warunek, aby jej pisma nie były udostępniane na zewnątrz, a w wielu listach wydawała polecenie adresatom, by je od razu spalili. Podobnie św. Jan od Krzyża. Teresa od Dzieciątka Jezus chciała, by pewne jej zapiski były dostępne tylko dla rodzonych sióstr w zakonie. A jednak biskup miejsca wydał polecenie, by zostały ujawnione, i matka Agnieszka (Paulina), siostra Teresy i wydawczyni jej pism, posłuchała go. Bo sama była pokorna i święta.
I jest dla mnie oczywiste, że mądrość Kościoła i jego hierarchów — ze święceniami biskupimi i pełnią kapłaństwa wiążą się dodatkowe łaski, o czym wierni świeccy, i niestety także niektórzy prezbiterzy w dzisiejszych czasach zdają się najczęściej w ogóle nie pamiętać — polega na tym, że wiedzą, kiedy próśb takiej osoby należy nie wysłuchać. I jest to ewidentne, zwłaszcza gdy jeszcze za życia ta osoba ma tak widoczną świętość, iż wiadomo, że proces beatyfikacyjny, w którym zbiera się wszystkie pisma sługi Bożego, jest tylko kwestią czasu. Bo święty jest dla Kościoła, przestaje być osobą prywatną.
To jest sentire cum Ecclesia i słuchanie bardziej Pana Boga niż ludzi. Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. I jestem gotowa się założyć, że w każdym z tych ludzi było tyle pokory i posłuszeństwa wobec Kościoła — w odróżnieniu od ludzi myślących w kategoriach świata, nawet jeśli codziennie bywają w kościele albo noszą przy sobie celebret — skoro byli świętymi, że gdyby wiedzieli, że Kościół, w osobie biskupów czy innych prawnie ustanowionych przełożonych kościelnych zadecydował inaczej, z radością i ochoczo by się na to natychmiast zgodzili. I co więcej, publiczne (czy nawet w sercu) krytykowanie swojego biskupa każdy z nich odbierałby jako ciężki grzech i zgorszenie, za które winowajca powinien zadośćuczynić Panu Bogu i Kościołowi.
Ale żeby myśleć w kategoriach, w jakich myślą święci, trzeba na co dzień czytać pisma świętych. Inne książki, gazety i serwisy można za to pominąć, zwłaszcza że naklejka „katolickie” niczego dzisiaj już niestety zdaje się nie gwarantować... Czytać świętych: kanonizowanych, beatyfikowanych, sługi Boże. Wszystko, co powiedzieli i napisali, a co zostało udostępnione przez Kościół.

Ps 1. Z góry uprzedzam, że następny post komentujący ataki na swojego biskupa, szczególnie ze strony prezbiterów, będzie nosił tytuł: „Palikociarnia w Kościele”.
Ps 2. Kilku recenzentów odpowiedziało od razu na krytykę, że przecież w historii zdarzało się, że święci nie zgadzali się z biskupami, krytykowali ich i mieli rację. Respondeo pół żartem: jak będziecie mieli więcej objawów świętości, przestanę was krytykować za atakowanie biskupów.
Ps 3. Na pewno niejeden zgorszony, co zadeklarował w proteście, że nie będzie tej książki czytał, zostanie jej posiadaczem. Dostał ją dzisiaj na konferencji prasowej w kurii albo może ktoś mu kupi. Proszę: niech mi ją podaruje.

Kardynał Stanisław Dziwisz, mój biskup (w kąciku, koło choinki), podczas mojej promocji doktorskiej. Jeden z długiego szeregu biskupów krakowskich. W jego postaci uosabia się Tysiąc lat Kościoła krakowskiego, tysiąc lat chrześcijaństwa w Polsce. Podobnie jak w osobie prezydenta kraju majestat Rzeczypospolitej. Człowiek: ułomny, grzeszny, słaby, być może nieumiejętny, jest symbolem wartości, jaką jest ojczyzna niebieska lub ziemska. Jeśli wydaje ci się, że nie robi tego właściwie, to módl się za niego, a nie ujadaj. (Biada zakonowi, co wychował takie monstrum, które ujada na arcybiskupa, mówił niedawno Ksiądz Tymoteusz...). I pomyśl, czy ty byłbyś lepszy na jego miejscu.

wtorek, 17 września 2013

Znacie? Znamy, czyli wyciągamy wnioski

„Po założeniu klasztoru sewilskiego, fundacje dalsze przerwały się na przeszło cztery lata. Przyczyną tej przerwy były wielkie prześladowania, jakie nagle i niespodziewanie spadły na karmelitów i karmelitanki wznowionej Reguły pierwotnej. Były już i przedtem różne na nas napaści, ale żadna nie była tak wielka i podjęta z taką zapamiętałością, jak ta ostatnia. Groziło to zupełną zagładą naszego dzieła. Jasno okazała się tu zaciekła złość czarta na te święte początki naszego Zakonu i miłościwa nad nim opieka Pana, który ocalił go, jako swoją sprawę od grożącego mu zniszczenia. Wiele wycierpieli karmelici bosi, szczególnie przełożeni klasztorów, skutkiem ciężkich oskarżeń, jakie podnieśli przeciw nim ojcowie trzewiczkowi”.
To jest początek opisu prześladowań, jakie przeciw doktorom Kościoła: św. Teresie Wielkiej i św. Janowi od Krzyża oraz tym wszystkim karmelitom i karmelitankom, którzy za nimi poszli, chcąc przywrócić swemu zakonowi jego pierwotną świętość i blask, podniósł mainstream karmelitów. Przeciągnęli na swoją stronę generała zakonu i nuncjusza w Hiszpanii, i gdyby nie interwencja króla Hiszpanii Filipa II, człowieka bardzo pobożnego i znającego zagadnienia życia duchowego, a jednocześnie chcącego zreformować zeświecczałe hiszpańskie zakony w duchu nauczania Soboru Trydenckiego, reforma terezjańska upadłaby, zduszona karcerami i karami kościelnymi. Atak ten rozpoczął się w roku 1575, a poznać go możemy szczegółowo m.in. z Księgi fundacji (z której pochodzi ten cytat) i listów św. Teresy.

Prześladowania „trzewiczkowych”, wbrew ich woli, w końcu doprowadziły do tym większego rozkwitu reformy (przyjęły ją wszystkie karmelitanki, tak że trzewiczkowych już od dawna nie ma, a karmelici trzewiczkowi poniewczasie wprowadzili u siebie ducha Teresy i Jana), a w toledańskim więzieniu zrodził się klejnot literatury duchowej: Pieśń duchowa św. Jana od Krzyża.

„Początek tej zawieruchy, która o mało nie zmiotła rodzącej się reformy Karmelu, był następujący. Karmelici złagodzonej obserwy wzięli za złe św. Teresie zaprowadzoną jej staraniem reformę w Zakonie. Uznawali ją za osobistą obrazę i poniżenie. Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę, zanim zdoła zakorzenić się i rozszerzyć. W tym celu przeciągnęli na swoją stronę samego generała Zakonu o. Rubeo. Generał dobrze znał Matkę Teresę, ale nie wystarczyło mu odwagi do stawienia im czoła i zdradził sprawę prawdy i sprawiedliwości. Postanowiwszy więc zdusić powstającą reformę pozyskał sobie poparcie nowego nuncjusza Felipe Segi...”
Ten tekst pochodzi już z przypisu i został dodany przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych w celu objaśnienia słów Teresy. Zamieszczam go tu, bo uderzyło mnie w nim zdanie: „Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę...” Czy to wam niczego nie przypomina? Bo ja ostatnio ten argument regularnie słyszę z ust wrogów celebracji w starym rycie, zarówno rzymskim, jak i dominikańskim. Mniej może mówią o samowolności (także i w przypadku Teresy jej działania nie były samowolne, miała ona na wszystko zgody biskupów, generała i komisarzy apostolskich, ten zarzut jest więc potwarzą), gdyż raczej to oni sami podważają dokumenty Kościoła, na których opiera się „uwolnienie” starych rytów: konstytucję o liturgii Soboru Watykańskiego II, motu proprio Benedykta XVI i dalsze, pomniejsze dokumenty. Cichnąć też się zdają (przynajmniej ostatnio) argumenty o konieczności postępu i dostosowania się do ducha czasu, gdyż nietrudno było wskazać ich heglowsko-marksistowskie źródła. Zostaje zatem zakłócanie zgody, zarzewie rozdwojenia rzucone między spokojnych dotąd...

Ps. Sprawa franciszkanów Niepokalanej wydaje mi się już niemal dokładną kopią historii reformy karmelitańskiej. Warto przemyśleć jeszcze jedno zdanie karmelitańskiego wydawcy: to, które poprzedza zdanie komentowane przeze mnie.

poniedziałek, 17 września 2012

Rewolucjonista

Dominikanie zdecydowanie należą do tych, którzy wiedzą i mają; ale warto pamiętać, że zakon ten to nie tylko jajogłowi intelektualiści, sławni artyści, papieże i kardynałowie, choć to oni najmocniej błyszczeli w historii. Trwa także (choć nie do końca wiem, czy zasłużyli się tu sami dominikanie, czy związani z nimi świeccy) pamięć o dominikanach, którzy wiedzieli, że ci, którzy wiedzą i mają, mają być dla tych, którzy nie wiedzą i nie mają. Dzisiaj obchodzimy wspomnienie jednego z nich, świętego Jana Macíasa: troszczącego się o ubogich i wykluczonych, pokornie znoszącego przykrości od swoich błyszczących, inteligentnych i wykształconych współbraci, którzy rozumieli mniej od niego.
W homilii kanonizacyjnej papież Paweł VI mówił:
„Jan Macías jest wspaniałym i wymownym świadkiem ewangelicznego ubóstwa: jako mały sierota z otrzymywanej drobnej zapłaty pastuszka wspomaga biednych — »swoich braci«, dzieląc ich wiarę; jako wygnaniec, gdy naśladując swego patrona, świętego Jana Chrzciciela, nie szuka jak inni bogactw, ale pragnie tylko tego, aby się spełniła wola Boża; jako służący w oberży i starszy pasterz hojnie rozdaje swą miłość ubogim, ucząc ich modlitwy; jako zakonnik wypełnia swoje śluby, najwyższy dowód miłości względem Boga i bliźniego: »dla siebie nie szuka niczego, jak tylko Boga«. W celi furtiana łączy intensywne życie modlitwy i pokuty z niesieniem pomocy i dostarczaniem pożywienia dla mnóstwa biednych; sam odmawia sobie pokarmu, aby zaspokoić głód łaknących”.

Dzisiaj, po kompromitacji komunizmu i teologii wyzwolenia, postrzeganie chrześcijaństwa w kluczu rewolucji, jak i samo słowo rewolucja, są zupełnie skompromitowane. Jednak jeśli sięgniemy do źródłosłowu tego terminu (ponownie ukształtować), to czy chrześcijaństwo nie jest, nie ma być rewolucją? Czy nie zapowiada rewolucji ewangeliczny kantyk Maryi, który uwielbia Boga za to, że „strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”? Czy nie jest rewolucją pierwsza warstwa ewangelicznych błogosławieństw, która — jak twierdzą naprawdę mądrzy i kompetentni bibliści — brzmiała początkowo „Błogosławieni ubodzy, albowiem do nich należy królestwo niebieskie..., błogosławieni, którzy łakną i pragną, albowiem będą nasyceni”? Tę pierwotną wersję zachowała Ewangelia Łukasza, wraz z ostrzeżeniami „biada” dla zadowolonych, sytych i bogatych, podczas gdy wspólnota chrześcijan, w której w latach 70–80. I wieku redagowana była Ewangelia Mateusza, mieszkająca zapewne w bogatej Antiochii Syryjskiej, już wówczas tak wrosła w uwarunkowania tego świata, że do oryginalnego tekstu dodano wstawki mające nadać mu bardziej duchowy charakter i pozbawić go jego trudnego do zaakceptowania radykalizmu. (Więcej na ten temat: świetny nowy komentarz egzegetyczny ks. A. Paciorka do Ewangelii św. Mateusza, wydany przez wydawnictwo paulistów).
Rewolucja staje się złem, zaczyna niszczyć i zabijać, gdy sięga po środki tego świata: władzę i przemoc. Dopóki posługuje się środkami takimi, jakich używali prorocy, Chrystus, Maryja i Jan Macías, jest w porządku. To jest prawdziwa rewolucja. Chrześcijanie są do niej zobowiązani; w przeciwnym razie stają się solą, która utraciła swój smak.
Tak się składa, że akurat dzisiaj bracia studenci polskiej prowincji dominikanów oraz ich wychowawcy i profesorzy rozpoczęli nowy rok akademicki. Trudno o lepszego patrona tego dnia. Niech św. Jan Macías, który sam zapewne w najlepszym razie najwyżej umiał czytać, prosi teraz za swoich młodszych, wykształconych współbraci, by zawsze pamiętali, że studium intelektualne, wielki przywilej i obowiązek dominikanów, prowadzi na manowce, jeśli nie poprzedzają go modlitwa i miłosierdzie. Dopiero w tym towarzystwie wiedza zamienia się w mądrość.
Nie można tutaj nie wspomnieć subtelnego intelektualisty i doktora Kościoła, św. Jana od Krzyża, który swoją drogę na górę Karmel rozpoczął od małego prowincjonalnego szpitalika, w którym pracował całymi dniami jako pielęgniarz chorych i bezdomnych.
Skoro cytowałam już homilię kanonizacyjną papieża, składającego hołd prostemu i niewykształconemu św. Janowi, niech na koniec przemówi jeszcze ówczesny (1975) generał zakonu, brat Vincent de Couesnongle:
„Niewątpliwie to swoje święte życie, życie miłości ku biednym, mógłby przeżywać gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jednak on stał się świętym właśnie w tym małym światku ludzi wykorzenionych, ludzi najbiedniejszych. I to właśnie nas dzisiaj uderza. [...] Braterska miłość to nie jest jakiś luksus, na który mogą sobie pozwolić mający czas, pieniądze i odpowiednie dyspozycje. [...] Świat doskonale sprawiedliwy, z najwspanialszym nawet prawodawstwem, świat, w którym prawa każdej jednostki będą zabezpieczone, może jeszcze być światem zimnym, bez duszy i nadziei, ponieważ jest bez miłości. Sama sprawiedliwość może stać się nieludzka i żadne prawa społeczne nie mogą zrodzić miłości. [...] Przesłanie Jana Macíasa nie ma więc charakteru jedynie społecznego: jest bowiem w pierwszym rzędzie teologalne. [...] Przez swoje miłosierdzie względem ubogich objawił w swoim stuleciu prawdziwe imię Boga biednym Ameryki, którzy nie wiedzieli, że »Bóg jest miłością«”.

Proszę Was po przeczytaniu tych słów o zapoznanie się z wpisem wczorajszym, gdyż jest tam mowa o kimś, kto potrzebuje konkretnej pomocy materialnej tutaj i teraz. Fortuna kołem się toczy i ci, co w dawnych wiekach byli bogaci i pomagali innym, dzisiaj nierzadko stają się w dosłownym znaczeniu słowa ubogimi, którzy potrzebują naszego wsparcia, aby przetrwać. W tym wypadku chodzi konkretnie o siostry benedyktynki ze Staniątek. Kiedy na blogu „dowalam dominikanom” czy szerzej klerowi, tekst czytają setki ludzi i spotykam się z pochwałami. Gdy piszę o czymś pozytywnym albo o tym, że komu trzeba pomóc, jest cisza, a statystyka wykazuje, że na tekst weszło kilkanaście czy najwyżej 30 osób. Coś tu jest nie tak.
Proszę także o modlitwę o pokój w Syrii. Tam, gdzie rozwijały się pierwsze wspólnoty chrześcijan, gdzie nawrócił się święty Paweł i powstała Ewangelia Mateusza, dzisiaj giną ludzie, a my milczymy. Codziennie czekam na mszy na wspomnienie w modlitwie powszechnej o Syrii i codziennie się rozczarowuję.