wtorek, 7 sierpnia 2012

Peregrynacja obrazu Pana Jezusa Miłosiernego

Ołtarz bł. Jana Pawła II w kościele w PodłężuJutro i pojutrze moja tradycyjna, wiejska parafia Najświętszej Marii Panny Królowej Polski w Podłężu przeżywa wielkie wydarzenie: nawiedzenie peregrynującego obrazu Pana Jezusa Miłosiernego.
Przy tej okazji odbędzie się także poświęcenie nowego ołtarza i obrazu Pana Jezusa Miłosiernego. Będzie on także zawierał relikwie siostry Faustyny. Będzie to drugi ołtarz wybudowany w ostatnich miesiącach w naszym kościele. Pierwszy jest poświęcony bł. Janowi Pawłowi II i zawiera jego relikwie. Oba ołtarze ściśle trzymają się tradycyjnych zasad architektury sakralnej; pod mensami mają nisze z relikwiarzami, a na mensach stoją krucyfiksy i świece.
Czytelników z Krakowa i okolic serdecznie zapraszam do odwiedzenia naszej miejscowości w tych dniach i wzięcia udziału w peregrynacji. Ksiądz proboszcz zaprasza zarówno mieszkańców, jak i gości! :)


Program peregrynacji


ŚRODA 08.08.2012 r.

  • godz. 16.30 – oczekiwanie na przyjazd obrazu i relikwii na ul. Ks. Fidelusa. W uroczystym orszaku: asysta, kapłani, ks. proboszcz i biskup, wierni z relikwiami i z obrazem peregrynującym, wejdziemy do kościoła. Przywitanie Jezusa Miłosiernego przez proboszcza i przedstawicieli parafian
  • godz. 17.00 – Msza św. na rozpoczęcie nawiedzenia z poświęceniem nowego ołtarza bocznego, ambonki oraz parafialnego obrazu Pana Jezusa Miłosiernego, celebrowana przez ks. biskupa oraz kapłanów z dekanatu, na koniec podziękowanie ks. biskupowi
  • Po Mszy św. modlitwa w ciszy
  • godz. 19.00 – koncert Miłosierdzia – Chór parafialny, Schola i pieśni wiernych
  • godz. 20.00 – Modlitewna refleksja o duchową odnowę naszej parafii
  • godz. 21.00 – Droga Krzyżowa prowadzona przez młodzież
  • godz. 22.00 – Msza św. o nowe powołania do kapłaństwa i zgromadzeń zakonnych – ks. kan. Janusz Bednarczyk oraz księża, którzy pracowali w naszej parafii
  • godz. 23.00 – Koronka do Miłosierdzia Bożego z odczytywaniem próśb
  • godz. 24.00 – Różaniec – I. część – Róże różańcowe i mieszkańcy Podłęża

CZWARTEK 09.08.2012 r.

  • godz. 01.00 – Różaniec – II. część – Róże różańcowe i mieszkańcy Zakrzowa
  • godz. 02.00 – Różaniec – III. część – Róże różańcowe i mieszkańcy Zakrzowca
  • godz. 03.00 – godz. 06.30 – Adoracja i modlitwa indywidualna
  • godz. 06.30 – Różaniec – IV część – Stowarzyszenie Rodzin Katolickich, Caritas, Koło Biblijne
  • godz. 07.00 – Msza święta
  • godz. 08.00 – Modlitwa indywidualna
  • godz. 09.00 – Szkolne Koło Caritas, modlitwa i pomoc starszym
  • godz. 09.30 – Spowiedź chorych, starszych, samotnych
  • godz. 10.00 – Msza św. dla chorych z Sakramentem Namaszczenia i uczczenie relikwii
  • godz. 11.00 – Służba Liturgiczna Ołtarza
  • godz. 12.00 – Anioł Pański – Godzina radości – spotkanie modlitewne dla dzieci
  • godz. 13.00 – Indywidualna refleksja modlitewna
  • godz. 14.00 – Indywidualna modlitwa dla rodziców z małymi dziećmi
  • godz. 15.00 – Koronka do Bożego Miłosierdzia i Eucharystia dziękczynna za dar nawiedzenia naszej parafii
  • godz. 16.00 – Procesyjne odprowadzenie obrazu Jezusa Miłosiernego i relikwii bł. Jana Pawła II i św. Faustyny

niedziela, 5 sierpnia 2012

Okulary Traugutta

Dzisiaj nie będzie o liturgii, tylko o patriotyzmie i historii narodowej. Niby wydaje się, że nie pasuje to do ogólnej tematyki tego blogu, a jednak moim zdaniem gdzieś głęboko te dwie rzeczywistości się łączą. Tak zostałam wychowana, czy też uformowana. Jednym z istotnych czynników wpływających na tworzenie się mojego światopoglądu było środowisko Szczepu 1 Warszawskich Drużyn Harcerskich „Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta, który działał przy VI LO im. Tadeusza Reytana.
Dzisiaj przypada rocznica śmierci Traugutta w egzekucji w pobliżu Cytadeli Warszawskiej. Teraz w tym miejscu, przy ulicy Konwiktorskiej, znajduje się park jego imienia i stoi krzyż upamiętniający egzekucję pięciu przywódców Powstania Styczniowego, członków Rządu Narodowego: Romualda Traugutta, Rafała Krajewskiego, Józefa Toczyńskiego, Romana Żulińskiego i Jana Jeziorańskiego, 5 sierpnia 1864 roku. Kiedy byłam w „Czarnej Jedynce”, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, spotykaliśmy się pod krzyżem Traugutta na święcie szczepu.
Romuald Traugutt jest dziś postacią niemal zapomnianą. Tymczasem to on właśnie pokazuje, jak patriotyzm i liturgia — a szerzej pobożność — mogą się ze sobą łączyć. Dyktator Powstania Styczniowego był człowiekiem tak głęboko i autentycznie pobożnym, a jego świeckie życie (zawodowy wojskowy) było tak przeniknięte wiarą, tak bardzo kierował się w postępowaniu motywami ewangelicznymi, że wiele ludzi i środowisk od lat postuluje otwarcie jego procesu beatyfikacyjnego. Ja też uważam, że byłoby to bardzo pożądane. Traugutt byłby dla świeckich świetnym patronem i wzorcem duchowości — na miarę Pier Giorgia Frassatiego, Karoliny Kózkowny czy państwa Martin, rodziców świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
1 WDH „Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta — obchody stulecia istnieniaByłoby to tym bardziej cenne, że Traugutt był niezwykle rzadkim przykładem polskiego patrioty, dla którego Polska nie stała się nadrzędną wartością wypierającą de facto Boga z pierwszego miejsca, a religia nie stała się protezą działalności narodowej. Bóg był zawsze na pierwszym miejscu, więc wszystko inne było na swoim miejscu. Dlatego też Traugutt nigdy nie popadł w błąd, który popełniło bardzo wielu przywódców innych polskich powstań — takiego zaślepienia uczuciami patriotycznymi i entuzjazmem dla narodowej sprawy, takiej szlachetnej naiwności i zuchwałej ufności w Bożą Opatrzność, że tracili wszelką umiejętność racjonalnej oceny sytuacji politycznej i wojskowej, i sprowadzali na naród jeszcze gorsze nieszczęścia. Zapominali bowiem, że Ewangelia nakazuje być niewinnymi jak gołębice, ale roztropnymi jak węże.
Jestem wychowana w szkole Romualda Traugutta. Patrzę przez jego okulary, o których mówi redaktor naczelny „Christianitas” Paweł Milcarek, mój współdruh z „Czarnej Jedynki”, w tekście, który załączam poniżej. Okulary Traugutta kształtują moje patrzenie i na Polskę, i na liturgię jako źródło i szczyt życia chrześcijańskiego. Tekst ten to wystąpienie Pawła podczas obchodów stulecia naszego szczepu w październiku ubiegłego roku, pod krzyżem Traugutta. Podaję go za Rebelya.pl. O historii „Czarnej Jedynki” możecie dowiedzieć się więcej z wystąpienia Marcina Gugulskiego. 1 WDH istnieje nadal i ma swoją stronę internetową. Zapraszam też do obejrzenia zdjęć z obchodów w mojej galerii na Picasa Web Album.

Wystąpienie Pawła Milcarka pod krzyżem Traugutta w Warszawie w setną rocznicę powstania 1 WDH „Czarna Jedynka”

Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie.
Oficjalni patroni dzielą się na niegodnych, karłowatych — i prawdziwych. Niegodnych zwykle się narzuca — i bywało, że w naszych szkołach itp. mieliśmy takich „patronów”, których się czuło jak but postawiony na karku leżącego. Są też patroni karłowaci, czyli tacy, których ludzie sobie wybierają ze świadomością ich przeciętności, czy wręcz bylejakości — po to, żeby nie musieć ani czcić, ani szanować takiego „patrona”, traktowanego wyłącznie jako ktoś „taki sam jak my”. Inaczej jest z patronami prawdziwymi: tych przyjmujemy w akcie swoistej odwagi, zestawiając nasze życie z ich bohaterstwem. Do takiego patrona idzie się „pod górę” — po przykład, po świadectwo, po naukę.
Tak jest z Romualdem Trauguttem, który od początku i nieprzerwanie jest patronem „Czarnej Jedynki”, przez sto lat jej historii.
Jak my patrzymy na Traugutta, jaki jego obraz panuje w naszej wyobraźni? W słynnym opisie egzekucji członków Rządu Narodowego Mikołaj Berg relacjonował na kartach Zapisków o powstaniu polskim, że nasz patron zachowywał się w swych ostatnich chwilach z wyjątkowym opanowaniem, niezwykłym zwłaszcza na tle ludzkich reakcji innych. Czytamy też, że postawiony pod szubienicą, w ostatniej chwili złożył ręce i podniósł oczy do nieba — i w tej pozycji zastygł także wtedy, gdy go powieszono.
Sam ten obraz zawiera powód do szacunku i pouczające przesłanie. A jednak jakże łatwo byłoby i z niego zrobić płaską wycinankę. Nie wolno tego zrobić człowiekowi w rzeczywistości tak wielowymiarowemu jak Traugutt.
Popatrzmy na niego jeszcze raz. Oto powstaniec, a nawet dyktator powstania — który „nikomu powstania nie doradzał”, lecz przystał do niego, widząc, że nie godzi się stać z boku, gdy inni w sąsiedztwie ryzykują w tym poświęceniu narodowym wszystko; a przywódcą zostawał wtedy, gdy inni, na początku gorętsi, pakowali manatki. To Traugutt.
Oto dyktator doskonale świadomy minimalnych szans zwycięstwa — a przecież daleki zarówno od desperacji, jak i od opuszczania rąk; gdy wszedł w tę walkę, użył w niej całej swej wiedzy, całego zmysłu oficerskiego, działając i zagrzewając innych gorącymi słowami. To też Traugutt.
A teraz: konspirator nurkujący w sam wir niebezpiecznego życia — i na każdym jego etapie pamiętający i tkliwy dla swoich najbliższych, żony i córek; choć w końcu nie umknął szpiclom, to do końca nie dał się pochwycić złudzeniom „niebezpiecznego życia”. To również Traugutt.
I w końcu: gorący patriota, dający wszystkie swoje siły i życie w sprawie wolności i niepodległości naszej ziemi — a przecież na pierwszym miejscu stawiający zawsze Dobro wieczne spoza granic tego świata, z tą głową zadartą ku innemu światu, nie tylko w chwili umierania. To także i z pewnością jest Traugutt, sługa Boży.
Jak zatem mamy uczcić, wspominać, naśladować tego człowieka, naszego patrona? „Jedynka” stała się jego żałobnikiem. Pamiętam, jak w latach 80. Ludzie w Polsce pytali nas: „te czarne chusty to z powodu stanu wojennego nosicie?” A my nosiliśmy je — Wy je dziś nosicie — jako zadaną nam żałobę po Traugucie i po tamtym powstaniu.
Na tym również polega nasz obowiązek: że dosłownie nosi się na karku pamięć o tamtej walce – i o beznadziei, która nastąpiła po klęsce, czarnej jak noc. Wtedy to, w 1870 pisała w liście pewna pani o popowstaniowym pokoleniu: „smutno jest zaiste widzieć młodzież naszą tak nędznie wyrosłą duchem — tak przedwcześnie zestarzałą zda się że w dziecięctwie potargali już illuzyje życia — tak im obce wszystko co wielkie — co święte — żal mi jednak potępiać ich przede sobą — tak ślepo wierzę w cnoty ich dziadów, że niepodobna mi przypuścić żeby ta dziatwa skarłowaciała zerwała całkiem z swoją przeszłością…” Tak ciemno było! A przecież potem przyszło „nowych ludzi plemię”, tych z PET-u i ZET-u, z Legionów i Armii Ochotniczej 1920, tych z historii, która mieści się w naszym jubileuszu stulecia. Kolor naszych chust to zawsze przypomnienie strasznej chwili, od której trzeba się było odbić potężnym wysiłkiem, mocą odrodzonej nadziei.
Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie. Są muzealnym eksponatem — ale przede wszystkim jakimś dziedzictwem. Dziś, gdy stoimy pod Krzyżem Traugutta, myślę, że każdy powinien odważyć się ich użyć. Nie wszyscy z nas są okularnikami — a jednak każdemu przydałoby się spojrzenie przez szkła okularów Traugutta: na Polskę, na siebie, na najbliższych, nawet poza ten świat.
Sądzę, że jest właśnie tak: że jesteśmy tu, aby podnieść do naszych oczu okulary Traugutta — przyłożyć do naszych umysłów jego sposób pojmowania. I wrócić potem do naszych zwykłych zajęć, z odkryciami i korektami, które pochodzą od naszego patrona.
Czuwajmy!

poniedziałek, 30 lipca 2012

Codex Calixtinus kolegów z Chorzowa

Krewni-i-znajomi-Królika, czyli Schola Cantorum Minorum Chosoviensis, dali wczoraj świetny koncert w kościele św. Józefa na krakowskim Podgórzu. Program obejmował utwory z Codex calixtinus, w tym takie covery jak Congaudeant catholici i Dum pater, oraz śpiewy z tradycji starorzymskiej, mozarabskiej, francuskiej (graduał Alienor z Bretanii) i jerozolimskiej. Z tej ostatniej: Salve Regina z rękopisu XII-wiecznego, a więc przed dodaniem dwóch słów (mater i virgo), które nastąpiło u schyłku średniowiecza. Muzyka przepiękna, wykonanie najwyższej klasy!

Schola Cantorum Minorum Chosoviensis

Kradnę!

Od użytkownika Facebooka „Vaticanum II — Hermeneutyka ciągłości czy Nowy Kościół?” kradnę cytat z przemówienia wygłoszonego przez obecnego papieża Benedykta XVI, wówczas kard. Josepha Ratzingera, w 1988 roku do biskupów Chile. Święta prawda. Wszyscy, absolutnie wszyscy znani mi „obrońcy Soboru Watykańskiego II przeciw tradycjonalistom” — świeccy i duchowni, prostaczkowie, magistrzy, doktorzy i profesorowie teologii — twierdzą, że dopiero ten sobór to wreszcie właściwe nauczanie Kościoła, w odróżnieniu od tego wszystkiego, co było wcześniej. 1900 lat błędów i wypaczeń... a przynajmniej 400! Ewentualnie w wersji soft — tamto nauczanie Kościoła było dobre na tamte czasy, ale teraz są inne czasy i nauczanie musi być całkiem nowe, aby się do nich dostosować. Bo tamto stare w obecnych czasach jest już złe.
Przecież takie myślenie to herezja — powiedzmy sobie szczerze.

kard. Joseph Ratzinger
„Drugi Sobór Watykański nie został potraktowany jako część całej, żywej Tradycji Kościoła, ale jako koniec Tradycji, nowy start od zera. Prawda jest taka, że sobór ten w ogóle nie zdefiniował żadnego dogmatu i świadomie wybrał skromną rangę soboru zaledwie pastoralnego. A jednak wielu traktuje go tak, jakby uczynił on z siebie superdogmat odbierający ważność wszystkim pozostałym. Ideę tę wzmacnia to, co dzieje się teraz. To, co poprzednio uważano za najświętsze – forma, w której liturgia jest przekazywana kolejnym pokoleniom – nagle jawi się jako coś najbardziej zakazanego, jako jedyna rzecz, której można bezpiecznie zakazać. Nie toleruje się krytyki decyzji podjętych od czasu Soboru, a z drugiej strony, jeżeli ludzie kwestionują starożytne zasady lub nawet wielkie prawdy Wiary – np. cielesne dziewictwo Maryi, cielesne zmartwychwstanie Jezusa, nieśmiertelność duszy itd. – nikt się nie skarży, a jeśli już, to z tylko z największym umiarem. Ja sam, kiedy byłem profesorem, widziałem jak ten sam biskup, który z powodu pewnego nieokrzesanego sposobu wysławiania się zwolnił przed Soborem nauczyciela będącego naprawdę bez zarzutu, po Soborze nie był gotów zdymisjonować profesora, który otwarcie zaprzeczał pewnym fundamentalnym prawdom wiary. Wszystko to sprawia, że bardzo wielu ludzi zadaje sobie pytanie: czy dzisiejszy Kościół jest rzeczywiście tym samym Kościołem, co wczoraj? Czy może zmieniono go w coś innego, nic o tym nie mówiąc ludziom? Jedynym sposobem uwiarygodnienia Vaticanum II jest przedstawianie go takim, jakim jest, jako jedną z części nieprzerwanej, unikalnej Tradycji Kościoła i jego wiary".

kard. Józef Ratzinger, Konferencja wygłoszona do biskupów Chile, 13 lipca 1988

wtorek, 24 lipca 2012

Rozwiązanie konkursu

W ostatnim poście, Koniec rewolucji kulturalnej, czyli demitologizacja, ogłosiłam konkurs:
Nawiasem mówiąc, czy obserwowana w ostatnich dziesięcioleciach liturgiczna „gorączka nowości” i ciągłe powoływanie się na „postęp” i „naukę” nie zalatuje wam jeszcze innym dobrze znanym zapaszkiem? Ogłaszam konkurs, w którym nagrodą będzie czekolada lub dobre piwo, do wyboru! Oto pytania:
1. Co to za dobrze znany zapaszek oraz kto i gdzie mówił o popadaniu w błędy wskutek „gorączki nowości” i pod pozorem „nauki” i „postępu”?
2. Ciągłe reformowanie wszystkiego i stawianie samej konieczności reformy jako wystarczającej przyczyny reformowania to cecha jakiego szkodliwego prądu antykościelnego wg Historii Kościoła ks. B. Kumora?

Dzisiaj rozwiązanie.
1. Zapaszkiem owym zalatuje dobrze znany, stary znajomy — modernizm. Cytaty pochodzą z akapitu rozpoczynającego, ogłoszony przez św. Piusa X 3 lipca 1907 roku, Syllabus potępiający błędy modernistów, znany także od słów incipitu jako „Lamentabili sane”.
Tutaj można sobie poczytać (po angielsku) i poszukać, czy przypadkiem nie znajdujemy zbieżności z wypowiedziami jakichś dzisiejszych wykładowców, publicystów i duchownych katolickich.
2. Podawanie konieczności reformy jako samodzielnego powodu do reformy było pomysłowym wynalazkiem cesarza Austrii Józefa II, podszytego deizmem samozwańczego zbawcy Kościoła przynajmniej ćwierci krajów Europy, znajdujących się pod panowaniem monarchii Habsburgów. W proteście przeciw dobrotliwej działalności ww. proroka postępu kościelnego wybuchały liczne, krwawo tłumione powstania chłopskie i narodowe (m.in. na Węgrzech), a Belgia ogłosiła niepodległość.
Nagrodę otrzymuje Michał Jędryka, który jako pierwszy poprawnie odpowiedział na pierwsze pytanie (na drugie nie przyszła żadna prawidłowa odpowiedź).

sobota, 14 lipca 2012

Koniec rewolucji kulturalnej, czyli demitologizacja

W październiku 1989 r. Joanna Szczepkowska ogłosiła, że 4 czerwca 1989 r. nastąpił w Polsce koniec komunizmu. Była to jej subiektywna opinia; sejm był jeszcze kontraktowy, a urząd prezydenta pełnił Wojciech Jaruzelski. Jednak historia pokazała, że Szczepkowska miała rację, mimo że wielu wyśmiewało się z jej demonstracyjki w śp. „Dzienniku telewizyjnym”.
Otóż ja dzisiaj, 14 lipca 2012 r., w rocznicę upadku Bastylii według historii świeckiej, a w dniu wspomnienia świętego Kamila de Lellis, wyznawcy, świętego Justusa, męczennika i świętego Fokasa, męczennika według historii kościelnej, ogłaszam koniec rewolucji kulturalnej w Kościele rzymsko-katolickim.
Bezpośrednim bodźcem do złożenia tej deklaracji programowej było przeczytanie wczoraj na New Liturgical Movement następującej informacji:
We are very happy to announce that each Monday in July Fr. Romaeus Cooney O.Carm. will celebrate the Carmelite Rite Liturgy at St. Joseph’s Church (www.the-latinmass.com), 416 3rd Street, Troy NY. There will also be a Carmelite Rite Missa Cantata on Sunday the 15th to commemorate the Feast of Our Lady of Mount Carmel. Each of these liturgies is at 12pm.

(Do informacji dołączony jest ciekawy artykuł o odrodzeniu rytu karmelitańskiego: kliknąć tutaj)
My z kolei, skromni krakowscy świeccy sympatycy Zakonu Kaznodziejskiego, także dzięki pomocy amerykańskiej (co się dzieje w tej Ameryce? kto by się tego po kraju nieokrzesanych Jankesów spodziewał?) wskrzesiliśmy dwa tygodnie temu w Polsce ryt dominikański (donosiłam już o tym w poście Uff! Udało się!!!).
Rzeczywiście tak mam, że wszystko kojarzy mi się z komuną. Na przykład niektóre działania Konferencji Episkopatu Polski przypominają w moich oczach wypisz wymaluj pociągnięcia Komitetu Centralnego PZPR u schyłku PRL-u, a aksamitne prześladowania wiernych tradycji łacińskiej (czyli zwolenników Mszy trydenckiej) przez część duchowieństwa i hierarchii, wbrew zapisom dokumentów watykańskich (o najnowszym wyczynie abp. Ziemby z Olsztyna można poczytać tutaj) — mniej lub bardziej subtelne prześladowania katolików przez komunę (zakaz procesji Bożego Ciała, brak zgód na budowę nowych kościołów, blokowanie nominacji biskupich itp.).
Jednak czy bezrozumny szał niszczenia własnego dziedzictwa i tradycji ojców, w tym wypadku w zakresie liturgii, który wybuchł w Kościele łacińskim w latach 60., można porównać do czegokolwiek innego niż chińska rewolucja kulturalna albo niszczenie zabytków buddyzmu i islamu przez talibów? Nawet jeżeli nie jest prawdą, co mi opowiadano, że dominikanie na Zachodzie po wprowadzeniu nowego mszału Pawła VI triumfalnie palili stare księgi liturgiczne jak feministki biustonosze, to naprawdę tysiące tych ksiąg, tablic ołtarzowych i szat liturgicznych — ornatów, manipularzy, humerałów itd. — wyrzucono po prostu na śmietnik. Także te stare i zabytkowe.
Mój znajomy widział na Zachodzie w prywatnym domu barek na alkohole przerobiony z zabytkowego tabernakulum kupionego od księdza, który „zmodernizował” kościół. Wypadków barbarzyńskiego rujnowania kościołów przez samych duchownych było po soborze tak wiele, że Watykan był zmuszony wydać instrukcję zakazującą niszczenia wyposażenia kościołów.
Jak powiedział mi kiedyś jeden prawosławny znajomy, w Rosji księgi liturgiczne i wyposażenie cerkwi niszczyli i palili komuniści. I on nie może zrozumieć, jak to możliwe, że w Kościele łacińskim robili to sami katolicy!
Powiedzmy sobie wreszcie szczerze — dokładnie tak samo, z równym entuzjazmem i w imię równie szczytnych idei co bojownicy postępu liturgicznego po ostatnim soborze — działali powstańcy husyccy i rewolucja protestancka. Bez trudu można znaleźć opisy, jak wyglądało wprowadzenie protestantyzmu w Wirtenberdze, Lozannie i tysiącach innych miejscowości: niszczenie ołtarzy i wyposażenia kościołów, palenie ksiąg i szat liturgicznych. Powiedzmy wreszcie wprost, że było to takie samo barbarzyństwo i tak samo nie wypływało z wiary chrześcijańskiej i Ewangelii.
(Wiem, wiem, reforma była dobra, a to były tylko wypaczenia. To też już słyszałam: „Socjalizm tak, wypaczenia nie!”).
Stawiam zatem pytanie: Czy gwałtowne ataki posoborowych reformatorów na elementy liturgii, które pojawiły się w toku historii Kościoła (podkreślenie adoracyjnego charakteru Mszy, centralne miejsce tabernakulum, łacina, sama struktura Mszy, ołtarz przyścienny itd., itp.) oraz ich postulat, by powrócić do „Mszy Kościoła pierwotnego” (tron celebransa w miejscu tabernakulum, porządek Mszy rekonstruowany na podstawie pism Justyna Męczennika, anafora Hipolita itd. — jestem świeżo po nawiedzonym wykładzie prof. Cesarego Giraudo, brrr...) nie przypomina odrzucenia Tradycji przed protestantów i zasady sola scriptura? I kolejne pytanie: a zatem, czy zwolennicy tego archeologizmu liturgicznego nie ocierają się o herezję? Czy ich stanowisko nie jest de facto odrzuceniem wiary w Tradycję?
Szczęśliwie pojawia się tu również element uspokajający: takie tendencje archeologizujące to nic nowego. Odzywają się cyklicznie w historii chrześcijaństwa, podobnie jak trendy judaizujące. A zatem, trawestując kolejne powiedzenie z czasów komuny: Przeżyliśmy już Zwingliego, przeżyjemy Bugniniego!
Powiedzmy sobie szczerze: dobro, jakie miała przynieść cała operacja rozpoczęta przez komisję abp. Bugniniego (nie chodzi przecież tylko o zmiany w mszale i w kalendarzu, lecz przede wszystkim o zrezygnowanie z dotychczasowego, opartego na czci i adoracji typu pobożności liturgicznej, usunięcie wielu nabożeństw i kultu licznych świętych, faktyczne zlikwidowanie chorału gregoriańskiego, zupełne wyeliminowanie własnego świętego języka Kościoła łacińskiego itp.) — nie pojawiło się, a przynajmniej nie w takim zakresie, jakiego reformatorzy oczekiwali.
Podobno Paweł VI, sam osobiście przywiązany do usuwanego dziedzictwa i typu pobożności, uważał, że ruch ten jest bolesny i wiąże się także dla niego z osobistą stratą, ale jest konieczny dla większego dobra, jakim jest przyciągnięcie laicyzującego się i modernizującego świata do wiary. Stawiam tezę, że czas już postawić pytanie: czy papież Paweł się w tym wypadku nie pomylił? Czy nie stało się dokładnie odwrotnie? Czy gwałtowne odebranie ludziom tradycyjnej liturgii nie spowodowało właśnie, że całe ich masy tym szybciej odwróciły się od Kościoła? Czy w Polsce nie uniknęliśmy tego nieszczęścia tylko dlatego, że opatrznościowy Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, inteligentnie opóźniał i filtrował reformy posoborowe, eliminując ich gwałtowność i najbardziej nieudane elementy? A także dlatego, że istniał wróg zewnętrzny w postaci komunistów, i trzymanie się Kościoła i tradycji było elementem walki z nim? Czy nie dostrzegamy za to tych zjawisk teraz, gdy posoborowa niepisana reguła liturgiczna „hulaj dusza, piekła nie ma” (czy też „zabrania się zabraniać”) rozprzestrzenia się jak ogień w zbożu wśród polskiego kleru?
Nie mam narzędzi, by oceniać kompleksowo (jestem historykiem i jako historyk mam prawo oceniać), ale znam osobiste świadectwo, które wskazuje na odpowiedź: „tak, to był błąd”. Moja daleka ciocia Marie-Louise P., Szwajcarka, rok urodzenia 1918, mieszkająca w Chamoson w Szwajcarii, bardzo blisko Ecône, w którym swoją oblężoną twierdzę założył abp Lefebvre (en passant: on początkowo nie był przeciwnikiem soboru, stał się nim dopiero wtedy, gdy zobaczył na własne oczy, jaki owoc reformy zainspirowane przez Vaticanum II przynoszą!), opowiadała mi, że tak to właśnie wyglądało. To znaczy burzenie i wyrzucanie, zlikwidowanie z dnia na dzień procesji, adoracji, codziennych mszy, spowiedzi usznej... W efekcie wszyscy, po prostu wszyscy w okolicy odeszli od Kościoła i wiary. Świątynie opustoszały. Ciocia widziała to na własne oczy, sama też przestała chodzić do kościoła. Była inteligentną osobą i zrozumiała, na czym polegała istota tego procesu: „Kiedy sami księża, czyli ci, którzy nauczają i prowadzą ludzi, zakwestionowali to wszystko, co Kościół do tej pory przekazywał i praktykował, ludzie doszli do wniosku, że wszystko, co mówił Kościół, to nieprawda”.
Ciocia trafiła w sedno: reforma (czy raczej: rewolucja) posoborowa naruszyła wiarygodność Kościoła jako instytucji zdolnej do przekazania nienaruszonego skarbca wiary. Ludzie, jeżeli chcieli — tak jak moja ciocia — i na ile chcieli, szukali od tej pory Pana Boga i Jezusa na własną rękę, starali się żyć zgodnie z Jego nauką, ale przestali wierzyć, że Kościół jest tą instytucją, która to nauczanie jest w stanie zachować i przekazać (tradere) w nienaruszonym kształcie. Ciocia mówiła, że jedynymi księżmi, którzy nadal wyglądali i działali jak księża, byli lefebryści z Ecône. I te nieliczne jednostki, które postanowiły zostać przy wierze, zjeżdżały do Ecône nawet z bardzo dalekich odległości.
I gdy jako młoda działaczka kościelna, wychowywana w jedynie słusznej ideologii, najeżdżałam na Lefebvre’a jako heretyka i niekatolika, moja zdezeklezjowana ciocia nie pozwalała mi na niego złego słowa powiedzieć.
Na koniec przydługiego tekstu obiecana demitologizacja. Przestańmy wreszcie błędnie mówić, że to były reformy soborowe. Guzik prawda. To nie były reformy soborowe, to była rewolucja posoborowa — i to używając wyrazu „posoborowa” wyłącznie w znaczeniu określenia czasowego. Reforma zmienia kształt czegoś, aby było żywotniejsze i przynosiło lepszy owoc; jest to coś jak profesjonalne przycinanie krzewów owocowych. Rewolucja burzy i niszczy, i pozostawia po sobie pustynię (o tej pustyni mówił o. Łukasz Miśko OP w kazaniu na naszej Mszy śpiewanej w rycie dominikańskim; tekst kazania tutaj).
Rewolucja ta z nauczaniem Soboru miała tyle wspólnego, ile kanciarze z Kantem (trawestując kolejne powiedzenie z czasów PRL-u). Proszę sobie przeczytać Konstytucję o liturgii świętej Sacrosanctum concilium Soboru Watykańskiego II. Jest tam mowa o konieczności zachowania i pielęgnowania czcigodnych starych obrządków, tradycji, łaciny, chorału... (Zresztą, przy okazji, o komunii pod dwiema postaciami też jest mowa — to jest ten jedyny punkt, w którym księża posoborowi stają się nagle en masse zaciekłymi trydentami ;-P). Nie ma tu już miejsca na omawianie tego pięknego dokumentu, który jest równie martwy, czysty i nieużywany jak PRL-owska Konstytucja 1952 r., ale warto go przeczytać i zobaczyć, jak odległy jest jego język i idee od tego, co wyprawiają „w imię soboru” bojownicy liturgicznego postępu.
Nawiasem mówiąc, czy obserwowana w ostatnich dziesięcioleciach liturgiczna „gorączka nowości” i ciągłe powoływanie się na „postęp” i „naukę” nie zalatuje wam jeszcze innym dobrze znanym zapaszkiem? Ogłaszam konkurs, w którym nagrodą będzie czekolada lub dobre piwo, do wyboru! Oto pytania:
1. Co to za dobrze znany zapaszek oraz kto i gdzie mówił o popadaniu w błędy wskutek „gorączki nowości” i pod pozorem „nauki” i „postępu”?
2. Ciągłe reformowanie wszystkiego i stawianie samej konieczności reformy jako wystarczającej przyczyny reformowania to cecha jakiego szkodliwego prądu antykościelnego wg Historii Kościoła ks. B. Kumora?
Odpowiedzi proszę przesyłać do mnie mailem, a nie wpisywać do komentarzy, aby nie odbierać zabawy innym! Wyniki i prawidłowe odpowiedzi podam po rozstrzygnięciu konkursu.

piątek, 6 lipca 2012

Uff! Udało się!!!

W ostatnią niedzielę, czyli w uroczystość Przenajświętszej Krwi Chrystusa według tradycyjnego kalendarza katolickiego, w kościele św. Idziego odbyła się pierwsza od kilkudziesięciu lat w Krakowie publiczna Msza w rycie dominikańskim. Jam to, nie chwaląc się, uczyniła. Tzn. rzuciłam pomysł i zorganizowałam — przy bezcennej współpracy kilku bardzo zaangażowanych i wysoce kompetentnych osób, którym tutaj gorąco dziękuję; są to, w kolejności alfabetycznej: Łukasz Boruta, Dawid Gospodarek, Jarek Jarczewski, Maciej Michalec, Robert Pożarski, Grzegorz Przechowski OP, Marzena Anna Wójtowicz, Piotr Ziobro i Mateusz Ziomber.
To był ścisły staff. Oprócz tego pomocy i życzliwości doznaliśmy od innych osób: naszego krakowskiego przeora, pana Laurentego (kościelnego w Idzim), moich kolegów kantorów ze Scholi Gregoriany Silesiensis, którzy specjalnie przyjechali aż z Wrocławia i Warszawy, aby zaśpiewać (Krzysztof Ochnik, Marcin Szargut, Konrad Zagajewski, Damian Zazula), ludzi, którzy pożyczyli nam wszystkie brakujące gadżety, w tym pełne szaty kapłańskie z manipularzem, i wielu innych. Oraz o. prof. Augustine’a Thompsona OP z Kalifornii, specjalisty od rytu dominikańskiego, prowadzącego blog Dominican Liturgy, który służył nam radami. Doznaliśmy ze wszystkich stron mnóstwa życzliwości i zachęt.
Specjalne podziękowania kieruję do pana Zuckerberga, wynalazcy Facebooka, bo to od niego wszystko się zaczęło :) W owym czasie, gdy prezydentem Polski był Bronisław Komorowski, premierem Donald Tusk, prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów ojciec Krzysztof Popławski, a przeorem konwentu krakowskiego ojciec Paweł Kozacki, gdzieś u końca długiej zimy o. Łukasz Miśko OP, mój znajomy posługujący wówczas w Anchorage na Alasce, pochwalił się na Facebooku, że właśnie odprawił pierwszą w życiu mszę w rycie dominikańskim, a wtedy ja szybciutko napisałam do niego, czy mógłby odprawić taką mszę dla nas, kiedy przyjedzie latem do Polski...

Nasze tablice ołtarzowe

Przygotowania obfitowały w momenty humorystyczne i mrożące krew w żyłach — na przykład gdy pan Laurenty oznajmił dyrektywnie, że kadzidła nie może być, bo włączają się czujniki przeciwpożarowe, albo gdy w ostatniej chwili okazało się, że nie mamy stroju kapłańskiego, bo w 750-letnim klasztorze krakowskim nie ma ani jednego manipularza poza kilkoma zamkniętymi na cztery spusty w muzeum. Nie było zresztą również tablic ołtarzowych, więc moi wspaniali ministranci zrobili nowe sami!!! Piękne, oprawione w ramki, będą się nadawały do kolejnych celebracji. Łukasz miał dolecieć do nas z Kalifornii dopiero w sobotę wieczorem i z trzema przesiadkami w Europie, i prawie osiwiałam, czekając na wiadomość od niego. A cała ekipa, w tym celebrans, ministranci i kantorzy, spotkała się w realu dopiero na półtorej godziny przed celebracją i miała godzinę na próbę. Tymczasem msza śpiewana w starym rycie to nie przelewki! Chyba wszyscy święci dominikańscy czuwali nad nami: od św. Ojca Dominika, przez św. Jacka uświęcającego Kraków swoim grobem, po bł. Michała Czartoryskiego. Bo wszystko udało się na 102 i impreza była na 14 fajerek :)
Nie będę opisywać samej uroczystości, bo w Internecie są już inne relacje. To niezwykłe, ile portali o nas napisało — po polsku i po angielsku! Zamieszczam tutaj linki, proszę doczytać i obejrzeć zdjęcia:
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/over-last-few-months-i-have-been.html
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/dominican-rite-mass-cracow-poland-july.html
http://www.newliturgicalmovement.org/2012/07/dominican-rite-in-poland.html
http://www.nowyruchliturgiczny.pl/2012/07/msza-sw-w-rycie-dominikanskim-w.html
http://www.pch24.pl/msza-sw--w-rycie-dominikanskim-w-krakowie,3996,i.html
W ramach przygotowań do Mszy założyliśmy stronę internetową www.rytdominikanski.pl; na początku miała ona tylko zawierać materiały potrzebne ministrantom i kantorom do nauki celebracji, ale dzięki niezwykłej życzliwości o. Augustine’a Thompsona OP, który pozwolił nam tłumaczyć i publikować wszystkie materiały z bloga Dominican Liturgy, oraz o. Marka Pieńkowskiego OP, który zgodził się przyjąć na swoje barki ciężar służenia nam za oficjalny kontakt z Polską Prowincją Dominikanów, stanie się — mamy nadzieję — wyspecjalizowanym portalem poświęconym rytowi dominikańskiemu w Polsce oraz miejscem integracji jego sympatyków. Zapraszam do czytania tej nowej strony, mamy bogate plany! A już niedługo zamieścimy kazanie wygłoszone przez o. Łukasza na Mszy.
Więcej zdjęć jest tutaj.
A teraz kącik na reklamę: Nasz zespół ministrantów jest świetny, a Schola Gregoriana Silesiensis to śpiewacy chorałowi na najwyższym poziomie. Chłopcy przygotowali kancjonał i zaśpiewali za darmo, przyjeżdżając z daleka i zużywając na to wiele godzin. Czuję się zobowiązana spróbować im wynagrodzić za ten trud. Jeśli zatem znacie kogoś, kto organizuje koncerty i płaci wykonawcom, nie wahajcie się ich polecać. Nagrania z Mszy planujemy zamieścić na stronach www.rytdominikanski.pl i www.ssgs.pl.

Zdjęcie rodzinne organizatorów