niedziela, 5 października 2014
Taka sobie bajeczka
Sprawa spodenek w wieloryby była strasznie śliska. W ostatnich latach do pikutkowskich propinatorów docierało coraz więcej plotek o tym, że wierni świeccy zbierają informacje o czarnych spodenkach w białe wieloryby, a nawet składają pisma z prośbą, by mogli je obejrzeć. Powołują się przy tym na jakiś art. 4 Konstytucji o bieliźnie Soboru Watykańskiego II, twierdzący rzekomo, że „Matka Kościół uznaje za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane spodenki w wieloryby i chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszelki rozwój”. Bracia propinatorzy doskonale znali nauczanie soborowe i gorliwie propagowali je wśród wiernych; dlatego Hilperyk świetnie wiedział, że takiego artykułu nie ma i być nie może. Co więcej, Sobór Watykański II jawnie zakazał używania wszelkich spodenek w wieloryby i nakazał noszenie wyłącznie legginsów w żyrafy. Nauczono go tego w seminarium propinatorskim. Pyskaci wierni powoływali się na jakąś encyklikę papieża Bożywoja XIV i wywoływali ciągłe kłótnie w Internecie. Było to uciążliwe i męczące; na szczęście pewnego razu jeden z najlepiej wykształconych współbraci Hilperyka rzetelnie odpłacił im pięknym za nadobne. Przedstawił się na poczytnym katolickim forum internetowym jako doktor teologii i wykładowca seminarium duchownego braci propinatorów, a następnie wypalił, że nawet jeśli Bożywój napisał taką encyklikę, bracia propinatorzy i tak zrobią to, co sami postanowią. Tym stwierdzeniem przeciął nużące przepychanki ze świeckimi jak Aleksander węzeł gordyjski. Pismo, które wierni przynieśli Hilperykowi, powołując się na art. 5 encykliki Bożywoja, igumen schował do szuflady i myślał, że będzie miał spokój; problem czarnych spodenek w białe wieloryby w Pikutkowie wydawał się trwale rozwiązany. Aż tu nagle zjawili się ci cholerni Kosma i Damian, którym przecież już w ich własnym klasztorze wielokrotnie zakazywano noszenia spodenek w wieloryby, i zepsuli miłą atmosferę jednomyślnej miłości braterskiej!
***
Brat Symplicjan, liturgista klasztoru, był mocno zasępiony. Tak mocno, że przestała mu smakować wyborna kawa z wysokiej klasy ekspresu w sali telewizyjnej, z której smaku klasztory propinatorów były znane w całym sarmackim Kościele. Profesjonalny ekspres dostępny wyłącznie dla branży HoReCa zdobył jeden z braci dzięki koneksjom rodzinnym. Jednak tego popołudnia do Symplicjana przyszła delegacja wiernych i zgłosiła niezrozumiałe żądanie, by prezbiterzy zakładali stułę pod ornat, a nie nosili ją na nim. Było to jednak tylko hors d’oeuvre, przygotowanie artyleryjskie; bo zaraz w drugim zdaniu, powołując się na stos dokumentów i paragrafów, wierni świeccy poprosili z naciskiem, by usunął z grona ministrantów Zuzię i Franię. W Pikutkowie nie wolno było powoływać kobiet na ministrantów; nie było indultu papieskiego obejmującego diecezję pikutkowską, a te, który istniały, przewidywały, że można to czynić tylko w razie konieczności — gdy brakuje mężczyzn. Trudno było uznać, że jest to wypadek klasztoru propinatorów, gdzie do dyspozycji było codziennie kilkudziesięciu braci oraz kilkuset wiernych świeckich płci męskiej. Propinatorzy nie mieli również dyspensy biskupiej, a co więcej, znając poglądy biskupa, można było z góry oczekiwać, że jej nie otrzymają, nawet gdyby o nią wystąpili. Brat Symplicjan wiedział o tym wszystkim równie dobrze jak delegacja wiernych. „Psiakość, przegrana sprawa” — pomyślał z goryczą i zrobiło mu się jeszcze smutniej. Zuzia i Frania, dwie urocze i dobrze rozwinięte czternastolatki, były protegowanymi brata Ildefonsa. W tym czcigodnym starcze, sławnym propagatorze nauczania Soboru Watykańskiego II i Świętego Papieża Polaka Jana Pawła II, wiele lat wcześniej „Salon”, zwany też Grupą Trzymającą Władzę (nieformalna struktura posiadająca rzeczywisty rząd dusz w Zakonie Braci Propinatorów) rozpoznał Inkarnację Ducha Soboru. Od tej pory brat Ildefons był nie do ruszenia; jego słowo było prawem i stało ponad wszelkimi innymi prawami i zasadami.
Ale następnego dnia rano Symplicjan miał na uniwersytecie w sąsiednim mieście wygłosić przed kilkusetosobowym audytorium liturgistów, teologów i innych kościelnych profesjonalistów kolejny wykład z cyklu „Zasługi braci propinatorów dla podnoszenia jakości liturgii w Kraju Sarmatów”. (Bracia propinatorzy byli gorliwymi propagatorami dobrej liturgii; jeździli po kraju z warsztatami dla księży diecezjalnych i świeckich aktywistów kościelnych, i uświadamiali wszystkich chętnych, ile nadużyć liturgicznych panuje w ich kościołach, a następnie uczyli odprawiania właściwie — z elegancką prostotą, zgodnie z przepisami i w pełnym poszanowaniu dla sacrum). Z tego właśnie powodu, mimo przekonania, że jego wysiłek zda się psu na budę, postanowił jednak poruszyć sprawę Zuzi i Frani na radzie współbraci.
A jednak, wbrew wszelkim przewidywaniom, interwencja Symplicjana odniosła skutek!
Na żądanie zranionego do głębi serca brata Ildefonsa bracia ochoczo przegłosowali, że od tej pory Zuzia i Frania będą stały bliżej ołtarza, a także mają rozpuścić włosy i co kilka minut ostentacyjnie potrząsać grzywami jak rasowi heavymetalowcy na koncercie, tak by wierni mogli łatwiej zrozumieć, jak bardzo grzeszą, gdy występują przeciw świętym prawom równouprawnienia i feminizmu.
***
Delegacja zdążająca do brata Symplicjana zjawiła się u propinatorów w porze, gdy w kościele klasztornym miały się właśnie zacząć publicznie celebrowane nieszpory wspólnoty propinatorskiej. Były one obowiązkowe dla wszystkich braci z wyjątkiem tych, którzy uzyskali od przełożonego dyspensę ze względu na wykonywanie w tym czasie obowiązków duszpasterskich i tym podobnych. Była to rzecz oczywista i zrozumiała — o tym, że dla świadczenia miłosierdzia i służby bliźnim można, a nawet powinno się przerwać modlitwę, nauczali przecież Wincenty a Paulo, Katarzyna Sieneńska, Henryk Suzo oraz wielu innych znanych świętych.
Wierni pragnęli pobożnie pomodlić się na nieszporach przed rozmową z Symplicjanem i dlatego wybrali tę porę. Na furcie klasztornej minęli rozluźnionych i dowcipkujących braci Pankracego, Serwacego i Bonifacego w rurkach, tiszertach ze zdjęciem Lady Gaga i rejbanach. Zmierzali oni właśnie do modnej kawiarni „Wesoły kot”, by przy piwerku i cafe latte z mlekiem sojowym wziąć udział w spotkaniu z szybko zdobywającym popularność młodym warszawskim literatem, laureatem ubiegłorocznej Nagrody Nike i najnowszym bożyszczem sarmackich salonów celebryckich. Zaraz za nimi przemknął w wygodnym dresie wielki miłośnik joggingu, brat Prudencjusz. O Prudencjuszu, który dzięki joggingowi mimo upływu lat wciąż zachowywał nienaganną figurę, krążyły opowieści, że gdy jakiś wierny prosi go o spotkanie i rozmowę, odmawia zawstydzony i pełen winy, tłumacząc się, iż z powodu ostatniego nawału obowiązków zakonnych zawalił modlitwę i musi ją teraz nadrobić. Przyjmowano to ze zrozumieniem — wszyscy bowiem wiedzieli, że na modlitwach klasztornych Prudencjusza niemal nigdy się nie widuje; niewątpliwie ma więc co nadrabiać.
Delegacja wiernych, znająca na pamięć i na wyrywki Kodeks prawa kanonicznego, dokumenty Soboru Watykańskiego II, wszystkie encykliki, adhortacje, konstytucje i motu propria ostatnich trzech papieży, Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, a nawet „Reguły i zasady braci propinatorów” (które były co prawda dokumentem o charakterze ściśle wewnętrznym, ale ktoś je kiedyś wystawił na Allegro, więc wierny laikat propinacki bez zważania na cenę natychmiast je wykupił), wiedziała doskonale, że propinatorzy jako kapłani powinni pokazywać się publicznie w stroju duchownym, a jeśli nawet nie, to mają obowiązek przypinania do świeckiego stroju godła zakonu lub innego znaku świadczącego o tym, że należą do Zakonu Braci Propinatorów. Sama jednak była zdania, że przypinanie godła zakonu do wcale fikuśnego i mocno atrakcyjnego (czemu nikt nie mógł zaprzeczyć) zdjęcia Lady Gaga nie byłoby najlepszym pomysłem. Z rurkami, rejbanami i dresem komponowałoby się ono niewiele lepiej. Sprawa została więc pominięta milczeniem, zwłaszcza że ze względu na naturalne prawidła ludzkiej psychiki i komunikacji międzyosobowej po Pikutkowie z prędkością fali uderzeniowej z ust do ust rozchodziła się raczej informacja o tym, że jakiś propinator został napotkany w stroju duchownym, a nie o tym, że był po cywilu.
***
Brat Damazy, ekonom klasztoru, uśmiechał się do siebie. Był naprawdę zadowolony. Właśnie podpisał umowę na wynajem lokalu pod nowy sklep z alkoholami. Oczyma duszy widział szybko zmieniające się cyferki na koncie bankowym klasztoru. Co prawda sklep miał się znajdować tylko jakieś 10 metrów od narożnika kościoła braci propinatorów, a Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu skutkom alkoholizmu zabraniała sprzedawania alkoholu w odległości mniejszej niż 100 metrów od budynku kultu, Damazy jednak wiedział z doświadczenia, że nie musi się niczego obawiać. W ostatnich latach wynajął już pod sprzedaż lub wyszynk alkoholu sporo innych należących do braci propinatorów lokali, mieszczących się w odzyskanych przez nich kamienicach otaczających kościół i klasztor. Wcześniej mieściły one cukiernię z najlepszymi ciastami w Pikutkowie, jadłodajnię dla studentów, księgarnię, kwiaciarnię, fryzjera i biuro podróży; ale właściciele tych handli nie byli w stanie sprostać regularnie podnoszonym przez propinatorów czynszom, gdyż w kraju panował kryzys. Wystarczające przychody można było osiągnąć tylko na hazardzie, alkoholu i prostytucji, a trudno było przecież oczekiwać, by zakonnicy tolerowali u siebie hazard i prostytucję. I nigdy nie przyszła żadna inspekcja ani żadna gazeta o tym nie pisnęła, nawet antyklerykalna. A choćby nawet, to grzywna za łamanie ustawy o wychowaniu w trzeźwości wynosiła najwyżej ćwierć miesięcznego wpływu za jeden lokal. Tak, Damazy był zadowolony. Był naprawdę gorliwym i troszczącym się o klasztor ekonomem.
***
W ciepły mimo wczesnej wiosny, sobotni wieczór brat Ildefons wertował książkę z wypowiedziami Wielkiego Papieża Polaka. Szykował kazanie na niedzielną mszę i szukał pomysłów. Niewidzącym wzrokiem przeleciał stronę z wypowiedzią, w której Jan Paweł II ze wzruszeniem mówił o latach, gdy wraz z kolegami służył przy ołtarzu na wzór kolegium Apostołów, oraz o wielkim znaczeniu posługi ministranckiej młodych chłopców dla budzenia powołań kapłańskich. Na kolejnej stronie przeczytał: „W dziedzinie wiary i moralności propaguje się prawdziwe herezje, wywołując wątpliwości, zamieszanie i bunt. Nawet liturgia została poddana manipulacjom, pogrążona w intelektualnym i moralnym relatywizmie, aż do permisywizmu włącznie, w którym wszystko jest dozwolone”. Z roztargnieniem przewracał kartki; wszystko przecież już kiedyś czytał. W końcu jednak znalazł coś ciekawego: przemówienie do naukowców zachęcające do zapobiegania katastrofie ekologicznej. Następnego dnia bez trudu wygłosił porywające i poruszające kazanie o wierności nauczaniu Świętego Papieża Polaka, przejawiającej się w segregowaniu śmieci. Ogłoszenia duszpasterskie czytał na jego mszy sam igumen, brat Hilperyk; i tym razem, jak zwykle, Hilperyk napomniał wiernych, by nie ważyli się sprzeciwiać nauczaniu Soboru Watykańskiego II i rozbijać tym samym jedności Kościoła (jak pamiętamy, propagowanie nauczania Soboru było drugim konikiem braci propinatorów oprócz nakłaniania kleru diecezjalnego do podnoszenia jakości liturgii). Z tym rozbijaniem jedności było dobre; poprzedniego dnia Hilperyk przeczytał, że argumentu tego użyli liberalni teolodzy zachodni, którzy usiłowali zablokować ogłoszenie przez Pawła VI encykliki Humanae vitae, i pomyślał, że świetnie się nada także w innych kontekstach. Na koniec zaś igumen tradycyjnie dodał, że nauczania Kościoła nie można traktować jak hipermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam się podoba, a resztę odrzucamy.
Wierni cierpliwie wysłuchali swoich pasterzy (naprawdę szczerze ich lubili). Potem jednak wyszli z kościoła i powiesili na jego frontonie transparent z napisem „Czyńcie, co wam mówią, ale uczynków ich nie naśladujcie, bo sami nie czynią tego, co mówią”. Następnie zaczęli myszkować po pobliskich uliczkach. W promieniu kilkuset metrów od klasztoru braci propinatorów stało ze dwadzieścia innych kościołów. O tym, że Jego Świątobliwość papież Bożywój XIV w wydanej kilka lat wcześniej encyklice napisał, że spodenki w wieloryby mają wielkie znaczenie dla Kościoła i nigdy nie zakazano ich noszenia, a co więcej, taki zakaz byłby nieważny prawnie, i dlatego każdemu kapłanowi wolno to swobodnie czynić, wiedzieli generalnie wszyscy w branży — także ci, którzy sami nosili legginsy w żyrafy. Dlatego, chociaż z powodu zmiany trendów w modzie spodenki w wieloryby nie cieszyły się specjalną popularnością, nikt jednak nie robił trudności z ich zakładaniem, jeśli ktoś przyszedł i o to poprosił; wystarczyło tylko, że pokazał celebret.
Laikat propinatorski był naprawdę dobrze uformowany przez swoich braci. Nie tylko znał na pamięć wszystkie dokumenty i przepisy kościelne, lecz nawet wiedział o istnieniu strasznie sławnego i mądrego propinatora, który kiedyś napisał, że nie we wszystkim należy słuchać przełożonych, gdyż niekiedy polecenia przełożonych są sprzeczne z przykazaniami Bożymi. Podwładni zaś nie podlegają przełożonym we wszystkim, lecz tylko w odniesieniu do jawnych, określonych spraw i gdy takie posłuszeństwo nie sprzeciwia się rozkazowi wyższej władzy.
Kurtyna.
***
A nie, to jeszcze nie był koniec.
Jak łatwo się domyślić, to samo, co wiernym, przyszło do głowy bratu Hilperykowi. „Nie będzie Kosma pluł nam w twarz” — pomyślał z zaciśniętymi zębami igumen i zaraz wpadł na pomysł, że przecież może obdzwonić rektorów wszystkich kościołów w Pikutkowie i ostrzec ich przed Kosmą i Damianem. „Wpłynę na nich, aby pod żadnym pozorem nie pozwalali im nigdy zakładać w swoich kościołach czarnych spodenek w białe wieloryby” — stwierdził.
Przechodząc od razu od słów do czynów, Hilperyk zajrzał do książki telefonicznej. W Pikutkowie i okolicach było około dwustu kaplic i kościołów. Czekało go ciężkie popołudnie. Mimo to nie zaniedbał telefonu do brata Hermenegilda, igumena Kosmy i Damiana. Opisał mu szczegółowo ich zachowanie w Pikutkowie i na wszelki wypadek jeszcze raz go zaklął, by pod żadnym pozorem nie pozwalał im zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby.
„Taką sobie bajeczkę” odnalazł w Internecie brat Histrion i dostał histerii. Czuł, jak zalewają go fale palącego, gorzkiego gniewu. Miotał się po celi jak Marek po piekle, bo ciśnienie skoczyło mu do dwustu pięćdziesięciu. Rozjuszony, wysłał do autorki długi i skrajnie emocjonalny list, w którym oskarżył ją, że ma podły charakter, nienawidzi Zakonu Braci Propinatorów i pragnie go zniszczyć. Następnie zrobił wokół sprawy wielką chryję na wewnętrznej liście dyskusyjnej braci propinatorów i wraz z kilkoma innymi najbardziej rozwścieczonymi ustalił, że w celu należytego ukarania winnej i uświadomienia jej rozmiaru jej występku wszyscy bracia propinatorzy wyrzucą ją ze znajomych na Facebooku i od tej pory pod żadnym pozorem nie będą komentować jej wpisów na forach internetowych. „Kara godna prawdziwego gimnazjalisty” — pomyślał Histrion z dumą i satysfakcją.
Co prawda autorkę „Bajeczki” wyrzuciło ze znajomych tylko dwóch propinatorów: on sam i brat Chryzopraz posługujący w Trapezfiku, ale i to wystarczyło, by zrobiło mu się lepiej.
W tym samym czasie Święty Ojciec Propinat, Założyciel Braci Propinatorów cieszący się zasłużonym odpoczynkiem w niebie, siedział na wygodnej, miękkiej chmurce i drapał się po głowie. Zastanawiał się, jak mógłby przekazać swym duchowym synom przebywającym jeszcze na tym doczesnym padole, że powierzając im swą wolę, aby „Reguły i zasady braci propinatorów” nie obowiązywały pod grzechem, pragnął ich wychować do zachowywania ich z miłości synowskiej, a nie niewolniczego lęku — nie zaś do przekonania, że nie trzeba ich wcale przestrzegać.
Jakiś czas później Zuzia zaciążyła z bratem Gerwazym, a Frania z Protazym. Zdaje się, że był to owoc prób asysty liturgicznej do jakiejś szczególnie podniosłej celebry. Brat Ildefons ucieszył się, że udało się tak pięknie wypełnić nakaz Pana o czynieniu sobie ziemi poddaną i podarować Kościołowi nowych członków. Dzięki swoim znajomościom bez trudu załatwił w Watykanie dyspensę od święceń i wyprawił swym owieczkom piękną ślubną ceremonię. Patrzył na zaokrąglony brzuszek Zuzi i myślał z rozrzewnieniem o kruszynie, która rozwijała się pod jej sercem. „Kto wie, może będzie chłopiec... I może... może w przyszłości wstąpi do braci propinatorów!” — uśmiechał się z rozrzewnieniem. „A może się nawet okaże, że będzie nową Inkarnacją Ducha Soboru? Pan Bóg łaskaw!” — przemknęło przez głowę brata Ildefonsa. Jego serce zalała niebiańska radość.
Na weselu byłam,
miód i wino piłam,
i w stanie upojenia
wszystko to zmyśliłam.
piątek, 4 października 2013
Uroczy człowiek, lecz tragiczna postać
Just over two decades ago, when I began the process to enter the Roman Catholic Church as an adult convert, I chose to receive instruction at a university parish, figuring that the quality of teaching would be more rigorous. After three months of guided meditations and endless God is love lectures, I dropped out. I agreed that God is love, but that didn’t tell me what He would expect of me if I became a Catholic. Besides, I had spent four years dancing around the possibility of returning to the Christianity of my youth. When I made my first steps back to churchgoing as an adult, I found plenty of good people who told me God is love but who never challenged me to change my life. What needed changing? Lots. My own brokenness was plain to me, and I was ready to turn from my destructive sins and become a new person.The homilies were wholly therapeutic, almost always some saccharine variation of God is love. Well, yes, He is, but Sunday School simplicities get you only so far. Classical Catholic theology dwells on the paradox of God’s love and God’s justice. As Dante shows in the Divine Comedy, God’s love is God’s justice poured out on those who reject Him. In the Gospels, Jesus offers compassion to sinners rejected by religious rigorists, but he also tells them to reform their lives, to “go forth and sin no more.”The contemporary era of global Catholicism began in 1959, when the newly elected Pope John XXIII sought to “open the windows” of the fusty old Church to the modern world by calling the Second Vatican Council. Three years later, in his opening address to the council, the charismatic and avuncular pope called for “a new enthusiasm, a new joy and serenity of mind in the unreserved acceptance by all of the entire Christian faith,” without compromising on doctrine. A fierce spirit of the age blasted through those newly-opened windows, scouring nearly everything in its path. The coming decades would see a collapse in Catholic catechesis and Catholic discipline. The so-called “spirit of Vatican II” — a perversion of the Council’s actual teaching — justified many subsequent outrages.If I had to pinpoint a single moment at which I ceased to be a Roman Catholic, it would have been that one. I fought for two more years to hold on, thinking that having the syllogisms from my catechism straight in my head would help me stand firm. But it was useless. By then I was a father, and I did not want to raise my children in a church where sentimentality and self-satisfaction were the point of the Christian life. It wasn’t safe to raise my children in this church, I thought — not because they would be at risk of predators but because the entire ethos of the American church, like the ethos of the decadent post-Christian society in which it lives, is not that we should die to ourselves so that we can live in Christ, as the New Testament demands, but that we should learn to love ourselves more.I finally broke. Losing my Catholic faith was the most painful thing that ever happened to me. Today, as much as I admire Pope Francis and understand the enthusiasm among Catholics for him, his interview makes me realize that the good, if incomplete, work that John Paul II and Benedict XVI did to restore the church after the violence of the revolution stands to be undone. Though I agree with nearly everything the Pope said last week in his interview and cheer inwardly when he chastises rigorist knotheads who would deny the healing medicine of the church to anyone, I fear his merciful words will be received not as love but license. The “spirit of Pope Francis” will replace the “spirit of Vatican II” as the rationalization people will use to ignore the difficult teachings of the faith. If so, this Pope will turn out to be like his predecessor John XXIII: a dear man, but a tragic figure.In his interview, the Pope used a metaphor for the church that is often employed by Eastern Orthodox Christianity: he called it a “field hospital” where the walking wounded can receive treatment. He’s right, but it’s important to discern the nature of the cure on offer. Anesthesia is a kind of medicine that masks pain, but it’s not the kind of medicine that heals the underlying sickness.There is, of course, no such thing as the perfect church, but in Orthodoxy, which radically resists the moralistic therapeutic deism that characterizes so much American Christianity, I found a soul-healing balance. In my Russian Orthodox country mission parish this past Sunday, the priest preached about love, joy, repentance and forgiveness — in all its dimensions. Addressing parents in the congregation, he exhorted us to be merciful, kind and forgiving toward our children. But he also warned against thinking of love as giving our children what they want as opposed to what they need. “Giving them what they want may make it easier for us,” he said, “but we must love our children enough to teach them the hard lessons and compel them toward the good.”
„Od czasu, kiedy Pan wyprowadził przodków naszych z ziemi egipskiej, aż do dnia dzisiejszego byliśmy niewierni wobec Pana, Boga naszego, byliśmy niedbali w posłuszeństwie na głos Jego. Przylgnęły przeto do nas nieszczęścia i przekleństwa, jakimi zagroził przez Mojżesza, sługę swego, w dniu, w którym wyprowadził przodków naszych z Egiptu, aby nam dać ziemię opływającą w mleko i miód, jak to jest i obecnie. Nie byliśmy posłuszni głosowi Pana, Boga naszego, przekazanemu we wszystkich mowach proroków posłanych do nas. Każdy chodził według zamysłów swego złego serca, służyliśmy bowiem obcym bogom i czyniliśmy zło przed oczami Pana, Boga naszego”
„Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz!”
sobota, 27 lipca 2013
Róbmy swoje
„Patrzmy własnych naszych wad i ułomności, a nie troszczmy się o cudze. Dusze zbyt rozważne mają to do siebie, że byle co u innych je razi, a przecież nieraz właśnie od tych, z których się gorszymy, moglibyśmy się wiele nauczyć w rzeczach istotnie ważnych. Może w zewnętrznym ułożeniu i sposobie zachowania się z ludźmi mamy niejaką wyższość nad nimi, to rzecz mniejszej wagi, choć dobra sama w sobie. Ale nie upoważnia nas to jeszcze do żądania, by wszyscy tą samą co my drogą chodzili, ani tym bardziej do nauczania ich życia duchowego, kiedy może sami jeszcze nie wiemy, co to jest życie duchowe. Gorące pragnienia uświęcenia dusz są darem łaski Bożej, ale nieuważnie idąc za nimi, łatwo możemy w wielu rzeczach zbłądzić. Lepiej nam więc, siostry, trzymać się tego, co nam zaleca nasza Reguła, byśmy starały się zawsze żyć »w milczeniu i nadziei«. O duszach bliźnich będzie pamiętał Pan i my o nich nieustannie pamiętajmy w modlitwie, a tym sposobem przyniesiemy im pożytek, za łaską Pana, który niech będzie błogosławiony na wieki”.Skupianie się na cudzych wadach i grzechach oraz nadmierną skłonność do napominania bliźnich Teresa uważa za jedną z głównych przypadłości ludzi, którzy znaleźli się w „trzecim mieszkaniu”, czyli regularnie pracują nad rozwijaniem życia duchowego i cnót. Napomnienia mające na celu unikanie tej wady regularnie powtarzają się w jej dziełach. Oczywiście, postawa ta jest niebezpiecznie bliska faryzeuszowi wywyższającemu się nad celnika. Rozbija ona jedność Kościoła i zamienia życie wspólnoty w piekło. Jako lekarstwo Teresa proponuje pokorę i zajęcie się wyłącznie poprawianiem siebie samego.
Św. Teresa z Avili, Twierdza wewnętrzna III 2,13
Jest prawdą, że Kościół łaciński boleśnie zeświecczał i potrzebuje głębokiej odnowy, rozumianej jako powrót do życia autentycznie chrześcijańskiego, normowanego zasadami postępowania wypróbowanymi przez wieki. To, co się w nim dzieje od kilkudziesięciu lat, naprawdę łudząco przypomina XVI-wieczną reformację protestancką. Tak jak wtedy, pierwsi na manowce podążają kapłani i zakonnicy, ciągnąc za sobą wiernych świeckich. Nie jest to nic nowego, takie epoki upadku występują w historii Kościoła endemicznie. I tak daleko nam do tego, co działo się choćby w wieku dziesiątym. Prawdziwa reforma jest konieczna i być może w planach Bożych jest, aby tym razem „wymusili” ją świeccy. Ale jest tylko jeden skuteczny i Boży sposób reformowania — taki, jaki podjęła Teresa, Ignacy czy, trzysta lat przed nimi, Dominik. Nie pouczać innych, nie szemrać, nie narzekać, tylko działać samemu, zaczynając od tego, co jest możliwe. Od małego dobra. Zmieniać siebie, zadawać sobie umartwienia i wyrzeczenia w intencji nawrócenia innych, ciężko pracować, godzinami modlić się. Świadczyć przykładem, a nie słowami. Verba volant, exempla trahunt.
Codziennie przekonuję się, że skuteczna jest tylko metoda osobistego wyrzeczenia, milczącego przykładu i wytężonej modlitwy, bo krytykowanie i napominanie po prostu nie działa, a jednocześnie, jak strasznie trudno jest faktycznie przejść od słów do czynów. O wiele łatwiej jest powiedzieć parę słów na temat czynów i namawiać innych do nawrócenia i gorliwości, niż wymagać od siebie samego i samemu walczyć z własną słabością, ociężałością i grzechem.
piątek, 24 maja 2013
Chwalebny samokrytycyzm
„Dobroć Boża w swej niezgłębionej mądrości najczęściej ma zwyczaj odwlekać udzielanie dobra, nie po to, aby go pozbawić, lecz by w odpowiednim czasie ujawniło się ono z jeszcze większą korzyścią. Czy to więc dlatego, że Bóg w swojej Opatrzności postanowił, że tak będzie lepiej dla Kościoła, czy też z powodu wielu różnych opinii na ten temat, niektórzy postępujący drogą prostoty, lecz pozbawieni roztropności uważali, że wystarczy, by nieśmiertelna pamięć o słudze Najwyższego Pana, założycielu Zakonu zwanego Kaznodziejskim, świętym Dominiku, znana była tylko Bogu, i że nie należy starać się o to, by dowiedzieli się o niej ludzie.Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzone jest święto (właściwie wspomnienie, ale cieszmy się, że się uratowało, i to pod własną datą :P) przeniesienia relikwii św. Ojca Dominika. Zamieszczony wyżej cytat pochodzi z opisu tych wydarzeń, pozostawionego przez następcę świętego Dominika i czytanego dzisiaj w Godzinie czytań. Nieco więcej można się dowiedzieć z „Książeczki o początkach Zakonu Kaznodziejów”, również autorstwa Jordana:
Inni natomiast myśleli odmiennie: jednak ogarnięci duchem małoduszności, bali się tamtym sprzeciwić. I stało się tak, że chwała świętego Ojca Dominika przez prawie dwanaście lat pozostawała w uśpieniu, bez żadnej czci. Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów”.
Z listów bł. Jordana z Saksonii, drugiego generała zakonu
„Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu, i wykradano dobra, pochodzące od tego, kto udzielał mocy z wysoka. Sprawiedliwość zaś domagała się tego, aby zabrano łaskę tym, którzy łaskę i chwałę Bożą starali się ukryć. Ziarno nie wydałoby bowiem owocu, gdyby po zrodzeniu zostało podeptane. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów. Pan, który jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, czekał cierpliwie, ale skoro nie słychać było ani głosu, ani pomysłu na to, w jaki sposób oddać świętemu Bożemu, Dominikowi, należną cześć, znalazł okazję, by wyrwać braci z bezczynności. [...] Zaniedbano jednak i to, a gdy bracia prowadzili długie rozmowy na temat odpowiedniego sarkofagu [jakie to dominikańskie, hi hi, czyż nie? — przyp. mój], inni zwrócili się do papieża Grzegorza i powiadomili go o ciągnącym się przedsięwzięciu. On zaś, jako że był mężem bardzo gorliwym i o głębokiej wierze, skarcił ich bardzo surowo za zaniedbanie należnej posługi czci wobec tak wielkiego Ojca. [...] Wszechmogący Bóg, chcąc za sprawą pasterza Kościoła powszechnego rozpędzić obłoki gnuśności, sam otworzył swoją rękę z wysokości i zagrzmiał z nieba rozgłosem cudów...”Dzięki tym wszystkim interwencjom do podniesienia relikwii (i to kanonicznego) w końcu jednak dochodzi w dniu 24 maja 1233 roku:
Libellus nr 123-126
„Nadchodzi wreszcie sławny dzień uroczystego przeniesienia wielkiego nauczyciela! Przybywa czcigodny arcybiskup Rawenny i wielka liczba biskupów i prałatów. Przybywa mnóstwo pobożnych ludzi z różnych narodów. Przybywają zbrojne hufce bolończyków czuwających nad tym, aby nie odebrano im opieki nad świętym ciałem. Bracia stoją niespokojnie, bledną i modlą się z lękiem, drżąc ze strachu tam, gdzie bać się nie ma czego. Lękają się, by ciało świętego Dominika, tak długo wystawione na działanie deszczu i upału, złożone w lichej trumnie, nie okazało się pełne robactwa, jak każdego innego śmiertelnika...”Proszę zwrócić uwagę na opis entuzjastycznego zachowania duchowieństwa niedominikańskiego i przede wszystkim laikatu w porównaniu z reakcją samych braci. Trzęsą się oni ze strachu, czy nie będzie wtopy, bo nie ufają tak do końca, iż ich ojciec udowodni swoją świętość (poprzez cudowne zachowanie ciała); tymczasem wierni świeccy czczący Dominika i doznający jego cudów (ich opis zajmuje w Libellusie długi akapit) przybywają tłumnie pod bronią, gotowi zbrojnie walczyć o ciało świętego, czczonego gorliwie przez całe miasto (nie licząc klasztoru dominikanów) i przyciągającego do niego tłumy pielgrzymów. Oczywiście wszystko kończy się dobrze:
„Po zerwaniu nagrobnej płyty z otworu zaczyna się wydobywać przedziwny zapach, którego woń zadziwia wszystkich tam stojących. Zdumiewają się obecni i przerażeni tym upadają na ziemię. Potem słychać pełen słodyczy płacz, mieszający się z radością. Słodycz cudownego zapachu sprawia, że w przestrzeni ducha rodzą się strach i nadzieja, a ci, którzy odczuwają słodycz przedziwnego zapachu, toczą cudowne boje. I my czuliśmy słodycz tej woni i świadczymy o tym, co żeśmy widzieli i czuli”.Jak widać, pewna dezynwoltura i opieszałość w propagowaniu czci swoich świętych i, szerzej, pielęgnowaniu własnej historii i tradycji cechuje Zakon Braci Kaznodziejów od samego początku. Warto zatem przypomnieć ten chwalebny samokrytycyzm drugiego generała dominikanów dzisiaj, gdy jesteśmy w podobnej sytuacji, jeśli chodzi o jeden z największych skarbów Zakonu, jakim jest jego własna liturgia (ustanowiona przez świętego Dominika i jego bezpośrednich następców). Znowu, tak jak w latach 30. XIII wieku, bracia dominikanie trzymają skarb bezużytecznie w ukryciu, podczas gdy wierni świeccy walczą o dostęp do świętych dóbr, a ich starania wspierają swymi dokumentami najwyżsi pasterze Kościoła:
„Trzymając się wiernie Tradycji, Sobór święty oświadcza, że Matka Kościół uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki; chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszechstronny rozwój. Pragnie też, aby w miarę potrzeby zostały one roztropnie i gruntownie zmienione w duchu zdrowej tradycji oraz aby im nadano nową żywotność, stosownie do współczesnych warunków i potrzeb” (wytłuszczenia moje).
Sobór Watykański II, Konstytucja o liturgii świętej, nr 4
„W dziejach Liturgii występują rozwój i postęp, ale nie ma żadnego zerwania. To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła, i przyznanie im należytego miejsca”.Niezrównany ojciec Marek Pieńkowski mawia w takich sytuacjach: „I Duch Święty nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże”. A jednak coś się pomału zaczyna dziać, i to we właściwym kierunku. Święty Ojciec Dominik, jak bezpośrednio po swojej śmierci, tak i dzisiaj nie przestaje działać. Obiecał bowiem swoim synom, że będzie ich wspierał, a oni mu to po dominikańsku co wtorek wypominają, śpiewając nadal (przynajmniej w konwencie Świętej Trójcy w Krakowie) responsorium z formularza liturgicznego obchodu św. Dominika, O spem miram:
Benedykt XVI, list do biskupów dołączony do motu proprio Summorum pontificum
„Jakże cudowną nadzieję dałeś tym, którzy nad Tobą płakali w ostatniej godzinie,Od niedawna w Krakowie ponownie ruszyły, po przerwie na posoborowy „postęp”, cotygodniowe msze wotywne do świętego Dominika. Może zatem doczekamy się również przywrócenia nabożeństwa 15 wtorków do świętego Dominika, a przede wszystkim celebracji Mszy w rycie dominikańskim. Ufam w to, wierząc uparcie świętemu Ojcu, że spełni swoją obietnicę ;)
gdy przyrzekłeś, że po śmierci wspierać będziesz swoich braci.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi.
Ty, który cudownie leczyłeś z chorób ludzkie ciała,
wyjednaj nam łaskę Chrystusa, ulecz nasze słabości.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi”.
Kantorzy krakowscy pod kierunkiem ojca Grzegorza Przechowskiego nagrali responsorium O spem miram dla potrzeb bloga powołaniowego wikariatu Rosji i Ukrainy, prowadzonego przez mojego przyjaciela Ireneusza Pogorelcewa OP. Ich pięknego wykonania można wysłuchać tutaj. A kto rozumie po rosyjsku, może także czytać i samego bloga, noszącego nazwę „Droga w czarno-białych kolorach”. Irek regularnie zamieszcza na nim interesujące materiały z zakresu historii, tradycji i duchowości zakonu.
niedziela, 5 sierpnia 2012
Okulary Traugutta
Dzisiaj przypada rocznica śmierci Traugutta w egzekucji w pobliżu Cytadeli Warszawskiej. Teraz w tym miejscu, przy ulicy Konwiktorskiej, znajduje się park jego imienia i stoi krzyż upamiętniający egzekucję pięciu przywódców Powstania Styczniowego, członków Rządu Narodowego: Romualda Traugutta, Rafała Krajewskiego, Józefa Toczyńskiego, Romana Żulińskiego i Jana Jeziorańskiego, 5 sierpnia 1864 roku. Kiedy byłam w „Czarnej Jedynce”, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, spotykaliśmy się pod krzyżem Traugutta na święcie szczepu.
Romuald Traugutt jest dziś postacią niemal zapomnianą. Tymczasem to on właśnie pokazuje, jak patriotyzm i liturgia — a szerzej pobożność — mogą się ze sobą łączyć. Dyktator Powstania Styczniowego był człowiekiem tak głęboko i autentycznie pobożnym, a jego świeckie życie (zawodowy wojskowy) było tak przeniknięte wiarą, tak bardzo kierował się w postępowaniu motywami ewangelicznymi, że wiele ludzi i środowisk od lat postuluje otwarcie jego procesu beatyfikacyjnego. Ja też uważam, że byłoby to bardzo pożądane. Traugutt byłby dla świeckich świetnym patronem i wzorcem duchowości — na miarę Pier Giorgia Frassatiego, Karoliny Kózkowny czy państwa Martin, rodziców świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
Jestem wychowana w szkole Romualda Traugutta. Patrzę przez jego okulary, o których mówi redaktor naczelny „Christianitas” Paweł Milcarek, mój współdruh z „Czarnej Jedynki”, w tekście, który załączam poniżej. Okulary Traugutta kształtują moje patrzenie i na Polskę, i na liturgię jako źródło i szczyt życia chrześcijańskiego. Tekst ten to wystąpienie Pawła podczas obchodów stulecia naszego szczepu w październiku ubiegłego roku, pod krzyżem Traugutta. Podaję go za Rebelya.pl. O historii „Czarnej Jedynki” możecie dowiedzieć się więcej z wystąpienia Marcina Gugulskiego. 1 WDH istnieje nadal i ma swoją stronę internetową. Zapraszam też do obejrzenia zdjęć z obchodów w mojej galerii na Picasa Web Album.
Wystąpienie Pawła Milcarka pod krzyżem Traugutta w Warszawie w setną rocznicę powstania 1 WDH „Czarna Jedynka”
Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie.
Oficjalni patroni dzielą się na niegodnych, karłowatych — i prawdziwych. Niegodnych zwykle się narzuca — i bywało, że w naszych szkołach itp. mieliśmy takich „patronów”, których się czuło jak but postawiony na karku leżącego. Są też patroni karłowaci, czyli tacy, których ludzie sobie wybierają ze świadomością ich przeciętności, czy wręcz bylejakości — po to, żeby nie musieć ani czcić, ani szanować takiego „patrona”, traktowanego wyłącznie jako ktoś „taki sam jak my”. Inaczej jest z patronami prawdziwymi: tych przyjmujemy w akcie swoistej odwagi, zestawiając nasze życie z ich bohaterstwem. Do takiego patrona idzie się „pod górę” — po przykład, po świadectwo, po naukę.
Tak jest z Romualdem Trauguttem, który od początku i nieprzerwanie jest patronem „Czarnej Jedynki”, przez sto lat jej historii.
Jak my patrzymy na Traugutta, jaki jego obraz panuje w naszej wyobraźni? W słynnym opisie egzekucji członków Rządu Narodowego Mikołaj Berg relacjonował na kartach Zapisków o powstaniu polskim, że nasz patron zachowywał się w swych ostatnich chwilach z wyjątkowym opanowaniem, niezwykłym zwłaszcza na tle ludzkich reakcji innych. Czytamy też, że postawiony pod szubienicą, w ostatniej chwili złożył ręce i podniósł oczy do nieba — i w tej pozycji zastygł także wtedy, gdy go powieszono.
Sam ten obraz zawiera powód do szacunku i pouczające przesłanie. A jednak jakże łatwo byłoby i z niego zrobić płaską wycinankę. Nie wolno tego zrobić człowiekowi w rzeczywistości tak wielowymiarowemu jak Traugutt.
Popatrzmy na niego jeszcze raz. Oto powstaniec, a nawet dyktator powstania — który „nikomu powstania nie doradzał”, lecz przystał do niego, widząc, że nie godzi się stać z boku, gdy inni w sąsiedztwie ryzykują w tym poświęceniu narodowym wszystko; a przywódcą zostawał wtedy, gdy inni, na początku gorętsi, pakowali manatki. To Traugutt.
Oto dyktator doskonale świadomy minimalnych szans zwycięstwa — a przecież daleki zarówno od desperacji, jak i od opuszczania rąk; gdy wszedł w tę walkę, użył w niej całej swej wiedzy, całego zmysłu oficerskiego, działając i zagrzewając innych gorącymi słowami. To też Traugutt.
A teraz: konspirator nurkujący w sam wir niebezpiecznego życia — i na każdym jego etapie pamiętający i tkliwy dla swoich najbliższych, żony i córek; choć w końcu nie umknął szpiclom, to do końca nie dał się pochwycić złudzeniom „niebezpiecznego życia”. To również Traugutt.
I w końcu: gorący patriota, dający wszystkie swoje siły i życie w sprawie wolności i niepodległości naszej ziemi — a przecież na pierwszym miejscu stawiający zawsze Dobro wieczne spoza granic tego świata, z tą głową zadartą ku innemu światu, nie tylko w chwili umierania. To także i z pewnością jest Traugutt, sługa Boży.
Jak zatem mamy uczcić, wspominać, naśladować tego człowieka, naszego patrona? „Jedynka” stała się jego żałobnikiem. Pamiętam, jak w latach 80. Ludzie w Polsce pytali nas: „te czarne chusty to z powodu stanu wojennego nosicie?” A my nosiliśmy je — Wy je dziś nosicie — jako zadaną nam żałobę po Traugucie i po tamtym powstaniu.
Na tym również polega nasz obowiązek: że dosłownie nosi się na karku pamięć o tamtej walce – i o beznadziei, która nastąpiła po klęsce, czarnej jak noc. Wtedy to, w 1870 pisała w liście pewna pani o popowstaniowym pokoleniu: „smutno jest zaiste widzieć młodzież naszą tak nędznie wyrosłą duchem — tak przedwcześnie zestarzałą zda się że w dziecięctwie potargali już illuzyje życia — tak im obce wszystko co wielkie — co święte — żal mi jednak potępiać ich przede sobą — tak ślepo wierzę w cnoty ich dziadów, że niepodobna mi przypuścić żeby ta dziatwa skarłowaciała zerwała całkiem z swoją przeszłością…” Tak ciemno było! A przecież potem przyszło „nowych ludzi plemię”, tych z PET-u i ZET-u, z Legionów i Armii Ochotniczej 1920, tych z historii, która mieści się w naszym jubileuszu stulecia. Kolor naszych chust to zawsze przypomnienie strasznej chwili, od której trzeba się było odbić potężnym wysiłkiem, mocą odrodzonej nadziei.
Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie. Są muzealnym eksponatem — ale przede wszystkim jakimś dziedzictwem. Dziś, gdy stoimy pod Krzyżem Traugutta, myślę, że każdy powinien odważyć się ich użyć. Nie wszyscy z nas są okularnikami — a jednak każdemu przydałoby się spojrzenie przez szkła okularów Traugutta: na Polskę, na siebie, na najbliższych, nawet poza ten świat.
Sądzę, że jest właśnie tak: że jesteśmy tu, aby podnieść do naszych oczu okulary Traugutta — przyłożyć do naszych umysłów jego sposób pojmowania. I wrócić potem do naszych zwykłych zajęć, z odkryciami i korektami, które pochodzą od naszego patrona.
Czuwajmy!
sobota, 14 lipca 2012
Koniec rewolucji kulturalnej, czyli demitologizacja
Otóż ja dzisiaj, 14 lipca 2012 r., w rocznicę upadku Bastylii według historii świeckiej, a w dniu wspomnienia świętego Kamila de Lellis, wyznawcy, świętego Justusa, męczennika i świętego Fokasa, męczennika według historii kościelnej, ogłaszam koniec rewolucji kulturalnej w Kościele rzymsko-katolickim.
Bezpośrednim bodźcem do złożenia tej deklaracji programowej było przeczytanie wczoraj na New Liturgical Movement następującej informacji:
We are very happy to announce that each Monday in July Fr. Romaeus Cooney O.Carm. will celebrate the Carmelite Rite Liturgy at St. Joseph’s Church (www.the-latinmass.com), 416 3rd Street, Troy NY. There will also be a Carmelite Rite Missa Cantata on Sunday the 15th to commemorate the Feast of Our Lady of Mount Carmel. Each of these liturgies is at 12pm.
(Do informacji dołączony jest ciekawy artykuł o odrodzeniu rytu karmelitańskiego: kliknąć tutaj)
My z kolei, skromni krakowscy świeccy sympatycy Zakonu Kaznodziejskiego, także dzięki pomocy amerykańskiej (co się dzieje w tej Ameryce? kto by się tego po kraju nieokrzesanych Jankesów spodziewał?) wskrzesiliśmy dwa tygodnie temu w Polsce ryt dominikański (donosiłam już o tym w poście Uff! Udało się!!!).
Rzeczywiście tak mam, że wszystko kojarzy mi się z komuną. Na przykład niektóre działania Konferencji Episkopatu Polski przypominają w moich oczach wypisz wymaluj pociągnięcia Komitetu Centralnego PZPR u schyłku PRL-u, a aksamitne prześladowania wiernych tradycji łacińskiej (czyli zwolenników Mszy trydenckiej) przez część duchowieństwa i hierarchii, wbrew zapisom dokumentów watykańskich (o najnowszym wyczynie abp. Ziemby z Olsztyna można poczytać tutaj) — mniej lub bardziej subtelne prześladowania katolików przez komunę (zakaz procesji Bożego Ciała, brak zgód na budowę nowych kościołów, blokowanie nominacji biskupich itp.).
Jednak czy bezrozumny szał niszczenia własnego dziedzictwa i tradycji ojców, w tym wypadku w zakresie liturgii, który wybuchł w Kościele łacińskim w latach 60., można porównać do czegokolwiek innego niż chińska rewolucja kulturalna albo niszczenie zabytków buddyzmu i islamu przez talibów? Nawet jeżeli nie jest prawdą, co mi opowiadano, że dominikanie na Zachodzie po wprowadzeniu nowego mszału Pawła VI triumfalnie palili stare księgi liturgiczne jak feministki biustonosze, to naprawdę tysiące tych ksiąg, tablic ołtarzowych i szat liturgicznych — ornatów, manipularzy, humerałów itd. — wyrzucono po prostu na śmietnik. Także te stare i zabytkowe.
Mój znajomy widział na Zachodzie w prywatnym domu barek na alkohole przerobiony z zabytkowego tabernakulum kupionego od księdza, który „zmodernizował” kościół. Wypadków barbarzyńskiego rujnowania kościołów przez samych duchownych było po soborze tak wiele, że Watykan był zmuszony wydać instrukcję zakazującą niszczenia wyposażenia kościołów.
Jak powiedział mi kiedyś jeden prawosławny znajomy, w Rosji księgi liturgiczne i wyposażenie cerkwi niszczyli i palili komuniści. I on nie może zrozumieć, jak to możliwe, że w Kościele łacińskim robili to sami katolicy!
Powiedzmy sobie wreszcie szczerze — dokładnie tak samo, z równym entuzjazmem i w imię równie szczytnych idei co bojownicy postępu liturgicznego po ostatnim soborze — działali powstańcy husyccy i rewolucja protestancka. Bez trudu można znaleźć opisy, jak wyglądało wprowadzenie protestantyzmu w Wirtenberdze, Lozannie i tysiącach innych miejscowości: niszczenie ołtarzy i wyposażenia kościołów, palenie ksiąg i szat liturgicznych. Powiedzmy wreszcie wprost, że było to takie samo barbarzyństwo i tak samo nie wypływało z wiary chrześcijańskiej i Ewangelii.
(Wiem, wiem, reforma była dobra, a to były tylko wypaczenia. To też już słyszałam: „Socjalizm tak, wypaczenia nie!”).
Stawiam zatem pytanie: Czy gwałtowne ataki posoborowych reformatorów na elementy liturgii, które pojawiły się w toku historii Kościoła (podkreślenie adoracyjnego charakteru Mszy, centralne miejsce tabernakulum, łacina, sama struktura Mszy, ołtarz przyścienny itd., itp.) oraz ich postulat, by powrócić do „Mszy Kościoła pierwotnego” (tron celebransa w miejscu tabernakulum, porządek Mszy rekonstruowany na podstawie pism Justyna Męczennika, anafora Hipolita itd. — jestem świeżo po nawiedzonym wykładzie prof. Cesarego Giraudo, brrr...) nie przypomina odrzucenia Tradycji przed protestantów i zasady sola scriptura? I kolejne pytanie: a zatem, czy zwolennicy tego archeologizmu liturgicznego nie ocierają się o herezję? Czy ich stanowisko nie jest de facto odrzuceniem wiary w Tradycję?
Szczęśliwie pojawia się tu również element uspokajający: takie tendencje archeologizujące to nic nowego. Odzywają się cyklicznie w historii chrześcijaństwa, podobnie jak trendy judaizujące. A zatem, trawestując kolejne powiedzenie z czasów komuny: Przeżyliśmy już Zwingliego, przeżyjemy Bugniniego!
Powiedzmy sobie szczerze: dobro, jakie miała przynieść cała operacja rozpoczęta przez komisję abp. Bugniniego (nie chodzi przecież tylko o zmiany w mszale i w kalendarzu, lecz przede wszystkim o zrezygnowanie z dotychczasowego, opartego na czci i adoracji typu pobożności liturgicznej, usunięcie wielu nabożeństw i kultu licznych świętych, faktyczne zlikwidowanie chorału gregoriańskiego, zupełne wyeliminowanie własnego świętego języka Kościoła łacińskiego itp.) — nie pojawiło się, a przynajmniej nie w takim zakresie, jakiego reformatorzy oczekiwali.
Podobno Paweł VI, sam osobiście przywiązany do usuwanego dziedzictwa i typu pobożności, uważał, że ruch ten jest bolesny i wiąże się także dla niego z osobistą stratą, ale jest konieczny dla większego dobra, jakim jest przyciągnięcie laicyzującego się i modernizującego świata do wiary. Stawiam tezę, że czas już postawić pytanie: czy papież Paweł się w tym wypadku nie pomylił? Czy nie stało się dokładnie odwrotnie? Czy gwałtowne odebranie ludziom tradycyjnej liturgii nie spowodowało właśnie, że całe ich masy tym szybciej odwróciły się od Kościoła? Czy w Polsce nie uniknęliśmy tego nieszczęścia tylko dlatego, że opatrznościowy Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, inteligentnie opóźniał i filtrował reformy posoborowe, eliminując ich gwałtowność i najbardziej nieudane elementy? A także dlatego, że istniał wróg zewnętrzny w postaci komunistów, i trzymanie się Kościoła i tradycji było elementem walki z nim? Czy nie dostrzegamy za to tych zjawisk teraz, gdy posoborowa niepisana reguła liturgiczna „hulaj dusza, piekła nie ma” (czy też „zabrania się zabraniać”) rozprzestrzenia się jak ogień w zbożu wśród polskiego kleru?
Nie mam narzędzi, by oceniać kompleksowo (jestem historykiem i jako historyk mam prawo oceniać), ale znam osobiste świadectwo, które wskazuje na odpowiedź: „tak, to był błąd”. Moja daleka ciocia Marie-Louise P., Szwajcarka, rok urodzenia 1918, mieszkająca w Chamoson w Szwajcarii, bardzo blisko Ecône, w którym swoją oblężoną twierdzę założył abp Lefebvre (en passant: on początkowo nie był przeciwnikiem soboru, stał się nim dopiero wtedy, gdy zobaczył na własne oczy, jaki owoc reformy zainspirowane przez Vaticanum II przynoszą!), opowiadała mi, że tak to właśnie wyglądało. To znaczy burzenie i wyrzucanie, zlikwidowanie z dnia na dzień procesji, adoracji, codziennych mszy, spowiedzi usznej... W efekcie wszyscy, po prostu wszyscy w okolicy odeszli od Kościoła i wiary. Świątynie opustoszały. Ciocia widziała to na własne oczy, sama też przestała chodzić do kościoła. Była inteligentną osobą i zrozumiała, na czym polegała istota tego procesu: „Kiedy sami księża, czyli ci, którzy nauczają i prowadzą ludzi, zakwestionowali to wszystko, co Kościół do tej pory przekazywał i praktykował, ludzie doszli do wniosku, że wszystko, co mówił Kościół, to nieprawda”.
Ciocia trafiła w sedno: reforma (czy raczej: rewolucja) posoborowa naruszyła wiarygodność Kościoła jako instytucji zdolnej do przekazania nienaruszonego skarbca wiary. Ludzie, jeżeli chcieli — tak jak moja ciocia — i na ile chcieli, szukali od tej pory Pana Boga i Jezusa na własną rękę, starali się żyć zgodnie z Jego nauką, ale przestali wierzyć, że Kościół jest tą instytucją, która to nauczanie jest w stanie zachować i przekazać (tradere) w nienaruszonym kształcie. Ciocia mówiła, że jedynymi księżmi, którzy nadal wyglądali i działali jak księża, byli lefebryści z Ecône. I te nieliczne jednostki, które postanowiły zostać przy wierze, zjeżdżały do Ecône nawet z bardzo dalekich odległości.
I gdy jako młoda działaczka kościelna, wychowywana w jedynie słusznej ideologii, najeżdżałam na Lefebvre’a jako heretyka i niekatolika, moja zdezeklezjowana ciocia nie pozwalała mi na niego złego słowa powiedzieć.
Na koniec przydługiego tekstu obiecana demitologizacja. Przestańmy wreszcie błędnie mówić, że to były reformy soborowe. Guzik prawda. To nie były reformy soborowe, to była rewolucja posoborowa — i to używając wyrazu „posoborowa” wyłącznie w znaczeniu określenia czasowego. Reforma zmienia kształt czegoś, aby było żywotniejsze i przynosiło lepszy owoc; jest to coś jak profesjonalne przycinanie krzewów owocowych. Rewolucja burzy i niszczy, i pozostawia po sobie pustynię (o tej pustyni mówił o. Łukasz Miśko OP w kazaniu na naszej Mszy śpiewanej w rycie dominikańskim; tekst kazania tutaj).
Rewolucja ta z nauczaniem Soboru miała tyle wspólnego, ile kanciarze z Kantem (trawestując kolejne powiedzenie z czasów PRL-u). Proszę sobie przeczytać Konstytucję o liturgii świętej Sacrosanctum concilium Soboru Watykańskiego II. Jest tam mowa o konieczności zachowania i pielęgnowania czcigodnych starych obrządków, tradycji, łaciny, chorału... (Zresztą, przy okazji, o komunii pod dwiema postaciami też jest mowa — to jest ten jedyny punkt, w którym księża posoborowi stają się nagle en masse zaciekłymi trydentami ;-P). Nie ma tu już miejsca na omawianie tego pięknego dokumentu, który jest równie martwy, czysty i nieużywany jak PRL-owska Konstytucja 1952 r., ale warto go przeczytać i zobaczyć, jak odległy jest jego język i idee od tego, co wyprawiają „w imię soboru” bojownicy liturgicznego postępu.
Nawiasem mówiąc, czy obserwowana w ostatnich dziesięcioleciach liturgiczna „gorączka nowości” i ciągłe powoływanie się na „postęp” i „naukę” nie zalatuje wam jeszcze innym dobrze znanym zapaszkiem? Ogłaszam konkurs, w którym nagrodą będzie czekolada lub dobre piwo, do wyboru! Oto pytania:
1. Co to za dobrze znany zapaszek oraz kto i gdzie mówił o popadaniu w błędy wskutek „gorączki nowości” i pod pozorem „nauki” i „postępu”?
2. Ciągłe reformowanie wszystkiego i stawianie samej konieczności reformy jako wystarczającej przyczyny reformowania to cecha jakiego szkodliwego prądu antykościelnego wg Historii Kościoła ks. B. Kumora?
Odpowiedzi proszę przesyłać do mnie mailem, a nie wpisywać do komentarzy, aby nie odbierać zabawy innym! Wyniki i prawidłowe odpowiedzi podam po rozstrzygnięciu konkursu.
czwartek, 3 maja 2012
Jak żeś się najął za psa, to szczekaj jak on
Pochodząc z prawniczej rodziny, mam równie ciasny, prawniczy umysł tudzież klapki na oczach, i uważam, że przepisów i zasad należy przestrzegać (poza przewidzianym przez Kościół i św. Tomasza wyjątkiem praw tyrańskich, sprzecznych z prawem Bożym; wtedy obowiązuje to ostatnie jako wyższe niż ludzkie). Tym bardziej przepisów powinni przestrzegać ci, którzy je stanowią i wymagają ich przestrzegania od innych.
Dlatego kiedy widzę newsa podrzuconego przez niezawodną Kronikę Novus Ordo:

scyzoryk otwiera mi się w kieszeni. Obrazek jest opatrzony odredakcyjnym komentarzem:
Darmowy wstęp za 25 zł
Czyli filharmonia „u Dominikanów”
Przypomnijmy, że instrukcje Stolicy Świętej zabraniają pobierania opłat za wstęp na koncerty organizowane w świątyniach katolickich.
Na stronie KNO na Facebooku są też komentarze internautów, z których najbardziej podobał mi się następujący: „A co się dziwicie. To na biednych dominikanów. Większości z nich nawet na habit nie stać”.
Tu dygresja. Wiele osób krytykuje KNO za szyderczość, wyzłośliwianie się, brak wyrozumiałości dla błędów ludzkich, brak miłości chrześcijańskiej. Zgadzam się w teorii. W praktyce niestety ciągle okazuje się, że publiczne ujawnianie i krytykowanie łamania przepisów kościelnych i liturgicznych, i to z nazwami kościołów i nazwiskami księży, jest w obecnym Kościele polskim jedyną skuteczną metodą walki o zachowywanie ww. przepisów, dostępną szeregowym wiernym. Jacy duchowni, tacy świeccy.
A teraz kilka cytatów ze wspomnianej instrukcji. Naprawdę uważam, że nie jest w porządku, że księża (w tym zajmujący się liturgią i organizowaniem koncertów) dowiadują się ze szlachetnym zdziwieniem o jej istnieniu ode mnie. A zdarza się to dość regularnie. Czy wyobrażacie sobie adwokata, który dowiaduje się od swojego klienta o brzmieniu przepisów, nauczyciela, którego uczniowie uczą jego przedmiotu, albo lekarza, który pyta pacjenta o metody leczenia? Owszem, czasami się to zdarza, ale wszyscy dobrze wiemy, co mówimy o takim adwokacie, nauczycielu, lekarzu.
O koncertach w kościołach — instrukcja Kongregacji Kultu Bożego
(można kliknąć, całość dostępna w Internecie za darmo dla każdego)
Rzym, 5 listopada 1987
5. Zgodnie z tradycją, którą ukazuje ryt poświęcenia kościoła i ołtarza, świątynie są przede wszystkim miejscem, w którym gromadzi się lud Boży. Lud Boży, „zgromadzony w jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego, jest Kościołem, świątynią Boga zbudowaną z żywych kamieni, gdzie w duchu i prawdzie wielbi się Ojca. Już w najdawniejszych czasach pojęciem kościół został objęty również budynek, w którym wspólnota chrześcijańska gromadziła się, by słuchać słowa Bożego, razem się modlić, przyjmować sakramenty, sprawować Eucharystię” i wielbić ją tam jako trwający nieustannie sakrament.
Tak więc kościołów nie można uważać za zwyczajne miejsce „publiczne”, mogące służyć wszelkiego rodzaju zgromadzeniom. Są to miejsca święte, przeznaczone wyłącznie i na stałe, od momentu ich konsekracji lub poświęcenia, do sprawowania kultu Bożego. [...]
Jednakże dzieje się tak tylko wtedy, gdy kościoły zachowują swoją tożsamość. Wykorzystanie kościołów do celów niezgodnych z ich przeznaczeniem zagraża właściwej im funkcji znaku chrześcijańskiej tajemnicy, wyrządzając mniej lub bardziej poważną szkodę pedagogii wiary i wrażliwości ludu Bożego. Jak bowiem mówi Pan: „Mój dom będzie domem modlitwy” (Łk 19,46). [...]
8. Użytkowanie kościołów reguluje kanon 1210 Kodeksu Prawa Kanonicznego: „W miejscu świętym dopuszcza się tylko to, co służy sprawowaniu i szerzeniu kultu, pobożności i religii, a zabrania się tego, co jest obce świętości miejsca”.
Zasada, że kościół może być wykorzystywany do celów, które nie sprzeciwiają się świętości miejsca, stanowi kryterium pozwalające otwierać podwoje kościoła przed koncertami muzyki sakralnej lub religijnej bądź je zamykać przed muzyką innego rodzaju. Wszak najpiękniejsza nawet muzyka symfoniczna sama w sobie nie jest muzyką religijną. Takie określenie musi wyraźnie wynikać z pierwotnego przeznaczenia utworów muzycznych lub pieśni, a także z ich treści. Jest niezgodne z prawem wykonywanie w kościele muzyki, która nie zrodziła się z inspiracji religijnej i została skomponowana z myślą o określonych środowiskach świeckich, niezależnie od tego, czy jest to muzyka dawna, czy współczesna, czy stanowi dzieło reprezentujące najwyższy poziom, czy też posiada charakter sztuki ludowej. [...]
10. Zezwolenie per modum actus na zorganizowanie koncertu w budynku kościoła wydawane jest przez ordynariusza. Może ono dotyczyć jednego koncertu. Wyklucza się możliwość objęcia jednym zezwoleniem większej ilości imprez, wchodzących na przykład w skład festiwalu czy też cyklu koncertów. [...]
c) wstęp do kościoła winien być wolny i bezpłatny;
d) strój i zachowanie zarówno wykonawców, jak i widzów, winny odpowiadać sakralnemu charakterowi kościoła;
e) muzycy i śpiewacy nie powinni występować w prezbiterium. Najwyższym szacunkiem należy otaczać ołtarz, krzesło celebransa i ambonę. [...]
A zatem, pomijając opłatę 25 zł (cóż to jest w porównaniu z 200 zł za koncert Garbarka u poznańskich dominikanów kilka miesięcy temu, info tutaj), jaki to sakralny koncert odbędzie się 9 maja u krakowskich dominikanów, w bazylice Świętej Trójcy? W opisie na stronie Filharmonii Krakowskiej, organizatora, czytamy, że jest to projekt „In feminea” [Na rzecz kobiecości — dopisek mój]: „Przez stulecia szanse na twórcze życie kobiet były mocno ograniczone, zarówno przez obowiązki rodzinne, jak i obyczajowe realia Europy. Utalentowanej damie, zazwyczaj niezamężnej, do artystycznej działalności niezbędna była też determinacja oraz finansowa i społeczna niezależność. Sytuacja ta powoli zaczęła zmieniać się w XIX w., ale i tak twórczość kompozytorska kobiet była długo lekceważona. Do niedawna niewiele znaliśmy utworów przez nie stworzonych. Jednak ostatnio świat muzyczny zdaje się wypełniać tę lukę, odkrywając i z coraz większym powodzeniem wykonując ten repertuar” itd., itp. Będą zatem wykonywane m.in. „motety religijne do intymnych, namiętnych tekstów” napisane przez niejaką Izabellę Leonardę, zakonnicę.
Fakt, coś wspólnego z religią to ma ;> Nie można powiedzieć, żeby Instrukcja Kongregacji była CAŁKIEM łamana.
Problem jest bardzo poważny; nie chodzi tylko o drobne 25 zeta czy paradowanie po ulicy w T-shircie i bojówkach (krakowscy dominikanie i księża z UPJPII mają faktycznie strasznego pecha — Kraków to grajdołek i dowolny przechodzień na ul. Stolarskiej, Grodzkiej, Franciszkańskiej czy Kanoniczej natychmiast rozpoznaje każdego po facjacie). Jego istotą jest fakt, że wielu księży wybiera sobie na własną rękę przepisy kościelne, które ich zdaniem ich nie obowiązują, i mówią to głośno wszem i wobec. A jeśli nie mówią, to czynią.
Dotyczy to w pierwszym rzędzie stroju duchownego (kanon 284 kpk co prawda oddaje decyzję o formie stroju Episkopatom lokalnym i zaleca uwzględniać miejscowe zwyczaje, ale przyjmijmy, że nie obejmują one T-shirta i bojówek) oraz przepisów liturgicznych — łamanych powszechnie i na potęgę. Słyszałam nawet księży twierdzących, iż przestrzeganie przepisów kościelnych jest faryzeizmem (dla mniej biegłych w polszczyźnie: prawdziwe znaczenie słowa „faryzeizm” według Słownika wyrazów obcych PWN to: fałszywa pobożność, obłuda, hipokryzja), a ich nieprzestrzeganie — dowodem głębszej duchowości.
Rozumiem, że przepisy mogą się zestarzeć, mogą być nieżyciowe itd. — ale w takim razie należy apelować o ich zmianę. Nie można natomiast przeciwstawiać litery duchowi i mówić, że coś jest w porządku „duchowo”, mimo że łamie przepisy kościelne, bo to tylko „litera”. Kto ustanowił tę nieważną „literę”, którą można łamać? Czyż nie Kościół? Stolica Apostolska, biskupi lub powołane przez nich ciała, dla jakichś celów, zgodnie z procedurami.
Polscy duchowni ochoczo krytykują i napominają świeckich, że zachowują się w Kościele jak w hipermarkecie i wybierają na własną rękę przykazania i przepisy, które stosują, a inne odrzucają. W tzw. mediach katolickich nazywają to „pobożnością supermarketową”. A sami robią dokładnie to samo.
Uważam, że to właśnie jest jeden z najpoważniejszych obecnych problemów polskiego Kościoła. To właśnie powoduje, że świeccy przestają słuchać Kościoła i odchodzą od niego. Czemu bowiem mieliby być wierni nauczaniu Kościoła, skoro ich pasterze dają im przykład niewierności? „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią”.
Jeśli ktoś nie jest wierny w małych rzeczach, jak może być postawiony nad wieloma?
sobota, 31 marca 2012
Nie matura, lecz chęć szczera
Analogia nie jest do końca trafna, niemniej jednak powiedzenie to przypomina mi się regularnie, toutes proportions gardées, gdy stykam się z przypadkami „promocji liturgicznej” osób świeckich — inicjowanymi zresztą przez duchowieństwo. Ostatnio wczoraj, kiedy podczas Drogi Krzyżowej odprawianej przed relikwiami Krzyża Świętego musiałam wysłuchać rozważań przygotowanych przez młode małżeństwo, którego jedynym tytułem do tej liturgicznej zasługi było chyba posiadanie gromadki dzieci w wieku przedszkolnym, baraszkującej wokół mikrofonu. W tym czasie w kościele obecny był wyświęcony prezbiter (celebrans) oraz kilku braci zakonnych — kleryków mających wykształcenie teologiczne i filozoficzne oraz posługi lektoratu i akolitatu, ale podczas nabożeństwa zatrudnionych jedynie do śpiewania „Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste” i „Któryś za nas cierpiał rany”, co akurat mógłby równie dobrze robić każdy śpiewak świecki.
Wiem, wiem, Kościół promuje małżeńską drogę świętości i actuosa participatio świeckich, a Droga Krzyżowa jest nabożeństwem paraliturgicznym, więc nie dotyczy go wprost zakaz głoszenia przez świeckich podczas Mszy i tak dalej. Ale moim zdaniem wszystko to nadal nie uzasadnia oddawania przez duchowieństwo przysługującego mu na mocy święceń zaszczytnego ciężaru głoszenia słowa (nauczania wiary w imieniu Kościoła) osobom ani do tego nie przygotowanym, ani nie powołanym przez Kościół.
Najpierw kwestia przygotowania. Obserwując rzeczywistość kościelną, odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu duchownych i świeckich pieczątką pozwalającą na pełnienie różnorodnych, często wymagających posług w Kościele jest — w ramach głupio rozumianej promocji laikatu — samo bycie świeckim. W swoim życiu nasłuchałam się takiej ilości naiwnych, płytkich, tanio emocjonalnych i banalnych, a często błędnych teologicznie oraz szkodliwych duchowo i psychologicznie rozważań, nauk, komentarzy i pogadanek, fałszywie wyryczanych psalmów i niezrozumiale wybełkotanych czytań mszalnych, że czuję się zwolniona z jakichkolwiek zobowiązań savoir-vivre’u i jeśli dostaję się pod ostrzał barbarzyńców (muzycznych, literackich, teologicznych), po prostu zatykam uszy. Nie mam bowiem, jak ojciec Joachim Badeni, aparaciku słuchowego, który mogłabym dyskretnie wyłączyć. To wszystko dzieje się w kraju, gdzie zapewne przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy świeckich ma wykształcenie teologiczne na poziomie państwowego magisterium, a coraz więcej osób zdobywa licencjat kościelny lub tytuł doktora nauk teologicznych.
Jednak problem nie ogranicza się do przygotowania merytorycznego. Trzeba być jeszcze właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Stąd kwestia druga — uprawnienie do pełnienia posług liturgicznych. To, co w prawie rzymskim nosiło nazwę imperium, a w pragmatyce Kościoła katolickiego — władzy święceń.
Ja na przykład wykształcenie teologiczne mam, i to wyższe niż cały obecny na wspomnianym nabożeństwie kler. Ale nie śmiałabym głosić jakichkolwiek rozważań w ich obecności i podczas nabożeństwa. Gdyby ktoś mi to zaproponował — odmówiłabym. Uważam, że posługa słowa, sacra praedicatio, jest zastrzeżona wyświęconym kapłanom, a faktycznie biskupom; prezbiterzy mają w niej jedynie udział.
Rozważania głoszone przez księdza wcale nie muszą być mądrzejsze i bardziej odkrywcze niż głoszone przez świeckiego, ale zawsze będą nad nimi przeważać pod względem działania łaski Bożej związanej z sakramentem święceń. Jeżeli chcemy się trzymać ortodoksyjnej nauki katolickiej o łaskach związanych z poszczególnymi sakramentami, to nie możemy o tym zapomnieć. Przez najgłupszego i najbardziej niestosownie zachowującego się księdza na słuchających go wiernych Bóg działa w sposób, który nie jest dostępny nawet najmądrzejszym i najświętszym świeckim. I nie chcę, aby ktoś mnie tej łaski pozbawiał. Mam w głębokim poważaniu kazuistyczne udowadnianie, że litera prawa nie została złamana, bo przecież to nie była Msza, bo nie mówili z ambony, tylko do mikrofonu scholi. To dla mnie za mało.
Żyjemy w czasach niesłychanego zamętu, typowego dla okresów przypadających po wojnach i rewolucjach. Tradycyjny porządek wyznaczający role poszczególnych członków społeczeństwa, zasady dyktujące, czym się kto zajmuje i co komu przystoi, upadł i nikt już nie wie, co mu wypada i jakie ma prawa i obowiązki. Co więcej, niektórzy samo istnienie takiego porządku uważają za ograniczenie, zagrożenie ich wolności. A nieposiadanie prerogatyw przynależnych innym osobom za równoznaczne poniżaniu.
Zjawisko to ujawnia się także w Kościele i jego liturgii. Żyjemy zatem w czasach, gdy księża uważają się za ekspertów od seksu (nie etyki seksualnej, tylko seksu) i prokreacji, nie chcą nosić stroju kapłańskiego, entuzjazmują się sukcesami w prowadzeniu biznesu, chodzą na wulgarne i erotyczne filmy, i generalnie pasjonują się wszystkim, co przynależy do tzw. „świata”, zamiast tym, czym powinni się zajmować z tytułu święceń (co to jest, przypomniał papież Benedykt XVI w katedrze warszawskiej). Za to świeccy (na przykład ja) świetnie się znają na byciu księdzem i odczuwają kompulsywną potrzebę pouczania i reformowania duchowieństwa. Nikt nie chce być sobą, każdy woli być kimś innym, niż faktycznie jest. Jest to rodzaj zbiorowej ucieczki od własnej tożsamości, wywołanej na najgłębszym poziomie — jak się zdaje — powszechną chorobą naszych czasów: zaniżonym poczuciem własnej wartości. I to po obu stronach balasków.
Tymczasem ważnie wyświęcony ksiądz to prawdziwy alter Christus, który podczas sprawowania Mszy Świętej staje się Chrystusem ofiarowującym siebie na krzyżu dla zbawienia świata. Jego dłonie zachowują niezatarte znamię świętych olejów, którymi zostały namaszczone w chwili święceń. Mogę z moimi znajomymi księżmi odwiedzać kawiarnie, chodzić na romantyczne spacery, wymieniać śmieszne obrazki z Internetu i oglądać filmy, ale gdy przychodzi do sprawowania Liturgii, stajemy się dwiema nieskończenie od siebie odległymi planetami. Ten dobrze znany mi człowiek ponawia ofiarę Chrystusa, unicestwia grzechy, sprowadza zbawienie i zamyka szatana w piekle.
Z kolei moje miejsce jako wiernego świeckiego i jako kobiety jest na krzesełku w nawie, a nie na ambonie. Dotyczy to nie tylko głoszenia jakichkolwiek nauk, lecz także czytania czytań i śpiewania psalmów. Proklamacja Słowa Bożego — czym innym jak nie Słowem Bożym są pierwsze i drugie czytanie oraz psalm responsoryjny — należy do wyświęconego kapłana lub członka asysty liturgicznej, powołanego do tej posługi przez Kościół (bardzo źle się stało, że podczas wielkiej liturgicznej rewolucji posoborowej zlikwidowano święcenia niższe). Nie narusza to w niczym mojej godności kobiety i teologa — mam mnóstwo innych pól, na których mogę głosić Ewangelię i świadczyć o Chrystusie. Świeccy, gdy chcą i potrafią, odgrywają w Kościele rzeczywistą i przełomową rolę, nie udając wcale kwiatka przy liturgicznym kożuchu. Wystarczy wspomnieć nazwiska Stefana Swieżawskiego, Marii Okońskiej, a w ostatnich latach Pawła Milcarka.
Liturgia jest perychorezą i, jak każdy taniec, wymaga od swoich uczestników, aby odgrywali te role, które są im przypisane. Prezbiterium jest dla prezbiterów, a nawa dla świeckich. Kapłaństwo powszechne wiernych świeckich i kapłaństwo służebne wyświęconych szafarzy różnią się nie pod względem stopnia, a jakości. Nasze role są inne i komplementarne. Nie jest to ani dla nich, ani dla nas ani obraźliwe, ani ograniczające.
środa, 9 listopada 2011
Czy księża są przyczyną sekularyzacji i co z tego wynika?
I. O gwałtownej sekularyzacji krajów Europy Zachodniej, w wyniku której stały się one w ostatnich kilkudziesięciu latach krajami postchrześcijańskimi, mówi się, że w dużym stopniu przyczynili się do niej księża, którzy wskutek niewłaściwej recepcji dokumentów Soboru Watykańskiego II i reformy liturgicznej początku lat 70. przestali wykonywać tradycyjne praktyki pobożne (takie jak adoracja Najświętszego Sakramentu, spowiedź indywidualna, procesje, częsta Eucharystia itp.) i przekonali wiernych świeckich, że są one przeżytkiem.
Często stawiana jest teza, że podobna jak wcześniej na Zachodzie sekularyzacja następuje w Polsce. Wydaje się, że ostatnio to zjawisko przyspiesza, a 10% głosów dla agresywnie antyklerykalnego ugrupowania Ruchu Palikota w ostatnich wyborach parlamentarnych jest jego czytelnym symbolem.
Dyżurnym powodem sekularyzacji, wymienianym przez media katolickie, jest konsumpcjonizm Polaków. Z kolei media antykatolickie chętnie powołują się na winy hierarchii kościelnej — upolitycznienie, reakcję na katastrofę smoleńską, ustanawianie nieformalnych, wywindowanych cen minimalnych za sprawowanie sakramentów i pogrzebów, skandale majątkowe związane z odzyskiwaniem majątków zabranych przez komunistów i Funduszem Kościelnym, tuszowanie wypadków pedofilii wśród księży itp. Do tych spraw, wałkowanych z upodobaniem przez media, nie będę się odnosić. Interesuje mnie raczej kwestia zaniku pobożności i ewentualnego wpływu księży na sekularyzację wiernych świeckich.
Słyszałam wielokrotnie, że księża krytykowali i wyśmiewali ludzi świeckich (głównie kobiety, oczywiście) spędzających wiele czasu na modlitwie w kościele — i robili to nawet na kazaniach. W twierdzeniu, że kobiety powinny zajmować się w domu mężem, a nie spędzać czas na modlitwach w kościele, lubował się na przykład ojciec Joachim Badeni, mocno lansowany kaznodzieja dominikański. Zetknęłam się też z wypadkami, kiedy księża odmówili zorganizowania nabożeństwa na prośbę wiernych świeckich, choć istniały możliwości lokalowe i personalne — nieszporów niedzielnych, wystawienia Najświętszego Sakramentu czy nabożeństw ku czci świętych w dniu ich wspomnienia liturgicznego, nawet jeśli ich relikwie przechowywane były w danym kościele (sic!).
Znajomi zakonnicy mówią mi, że nie będą chodzić w habicie po ulicy, bo nie mają ochoty się spotkać z jakimiś negatywnymi reakcjami. „Kto się do mnie nie przyzna przed ludźmi...” A dawniej ludzie szli na śmierć czy tortury dla krzyża czy habitu! I jeszcze dziś idą na przykład w Pakistanie, jak Asia Bibi (trzeba podpisywać, to pilne: http://www.gpch.pl/index.php/akcje/48-akcje-wsparcia/575-pomoz-uwolnic-asie-bibi) czy Ayman Nabil Labib (http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/17-latek_zamordowany_za_krzyz_na_reku__16556).
Przekonana była zatem, że tak samo jak wcześniej na Zachodzie, przyczyną obecnej sekularyzacji w Polsce w dużej mierze są księża. Zarówno pod względem utraty pobożności, jak i pod względem komercjalizacji i przyjmowania konsumpcyjnego stylu życia. Podobne opinie wyrażało również kilku moich znajomych księży.
II. Jednakże po przemyśleniu sprawy zmieniłam zdanie. Obecnie sądzę, że księża nie są przyczyną sekularyzacji; są taką samą jej ofiarą jak świeccy — a jedyna różnica jest taka, że w ich wypadku konsekwencje są znacznie bardziej szkodliwe, gdyż pociągają za sobą wiernych świeckich. Oczywiście owce idą za pasterzem, to niewątpliwe. Jednak przyczyny obecnej sekularyzacji społeczności katolickiej w Polsce leżą głębiej i wszystkie mają charakter duchowy. Widzę trzy główne takie przyczyny: brak miłości; brak Ducha Świętego; brak myślenia o śmierci i życiu wiecznym, powodujący w efekcie koncentrację na doczesności i upodobnienie się Kościoła do ideologii socjalistycznych (doczesnego zbawienia).
1. Pierwszym powodem jest brak miłości — dającej motywację, siłę i odwagę do wszelkiego działania. Tekst świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, który jest czytany w Godzinie Czytań z jej wspomnienia 1 października, to locus classicus: „Jedynie miłość porusza członki Kościoła i gdyby ona wygasła, apostołowie nie głosiliby już Ewangelii, męczennicy nie przelewaliby już krwi”.
2. Kolejnym powodem jest moim zdaniem brak należytego „miejsca” Ducha Świętego w duchowości Kościoła zachodniego, łacińskiego. Kładzie on większy nacisk na organizację, przepisy, hierarchiczność, prawo, natomiast działanie Ducha Świętego jest w nim troszkę na dalszym planie. Właśnie z powodu tego różnego zabarwienia duchowego Kościołów wschodniego i zachodniego mówi się o nich czasami w teologii jako o Kościele „Janowym” (gdzie św. Jan Apostoł jest symbolem działania charyzmatycznego i głębokiej kontemplacji) i „Piotrowym”, o ścisłej organizacji i widocznej hierarchiczności. Jest to oczywiście pewne uproszczenie, ale wskazuje na pewien istotny moment.
Prawosławny patriarcha Antiochii Ignacy (Hazim) z Lattaki mówił kilkadziesiąt lat temu o Duchu Świętym w bardzo podobny sposób, jak święta Teresa od Dzieciątka Jezus o miłości: „Bez niego Bóg jest daleko, Chrystus należy do przeszłości, Ewangelia jest martwą literą, Kościół — zwyczajną organizacją, władza — dominacją, misja — propagandą, kult — wspomnieniem, a postępowanie chrześcijańskie — niewolniczą moralnością. Ale w Nim, poprzez nieodłączone ludzkie współdziałanie, świat dźwiga się i jęczy w bólach porodu Królestwa, człowiek zmaga się przeciwko «ciału», Chrystus zmartwychwstały jest tuż obok, Ewangelia jest mocą kształtującą życie, Kościół — znakiem wspólnoty trynitarnej, władza — wyzwalającą służbą, misja — Pięćdziesiątnicą, liturgia — uobecniającą anamnezą i antycypacją, działanie ludzkie doznaje łaski przebóstwienia. Duch Święty sprawia, że nadchodzi Paruzja w sakramentalnej i pełnej mistycznego realizmu epiklezie, powoduje do istnienia, mówi przez proroków, włącza wszystko w dialog, sam będąc «rozlany w sercach» tworzy wspólnotę, pociąga ku powtórnemu przyjściu. On jest «Panem i dawcą życia»”.
Wypowiedź arcybiskupa Ignacego wskazuje moim zdaniem na główną przyczynę kryzysu, obumierania duchowego zachodniego i polskiego katolicyzmu. Gdy nie ma Ducha — liturgia zamienia się w formalną sztampę, która tak mocno odcisnęła się na liturgii przedsoborowej (ten formalizm za przyczynę kryzysu liturgicznego uważa m.in. liturgista Cesare Giraudo, wspomina o nim także papież Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia). Duch jest Ogniem i daje życie — bez niego wszystko jest zimne i martwe. I taki jest też obecny Kościół, mimo całej radosnej posoborowej „inwencji twórczej” (więcej na ten temat pisze ojciec Mauro Gagliardi, konsultor Urzędu ds. Papieskich Celebracji Liturgicznych w tekście „Przestrzeganie norm liturgicznych a ars celebrandi”, dostępnym po polsku na stronie Nowego Ruchu Liturgicznego).
Słowa, symbole tracą sens. Usiłujemy przypodobać się światu. Nie mamy odwagi, by być znakiem sprzeciwu. Ksiądz Andrzej Draguła zwrócił uwagę, że orzeczenie trybunału w Strasburgu, że krzyż może wisieć w szkole, bo jest „symbolem biernym”, jest miażdżące dla chrześcijaństwa. Krzyż ma być symbolem aktywnym, ma drażnić, ma być głupstwem dla pogan i zgorszeniem dla żydów, a nie dekoracją, której nikt nie zauważa. Ale to większość z nas, katolików, tak się zachowuje, że krzyż jest często tak postrzegany. Podobnie nierozumny (jak obecnie łagodnie tłumaczony jest w obecnych tłumaczeniach liturgicznych wyraz stultus) komentarz „broniący” krzyża przez rozmywanie jego znaczenia wygłosił niedawno na ten temat na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego abp Gianfranco Ravasi.
Jesteśmy letni i jeśli się nie nawrócimy, grozi nam to, co Kościołowi w Laodycei: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”. Pragnienie zawarcia rozejmu z „tym światem” przez nienarażanie się mu przyniesie bowiem odwrotne skutki. Jak niedawno zauważył trafnie Paweł Lisicki w komentarzu pt. „Korzenie polityki antyklerykalnej”, opublikowanym w „Rzeczpospolitej”: „Im Kościół bardziej upodabnia się do świata, im bardziej rezygnuje z tego wszystkiego, co go wyróżniało — osobnego języka, liturgii, obyczajów — tym bardziej musi podlegać tym samym prawom co wszystkie inne instytucje. Dawne przywileje muszą zniknąć. Ba, im szybciej Kościół przystosowuje się do świata, tym większy jest napór, żeby ta różnica między sacrum a profanum całkiem znikła. I tym większa popularność nowych antyklerykalnych ruchów”.
3. Ostatni problem to brak myślenia o śmierci i życiu wiecznym. Czytelnym dla każdego przykładem tego trendu jest zastąpienie wypowiadanych przy sypaniu popiołem w środę popielcową słów „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” słowami „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Wyparcie zaś świadomości rychłej i nieuchronnej śmierci powoduje koncentrację na doczesności i, w efekcie, upodobnienie się Kościoła do ideologii socjalistycznych (doczesnego zbawienia).
W dawnych czasach śmierć była stale obecna. Myślało i mówiło się o niej ciągle, a istotnym elementem duchowości były „podręczniki dobrej śmierci” zawierające odpowiednie modlitwy, sposoby przygotowania się do pobożnego umierania, a nawet ćwiczenie go „na sucho”. Było to oczywiście wywołane kruchością ziemskiej egzystencji w czasach, gdy toczyły się ciągłe wojny, a medycyna była w powijakach. Obecnie jednak przesadza się w drugą stronę. W Kościele pojawiła się koncentracja na doczesności; jest ona widoczna nie tylko w komercjalizacji i konsumpcjonizmie tak świeckich, jak i duchownych, lecz także w tekstach dokumentów kościelnych i liturgicznych.
Dobrym przykładem zupełnego odwrócenia perspektyw współczesnej mentalności katolickiej w porównaniu z ewangelicznym (i w ogóle nowotestamentalnym) nauczaniem na temat stosunku doczesnego i przyszłego świata jest 39 numer Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II: „Słyszymy WPRAWDZIE, że na nic człowiekowi się nie przyda, jeśli cały świat zyska, a siebie samego zatraci. Oczekiwanie JEDNAK nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz ma raczej pobudzać zapobiegliwość, by uprawiać tę ziemię, na której wzrasta owo ciało nowej rodziny ludzkiej”. (przy okazji, cóż za socjalistyczne wyrażenie; potem zaś jest o postępie). Symbolem obecności tego nowatorskiego trendu językowo-teologicznego w liturgii jest dla mnie oracja jutrzni z poniedziałku IV tygodnia: „Ty powierzyłeś ludziom ziemię, aby własną pracą ją przekształcali, oddałeś także na ich usługi energię słońca, spraw, abyśmy dzisiaj pilnie pracowali...”. Podobnym duchem tchnie zresztą niedawno dodana V modlitwa eucharystyczna.
III. Nie zamierzam zakończyć na narzekaniu. Zadajmy pytanie, co możemy w tej sytuacji zrobić? Czy ja mam, czy ty masz na nią realny wpływ? Uważam, że tak. Każdy powinien działać, a nie oglądać się na innych. Jak powiedziała Matka Teresa z Kalkuty, „zło w Kościele to ja i pan”. Po ostatnich wyborach parlamentarnych moi krakowscy świeccy znajomi rozpoczęli na Facebooku akcję modlitwy różańcowej za Polskę. Niektórzy być może uznają to za śmieszne, ale ja tak nie sądzę. To ludzie, którzy do tej pory takich rzeczy nie robili. Nic wspólnego z moherem. I teraz mieli głębokie przekonanie, że tak trzeba. Moje natomiast propozycje są takie:
1. Trzeba modlić się o Ducha i do Ducha, żeby pojawiła się mądra, Boża miłość — nie emocje, które zanikają i mogą prowadzić do groźnych skutków, lecz miłość ogrzewająca ludzi zgodnie z Pawłowym „przygarniajcie siebie nawzajem”, uświęcająca, ciągnąca w górę, zapalająca gorliwość, dająca odwagę wychylania się i ryzykowania, zarażająca innych.
2. Trzeba czytać na temat Ducha Świętego. Można sięgnąć choćby do 3-tomowego dzieła o Duchu Świętym dominikanina Yves’a Congara „Wierzę w Ducha Świętego”, które powstało pod wpływem znajomości z Włodzimierzem Łosskim, wybitnym teologiem prawosławnym, autorem świetnej książki „Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego”.
3. Trzeba często modlić się o nawrócenie siebie samego i innych, a także pościć za grzeszników i upadających — w tym otwartych wrogów Boga i chrześcijaństwa, jak Janusz Palikot, Roman Kotliński, Nergal i ich zwolennicy; księży, którzy porzucili lub planują porzucić kapłaństwo, szczególnie znajomych, itd. Szczególnie trzeba się modlić o nawrócenie ludzi aktywnie walczących o swobodną aborcję.
4. Trzeba prosić o przebłaganie dla nas, katolików, za winę zgorszenia, które spowodowaliśmy, i o ratunek Boży dla ludzi, którzy zostali wrogami Kościoła w wyniku zranienia i skrzywdzenia przez ludzi Kościoła. Wielu spośród najgorętszych wrogów Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa w Polsce zostało nimi wskutek krzywd doznanych od ludzi Kościoła lub rozczarowania sprzecznością ich czynów z głoszoną nauką; o dużej skali tego zjawiska mówią mi znajomi duszpasterze. Jest to klasyczny grzech zgorszenia — spowodowanie swoim postępowaniem, że inny człowiek stał się gorszy.
5. Trzeba przywrócić mówienie o rzeczach ostatecznych człowieka, o śmierci i sądzie Bożym. O tym, że prawdziwe życie i szczęście czeka nas po drugiej stronie, ale wąska jest droga i ciasna brama, i wielu jest powołanych, a mało wybranych. Od ostatniego soboru Kościół niechętnie o tym mówi. Nie jest cool i nowocześnie mówić ludziom o grzechu i piekle, o odpłacie za swoje czyny, lepiej w kółko miło gawędzić o miłosierdziu Bożym. Take it easy i pełen luz. A tymczasem Bóg jest także sędzią sprawiedliwym, a na końcu czeka każdego z nas Sąd — i o tym też należy pamiętać. O niewłaściwym milczeniu pasterzy, jego przyczynach i skutkach mówili między innymi święty Augustyn i święty Grzegorz Wielki, a teksty te (dostępne w brewiarzu, w Godzinie Czytań z piątku XXIV tygodnia i soboty XXVII tygodnia) są niestety boleśnie aktualne.
„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Wielką rolę do odegrania mają tu zakonnicy — zgodnie z nauczaniem Kościoła to oni są przecież powołani, aby swoją rezygnacją z wielu rzeczy doczesnych świadczyć przed ludźmi, że prawdziwa ojczyzna jest w niebie (por. choćby adhortację apostolską papieża Jana Pawła II Vita consecrata nr 26). Mają zatem zarówno najszersze możliwości, jak i największą odpowiedzialność, by przerwać trend dorabiania się i urządzania na tym świecie, który rozpowszechnił się w polskim Kościele.
Mocną świadomość realności i bliskości przyszłego, pełnego i szczęśliwego życia w obecności Bożej ma drugi generał dominikanów, błogosławiony Jordan z Saksonii, bezpośredni następca świętego Dominika, gdy pisze swojej przyjaciółce, błogosławionej Dianie Andalo, przeoryszy mniszek w Bolonii, żeby tak bardzo nie rozpaczała z tęsknoty za nim, bo w przyszłym życiu będą ciągle razem. Tego „wychylenia eschatologicznego” powinni się od Jordana uczyć nie tylko zakonnicy, lecz także każdy wierny świecki.