Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 października 2014

Do kursu tańca gender gratis

Taka sobie bajeczka” ma dopiero tydzień, a tymczasem archiwa jej autorki pęcznieją w takim tempie, że niedługo trzeba będzie założyć sajt w rodzaju „Młodych wykształconych i z wielkich ośrodków” (przy okazji: podziękowania za inspirację do stroju trzech Budrysów udających się do kawiarni „Wesoły kot” na spotkanie z modnym warszawskim literatem). „ASZdziennik” wysiądzie, bo w Pikutkowie wszystko prawdziwe. Nie będę palić wszystkich historyjek, ale jedną wrzucam na podniesienie apetytu.

Jak pamiętamy, niedawno przez media przetoczyła się wieść, że pewien proboszcz w Gliwicach dał dyspensę na jedzenie mięsa w piątek klientom jednego, konkretnego sklepu, i zostało to publicznie ogłoszone razem z nazwą sklepu. A dzisiaj dominikanie z klasztoru we Wrocławiu zachęcają na swojej stronie do zapisywania się do jednej konkretnej szkoły tańca towarzyskiego, używając sformułowania: „Zapraszamy do szkoły tańca, która wyewoluowała z kursów prowadzonych przy naszym duszpasterstwie akademickim”. W dzisiejszej rzeczywistości w kraju. I niech mi teraz ktoś próbuje udowadniać, że księża nie spadają z księżyca. Konkordat nie obejmuje chyba wyłączenia działania ustaw o nieuczciwej konkurencji, wychowaniu w trzeźwości itp.?


Widzę, że po okresie namawiania w kościołach do głosowania na kandydatów prawicy, z którym mieliśmy do czynienia kilkanaście lat temu, ale która do tej pory odbija się czkawką i fatalnie psuje Kościołowi opinię i układy w kraju, zaczyna wzbierać nowa fala ogłoszeń duszpasterskich: „Najlepsze wiązanki kwiatowe w firmie X”; „Sklep Y daje jutro zniżki każdemu co trzeciemu klientowi”; „Najlepsze nakrętki i śruby sprzedaje sklep Iksiński i Igrekowski, ulica Zielna”; „Dla uczestniczących we mszy św. o godz. 11 ciastko w kawiarni Abackiego na Morelowej gratis; dla tych, co przyjęli komunię św. — dwa ciastka!”
Straciłam nadzieję, że księża są reformowalni. Niczego się nie nauczyli.
Serdecznie polecam zapoznanie się z ogłoszeniem u dominikanów wrocławskich wszystkim firmom, prowadzącym we Wrocławiu kursy tańca.
A swoją drogą, dominikanie najwyraźniej zaczynają się specjalizować w coraz to nowych dziedzinach tego świata. Po kursach gender przyszedł czas na taniec (co prawda, już wolę taniec niż gender czy organizowanie spotkania z działaczką proaborcyjną). Dlatego opracowałam małe ogłoszenie:
Dominikanie we Wrocławiu zapraszają do szkoły tańca towarzyskiego, którą zainicjowali. Nauką tańca towarzyskiego zajmują się też w duszpasterstwie prowadzonym przez dominikanów w Krakowie. Serdecznie zapraszam zainteresowanych nauką tańca do szerokiego propagowania tej informacji. Na razie Wrocław i Kraków, ale być może nauka tańca towarzyskiego jest możliwa także w innych klasztorach polskiej prowincji dominikanów. Spis klasztorów oraz informacje kontaktowe są dostępne na stronie prowincji: dominikanie.pl
Uwaga! Ta reklama jest za friko, wyłącznie z sympatii i po znajomości. Braci dominikanów zachęcam do przysyłania mi informacji o wszelkich nowych inicjowanych przez nich kursach: jazdy na deskorolce, gotowania, modelarstwa, wizażu... A niechby nawet kamasutry. Na „Myślach spod chustki” reklamy dla Polskiej Prowincji Dominikanów będą zawsze za darmo!

Swoją drogą, odnoszę niestety wrażenie, że wielu księży z niecierpliwością oczekuje, aby autor słów:
„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”
odszedł do Domu Ojca po zasłużoną nagrodę. Wtedy będzie można już bez przeszkód budować nowy, wspaniały Kościół z kursami gender, lesbijkami wychowującymi dzieci, kursami tańca, rozgrzeszaniem par żyjących na kocią łapę i komunią dla rozwodników w związkach niesakramentalnych.
A Reszcie pozostanie albo FSSPX — dokąd po ostatnich doniesieniach dotyczących komunii dla rozwodników zaczyna się zbierać jeden mój znajomy, bardzo gorliwy, młody kapłan; albo prawosławie — dokąd trafiła niedawno inna moja znajoma, dziewczyna, którą dominikanie tak dobrze nauczyli swymi słowami miłości i poszanowania do liturgii, że przestała się mieścić w rzeczywistości czynów.
Ja trwam — przysięga doktora teologii katolickiej daje z pewnością jakąś specjalną łaskę — ale żeby nie zwariować, cały czas utrzymuję ciepłe kontakty z braćmi schizmatykami ze Wschodu. I powtarzam za Herbertem:
„Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
...
Bądź wierny Idź”
Mam jednak nadzieję, że nastąpi cud, tak jak było już wiele razy w historii. „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Pan Bóg i tym razem nie zaniedba przysłania nowego Jana Chrzciciela, Katarzyny Sieneńskiej, Piotra Skargi, Ezechiela. Choćby trzeba było przejść przez nowe wygnanie babilońskie, Reszta powróci.

Ps. Kuzyn z Podkarpacia właśnie dosłał dodatkowe informacje: „pierwszy był tak naprawdę Rzeszów tu w klasztorze jest bogata oferta: tańce dla nowożeńców, tańce towarzyskie, tańce etniczne”
Ps 2. Istnieje Polska Federacja Tańca grupująca instytucje, organizacje i zawodników z tej branży. Sądzę, że jeśli polscy dominikanie wstąpią do niej jako Polska Prowincja Dominikanów, a nie każdy klasztor oddzielnie, mogą dostać zniżkę od składki członkowskiej.

wtorek, 14 stycznia 2014

Ksiądz, dominikanin, duszpasterz młodych: Więcej i weselej o erotyce w Kościele!

Godne ubolewania wypadki, które opisywałam w tym tekście, zostały już częściowo naprawione. Tym samym tekst odniósł skutek i można go było usunąć.
Mam nadzieję, że podobnie zostanie zrobiony porządek z pozostałymi wymienionymi w nim nadużyciami. Będę się przyglądać sprawie.
26 stycznia zaczyna się kapituła polskiej prowincji. Zarówno sami dominikanie, jak i ja proszę o modlitwę w intencji podjęcia na niej dobrych decyzji.
Pozostawiam cytat z papieża Benedykta, bo refleksji nad jego wypowiedziami nigdy za dużo:


„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”.


wtorek, 17 września 2013

Znacie? Znamy, czyli wyciągamy wnioski

„Po założeniu klasztoru sewilskiego, fundacje dalsze przerwały się na przeszło cztery lata. Przyczyną tej przerwy były wielkie prześladowania, jakie nagle i niespodziewanie spadły na karmelitów i karmelitanki wznowionej Reguły pierwotnej. Były już i przedtem różne na nas napaści, ale żadna nie była tak wielka i podjęta z taką zapamiętałością, jak ta ostatnia. Groziło to zupełną zagładą naszego dzieła. Jasno okazała się tu zaciekła złość czarta na te święte początki naszego Zakonu i miłościwa nad nim opieka Pana, który ocalił go, jako swoją sprawę od grożącego mu zniszczenia. Wiele wycierpieli karmelici bosi, szczególnie przełożeni klasztorów, skutkiem ciężkich oskarżeń, jakie podnieśli przeciw nim ojcowie trzewiczkowi”.
To jest początek opisu prześladowań, jakie przeciw doktorom Kościoła: św. Teresie Wielkiej i św. Janowi od Krzyża oraz tym wszystkim karmelitom i karmelitankom, którzy za nimi poszli, chcąc przywrócić swemu zakonowi jego pierwotną świętość i blask, podniósł mainstream karmelitów. Przeciągnęli na swoją stronę generała zakonu i nuncjusza w Hiszpanii, i gdyby nie interwencja króla Hiszpanii Filipa II, człowieka bardzo pobożnego i znającego zagadnienia życia duchowego, a jednocześnie chcącego zreformować zeświecczałe hiszpańskie zakony w duchu nauczania Soboru Trydenckiego, reforma terezjańska upadłaby, zduszona karcerami i karami kościelnymi. Atak ten rozpoczął się w roku 1575, a poznać go możemy szczegółowo m.in. z Księgi fundacji (z której pochodzi ten cytat) i listów św. Teresy.

Prześladowania „trzewiczkowych”, wbrew ich woli, w końcu doprowadziły do tym większego rozkwitu reformy (przyjęły ją wszystkie karmelitanki, tak że trzewiczkowych już od dawna nie ma, a karmelici trzewiczkowi poniewczasie wprowadzili u siebie ducha Teresy i Jana), a w toledańskim więzieniu zrodził się klejnot literatury duchowej: Pieśń duchowa św. Jana od Krzyża.

„Początek tej zawieruchy, która o mało nie zmiotła rodzącej się reformy Karmelu, był następujący. Karmelici złagodzonej obserwy wzięli za złe św. Teresie zaprowadzoną jej staraniem reformę w Zakonie. Uznawali ją za osobistą obrazę i poniżenie. Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę, zanim zdoła zakorzenić się i rozszerzyć. W tym celu przeciągnęli na swoją stronę samego generała Zakonu o. Rubeo. Generał dobrze znał Matkę Teresę, ale nie wystarczyło mu odwagi do stawienia im czoła i zdradził sprawę prawdy i sprawiedliwości. Postanowiwszy więc zdusić powstającą reformę pozyskał sobie poparcie nowego nuncjusza Felipe Segi...”
Ten tekst pochodzi już z przypisu i został dodany przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych w celu objaśnienia słów Teresy. Zamieszczam go tu, bo uderzyło mnie w nim zdanie: „Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę...” Czy to wam niczego nie przypomina? Bo ja ostatnio ten argument regularnie słyszę z ust wrogów celebracji w starym rycie, zarówno rzymskim, jak i dominikańskim. Mniej może mówią o samowolności (także i w przypadku Teresy jej działania nie były samowolne, miała ona na wszystko zgody biskupów, generała i komisarzy apostolskich, ten zarzut jest więc potwarzą), gdyż raczej to oni sami podważają dokumenty Kościoła, na których opiera się „uwolnienie” starych rytów: konstytucję o liturgii Soboru Watykańskiego II, motu proprio Benedykta XVI i dalsze, pomniejsze dokumenty. Cichnąć też się zdają (przynajmniej ostatnio) argumenty o konieczności postępu i dostosowania się do ducha czasu, gdyż nietrudno było wskazać ich heglowsko-marksistowskie źródła. Zostaje zatem zakłócanie zgody, zarzewie rozdwojenia rzucone między spokojnych dotąd...

Ps. Sprawa franciszkanów Niepokalanej wydaje mi się już niemal dokładną kopią historii reformy karmelitańskiej. Warto przemyśleć jeszcze jedno zdanie karmelitańskiego wydawcy: to, które poprzedza zdanie komentowane przeze mnie.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?

sobota, 13 lipca 2013

Cierpienia młodego kapłana, czyli Breviarium a rebours

Wczoraj na Facebooku przeczytałam smutną diagnozę aktualnej sytuacji duszpastersko-liturgicznej w polskim Kościele, tym smutniejszą, że celną i trafną. Jej autorem jest pewien młody ksiądz. Chcę ją nieco szerzej skomentować, więc przeklejam ją na „Myśli spod chustki”. Wypowiedź ta była odpowiedzią na pytanie świeckiego użytkownika:

Ja się zastanawiam najbardziej, czy ksiądz chcący działać, również liturgicznie, jak należy, jest w tym bardzo samotny. Czy tak wielu tego nie robi, bo ich nie obchodzi, czy może próbowali i dostali po łapach. (Pytam akurat przy Księdza wpisie, ale interesuje mnie ogólnie).

Ksiądz odpowiedział:

1. Nie wiem jak gdzie indziej, ale u mnie w diecezji — jest samotny, bo nikt nie widzi żadnych problemów (Wyszyński nas uratował; źle jest na Zachodzie a nie u nas; liturgia jest dla ludzi a nie dla księdza — proszę nie przedłużać śpiewając prefację; po co te palce łączysz, dziwaczysz i tyle; stare ornaty — ładne, ale po co; nowe, ładne ornaty — mamy stare (z PRL-u) więc po co nowe, II ME zapluta, pierwsza sama się zamyka od nieużywania.

W tej wypowiedzi uderzyło mnie poczucie osamotnienia i niezrozumienia przez współbraci w kapłaństwie, a także zapewne świeckich (ale od nich nie oczekujemy takiej świadomości i wiedzy liturgicznej jak od kapłanów). Ciekawe „użycie” znanej roli kard. Wyszyńskiego w uratowaniu polskiego Kościoła przed całkowitym zniszczeniem sakralności i chrześcijańskiej głębi liturgii przed destrukcją z rąk posoborowych barbarzyńców z celebretami (bo nie w sutannach przecież), jak na Zachodzie, nie w celu pielęgnowania liturgii, lecz jej niszczenia. Zdanie „liturgia jest dla ludzi, a nie dla księdza” zdradza całkowitą nieznajomość podstawowego celu liturgii oraz, szerzej, istnienia człowieka i Kościoła, jaką jest oddawanie chwały Bogu (i to mówił ksiądz, a nie świecki, autor cytuje zarzuty swoich współbraci w kapłaństwie!), a także ewangelizacyjnej roli liturgii (wystarczy wspomnieć choćby św. Antoniego Pustelnika). Pośpiech, brak nastawienia na modlitwę i kontemplację, bylejakość, tumiwisizm, jakie wychodzą w zarzucie o „marnowanie” czasu ludzi z powodu śpiewania prefacji i wyboru o kilka minut dłuższej modlitwy eucharystycznej (przypominają mi się te wszystkie piękne frazy obu świętych Teres o błogosławionym marnowaniu swego czasu i życia dla Boga, za co On odpłaci stokrotnie). Zarzut dotyczący łączenia palców, pokazujący całkowite zapomnienie wielowiekowych zasad postępowania w ciągu jednego krótkiego czterdziestolecia od reformy liturgicznej; barbarzyństwo kulturowe i duchowe, nie tylko liturgiczne — i jak można się dziwić, że posoborowa reforma liturgiczna kojarzy mi się (w aspekcie barbarzyństwa i wytworzenia pustyni kulturowej) z rewolucją radziecką i wprowadzaniem komunizmu w Polsce. Tam też najbardziej uderzano w symboliczne gesty, dobry smak, zasady wychowania, stare przekazy kulturowe, cześć dla wyższych wartości — jednym słowem, piękno, wysoką kulturę i cywilizację. Musztardówka, gazeta i własne tłuste paluchy zamiast kryształowych kieliszków, adamaszkowych obrusów i srebrnych sztućców — czy nie obserwujemy tego na co dzień na mszach w tysiącach polskich kościołów? Oczywiście to metafora. Plastikowe ornaty z materiału na zasłonki z brzydkimi wzorami, diesle nawet zamiast paschału, styropianowe dekoracje, walka z czymkolwiek przeznaczonym do kultu Bożego, co nie jest najtańsze i najbardziej przaśne („Łamie ubóstwo!!!”), podczas gdy na dobre samochody, luksusowe wyposażenie budynków do celów pozakultowych oraz obfite i wykwintne jedzenie nikomu (prawie) w Kościele pieniędzy nie żal... Jeden z fejsbukowiczów napisał, że na Śląsku, jeśli ocalały jakieś piękne stare szaty liturgiczne i przedmioty kultu, to tylko dzięki samozaparciu miejskich konserwatorów zabytków, bo proboszczowie z zapałem niszczyli wszystko. Pomyślmy, jaką mentalność i wiarę musieli mieć ci proboszczowie, żeby to robić. I zastanówmy się, kiedy zostali uformowani: po soborze czy raczej przed?

2. Wielu nie dba jak powinni o liturgię bo jej nie rozumie, nie umie, nie uczy się, nie ma na to czasu, nie chce. Powodów jest milion. Przede wszystkim w seminarium mamy bardzo kiepskie wykłady z liturgiki, niestety...

Tutaj autor zwraca uwagę na rzecz bardzo ważną. Nie można pozostawić punktu 1 bez komentarza z punktu 2 (to jest moim zdaniem podstawowy błąd ideowy inicjatyw w rodzaju Kronika Novus Ordo, mimo niewątpliwych zalet). „Barbarzyńcy” z celebretami czy bez są nieczuli na piękno, kontemplację i sacrum w liturgii, na jej głęboką istotę po prostu, bo tak zostali uformowani. Świeccy przez kapłanów, kapłani przez starszych kapłanów. Trzeba o nich myśleć z wielką miłością i współczuciem, płakać nad nimi jak św. Dominik i krzyczeć do Boga o ich nawrócenie. Nie mam wątpliwości, że cała reforma posoborowa (i wiele aktualnie prowadzonych „reform” w Kościele polskim czy na Zachodzie) wynika z całkowitego zeświecczenia duchowego ich protagonistów, czyli po prostu utraty żywej wiary. W efekcie, nawet jeśli zamiary mieli dobre, to skutki są równie błogosławione, jak gdyby za reformowanie Kościoła wzięli się Katarzyna Wiśniewska, Dominika Wielowieyska, Tomasz Lis i Magdalena Środa. Kościół jest przede wszystkim rzeczywistością nie ręką ludzką uczynioną, nawet jeśli jak wierzchołek góry lodowej z wierzchu widoczna jest tylko ludzka i społeczna instytucja. I jeśli do zmieniania Kościoła stosuje się wytyczne i metody rodem z teorii zarządzania organizacją, psychologii społecznej oraz marketingu i public relations, to skutkiem będzie zredukowanie go do jeszcze jednego NGO-su w rodzaju stowarzyszenia miłośników motocykli czy koła soroptymistek. W dużej mierze udało się to już hierarchii zrobić, zwłaszcza na Zachodzie, lecz także i w Polsce. Ale nie wolno się załamywać; jak mawia niezrównany ojciec Marek Pieńkowski, „nigdy nie można tracić nadziei, że Duch Święty jednak działa w Kościele”. Nie z takich terminów przy Bożych auxiliach Kościół już zdołał się podnieść.

3. Wielu nie widzi sensu studiować głębiej liturgii, na zasadzie mam odprawić to odprawię, potem mam ważniejsze rzeczy do roboty (ksiądz ma być duszpasterzem młodzieży i katechetą, a nie liturgiem).

Ta uwaga dotyczy rzeczy zupełnie fundamentalnej, która moim zdaniem stoi u źródeł kryzysu katolicyzmu w Polsce. Sprowadzenie roli Kościoła do duszpasterstwa młodzieży. Po pierwsze, sakrament bierzmowania staje się sakramentem ostatniego namaszczenia eklezjalnego. Po drugie, duszpasterstwo bez podstaw liturgicznych i ascetycznych staje się kościelnym domem kultury i świetlicą środowiskową. Kościół polski zużywa olbrzymią część swoich zasobów ludzkich i materialnych na duszpasterstwo młodzieży, ale długofalowe efekty są zupełnie mizerne. Żywa wiara dorosłych utrzymuje się tylko w ruchach oddolnie animowanych przez świeckich, którzy za to dostają często od hierarchii po tylnej części ciała, gdyż są z góry podejrzani ideologicznie i niemile widziani: neokatechumenat, tradsi, odnowa (ta ostatnia może najmniej, pewnie ze względu na skrajny emocjonalizm oraz zamiłowanie do gitar i sacro polo). A także w Rodzinie Radia Maryja (znienawidzonej i pogardzanej przez dużą część kleru i aktywnych katolików świeckich), parafialnych różach różańcowych, trzecich zakonach — czyli tych wszystkich przejawach tradycyjnej katolickiej pobożności, których mimo wieloletnich wysiłków postępowców nie udało się w Polsce całkowicie wyeliminować.
Nie ma wątpliwości, że w swej strategii długoterminowej Kościół polski nie zauważył upadku komunizmu. Za komuny duszpasterstwa były koniecznością, bo niemożliwe były jakiekolwiek działania zewnętrzne; natomiast od ponad dwudziestu lat są hamulcem blokującym ewangelizację szerokich mas zdechrystianizowanego społeczeństwa oraz formację dorosłych.

4. Zbyt małe zrozumienie ewangelizacyjnej roli liturgii — gitarka, uśmiech, żarciki, chwytliwe tekściki, bajerowanie dziewczątek wystarczy.

Kolejny poważny problem. Z wyjątkiem środowisk tradycjonalistycznych duszpasterstwo młodzieży to niemal wyłącznie duszpasterstwo młodzieży żeńskiej. W kontekście zlikwidowania wszelkich zewnętrznych barier oddzielających księdza od świeckich (sutanna, liczne zakazy kulturowe, czego nie wolno robić, obowiązujący sposób odnoszenia się do kapłana z szacunkiem, dystansem i jak do osoby starszej, niezależnie od jego wieku, itp.) duszpasterstwa są przez cały czas mniej lub bardziej podszyte zinternalizowaną seksualnością i stanowią towarzystwa adoracji młodego bolca (mniej lub bardziej chętnie przyjmującego te hołdy) przez tłum głodnych idola fanek. Naoglądałam się tego dość, wszędzie. Sprawę pogarsza kryzys ojcostwa i powszechne rozwody; do duszpasterstw trafiają setki dziewcząt zaburzonych, pozbawionych ojca, które w zastępstwie chcą się „powiesić” na księdzu, a wkrótce zaczynają na nim sprawdzać siłę rodzącej się kobiecości; jednocześnie po soborze przyjęto, niezgodnie z całą wielowiekową tradycją Kościoła, że do pracy z dziewczątkami należy posyłać jak najmłodszych księży. Znam dziesiątki kapłanów prowadzących duszpasterstwa, a tych, którzy potrafili zupełnie wyeliminować kontekst męsko-damski ze swoich relacji z „laseczkami”, nie wystarczyłoby na palce jednej ręki. Nawet jeśli umieją jakoś nie okazać tego samym zainteresowanym (w co wątpię, bo natura jest naturą, nawet u księdza), to wysłuchuję potem rozmarzonych zwierzeń ojców duszpasterzy w rodzaju: „Nawet nie wiesz, jakie piękne są teraz dziewczyny! Można odlecieć z zakonu, czy w habicie, czy bez!” I to nie od popaprańców wyświęconych przez pomyłkę, tylko od skądinąd dojrzałych, pracujących nad swoją świętością i gorliwie modlących się kapłanów. Okazja po prostu czyni złodzieja; a ciągłe przebywanie samotnego mężczyzny w zamkniętym gronie kilkunastu czy kilkudziesięciu dziewcząt w kryzysie rozwojowym, często niezaspokojonych emocjonalnie i z toksycznych rodzin, bez osób z zewnątrz, bez barier chroniących kapłaństwo przed nadmierną poufałością oraz bez kontekstu liturgicznego i ascetycznego musi poważnie go obciążać i wystawiać na pokusy. Oczywiście wytrwanie w takich pokusach w czystości będzie największą zasługą w niebie. Ale ilu nie wytrwa i popadnie w ciągłe grzechy seksualne choćby w myśli i wyobraźni, nawet jeśli nie „odleci” z zakonu czy kapłaństwa ani nie zrobi dziecka? I jakie są owoce takiej pracy duszpasterskiej? Takie, jakie widać. Panienki w końcu znajdują własnego chłopa, z salki kościelnej znikają, a wiary dzieciom nie przekazują, bo im jej nie przekazano.

5. Brak poczucia, że do ołtarza idę pod Golgotę — kiedyś pewien ksiądz na rekolekcjach wiedząc, że nie znoszę oklasków na liturgii, specjalnie na dziękczynienie kazał dzieciom klaskać i kątem oka patrzył jak zaciskam pięści (byłem jedyną osobą w kościele, która nie wstała i nie klaskała, a potem musiałem odpowiadać na pytania dzieci i młodzieży dlaczego).

Sprawę oklasków można pominąć, bo jest to tylko jeszcze jeden przejaw porewolucyjnego schamienia, o którym pisałam wyżej. Interesująca jest uwaga o Golgocie; tutaj można szukać wskazówki, gdzie kapłani — odmieńcy, tacy jak autor tej wypowiedzi, mogą szukać ratunku. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo; jeśli wybrało się Chrystusa, na pewno spotka się z prześladowaniami, jak i sam Chrystus się spotkał. I niczym nowym nie jest, że te wilki drapieżne są w samym Kościele, że z gorliwych kapłanów szydzą ich współbracia w kapłaństwie i przyjaciele — takie jest też stare doświadczenie Psalmisty i Sługi Jahwe. Synu, jeśli chcesz służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie. Niech ich pociechą będzie fakt, że skoro nie odbiorą swej nagrody w tym życiu, a odwrotnie, spotykają ich drwiny i niezrozumienie, to znajdą ją stokrotną w niebie, a Chrystus wraz ze swoją Matką nagrodzą ich za wytrwałe męstwo i dopełnianie własnych udręk dla dobra Kościoła. I polecam tym kapłanom wpatrywanie się w postaci świętej Teresy z Avili i Jana od Krzyża. Znajdą w tych pismach świętych, tak znienawidzonych i prześladowanych za próbę powrotu do obserwancji zakonnych przez własnych współbraci i współsiostry, wielką pociechę dla siebie.

6. Najnowsze tłumaczenie: FRANCISZEK TEGO NIE LUBI, NIE CHCE, NIE ROBI, NIE POTRZEBUJE, INACZEJ UCZY... szkoda, że Benedykta XVI tak nie zauważali i nie słuchali...

Fakt. Tu ciekawe jest to, że od kilkudziesięciu lat papież pełni w Kościele katolickim rolę idola i celebryty, którego się naśladuje zewnętrznie (zwłaszcza gdy to wygodne), zamiast realizować wydawane przez niego dokumenty i rzeczywiście na co dzień traktować jako przełożonego. Recepcja papieża, przynajmniej w Polsce od czasów Jana Pawła II, zeszła na poziom „Super Expressu” (kremówki, pióropusze, białe motocykle) i na tym poziomie się zatrzymuje — już na szczeblu biskupów. Rzeczywiście, w ostatnich latach Kościół katolicki ociera się o kult jednostki (do pop-wojtylianizmu doszedł pop-franciszkizm; tylko Benedykt był znienawidzony, bo jego osoba nie dawała się sprowadzić do poziomu niedzielnego dodatku do tabloidu, więc pozostawiał swego słuchacza bez żadnego sedatywu, w nieznośnej pustce stawianych wymagań i wzywania do nawrócenia); jego krytycy, czy to prawosławni i protestanccy, czy to ateistyczni, mają sporo racji, stawiając ten zarzut. Trzeba przemyśleć na nowo rolę papieża, jak i rolę kolegialności w Kościele. Słusznie powiedział mi ostatnio znajomy teolog, jeden z najwybitniejszych polskich tomistów, że na swoim roku szabatowym zamierza zająć się eklezjologią, bo jest ona obecnie w głębokim kryzysie.

7. Nieśmiertelne stwierdzenia: jest dobrze, po co kombinować/zmieniać; daj se spokój; szkoda czasu, ludzie i tak nic z tego nie rozumieją; są ważniejsze sprawy/problemy/kwestie; lefebrysta; przechodzisz już do Bractwa?

Dwie uwagi, bo reszta oczywista. Pierwsza: „ludzie” (czyli „względy duszpasterskie”) są najczęstszym wykrętem, stosowanym przez wypalonych i rozleniwiałych kapłanów jako wymówka, by nie dążyć wzwyż, nie patrzeć dalej, nie starać się bardziej. Druga: zarzut o lefebryzm. Od prawie roku, odkąd moje starania o mszę w rycie dominikańskim zrobiły się głośne, padam ze strony części środowiska dominikańskiego (z braćmi na czele) ofiarą burzy ataków, podejrzeń, zniesławień, z naczelnym zarzutem o lefebryzm. Jak to się dzieje, że większość duchowieństwa oraz tzw. otwarci katolicy spolegliwie odnoszą się do wszelkich rzeczywistych heretyków i schizmatyków (bracia protestanci, prawosławni itd.), a także innowierców i ateistów, i chcą z nimi gorliwie dialogować itd., a wobec lefebrystów, którzy uznają papieża i katolickie wyznanie wiary, a z nauczania ostatniego soboru odrzucają nie większy procent niż przeważająca część katolików (choć ma się rozumieć, z innego dokumentu — niektóre zapisy Dignitatis humanae, a nie Sacrosanctum concilium), zieją integralną nienawiścią i pogardą, której jako żywo z Ewangelią w żaden sposób nie da się pogodzić? Nie da i już? Natomiast w atakach na mnie zadziwia mnie to, że nikt z atakujących nawet mnie nie zapytał, jakie są moje PRAWDZIWE intencje i zamiary. ONI wiedzą. I z krzykiem potępiają, jak zwieziona z zakładów pracy tłuszcza w marcu ’68. A spotykam tych ludzi na co dzień i mają mojego maila.
Taka karma. Obserwanci i reformatorzy (jeśli przez reformę rozumieć równanie w górę, a nie w dół) nigdy nie mają łatwo. Jak powiedział wczoraj na kazaniu Andrzej Morka, owce mają być owcami i iść na prześladowania między wilki, bo taka jest ich rola, a wilki mają prawo być wilkami, bo to jest ich rola.
Pod omawianą wypowiedzią młodego kapłana pojawił się komentarz innego, z innej diecezji:

Dobrze wytłumaczone — niestety... A jeśli mogę się dołączyć, to »po łapach« również się dostaje... Największy absurd — obrywa ci się za to, że starasz się dbać o »szczyt i żródło«... :(

„Źródło i szczyt” to oczywiście aluzja do najbardziej (choć milcząco) kontestowanego dokumentu Soboru Watykańskiego II, Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum concilium („Liturgia jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc”). Wiem także od innych gorliwych kapłanów, którym na sercu leży pobożne i pełne czci sprawowanie liturgii, że odczuwają podobne osamotnienie i potępienie ze strony wiernych, a najbardziej innych kapłanów. Pomyślałam, że my, świeccy katolicy, powinniśmy ich wesprzeć jak Mojżesza, aby nie osłabły im ręce. Dołączmy ich do naszych modlitw, pamiętajmy o nich. Każdy z czytelników tego bloga z pewnością zna osobiście takich kapłanów. Niech żaden z nich nie zostanie bez naszego wsparcia modlitewnego i dobrego słowa. Okażmy im, że ich praca jest potrzebna i że świadomi wierni świeccy na takich właśnie kapłanów czekają. Człowiek ma tendencję skupiać się na złu. Mówmy o dobru. Potrzebne jest „Breviariuma rebours.

piątek, 24 maja 2013

Chwalebny samokrytycyzm

„Dobroć Boża w swej niezgłębionej mądrości najczęściej ma zwyczaj odwlekać udzielanie dobra, nie po to, aby go pozbawić, lecz by w odpowiednim czasie ujawniło się ono z jeszcze większą korzyścią. Czy to więc dlatego, że Bóg w swojej Opatrzności postanowił, że tak będzie lepiej dla Kościoła, czy też z powodu wielu różnych opinii na ten temat, niektórzy postępujący drogą prostoty, lecz pozbawieni roztropności uważali, że wystarczy, by nieśmiertelna pamięć o słudze Najwyższego Pana, założycielu Zakonu zwanego Kaznodziejskim, świętym Dominiku, znana była tylko Bogu, i że nie należy starać się o to, by dowiedzieli się o niej ludzie.
Inni natomiast myśleli odmiennie: jednak ogarnięci duchem małoduszności, bali się tamtym sprzeciwić. I stało się tak, że chwała świętego Ojca Dominika przez prawie dwanaście lat pozostawała w uśpieniu, bez żadnej czci. Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów”.
Z listów bł. Jordana z Saksonii, drugiego generała zakonu
Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzone jest święto (właściwie wspomnienie, ale cieszmy się, że się uratowało, i to pod własną datą :P) przeniesienia relikwii św. Ojca Dominika. Zamieszczony wyżej cytat pochodzi z opisu tych wydarzeń, pozostawionego przez następcę świętego Dominika i czytanego dzisiaj w Godzinie czytań. Nieco więcej można się dowiedzieć z „Książeczki o początkach Zakonu Kaznodziejów”, również autorstwa Jordana:
„Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu, i wykradano dobra, pochodzące od tego, kto udzielał mocy z wysoka. Sprawiedliwość zaś domagała się tego, aby zabrano łaskę tym, którzy łaskę i chwałę Bożą starali się ukryć. Ziarno nie wydałoby bowiem owocu, gdyby po zrodzeniu zostało podeptane. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów. Pan, który jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, czekał cierpliwie, ale skoro nie słychać było ani głosu, ani pomysłu na to, w jaki sposób oddać świętemu Bożemu, Dominikowi, należną cześć, znalazł okazję, by wyrwać braci z bezczynności. [...] Zaniedbano jednak i to, a gdy bracia prowadzili długie rozmowy na temat odpowiedniego sarkofagu [jakie to dominikańskie, hi hi, czyż nie? — przyp. mój], inni zwrócili się do papieża Grzegorza i powiadomili go o ciągnącym się przedsięwzięciu. On zaś, jako że był mężem bardzo gorliwym i o głębokiej wierze, skarcił ich bardzo surowo za zaniedbanie należnej posługi czci wobec tak wielkiego Ojca. [...] Wszechmogący Bóg, chcąc za sprawą pasterza Kościoła powszechnego rozpędzić obłoki gnuśności, sam otworzył swoją rękę z wysokości i zagrzmiał z nieba rozgłosem cudów...”
Libellus nr 123-126
Dzięki tym wszystkim interwencjom do podniesienia relikwii (i to kanonicznego) w końcu jednak dochodzi w dniu 24 maja 1233 roku:
„Nadchodzi wreszcie sławny dzień uroczystego przeniesienia wielkiego nauczyciela! Przybywa czcigodny arcybiskup Rawenny i wielka liczba biskupów i prałatów. Przybywa mnóstwo pobożnych ludzi z różnych narodów. Przybywają zbrojne hufce bolończyków czuwających nad tym, aby nie odebrano im opieki nad świętym ciałem. Bracia stoją niespokojnie, bledną i modlą się z lękiem, drżąc ze strachu tam, gdzie bać się nie ma czego. Lękają się, by ciało świętego Dominika, tak długo wystawione na działanie deszczu i upału, złożone w lichej trumnie, nie okazało się pełne robactwa, jak każdego innego śmiertelnika...”
Proszę zwrócić uwagę na opis entuzjastycznego zachowania duchowieństwa niedominikańskiego i przede wszystkim laikatu w porównaniu z reakcją samych braci. Trzęsą się oni ze strachu, czy nie będzie wtopy, bo nie ufają tak do końca, iż ich ojciec udowodni swoją świętość (poprzez cudowne zachowanie ciała); tymczasem wierni świeccy czczący Dominika i doznający jego cudów (ich opis zajmuje w Libellusie długi akapit) przybywają tłumnie pod bronią, gotowi zbrojnie walczyć o ciało świętego, czczonego gorliwie przez całe miasto (nie licząc klasztoru dominikanów) i przyciągającego do niego tłumy pielgrzymów. Oczywiście wszystko kończy się dobrze:
„Po zerwaniu nagrobnej płyty z otworu zaczyna się wydobywać przedziwny zapach, którego woń zadziwia wszystkich tam stojących. Zdumiewają się obecni i przerażeni tym upadają na ziemię. Potem słychać pełen słodyczy płacz, mieszający się z radością. Słodycz cudownego zapachu sprawia, że w przestrzeni ducha rodzą się strach i nadzieja, a ci, którzy odczuwają słodycz przedziwnego zapachu, toczą cudowne boje. I my czuliśmy słodycz tej woni i świadczymy o tym, co żeśmy widzieli i czuli”.
Jak widać, pewna dezynwoltura i opieszałość w propagowaniu czci swoich świętych i, szerzej, pielęgnowaniu własnej historii i tradycji cechuje Zakon Braci Kaznodziejów od samego początku. Warto zatem przypomnieć ten chwalebny samokrytycyzm drugiego generała dominikanów dzisiaj, gdy jesteśmy w podobnej sytuacji, jeśli chodzi o jeden z największych skarbów Zakonu, jakim jest jego własna liturgia (ustanowiona przez świętego Dominika i jego bezpośrednich następców). Znowu, tak jak w latach 30. XIII wieku, bracia dominikanie trzymają skarb bezużytecznie w ukryciu, podczas gdy wierni świeccy walczą o dostęp do świętych dóbr, a ich starania wspierają swymi dokumentami najwyżsi pasterze Kościoła:
„Trzymając się wiernie Tradycji, Sobór święty oświadcza, że Matka Kościół uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki; chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszechstronny rozwój. Pragnie też, aby w miarę potrzeby zostały one roztropnie i gruntownie zmienione w duchu zdrowej tradycji oraz aby im nadano nową żywotność, stosownie do współczesnych warunków i potrzeb” (wytłuszczenia moje).
Sobór Watykański II, Konstytucja o liturgii świętej, nr 4
„W dziejach Liturgii występują rozwój i postęp, ale nie ma żadnego zerwania. To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła, i przyznanie im należytego miejsca”.
Benedykt XVI, list do biskupów dołączony do motu proprio Summorum pontificum
Niezrównany ojciec Marek Pieńkowski mawia w takich sytuacjach: „I Duch Święty nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże”. A jednak coś się pomału zaczyna dziać, i to we właściwym kierunku. Święty Ojciec Dominik, jak bezpośrednio po swojej śmierci, tak i dzisiaj nie przestaje działać. Obiecał bowiem swoim synom, że będzie ich wspierał, a oni mu to po dominikańsku co wtorek wypominają, śpiewając nadal (przynajmniej w konwencie Świętej Trójcy w Krakowie) responsorium z formularza liturgicznego obchodu św. Dominika, O spem miram:
„Jakże cudowną nadzieję dałeś tym, którzy nad Tobą płakali w ostatniej godzinie,
gdy przyrzekłeś, że po śmierci wspierać będziesz swoich braci.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi.
Ty, który cudownie leczyłeś z chorób ludzkie ciała,
wyjednaj nam łaskę Chrystusa, ulecz nasze słabości.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi”.
Od niedawna w Krakowie ponownie ruszyły, po przerwie na posoborowy „postęp”, cotygodniowe msze wotywne do świętego Dominika. Może zatem doczekamy się również przywrócenia nabożeństwa 15 wtorków do świętego Dominika, a przede wszystkim celebracji Mszy w rycie dominikańskim. Ufam w to, wierząc uparcie świętemu Ojcu, że spełni swoją obietnicę ;)
Kantorzy krakowscy pod kierunkiem ojca Grzegorza Przechowskiego nagrali responsorium O spem miram dla potrzeb bloga powołaniowego wikariatu Rosji i Ukrainy, prowadzonego przez mojego przyjaciela Ireneusza Pogorelcewa OP. Ich pięknego wykonania można wysłuchać tutaj. A kto rozumie po rosyjsku, może także czytać i samego bloga, noszącego nazwę „Droga w czarno-białych kolorach”. Irek regularnie zamieszcza na nim interesujące materiały z zakresu historii, tradycji i duchowości zakonu.

wtorek, 1 stycznia 2013

Jest Papież? Jest impreza!


Jak widzimy na zdjęciu, papież Benedykt XVI dołączył do wesołego witania przez nas wszystkich Nowego Roku 2013. To zdjęcie wykonane przez służbę fotograficzną „l’Osservatore Romano” pojawiło się w Internecie o północy i wywołało entuzjazm: „Jest Papież? Jest impreza! Prosit Neujahr!”. Co ciekawe, pojawił się też głos potępiający („To oni...piją??????”). To purytańskie zgorszenie spotkało się z natychmiastową ripostą prawowiernego katolika: „To katolicki papież”.
Istotnie — nie zapominajmy, że chrześcijaństwo jest religią radości. Bóg stworzył ludzi dla szczęścia, a Chrystus odkupił, by przywrócić im wolność, godność i wieczne szczęście w niebie. To grzech powoduje cierpienie, smutek i rozpacz. Im mniej grzechu w naszym życiu, tym więcej pokoju, radości i nadziei. I ortodoksyjny katolicyzm dobrze o tym pamięta. Jak czytamy w Dziejach Apostolskich, świadkowie zesłania Ducha Świętego na uczniów Jezusa komentowali złośliwie: „Upili się młodym winem!”. A święty Tomasz z Akwinu bystro zauważył, że cnota nie polega na bolesnym i trudnym przezwyciężaniu siebie, lecz na tym, że dobre postępowanie idzie nam łatwo oraz sprawia radość i przyjemność!
Super jest być katolikiem! :)
A zatem na cały rok 2013 życzmy sobie szampańskiej radości i mnóstwa przyjemności z dobrego postępowania! :D

PS. Autor Kroniki Novus Ordo, od którego zapożyczyłam zdjęcie i hasło, prosi: „Pomódlmy się o kolejne 365 dni przeżyte z Benedyktem XVI”. Przyłączam się: módlmy się za naszego papieża, byśmy mogli cieszyć się jego zarazem ortodoksyjnym i radosnym przeżywaniem wiary jak najdłużej!

niedziela, 2 września 2012

Unanimitas, czyli Papież i ja ;)

He he, znowu napisałam coś na blogu, a kilkanaście godzin później przeczytałam, że podobnie wypowiedział się papież Benedykt lub któryś z jego współpracowników. Ostatnio dotyczyło to klęczenia („Powracał do przyklękania jak do szczególnej sztuki i służby”, „Powracał do przyklękania: follow-up”), a tym razem chodzi o wątek przestrzegania przepisów liturgicznych i kanonicznych, poruszony w tekście „Nie wolno tworzyć »dziejów bez dziejów«”. Proszę szczególnie zwrócić uwagę na wytłuszczone słowa. Może Watykan zrobi mnie kiedyś jakimś konsultorem albo przynajmniej sekretarką :)

Kard. Burke: nowa ewangelizacja z poszanowaniem prawa
2012-08-31

Powszechna nieznajomość i nieprzestrzeganie prawa kanonicznego wyrządziły Kościołowi wiele szkód. Nowa ewangelizacja nie może się zatem obejść bez przywrócenia kościelnemu prawu jego należytej roli — uważa kard. Raymond Burke, prefekt watykańskiego Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej. Zabrał on głos na kongresie kanonistów, który odbył się w stolicy Kenii Nairobi. Przypomniał, że jako student i młody ksiądz sam był świadkiem powszechnego odrzucenia prawa kanonicznego w Kościele w imię złego rozumienia Soboru. Samo istnienie kodeksu uważano za przedawnione i niemożliwe do pogodzenia z duszpasterstwem — mówił kard. Burke. W jego przekonaniu negatywne konsekwencje takiej postawy do dziś przejawiają się w różnych dziedzinach życia kościelnego: w liturgii, katechizacji czy życiu zakonnym.

Lekceważenie prawa w znaczącej mierze przyczyniło się również do skandali seksualnych wśród duchowieństwa. Kościół był przygotowany na takie przypadki, posiadał dobre procedury prawne, wystarczyło je zastosować — podkreślił pochodzący ze Stanów Zjednoczonych hierarcha. Przypomniał, że przed lekceważeniem kościelnego prawa bezskutecznie przestrzegał już Paweł VI, pokazując, że postawa taka nie ma nic wspólnego z Soborem. Dziś odrodzenie Kościoła dzięki nowej ewangelizacji musi też z konieczności przywrócić szacunek dla prawa kanonicznego. W pierwszym rzędzie powinno to dotyczyć norm liturgicznych, ponieważ chronią one to, co w Kościele najświętsze — powiedział prefekt Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej na kongresie kanonistów w Nairobi.


Cyt. za Sanctus.pl.

Przy okazji polecam artykuł z kategorii „przeczytać koniecznie”: o niezwykłej, a niestety zapomnianej postaci abp. Antoniego Baraniaka, sekretarza kardynałów Hlonda i Wyszyńskiego, jego heroicznej postawie w stalinowskiej katowni, która uratowała polski Kościół, i osobistej świętości. To prawda — abp Baraniak w pełni zasługuje na proces beatyfikacyjny, jak mówi jeden ze świadków jego życia, wypowiadający się w artykule: Przewodnik Katolicki z sierpnia 2012, „Wierny towarzysz w cierpieniu”.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”

„Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy rozpocząć budowania w »czystym polu«. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się zgodnie ze swoją własną duchowością — jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych — to naród renegatów! Taki naród skazuje się dobrowolnie na śmierć, podcina korzenie własnego istnienia”.

„Nie wolno tworzyć »dziejów bez dziejów«; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi; nie wolno sprowadzać narodu na poziom »zaczynania od początku«, jak gdyby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, jej wypróbowaną moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych”.

Te słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego, wygłoszone w 1972 i 1977 roku, odnoszą się bezpośrednio do odcinania społeczeństwa, przez komunistyczne władze okresu PRL, od tysiącletniej historii Polski i jej związków z chrześcijaństwem. Nieoczekiwanie dzisiaj stają się równie aktualne jak wtedy, gdy zostały wypowiedziane; Polską znowu rządzą ludzie, którzy usiłują oderwać młodzież od historii, literatury i kultury polskiej, aby wyprodukować nowego, internacjonalnego i wykorzenionego, a więc podatnego na socjotechnikę człowieka.
Jednak mi te słowa Prymasa Tysiąclecia kojarzą się z czymś jeszcze. Przeczytajcie je, proszę, jeszcze raz, zamieniając słowa „naród” i „Polska” na „Kościół”... Niektórzy czytelnicy będą mi to mieli zapewne za złe, ale szczerze się przyznam, że operacja wprowadzenia nowej mszy i zakazania starej, a przede wszystkim związana z nią tabuizacja tematu i zbiorowa amnezja, jako żywo przypominają mi czasy, w których Polska zaczynała się w lipcu 1944 razem z Manifestem PKWN, a o AK i II Rzeczpospolitej nie wolno było wspominać, chyba że najwyżej z dyżurnymi etykietkami „zaplutych karłów reakcji” i „krwawych rządów sanacyjnych”. Urodziłam się w tym samym roku, w którym promulgowany został mszał Pawła VI. Tymczasem o tym, że kiedyś była jakaś inna msza, dowiedziałam się grubo po zakończeniu studiów teologicznych! Kiedy w książkach historycznych oglądałam ilustracje przedstawiające mszę w dawnych czasach, dziwiło mnie, dlaczego wszystko tak inaczej wygląda. Wystarczyło 20 lat, aby dokonać zupełnej amputacji pamięci. A ja nie byłam całkiem oddzielona od Kościoła: chodziłam na religię i byłam w oazie. I kiedy teraz obserwuję, jak przeciwnicy „uwolnienia” starej mszy zwalczają mnie i innych jej zwolenników na Facebooku czy w osobistych rozmowach, jakich używają argumentów, jak uciekają od tematu, stosując proste zaprzeczanie, etykietowanie, projekcje, przypisywanie złych intencji, odwracanie kota ogonem, agresywne ataki ad personam i inne techniki świetnie mi znane z manipulacyjnych zachowań alkoholików, nie mogę uwolnić się od widma tej propagandy historycznej i wymuszonej amnezji z czasów komuny. Pamiętam ją doskonale z dzieciństwa.

Skojarzenia te nie są zupełnie nieuzasadnione, gdyż czym historia jest dla narodu, tym liturgia dla Kościoła. Liturgia jest pamiątką, anamnezą dziejów naszego zbawienia; i jest szkołą wiary zgodnie z zasadą „lex orandi lex credendi”. Jaka liturgia, taki Kościół. Jeśli nagle chirurgicznym cięciem odcinamy sobie 1500 lat historii, przeskakując do mitycznej II-wiecznej „mszy Justyna Męczennika” i równie mitycznej „anafory Hipolita” (polecam świetny tekst o. Macieja Zachary pt. „O tym, że II Modlitwa eucharystyczna NIE JEST najstarszą modlitwą jaką mamy”), to pozbawiamy Kościół jego dziejów, z których czerpie soki na przyszłość. Dlatego, nawiasem mówiąc, nie wierzę w powodzenie wysiłków moich przyjaciół z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, którzy usiłują naprawiać NOM. Może jestem starym zrzędzącym mamutem, czy też karłem z piosenki tria Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński:
„Tej księgi do końca już czytać nie muszę
Choć większa ode mnie i ledwo w połowie
Ogromne oburącz przewracam arkusze —
Ostatnią stronicę bez trudu dopowiem.
By przyszłość dokładnie przewidzieć, wystarczy
Znad kart podnieść wzrok i popatrzeć wam w twarze.
Nic dla was nie musi oznaczać mój starczy
Wzrok z twarzy od dziecka zmarszczonej...”

...ale przez cały czas odczuwam wrażenie, że naprawianie NOM-u przypomina reformowanie socjalizmu. Stawiam hipotezę, że jedno i drugie jest nienaprawialne, bo zostało wykoncypowane za biurkiem i wprowadzone sztucznie, z pogwałceniem procedur i zasad (to oczywiście aluzja do braku legalnego umocowania komisji Bugniniego). Byłam świadkiem tamtych prób ratowania PRL-u; w końcu nie dało się już dłużej udawać, że to działa, i doczekaliśmy Okrągłego Stołu, czerwca 1989 i wyprowadzenia sztandaru. Teraz zaś, ukradkiem kręcąc wąsa, przyglądam się spod przymrużonych powiek, jak to będzie z NOM-em. Czy komukolwiek uda się przekonać duchowieństwo, uformowane przez pokolenie rewolucjonistów kościelnego ’68 roku w duchu wyrzucania mszałów i szat liturgicznych, wyzwalania się z „przestarzałych” pobożnościowych zwyczajów i likwidowania zasad i przepisów, że należy przestrzegać Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, zaleceń papieskich i biskupich, przepisów liturgicznych czy kanonicznych? Trzymam kciuki za Ośrodek Liturgiczny :)
A my tymczasem po cichutku prowadzimy tajne komplety (www.rytdominikanski.pl) i robimy kolejne celebracje. W ten sposób, naśladując organizatorów wielkiej akcji społecznej „Przywracamy lekcje historii do szkół!”, przywracamy Kościołowi jego wielowiekową liturgię i tym samym jego historię. Na Festiwalu „Pieśń naszych korzeni” codziennie celebrowane były msze w rycie dominikańskim (zapraszam do przeczytania relacji). Mimo fatalnej pory (powiedzmy sobie szczerze, że siódma rano to środek nocy, zwłaszcza gdy zabawy festiwalowe trwają do trzeciej) we mszach uczestniczyło po kilkadziesiąt osób. Przychodził na nie opat tyniecki, ojciec Bernard Sawicki, z braćmi, a także pewien cysters. Przychodzili znani śpiewacy i organizatorzy festiwalu. Nie zjawił się tylko nikt z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego ani (poza jednym klerykiem) licznie obecnych na festiwalu dominikanów... Przykro :(

I nie jest to, co robimy, żadnym wprowadzaniem podziałów i niszczeniem jedności, jak zdaje się nam zarzucać opat Sawicki na blogu festiwalowym. Odsyłam tu do jednego z koryfeuszy posoborowej teologii, Hansa Ursa von Balthasara i jego książki „Prawda jest symfoniczna”. Jest w niej zawarte bardzo interesujące rozróżnienie między jednością i jednolitością. Balthasar pokazał, że jednolitość wcale nie jest wymarzona w Kościele, a jedność wcale nie wymaga jednolitości. Ma tego świadomość także Sobór Watykański II (o czym świadczą zapisy Konstytucji o liturgii Sacrosanctum concilium) i papież Benedykt XVI, apelujący o zachowywanie i pielęgnowanie czcigodnych starych rytów własnych. Przecież nawet reforma liturgiczna po Soborze Trydenckim, mimo silnego centralizmu i ujednolicania, pozostawiła tradycyjne ryty zakonne i lokalne!
Warto o tym wszystkim pamiętać, tak samo jak o ponurych konsekwencjach kulturowego, religijnego i narodowego glajszachtowania, które pod czerwonymi, brunatnymi i wszelkimi innymi sztandarami zaciążyło na całym wieku XX, odbierając ludziom ich tożsamość — w imię „jedności” narodowej, państwowej, kościelnej... Bo w rzeczywistości to właśnie dzięki pielęgnowaniu różnorodnych tradycji kulturowych, religijnych, narodowych buduje się jedność. Naprawdę mogą ją czuć tylko ludzie, którym nie odbiera się ich tożsamości i wolności.
A zwolennikom jedności pojmowanej jako jednolitość dedykuję nieśmiertelną piosenkę Kabaretu Salon Niezależnych pt. „Sejm” z 1976 roku — szczególnie przedostatnią zwrotkę :)

sobota, 11 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania: follow-up

Po ostatnim artykule poświęconym modlitwie świętego Dominika pojawiły się wypowiedzi, o których warto tu wspomnieć. Mianowicie temat klęczenia, który poruszyłam rano, w południe podjął franciszkański celebrans u krakowskich dominikanów, a po południu sam papież Benedykt XVI. To się nazywa być trendy :)

W Krakowie istnieje uświęcona kilkusetletnia tradycja, zgodnie z którą celebransi w niektórych kościołach zakonnych „wymieniają się miejscami” w najważniejsze kościelne święta. I tak na świętego Dominika główną mszę odprawia u nas franciszkanin, na odpust świętej Trójcy cysters, kiedy indziej karmelita itd. Z kolei dominikanin zawsze odprawia u franciszkanów w uroczystość św. Franciszka itd. Bardzo piękna tradycja. Zatem w czwartek przyszedł do nas młody ojciec Norbert, franciszkanin, i powiedział długie i mocne kazanie o potrzebie nawrócenia się. A w kazaniu zawarł anegdoty, które z pamięci cytuję:
Do księdza robiącego coś w kościele podszedł człowiek, niewierzący, i zapytał:
- Czy wy wierzycie, że hostia i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że Chrystus jest Bogiem?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że przyjmując komunię, spożywacie naprawdę ciało i krew Boga?
- Oczywiście, że wierzymy.
A na to ten człowiek:
- To kłamstwo. Gdybyście naprawdę w to wierzyli, to byście na kolanach się poruszali od samych drzwi kościoła.

Przy okazji druga anegdota:
Samolot był miotany bardzo silnymi turbulencjami. Przerażeni pasażerowie wysłali księdza do kabiny pilotów, żeby się dowiedział, co się dzieje. Piloci mu powiedzieli: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić. Niech ksiądz się modli i prosi o cud, bo tylko cud może nas uratować”. Ksiądz wrócił do kabiny pasażerskiej i powtórzył słowa pilotów, ale z niewielką modyfikacją: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić”.

Cóż, czasami tak bywa. Zawodowcom nierzadko trudniej jest zachować fascynację swoją specjalnością i uczucie do niej niż amatorom. Także specjalistom od Pana Boga. Nawiasem mówiąc, słowo amator nie oznaczało dawniej dyletanta, laika (kolejny znaczący trop językowy...), lecz miłośnika. Przecież łacińskie amo oznacza kochać, amator to ten, który kocha!

A po południu papież Benedykt poświęcił świętemu Dominikowi całą katechezę, nazywając go mistrzem modlitwy i zwracając uwagę na znaczenie odpowiednich postaw ciała:
Drodzy przyjaciele, św. Dominik przypomina nam, że u podstaw świadectwa wiary, jakie każdy chrześcijanin powinien dawać w rodzinie, w miejscu pracy, w zaangażowaniu społecznym, a także w chwilach relaksu, znajduje się modlitwa; jedynie nieustanna więź z Bogiem daje nam siłę do intensywnego przeżywania wszystkich wydarzeń, szczególnie tych najbardziej trudnych. Ten święty przypomina nam także o znaczeniu zewnętrznych postaw w naszej modlitwie. Postawa klęcząca, stojąc przed Panem, wpatrywanie się w krucyfiks, zatrzymywanie się i skupienie w milczeniu nie są czymś drugorzędnym, ale pomagają nam wewnętrznie stanąć całą naszą osobą przed Bogiem. Chciałbym raz jeszcze zwrócić uwagę, że dla naszego życia duchowego konieczne jest znalezienie codziennie chwil, zwłaszcza w czasie wakacji, na rozmowę z Bogiem. Będzie to również sposób niesienia pomocy ludziom, którzy są nam bliscy, aby weszli oni na świetlistą drogę obecności Boga, która niesie pokój i miłość, i której wszyscy potrzebujemy w codzienności.

Całość katechezy można przeczytać tutaj.

Ps. Czy ktoś z Was zna dobry polski odpowiednik angielskiego terminu follow-up?

poniedziałek, 30 lipca 2012

Kradnę!

Od użytkownika Facebooka „Vaticanum II — Hermeneutyka ciągłości czy Nowy Kościół?” kradnę cytat z przemówienia wygłoszonego przez obecnego papieża Benedykta XVI, wówczas kard. Josepha Ratzingera, w 1988 roku do biskupów Chile. Święta prawda. Wszyscy, absolutnie wszyscy znani mi „obrońcy Soboru Watykańskiego II przeciw tradycjonalistom” — świeccy i duchowni, prostaczkowie, magistrzy, doktorzy i profesorowie teologii — twierdzą, że dopiero ten sobór to wreszcie właściwe nauczanie Kościoła, w odróżnieniu od tego wszystkiego, co było wcześniej. 1900 lat błędów i wypaczeń... a przynajmniej 400! Ewentualnie w wersji soft — tamto nauczanie Kościoła było dobre na tamte czasy, ale teraz są inne czasy i nauczanie musi być całkiem nowe, aby się do nich dostosować. Bo tamto stare w obecnych czasach jest już złe.
Przecież takie myślenie to herezja — powiedzmy sobie szczerze.

kard. Joseph Ratzinger
„Drugi Sobór Watykański nie został potraktowany jako część całej, żywej Tradycji Kościoła, ale jako koniec Tradycji, nowy start od zera. Prawda jest taka, że sobór ten w ogóle nie zdefiniował żadnego dogmatu i świadomie wybrał skromną rangę soboru zaledwie pastoralnego. A jednak wielu traktuje go tak, jakby uczynił on z siebie superdogmat odbierający ważność wszystkim pozostałym. Ideę tę wzmacnia to, co dzieje się teraz. To, co poprzednio uważano za najświętsze – forma, w której liturgia jest przekazywana kolejnym pokoleniom – nagle jawi się jako coś najbardziej zakazanego, jako jedyna rzecz, której można bezpiecznie zakazać. Nie toleruje się krytyki decyzji podjętych od czasu Soboru, a z drugiej strony, jeżeli ludzie kwestionują starożytne zasady lub nawet wielkie prawdy Wiary – np. cielesne dziewictwo Maryi, cielesne zmartwychwstanie Jezusa, nieśmiertelność duszy itd. – nikt się nie skarży, a jeśli już, to z tylko z największym umiarem. Ja sam, kiedy byłem profesorem, widziałem jak ten sam biskup, który z powodu pewnego nieokrzesanego sposobu wysławiania się zwolnił przed Soborem nauczyciela będącego naprawdę bez zarzutu, po Soborze nie był gotów zdymisjonować profesora, który otwarcie zaprzeczał pewnym fundamentalnym prawdom wiary. Wszystko to sprawia, że bardzo wielu ludzi zadaje sobie pytanie: czy dzisiejszy Kościół jest rzeczywiście tym samym Kościołem, co wczoraj? Czy może zmieniono go w coś innego, nic o tym nie mówiąc ludziom? Jedynym sposobem uwiarygodnienia Vaticanum II jest przedstawianie go takim, jakim jest, jako jedną z części nieprzerwanej, unikalnej Tradycji Kościoła i jego wiary".

kard. Józef Ratzinger, Konferencja wygłoszona do biskupów Chile, 13 lipca 1988

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z pąwiąsząwaniem urorurodziurodzin


Papież Benedykt XVI kończy dzisiaj 85 lat :) Bardzo się cieszę. Niech żyje jak najdłużej, niech ma zdrowie i siły, by służyć nam jeszcze wiele lat.
Nie udało mi się jak dotąd przeczytać żadnej jego książki teologicznej. Mój damski, bardzo mały rozumek nie przyswaja wytworów niemieckiej myśli teologicznej. Najbliżej byłam z „Duchem liturgii” — dobrnęłam do czwartego rozdziału, używając dzieła jako sedatywu, aż dałam za wygraną. Zdaje się bowiem, że czytam ze zrozumieniem tylko te teksty, które sama tłumaczę, a niestety nie umiem jeszcze po niemiecku :-/
Przeczytałam jednak starannie wywiad-rzekę z Papieżem pt. „Sól ziemi” i „Mój brat papież” ze starszym bratem Ojca Świętego, ks. Georgiem Ratzingerem. Ta literatura jest bardziej dostępna dla niewprawnego umysłu kobiecego. Wzruszam się, gdy się dowiaduję, że papież wprowadził piwo do posiłków, bo bardzo lubię piwo, a wino mi szkodzi, i gdy oglądam zdjęcia z kotem wylegującym się na biurku pracującego papieża, ponieważ przepadam za kotami. Jest po prostu zwyczajny i normalny, bez zadęcia i budowania pomników za życia.

Mimo niemożności nawiązania kontaktu intelektualnego z Ojcem Świętym jego wpływ na moje życie jest bardzo duży i jestem mu ogromnie wdzięczna:
• Za to, że pokazuje, że można być odważnie zwróconym ku przyszłości, a jednocześnie nie odwracać się tylną częścią ciała do własnego dziedzictwa historycznego i kulturowego; że można odnosić się otwarcie, życzliwie i z szacunkiem do rozmaitych ludzi, a jednocześnie nie odstępować od zasad.
• Za to, że wydając dokumenty Summorum pontificum i Universae Ecclesiae, stworzył w Kościele miejsce dla grupy wiernych przywiązanych do 1500-letniej tradycji Kościoła łacińskiego, którym przez ostatnie 40 lat nie wolno było legalnie brać udziału w życiu liturgicznym Kościoła w sposób zgodny z ich wrażliwością i duchowością; nie ograniczył się do wygodnego głoszenia pięknych słówek o personalizmie i szanowaniu godności każdego człowieka, którymi kościelna poprawność polityczna jest przepełniona, lecz zaczął je faktycznie realizować.
• Za to, że starając się o pełne porozumienie z lefebrystami, naprawdę przywraca jedność wierzących w Chrystusa, cierpliwie znosząc protesty tych, którzy wprawdzie usta mają pełne jedności i otwarcia, ale zawsze znajdują jakieś grupy ludzi, którzy na tę jedność i otwarcie nie zasługują, oczywiście z własnej winy.
• Za to, że otwarcie Kościoła na inaczej myślących i wierzących, obowiązujące w ostatnich dziesięcioleciach wobec przedstawicieli wszelkich wyznań i tradycji religijnych, rozszerzył o tę jedną, jedyną grupkę ludzi, których ww. tolerancja dotychczas nie obejmowała: katolików przywiązanych do tradycji łacińskiej.
• Za to, że zerwał z kilkusetletnią tradycją rzymskiego zamordyzmu i besserwisseryzmu, który każdemu z wiernych narzucał — dla jego dobra, ma się rozumieć — jedynie słuszny sposób sprawowania kultu (taki czy siaki), i bezlitośnie likwidował stare, tradycyjne ryty lokalne i zakonne, które tworzyły tkankę kulturową naszego kontynentu i do których jacyś ludzie byli po prostu całym sercem przywiązani; za to, że te ich uczucia i przywiązania stały się wreszcie dla kogoś w Kościele ważne.
• Za to, że nakazując podległemu duchowieństwu spełnianie potrzeb wiernych, którzy pragną uczestniczyć w tradycyjnych mszach, nikomu jednocześnie udziału w nich nie narzuca; i w ten sposób podarował mi wolność wyboru.
• Za to, że nie muszę się już wstydzić pytań moich znajomych, śpiewaków kościelnych należących do Kościołów prawosławnego, ormiańskiego i grekokatolickiego, jak to w ogóle możliwe, że łacinnicy zlikwidowali swój ryt. Otóż nie zlikwidowali, lecz troskliwie go pielęgnują i rozwijają.

Kochany Ojcze Święty, ad multos annos!

sobota, 31 marca 2012

Nie matura, lecz chęć szczera

W czasach stalinowskich istniało powiedzenie: „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Odnosiło się ono do kilkutygodniowych kursów przygotowawczych dla pozbawionych wykształcenia osób, które miały objąć stanowiska sędziów oraz wysokich pracowników milicji i innych resortów siłowych. Był to szczególny rodzaj przyspieszonego „awansu społecznego”, który miał zapewnić reżimowi stalinowskiemu skuteczne pacyfikowanie społeczeństwa. Oczywiste jest, że znakomita większość wykształconych przed wojną prawników, uczniów Rafała Taubenschlaga, Fryderyka Zolla, Romana Longchamps de Bériera czy Juliusza Makarewicza (przed wojną mieliśmy najwybitniejszych prawników na świecie, godnych spadkobierców antycznej kultury prawa rzymskiego), nie chciała brać udziału w komunistycznej zbrodniczej farsie.
Analogia nie jest do końca trafna, niemniej jednak powiedzenie to przypomina mi się regularnie, toutes proportions gardées, gdy stykam się z przypadkami „promocji liturgicznej” osób świeckich — inicjowanymi zresztą przez duchowieństwo. Ostatnio wczoraj, kiedy podczas Drogi Krzyżowej odprawianej przed relikwiami Krzyża Świętego musiałam wysłuchać rozważań przygotowanych przez młode małżeństwo, którego jedynym tytułem do tej liturgicznej zasługi było chyba posiadanie gromadki dzieci w wieku przedszkolnym, baraszkującej wokół mikrofonu. W tym czasie w kościele obecny był wyświęcony prezbiter (celebrans) oraz kilku braci zakonnych — kleryków mających wykształcenie teologiczne i filozoficzne oraz posługi lektoratu i akolitatu, ale podczas nabożeństwa zatrudnionych jedynie do śpiewania „Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste” i „Któryś za nas cierpiał rany”, co akurat mógłby równie dobrze robić każdy śpiewak świecki.
Wiem, wiem, Kościół promuje małżeńską drogę świętości i actuosa participatio świeckich, a Droga Krzyżowa jest nabożeństwem paraliturgicznym, więc nie dotyczy go wprost zakaz głoszenia przez świeckich podczas Mszy i tak dalej. Ale moim zdaniem wszystko to nadal nie uzasadnia oddawania przez duchowieństwo przysługującego mu na mocy święceń zaszczytnego ciężaru głoszenia słowa (nauczania wiary w imieniu Kościoła) osobom ani do tego nie przygotowanym, ani nie powołanym przez Kościół.
Najpierw kwestia przygotowania. Obserwując rzeczywistość kościelną, odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu duchownych i świeckich pieczątką pozwalającą na pełnienie różnorodnych, często wymagających posług w Kościele jest — w ramach głupio rozumianej promocji laikatu — samo bycie świeckim. W swoim życiu nasłuchałam się takiej ilości naiwnych, płytkich, tanio emocjonalnych i banalnych, a często błędnych teologicznie oraz szkodliwych duchowo i psychologicznie rozważań, nauk, komentarzy i pogadanek, fałszywie wyryczanych psalmów i niezrozumiale wybełkotanych czytań mszalnych, że czuję się zwolniona z jakichkolwiek zobowiązań savoir-vivre’u i jeśli dostaję się pod ostrzał barbarzyńców (muzycznych, literackich, teologicznych), po prostu zatykam uszy. Nie mam bowiem, jak ojciec Joachim Badeni, aparaciku słuchowego, który mogłabym dyskretnie wyłączyć. To wszystko dzieje się w kraju, gdzie zapewne przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy świeckich ma wykształcenie teologiczne na poziomie państwowego magisterium, a coraz więcej osób zdobywa licencjat kościelny lub tytuł doktora nauk teologicznych.
Jednak problem nie ogranicza się do przygotowania merytorycznego. Trzeba być jeszcze właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Stąd kwestia druga — uprawnienie do pełnienia posług liturgicznych. To, co w prawie rzymskim nosiło nazwę imperium, a w pragmatyce Kościoła katolickiego — władzy święceń.
Ja na przykład wykształcenie teologiczne mam, i to wyższe niż cały obecny na wspomnianym nabożeństwie kler. Ale nie śmiałabym głosić jakichkolwiek rozważań w ich obecności i podczas nabożeństwa. Gdyby ktoś mi to zaproponował — odmówiłabym. Uważam, że posługa słowa, sacra praedicatio, jest zastrzeżona wyświęconym kapłanom, a faktycznie biskupom; prezbiterzy mają w niej jedynie udział.
Rozważania głoszone przez księdza wcale nie muszą być mądrzejsze i bardziej odkrywcze niż głoszone przez świeckiego, ale zawsze będą nad nimi przeważać pod względem działania łaski Bożej związanej z sakramentem święceń. Jeżeli chcemy się trzymać ortodoksyjnej nauki katolickiej o łaskach związanych z poszczególnymi sakramentami, to nie możemy o tym zapomnieć. Przez najgłupszego i najbardziej niestosownie zachowującego się księdza na słuchających go wiernych Bóg działa w sposób, który nie jest dostępny nawet najmądrzejszym i najświętszym świeckim. I nie chcę, aby ktoś mnie tej łaski pozbawiał. Mam w głębokim poważaniu kazuistyczne udowadnianie, że litera prawa nie została złamana, bo przecież to nie była Msza, bo nie mówili z ambony, tylko do mikrofonu scholi. To dla mnie za mało.
Żyjemy w czasach niesłychanego zamętu, typowego dla okresów przypadających po wojnach i rewolucjach. Tradycyjny porządek wyznaczający role poszczególnych członków społeczeństwa, zasady dyktujące, czym się kto zajmuje i co komu przystoi, upadł i nikt już nie wie, co mu wypada i jakie ma prawa i obowiązki. Co więcej, niektórzy samo istnienie takiego porządku uważają za ograniczenie, zagrożenie ich wolności. A nieposiadanie prerogatyw przynależnych innym osobom za równoznaczne poniżaniu.
Zjawisko to ujawnia się także w Kościele i jego liturgii. Żyjemy zatem w czasach, gdy księża uważają się za ekspertów od seksu (nie etyki seksualnej, tylko seksu) i prokreacji, nie chcą nosić stroju kapłańskiego, entuzjazmują się sukcesami w prowadzeniu biznesu, chodzą na wulgarne i erotyczne filmy, i generalnie pasjonują się wszystkim, co przynależy do tzw. „świata”, zamiast tym, czym powinni się zajmować z tytułu święceń (co to jest, przypomniał papież Benedykt XVI w katedrze warszawskiej). Za to świeccy (na przykład ja) świetnie się znają na byciu księdzem i odczuwają kompulsywną potrzebę pouczania i reformowania duchowieństwa. Nikt nie chce być sobą, każdy woli być kimś innym, niż faktycznie jest. Jest to rodzaj zbiorowej ucieczki od własnej tożsamości, wywołanej na najgłębszym poziomie — jak się zdaje — powszechną chorobą naszych czasów: zaniżonym poczuciem własnej wartości. I to po obu stronach balasków.
Tymczasem ważnie wyświęcony ksiądz to prawdziwy alter Christus, który podczas sprawowania Mszy Świętej staje się Chrystusem ofiarowującym siebie na krzyżu dla zbawienia świata. Jego dłonie zachowują niezatarte znamię świętych olejów, którymi zostały namaszczone w chwili święceń. Mogę z moimi znajomymi księżmi odwiedzać kawiarnie, chodzić na romantyczne spacery, wymieniać śmieszne obrazki z Internetu i oglądać filmy, ale gdy przychodzi do sprawowania Liturgii, stajemy się dwiema nieskończenie od siebie odległymi planetami. Ten dobrze znany mi człowiek ponawia ofiarę Chrystusa, unicestwia grzechy, sprowadza zbawienie i zamyka szatana w piekle.
Z kolei moje miejsce jako wiernego świeckiego i jako kobiety jest na krzesełku w nawie, a nie na ambonie. Dotyczy to nie tylko głoszenia jakichkolwiek nauk, lecz także czytania czytań i śpiewania psalmów. Proklamacja Słowa Bożego — czym innym jak nie Słowem Bożym są pierwsze i drugie czytanie oraz psalm responsoryjny — należy do wyświęconego kapłana lub członka asysty liturgicznej, powołanego do tej posługi przez Kościół (bardzo źle się stało, że podczas wielkiej liturgicznej rewolucji posoborowej zlikwidowano święcenia niższe). Nie narusza to w niczym mojej godności kobiety i teologa — mam mnóstwo innych pól, na których mogę głosić Ewangelię i świadczyć o Chrystusie. Świeccy, gdy chcą i potrafią, odgrywają w Kościele rzeczywistą i przełomową rolę, nie udając wcale kwiatka przy liturgicznym kożuchu. Wystarczy wspomnieć nazwiska Stefana Swieżawskiego, Marii Okońskiej, a w ostatnich latach Pawła Milcarka.
Liturgia jest perychorezą i, jak każdy taniec, wymaga od swoich uczestników, aby odgrywali te role, które są im przypisane. Prezbiterium jest dla prezbiterów, a nawa dla świeckich. Kapłaństwo powszechne wiernych świeckich i kapłaństwo służebne wyświęconych szafarzy różnią się nie pod względem stopnia, a jakości. Nasze role są inne i komplementarne. Nie jest to ani dla nich, ani dla nas ani obraźliwe, ani ograniczające.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

I to jest to!



Znalazłam to na Facebooku. Warto powoli przesmakować, każde słowo jest ważne :) Nawet taki drobiazg, jak nazwa firmy malutkimi literkami w lewym dolnym rogu: Source & Summit, Inc. :)))
Ps. Przepraszam nie znających angielskiego.