Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rura, kisiel i król Dawid

Ostatni tekst „Rura i kisiel dla Jezusa” niespodziewanie pobił rekordy popularności (ponad 3 tysiące wejść w kilka dni) i wywołał silne reakcje: zarówno pozytywne, jak i negatywne. Z reguły nie dyskutuję z krytykami, bo nigdy nie mam na to czasu, a większość komentarzy sprawia wrażenie, jakby ich autorzy nie przeczytali uważnie tekstu, który krytykują. W tym jednak wypadku zabieram głos, bo ujawniło się kilka ciekawych zjawisk, do których warto się odnieść.
Tekst wywołał oburzenie zwolenników nieskrępowanej tanecznej ekspresji uczuć religijnych, czemu się nie dziwię. Dziwię się natomiast, że ich atak poszedł po linii piętnowania zwolenników przestrzegania przepisów liturgicznych, ponieważ moja argumentacja znajdowała się na zupełnie innej płaszczyźnie. W ogóle nie poruszałam kwestii przepisów liturgicznych, ponieważ ten aspekt sprawy został wyczerpująco omówiony wcześniej na różnych forach dyskusyjnych przez wielu innych dyskutantów. Zbudowałam mój tekst wokół zupełnie innej tezy: „Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej... Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki”. Nie ukrywam, że wytoczenie ciężkich armat przeciwko tekstowi, którego się dobrze nie zrozumiało, jest w moich oczach tylko kolejną oznaką niedojrzałości.
Często w krytykach pojawiał się motyw Dawida tańczącego przed Arką i skrytykowanego przez Mikal (2 Sm 6) — z czytelną aluzją, że to ja jestem tą nową ponuracką Mikal, której przeszkadza taniec kultyczny. Nikt jednak z naśladowców króla Dawida nie zauważył, że Dawid tańczył przed Arką raz, ze względu na wyjątkowe święto: sprowadzenie jej do Jerozolimy po odzyskaniu ze świętokradczych rąk filistyńskich. Raz, a nie regularnie. Teza mojego tekstu jest zaś taka, że świadectwem infantylizacji obecnej kultury jest popularność imprez tanecznych organizowanych pod hasłami religijnymi. Popularność, czyli ich wielokrotne powtarzanie. Trzymam się tej tezy i uważam, że jest słuszna, bo forma ekspresji uczuć religijnych popularna w danej kulturze pozwala na wyciąganie wniosków na temat charakteru tej kultury. Można to czynić tak samo wtedy, gdy w danej kulturze formą ekspresji jest składanie ofiar ze zwierząt czy ludzi albo okrutne praktyki pokutne, jak i wtedy, gdy jest nią tańcowanie. Moje wnioski dotyczyły popularności tańcowania, dlatego połączyłam obie imprezy, jedną liturgiczną, drugą nieliturgiczną. Elementem wspólnym był taniec, a nie liturgia, czego niektórzy krytycy skoncentrowani na przepisach liturgicznych nie zauważyli.
Oponenci argumentujący „z Dawida” nie zauważyli jeszcze dwóch błędów logicznych w swoim myśleniu. Po pierwsze, wybrali sobie z Biblii to, co pasuje do ich tezy, i mechanicznie przenieśli to na dzisiejszą sytuację. Nie zauważone pozostały natomiast inne, powiązane z tą opowieścią wydarzenia z historii życia wielkiego króla izraelskiego. Oto w tym samym szóstym rozdziale czytamy, jak niejaki Uzza dotknął Arki, będącej świętym miejscem obecności Najwyższego, chcąc uchronić ją przed spadnięciem z wozu. „I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej”. Dlaczego, skoro Uzza chciał dobrze? Bo niepowołany dotknął przedmiotu, w którym obecny był sam żywy Bóg. Podobnie Dawid kazał zabić młodzieńca, który na własną prośbę ciężko rannego króla Saula dobił go, aby ten nie wpadł żywy w ręce wrogów. „Powiedział do niego Dawid: «Jak to? Nie bałeś się podnieść ręki, by zabić pomazańca Pańskiego?» Wezwał więc Dawid jednego z młodzieńców i dał rozkaz: «Podejdź i przebij go!» Ten zadał mu cios taki, że umarł”. Dlaczego? Bo osoba króla (nawet złego) była namaszczona, poświęcona, konsekrowana. Nie można podnieść ręki na coś należącego do Boga. Podobnie nawet zwierzę miało umrzeć, jeśli dotknęło się góry Synaj, gdy spoczęła na niej Obecność Boga. Jeśli zatem Arka Pańska była żywą obecnością Boga Najwyższego wśród swego ludu, to tysiąckrotnie bardziej jest nią Najświętszy Sakrament, w którym Bóg prawdziwy jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie. Czemu więc w obecności Najświętszego Sakramentu podejmuje się czynności zupełnie niesakralne? I czemu zwolennicy tzw. Komunii świętej do ręki, mamłający w świeckich, niekonsekrowanych i nie puryfikowanych łapskach Najświętsze, Prawdziwe Ciało Pana, milczą o istnieniu tych tekstów? Czy nie zapłonie gniew Pana przeciw nim, jak zapłonął przeciw Uzzie?
Argumentowanie ze Starego Testamentu to obosieczna broń. Nie mówiąc już o tym, że skoro nasze tanecznice liturgiczne tak chętnie się powołują na zwyczaje starożytnego Izraela, to niech pamiętają, żeby zachowywać również przepisy o zakazie uczestniczenia w kulcie w okresie menstruacji oraz wiele innych wesołych atrakcji. Biblia i teologia to nie hipermarket, z którego wybieramy to, co nam się podoba.
Po drugie — przenosząc się z obszaru teologii do nauk społecznych — mechaniczne przenoszenie znaków i symboli z jednej kultury i epoki do innej jest zupełną pomyłką metodologiczną. Interpretacja znaków kulturowych jest zależna od kultury. Niektórzy zwolennicy tańców w kościele powołują się na obecność tańców w liturgiach afrykańskich. Owszem — tylko że w kulturach afrykańskich taniec pełni inną funkcję niż w europejskiej. I nie kto inny, jak sami hierarchowie afrykańscy zwracają na to uwagę. Jeśli nasi drodzy charyzmatycy chcą tańczyć w Europie podczas mszy, bo robi się to w Zanzibarze, to ja apeluję, aby po przyjęciu Komunii św. głośno bekali. Stąd właśnie pod koniec tekstu „Rura i kisiel dla Jezusa” pojawiło się odwołanie do bekania i pierdzenia. Niektórzy obruszyli się z tego powodu, tymczasem powód jest taki, że w kulturze chińskiej, jeśli kto po jedzeniu nie beknie głośno przy stole, to uważany jest za chama. W czym ten znak jest gorszy od tamtego? Dlaczego nasi tancerze religijni nie bekają, skoro tańczą? Jeśli przejmują znaki z innych kultur, to cóż to za wybiórczość i stawianie jednej kultury i znaku ponad drugim?
Z podobnej przyczyny pojawiło się pierdzenie — a właściwie powinno być „popierdywanie”. To jest z kolei aluzja do powieści Kurta Vonneguta Śniadanie mistrzów. Dobry i mądry kosmita, przybyły na Ziemię z planety Margo, chciał ostrzec mieszkańców płonącego domu przed pożarem. Zaczął stepować i popierdywać, bo takie były sposoby porozumiewania się na jego rodzinnej planecie. Niestety pan domu rozwalił mu głowę kijem golfowym, niwecząc nadzieje na zatrzymanie wojen i uleczenie raka. Fatalna pomyłka wynikła z niedociągnięć komunikacji międzykulturowej. Nasi nowocześni współbracia katolicy już stepują (tańczą) w kościele, dlaczego zatem nie mieliby również popierdywać? To również jest znak, którego interpretacja jest zależna od kultury.
Swoją drogą, bardzo mnie rozbawiło, że krytyków konserwatywnych obruszyło akurat bekanie i pierdzenie — czynności czysto fizjologiczne, pozbawione wartości moralnej; nie zareagowali natomiast praktycznie na taniec na rurze, walki w kisielu i mokre podkoszulki — zabawy wywodzące się z klubów go-go i innych przybytków uciechy erotycznej, ani na piwo i wódkę. Te preferencje rodzą w moim kaprawym umyśle zgoła filuterne wnioski ;)

Zachęcam do zapoznania się w wypowiedzią kardynała Arinze, stuprocentowego Afrykanina, dlaczego w Europie nie ma miejsca na taniec podczas liturgii:



I jeszcze wypowiedź Kongregacji ds. Sakramentów i Kultu Bożego, wyczerpująco omawiająca temat: Taniec w liturgii

Organizatorom zaś „Tańca Wielkanocnego” na rynku krakowskim o godzinie 15, zapowiadanego jako mającego ścisły związek ze Świętem Miłosierdzia, serdecznie polecam zapoznanie się z Dzienniczkiem św. siostry Faustyny Kowalskiej. Dowiedzą się z niego, co czciciele Miłosierdzia Bożego powinni czynić o godzinie 15, w godzinie śmierci Jezusa. Dzienniczek w ogóle jest ciekawą lekturą, kompletną odwrotnością wesołego popchrześcijaństwa tak lansowanego w ostatnich latach w Kościele katolickim w Polsce. Ostrzega przed ciężkimi karami dla grzeszników, namawia do nawrócenia, opłakiwania grzechów, eliminowania wad, ćwiczenia cnót, samozaparcia w zdobywaniu zasług, wyrzeczeniach i okazywaniu pokory... A jak surowo oceniała św. Faustyna tańce! Tyle osób ma Faustynę i Miłosierdzie Boże na ustach; może w końcu warto się zorientować, o co naprawdę kaman?
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. (Łk 6,25)
Nie chodzi o ponuractwo i cierpiętnictwo, ale może warto zastanowić się, o co chodzi w tych słowach i czym naprawdę jest chrześcijańska radość, o której mówi Nowy Testament?

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rura i kisiel dla Jezusa



W związku z przekształceniem przez łódzkich jezuitów Świętego Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa w oryginalny estradowy performance oraz imprezą „Taniec dla Jezusa”, która w tym samym mniej więcej czasie odbywała się w Krakowie, mam kilka refleksji:
  • Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej. Degeneracja Europy przejawia się nie tylko w promocji zboczeń seksualnych, kryzysie męskości i ojcostwa, rozpadzie rodzin, niechęci do posiadania dzieci itd. Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki: „Bawmy się” — i to jest pierwotna przyczyna, dla której ludzie nie chcą być dorosłymi mężczyznami i kobietami, zachowywać wierności raz wybranym partnerom (lub złożonym ślubom zakonnym, zobowiązaniom kapłańskim), ponosić odpowiedzialności za wychowanie dzieci itd. Historyk zauważy, że jest to cecha typowa dla schyłkowego okresu danej cywilizacji i kończy się to zawsze tak samo: zastąpieniem zmęczonej, zniewieściałej i zdemoralizowanej populacji przez świeże, dzielne ludy barbarzyńskie nawykłe do walki, pracy i wyrzeczenia.
  • Imprezy są dobrym świadectwem bezrefleksyjnego poddawania się przez Kościół katolicki wpływom społeczeństwa laickiego. Obie mają charakter czysto świecki, mogłyby odbyć się z okazji dnia Ziemi czy święta Unii Europejskiej, i zostały przeniesione w kontekst kościelny, mimo że zupełnie do niego nie pasują. Ale młodzież chce się bawić — zarówno ta będąca odbiorcą tych imprez, jak i organizująca je. Wyświęcenie i wręczenie celebretu (świadomie nie mówię o sutannie czy habicie, bo który młody ksiądz dzisiaj je nosi — nosi, a nie zakłada na chwilę?) nie powoduje w cudowny sposób zrodzenia się dojrzałości, odpowiedzialności, kultury, kindersztuby ani wzniesienia gustów na poziom choćby odrobinę wyższy od najpodlejszego motłochu.
  • Obie imprezy są kolejną oznaką, że w Kościele katolickim w Polsce wygrywają wzorce tzw. popchrześcijaństwa, które narodziły się pierwotnie w protestanckich wspólnotach „trzeciej reformy” w Ameryce. Po raz kolejny widać, że zerwanie łączności z ortodoksyjnym Wschodem pozostawiło łaciński Zachód bezbronnym wobec wszelkich racjonalistycznych i reformacyjnych herezji.
  • Niestety mimo smutnego doświadczenia postchrześcijańskiego Zachodu, Kościół w Polsce powtarza z opóźnieniem jego błędy. Komunistyczna „lodówka” i niechętna postawa kard. Wyszyńskiego wobec pseudokatolickich nowinek z Zachodu uchroniły nas przed dechrystianizacją kilkadziesiąt lat temu, ale obecnie to „zapóźnienie” polski establishment kościelny szybko nadrabia. Tamci, aby zrozumieć, że religia nie może istnieć bez dogmatów, tradycji, norm i zasad, musieli doprowadzić do sytuacji, że w Kościele pozostało kilka procent społeczeństwa. My mamy okazję nauczyć się na ich błędach, zamiast je powielać, ale okazja ta jest właśnie marnowana.
W tym samym czasie, gdy aktywiści katoliccy w łódzkiej świątyni i na rynku krakowskim podrygują i fikają nogami „dla Jezusa”, w Afryce i Azji ludzie tracą dla Niego swoje mienie, cierpią tortury i oddają życie. Jaki chrześcijanin, takie świadectwo. Kiedy w Europie będzie kwitł islam, Azja i Afryka będą kontynentami na wskroś przenikniętymi chrześcijaństwem. Sanguis martyrum semen christianorum. Sanguis martyrum, a nie bezustanne imprezowanie wiecznych nastolatków. Już dziś kolorowi misjonarze przybywają do Europy, a hierarchowie murzyńscy zawstydzają europejskich swoją odwagą i wiernością Chrystusowi — i jest to tylko początek.

Mam świeże, jeszcze nie zużyte propozycje dla organizatorów kolejnych eventów dla Jezusa — przecież żeby zabłysnąć i utrzymać na sobie uwagę gawiedzi, trzeba proponować ciągle coś nowego:
  • jedzenie pizzy (hotdogów, pierogów) na czas dla Jezusa,
  • taniec na rurze dla Jezusa,
  • mokre podkoszulki dla Jezusa,
  • zawody w kisielu dla Jezusa,
  • puszczanie megaserpentyn z dziesiątego piętra dla Jezusa,
  • konkurs „Ile osób wejdzie do malucha” dla Jezusa.
Dla odważnych:
  • streptease dla Jezusa,
  • picie piwa (lub nawet wódki, jeśli znajdzie się sponsor) dla Jezusa,
  • bekanie i pierdzenie dla Jezusa.
Przecież ludźmi jesteśmy i nic co ludzkie nie jest nam obce.
A jezuici w Łodzi muszą przynajmniej porąbać ołtarz podczas przyszłorocznego Triduum. Jak inaczej zdołają wyrazić rozsadzającą ich wielką radość?

Orkiestra na Titanicu grała do tańca do samego końca.


Ps. To uczucie, kiedy jezuici piętnują cię jako pseudokatolika i lefebrystę za cytowanie dokumentów Soboru Watykańskiego II, Jana Pawła II i Konferencji Episkopatu Polski 3:)
Ps 2. Czy zauważyli Państwo bliźniacze podobieństwo stylu, frazeologii i toku myślenia naszych drogich jezuitów do Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków? Już od pewnego czasu myślę o założeniu satyrycznej strony „Młodzi, wykształceni i z wielkich klasztorów” 3:)

Ps 3. Kilka dalszych refleksji oraz odpowiedzi na krytykę znajdują się tutaj: Rura, kisiel i król Dawid.

sobota, 4 kwietnia 2015

Największa jest miłość

Najpiękniejszy obraz, jaki pozostał mi z wielkopiątkowej liturgii Męki Pańskiej:
Wysoki, energiczny zakonnik w sile wieku cierpliwie, powoli i ostrożnie prowadzi chybotliwie drepczącego starca, chroniąc go przed upadkiem i pochylając się nad nim jak matka nad dzieckiem. Ustępuje mu miejsca przed krucyfiksem, czeka, aż tamten z wysiłkiem się do niego schyli i znowu wyprostuje, następnie sam go całuje i w podobny sposób odprowadza starszego współbrata na miejsce.
Nagły rozbłysk sensu życia zakonnego i wielkopiątkowe kazanie bez słów.
Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.

Adoracja Krzyża u dominikanów tuluskich, Wielki Piątek 2015

wtorek, 28 stycznia 2014

Przerwa na rozrywkę

Mała przerwa na rozrywkę, nie może być stale o tym samym.
Idę sobie wczoraj ulicą Straszewskiego, przechodzę pod filharmonią, patrzę... i oczom nie wierzę, albowiem przybytek Polihymnii reklamuje się plakatami następującymi:


Ja bym swojej orkiestry nie reklamowała w ten sposób, myślę sobie, ale cóż, jak wiadomo, marketing w instytucjach budżetowych nie stoi na najwyższym poziomie.
Idę dalej, dochodzę do szkoły teatralnej. Przy drzwiach wisi repertuar miejscowej sceny, na której studenci wystawiają spektakle dyplomowe itp. Aktualny repertuar styczniowy obejmuje dwie sztuki:




Wyznaję, że mnie adepci Melpomeny pozytywnie zaskoczyli. Wiadomo, co się dzieje w branży, poziom polskiego teatru uderza o dno od spodu, skandal z Klatą w Starym i wszelkie inne... Wszyscy mówią, że środowisko jest całkowicie oderwane od rzeczywistości i społeczeństwa, a tu nagle dowód takiej samoświadomości i samokrytycyzmu!

wtorek, 14 stycznia 2014

Ksiądz, dominikanin, duszpasterz młodych: Więcej i weselej o erotyce w Kościele!

Godne ubolewania wypadki, które opisywałam w tym tekście, zostały już częściowo naprawione. Tym samym tekst odniósł skutek i można go było usunąć.
Mam nadzieję, że podobnie zostanie zrobiony porządek z pozostałymi wymienionymi w nim nadużyciami. Będę się przyglądać sprawie.
26 stycznia zaczyna się kapituła polskiej prowincji. Zarówno sami dominikanie, jak i ja proszę o modlitwę w intencji podjęcia na niej dobrych decyzji.
Pozostawiam cytat z papieża Benedykta, bo refleksji nad jego wypowiedziami nigdy za dużo:


„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”.


piątek, 24 maja 2013

Chwalebny samokrytycyzm

„Dobroć Boża w swej niezgłębionej mądrości najczęściej ma zwyczaj odwlekać udzielanie dobra, nie po to, aby go pozbawić, lecz by w odpowiednim czasie ujawniło się ono z jeszcze większą korzyścią. Czy to więc dlatego, że Bóg w swojej Opatrzności postanowił, że tak będzie lepiej dla Kościoła, czy też z powodu wielu różnych opinii na ten temat, niektórzy postępujący drogą prostoty, lecz pozbawieni roztropności uważali, że wystarczy, by nieśmiertelna pamięć o słudze Najwyższego Pana, założycielu Zakonu zwanego Kaznodziejskim, świętym Dominiku, znana była tylko Bogu, i że nie należy starać się o to, by dowiedzieli się o niej ludzie.
Inni natomiast myśleli odmiennie: jednak ogarnięci duchem małoduszności, bali się tamtym sprzeciwić. I stało się tak, że chwała świętego Ojca Dominika przez prawie dwanaście lat pozostawała w uśpieniu, bez żadnej czci. Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów”.
Z listów bł. Jordana z Saksonii, drugiego generała zakonu
Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzone jest święto (właściwie wspomnienie, ale cieszmy się, że się uratowało, i to pod własną datą :P) przeniesienia relikwii św. Ojca Dominika. Zamieszczony wyżej cytat pochodzi z opisu tych wydarzeń, pozostawionego przez następcę świętego Dominika i czytanego dzisiaj w Godzinie czytań. Nieco więcej można się dowiedzieć z „Książeczki o początkach Zakonu Kaznodziejów”, również autorstwa Jordana:
„Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu, i wykradano dobra, pochodzące od tego, kto udzielał mocy z wysoka. Sprawiedliwość zaś domagała się tego, aby zabrano łaskę tym, którzy łaskę i chwałę Bożą starali się ukryć. Ziarno nie wydałoby bowiem owocu, gdyby po zrodzeniu zostało podeptane. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów. Pan, który jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, czekał cierpliwie, ale skoro nie słychać było ani głosu, ani pomysłu na to, w jaki sposób oddać świętemu Bożemu, Dominikowi, należną cześć, znalazł okazję, by wyrwać braci z bezczynności. [...] Zaniedbano jednak i to, a gdy bracia prowadzili długie rozmowy na temat odpowiedniego sarkofagu [jakie to dominikańskie, hi hi, czyż nie? — przyp. mój], inni zwrócili się do papieża Grzegorza i powiadomili go o ciągnącym się przedsięwzięciu. On zaś, jako że był mężem bardzo gorliwym i o głębokiej wierze, skarcił ich bardzo surowo za zaniedbanie należnej posługi czci wobec tak wielkiego Ojca. [...] Wszechmogący Bóg, chcąc za sprawą pasterza Kościoła powszechnego rozpędzić obłoki gnuśności, sam otworzył swoją rękę z wysokości i zagrzmiał z nieba rozgłosem cudów...”
Libellus nr 123-126
Dzięki tym wszystkim interwencjom do podniesienia relikwii (i to kanonicznego) w końcu jednak dochodzi w dniu 24 maja 1233 roku:
„Nadchodzi wreszcie sławny dzień uroczystego przeniesienia wielkiego nauczyciela! Przybywa czcigodny arcybiskup Rawenny i wielka liczba biskupów i prałatów. Przybywa mnóstwo pobożnych ludzi z różnych narodów. Przybywają zbrojne hufce bolończyków czuwających nad tym, aby nie odebrano im opieki nad świętym ciałem. Bracia stoją niespokojnie, bledną i modlą się z lękiem, drżąc ze strachu tam, gdzie bać się nie ma czego. Lękają się, by ciało świętego Dominika, tak długo wystawione na działanie deszczu i upału, złożone w lichej trumnie, nie okazało się pełne robactwa, jak każdego innego śmiertelnika...”
Proszę zwrócić uwagę na opis entuzjastycznego zachowania duchowieństwa niedominikańskiego i przede wszystkim laikatu w porównaniu z reakcją samych braci. Trzęsą się oni ze strachu, czy nie będzie wtopy, bo nie ufają tak do końca, iż ich ojciec udowodni swoją świętość (poprzez cudowne zachowanie ciała); tymczasem wierni świeccy czczący Dominika i doznający jego cudów (ich opis zajmuje w Libellusie długi akapit) przybywają tłumnie pod bronią, gotowi zbrojnie walczyć o ciało świętego, czczonego gorliwie przez całe miasto (nie licząc klasztoru dominikanów) i przyciągającego do niego tłumy pielgrzymów. Oczywiście wszystko kończy się dobrze:
„Po zerwaniu nagrobnej płyty z otworu zaczyna się wydobywać przedziwny zapach, którego woń zadziwia wszystkich tam stojących. Zdumiewają się obecni i przerażeni tym upadają na ziemię. Potem słychać pełen słodyczy płacz, mieszający się z radością. Słodycz cudownego zapachu sprawia, że w przestrzeni ducha rodzą się strach i nadzieja, a ci, którzy odczuwają słodycz przedziwnego zapachu, toczą cudowne boje. I my czuliśmy słodycz tej woni i świadczymy o tym, co żeśmy widzieli i czuli”.
Jak widać, pewna dezynwoltura i opieszałość w propagowaniu czci swoich świętych i, szerzej, pielęgnowaniu własnej historii i tradycji cechuje Zakon Braci Kaznodziejów od samego początku. Warto zatem przypomnieć ten chwalebny samokrytycyzm drugiego generała dominikanów dzisiaj, gdy jesteśmy w podobnej sytuacji, jeśli chodzi o jeden z największych skarbów Zakonu, jakim jest jego własna liturgia (ustanowiona przez świętego Dominika i jego bezpośrednich następców). Znowu, tak jak w latach 30. XIII wieku, bracia dominikanie trzymają skarb bezużytecznie w ukryciu, podczas gdy wierni świeccy walczą o dostęp do świętych dóbr, a ich starania wspierają swymi dokumentami najwyżsi pasterze Kościoła:
„Trzymając się wiernie Tradycji, Sobór święty oświadcza, że Matka Kościół uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki; chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszechstronny rozwój. Pragnie też, aby w miarę potrzeby zostały one roztropnie i gruntownie zmienione w duchu zdrowej tradycji oraz aby im nadano nową żywotność, stosownie do współczesnych warunków i potrzeb” (wytłuszczenia moje).
Sobór Watykański II, Konstytucja o liturgii świętej, nr 4
„W dziejach Liturgii występują rozwój i postęp, ale nie ma żadnego zerwania. To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła, i przyznanie im należytego miejsca”.
Benedykt XVI, list do biskupów dołączony do motu proprio Summorum pontificum
Niezrównany ojciec Marek Pieńkowski mawia w takich sytuacjach: „I Duch Święty nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże”. A jednak coś się pomału zaczyna dziać, i to we właściwym kierunku. Święty Ojciec Dominik, jak bezpośrednio po swojej śmierci, tak i dzisiaj nie przestaje działać. Obiecał bowiem swoim synom, że będzie ich wspierał, a oni mu to po dominikańsku co wtorek wypominają, śpiewając nadal (przynajmniej w konwencie Świętej Trójcy w Krakowie) responsorium z formularza liturgicznego obchodu św. Dominika, O spem miram:
„Jakże cudowną nadzieję dałeś tym, którzy nad Tobą płakali w ostatniej godzinie,
gdy przyrzekłeś, że po śmierci wspierać będziesz swoich braci.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi.
Ty, który cudownie leczyłeś z chorób ludzkie ciała,
wyjednaj nam łaskę Chrystusa, ulecz nasze słabości.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi”.
Od niedawna w Krakowie ponownie ruszyły, po przerwie na posoborowy „postęp”, cotygodniowe msze wotywne do świętego Dominika. Może zatem doczekamy się również przywrócenia nabożeństwa 15 wtorków do świętego Dominika, a przede wszystkim celebracji Mszy w rycie dominikańskim. Ufam w to, wierząc uparcie świętemu Ojcu, że spełni swoją obietnicę ;)
Kantorzy krakowscy pod kierunkiem ojca Grzegorza Przechowskiego nagrali responsorium O spem miram dla potrzeb bloga powołaniowego wikariatu Rosji i Ukrainy, prowadzonego przez mojego przyjaciela Ireneusza Pogorelcewa OP. Ich pięknego wykonania można wysłuchać tutaj. A kto rozumie po rosyjsku, może także czytać i samego bloga, noszącego nazwę „Droga w czarno-białych kolorach”. Irek regularnie zamieszcza na nim interesujące materiały z zakresu historii, tradycji i duchowości zakonu.

czwartek, 23 maja 2013

Uwaga! Dobry pies!

Jakub Kruczek OP
Źródło: www.krakow.dominikanie.pl

Przedwczoraj obchodziliśmy dwudziestą piątą rocznicę święceń kapłańskich ojca Jakuba Kruczka, wieloletniego przeora krakowskiego, jarosławskiego i poznańskiego, obecnie magistra braci studentów, świetnego przełożonego, wytrawnego spowiednika, mądrego, świętego i pobożnego kapłana, właściciela najpiękniejszego uśmiechu na świecie oraz ciepłego, inteligentnego i subtelnego poczucia humoru.
Ojciec Jarosław Kupczak powiedział na kazaniu podczas mszy jubileuszowej, że ojciec Jakub wyrządził mu krzywdę; od czasu bowiem, gdy mu podlegał jako przełożonemu, każdego przeora wciąż porównuje do niego. Szczerze mówiąc, podsumował w ten sposób bardzo wielu ludzi łącznie ze mną, a nawet obecnym przeorem, który uczciwie wyznał, a nie zaprzeczył, że czyni to samo :) Myślę, że jeszcze przez kilkadziesiąt lat każdy kolejny przeor krakowski będzie miał przechlapane — wszystko, cokolwiek zrobi, będzie nadal porównywane do ojca Jakuba...
Ponieważ bez osobistego poznania ojca Jakuba i tak nie da się zrozumieć jego fenomenu, więcej opisów nie będzie. Będzie za to historyjka z cyklu „kwiatków dominikańskich”. Wyciekła zza klauzury za sprawą ludzi Chloe.
Było to osiem czy dziesięć lat temu, kiedy jeszcze odpust Świętej Trójcy był w krakowskim klasztorze obchodzony tak, jak odpusty obchodzić należy — czyli z wieloma imprezami charakteru nie tylko liturgicznego. Między innymi w ogrodzie klasztornym, otwieranym tego dnia dla wiernych, na boisku do siatkówki (które dziś już zarosło chwastami) odbywał się tradycyjny mecz między dominikanami a przedstawicielami krakowskiej palestry; dominikanie zaś go równie tradycyjnie wygrywali (w znacznej mierze za sprawą ojca profesora Kupczaka, który w młodości zawodowo trenował siatkówkę). Działy się też inne ciekawe rzeczy, tak że przez klasztor, łącznie z ogrodem, cały dzień przewalały się tłumy ludzi. Wieczorem, kiedy już udało się pozbyć z klasztoru całego laikatu, zmęczeni ojcowie siedzieli na salce rekreacyjnej i próbowali powrócić do życia, jak rodzice po hucznym kinderbalu swoich pociech. Niektórzy dzielili się wrażeniami. Tymczasem ojciec Jakub, który był wtedy przeorem, milczał, myślał, myślał... W końcu nachylił się do subprzeora i powiedział: „Zauważyłem, że żeńskie życie zakonne nie jest interesujące ani dla mężczyzn, ani dla kobiet... Męskie życie zakonne nie jest interesujące dla mężczyzn... ale jest za to bardzo interesujące dla kobiet!”

Ps. Tajemnicę fenomenu ojca Jakuba wyjaśnił jednak mimowolnie sam jubilat, prosząc podczas wtorkowej mszy: „Módlmy się także za mnie, abym bardziej kochał Boga i JESZCZE bardziej kochał ludzi, do których jestem posłany”...

środa, 8 maja 2013

Ergo felix Cracovia Deum benedic omni tempore

W pewnym sensie w Krakowie znajdują się trzy katedry. Zgodnie bowiem ze starą chrześcijańską zasadą liturgia sprawowana w katedrze — wyjątkowo godna, uroczysta i piękna ze względu na udział swego pasterza i zgromadzonego wokół niego duchowieństwa — jest wzorem dla całego lokalnego Kościoła.
Dosłownie rzecz biorąc, katedra biskupia — matka krakowskiego Kościoła — jest oczywiście jedna; a sprawowana w niej liturgia jest rzeczywiście na bardzo wysokim poziomie i z pewnością warto by było, aby naśladowano ją w innych kościołach archidiecezji. Jednak ma ona także dwie córki: kościoły św. św. Piotra i Pawła w opactwie tynieckim i Świętej Trójcy w samym historycznym Krakowie, które również są wybitnymi ośrodkami liturgicznymi. Pierwszy z nich związany jest z tradycją mniszą, benedyktyńską; drugi zaś — z kanoniczą, dominikańską. W obu tych tradycjach zakonnych sprawowana bez ustanku wspólna modlitwa liturgiczna jest centrum życia duchowego i źródłem całej działalności zewnętrznej.
W obu kościołach, bez wątpienia dzięki impulsowi nadanemu przez pontyfikat papieża Benedykta, poziom sprawowanej liturgii znacznie w ostatnich latach się podniósł. Dominikanie krakowscy i benedyktyni tynieccy, współpracujący zresztą ze sobą (Dominikański Ośrodek Liturgiczny wspólnie z opactwem tynieckim organizują co roku w Tyńcu ogólnopolskie spotkanie środowisk zaangażowanych w odnowę liturgiczną), włożyli duży wysiłek w oczyszczenie swojej liturgii z niechlujstw i naleciałości, przestrzeganie przepisów liturgicznych, pielęgnowanie tradycji i zwyczajów, podniesienie jakości śpiewu, czynności i gestów liturgicznych. Dotyczy to szczególnie oficjalnej liturgii klasztornej: Mszy konwentualnej oraz gregoriańskiej liturgii godzin.
Promieniowanie celebrowanej w Tyńcu i bazylice Świętej Trójcy liturgii sięga nie tylko na Kraków, lecz i cały kraj. Liturgia godzin, mimo że ze swej natury zakonna, obejmuje coraz szerzej ludzi świeckich. W Tyńcu na klasztorne nieszpory przychodzi wiele osób i są dla nich przygotowane specjalne książki; na Stolarskiej regularnie odbywają się przygotowywane przez świeckich gregoriańskie matutina i wigilie. I zarówno dominikanie, jak i benedyktyni regularnie organizują i prowadzą warsztaty chorału gregoriańskiego.
Te refleksje przyszły mi do głowy dzisiaj, w uroczystość świętego Stanisława Biskupa, podczas Mszy konwentualnej u dominikanów krakowskich, gdy śpiewaliśmy Gaude mater Polonia (nie tylko schola braci, lecz i cały zgromadzony lud, zaopatrzony w kartki z dwujęzycznym tekstem), byliśmy okadzani przez diakona i słuchaliśmy Kanonu rzymskiego. Każda Msza konwentualna u dominikanów (o godz. 12.00 w południe), nawet w dzień powszedni, jest bowiem sprawowana z taką czcią i starannością, jakby w kalendarzu była solemnitas; a niedziele i uroczystości są celebrowane jeszcze uroczyściej.
„Szczęśliwy Kraków”, totius Poloniae urbs celeberrima, był pierwszą ziemią polską, na której zakwitło chrześcijaństwo — już w IX wieku, w ramach misji cyrylometodiańskiej, gdy wchodził w skład państwa „potężnego księcia na Wiślech”; później zaś przez kilkaset lat był kulturalną stolicą kraju. Tutaj działali Wincenty Kadłubek, Jan Długosz, Wit Stwosz, Filip Kallimach, Grzegorz Gerwazy Gorczycki..., a w okresie rozbiorów podtrzymywano trwanie polskiej kultury i idei narodowej. Tutaj powstał największy i najpiękniejszy ołtarz gotycki na świecie i tutaj kulturowe zetknięcie się Wschodu z Zachodem zaowocowało innym zabytkiem na skalę światową: bizantyjskimi freskami w Katedrze Wawelskiej. Tutaj wreszcie działała największa liczba polskich świętych, tak że nosi on przydomek „miasta świętych”.
Odważę się postawić tezę, że za sprawą kardynała Stanisława Dziwisza, dominikanów i benedyktynów Kraków staje się dzisiaj głównym polskim ośrodkiem wymarzonej przez papieża Benedykta odnowy liturgicznej. Podczas gdy wielu wydaje się, że chrześcijaństwo w Polsce upada, także wskutek panującego wszędzie w liturgii posoborowego i postsowieckiego dyktatu niechlujstwa, olewactwa, bylejakości i kiczu, szczęśliwy Kraków idzie w zupełnie inną stronę. Nie wątpię, że tak jak podczas zaborów ocalił kulturę narodu polskiego, dzisiaj może uratować jego wiarę dzięki odnowieniu i ożywieniu świętej liturgii — źródła i szczytu całego życia chrześcijańskiego (Sobór Watykański II).
Na koniec jeszcze jedna refleksja. Ojciec Tomasz Grabowski, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, sprawujący dzisiejszą Mszę, zadał na kazaniu pytanie, jaki jest nasz stosunek do naszego biskupa, następcy świętego Stanisława. Czy on nas obchodzi? Czy tak jak recenzenci oceniamy go, co zrobił źle, a co dobrze? Tymczasem, jeśli dominikanie są współpracownikami biskupa (taki jest charyzmat zakonu), to i ludzie, którzy do nich przychodzą, powinni niejako nimi być. Co zatem zamierzam zrobić, aby wspomóc mojego biskupa w jego misji?
Sądzę, że dzisiaj, w dniu świętego Stanisława Biskupa, który umarł „za wolność Kościoła Bożego i godność ludzi krzywdzonych”, odpowiedź na to pytanie powinien sformułować nie tylko laikat dominikański, któremu zlecił to ojciec Tomasz, lecz także każdy polski katolik.

Do P.T. krytyków internetowych: Oczywiście zdaję sobie sprawy, że wymienione osoby i instytucje nie są wcielonymi anielskimi bezgrzesznymi doskonałościami niepopełniającymi żadnych uchybień i błędów. Nie oczekuję tego. Dotyczy to także mnie i niniejszego tekstu.

sobota, 29 grudnia 2012

I ze świętym Dawidem, królem Izraela


Pierwotny Kościół czcił świadków wiary Starego Testamentu jako świętych na równi z męczennikami chrześcijańskimi. Prawosławie zachowało to do tej pory; kiedy zaczęłam chodzić do parafii prawosławnej na kurs malowania ikon, zaskoczyło mnie, że wielcy prorocy, tacy jak Eliasz, Izajasz, Jeremiasz czy król Dawid, malowani są niemal równie często jak święci Kościoła. Wielką, specjalną czcią w prawosławiu otaczany jest prorok Daniel — typ Chrystusa, kamień biez ruki odsieczen..., a w kalendarzu liturgicznym wyznaczone są nawet specjalne niedziele Ojców i Praojców, w które czci się jako świętych proroków Starego Testamentu i patriarchów Izraela.
W Kościele zachodnim na początku też tak było, jednak kult świętych Starego Przymierza nie przetrwał kolejnych reform liturgicznych, będących — poza wszystkim innym — także świadectwem i skutkiem coraz głębszego kiszenia się chrześcijaństwa łacińskiego we własnym sosie.
Święty król Dawid był czczony 29 grudnia. Jego kult liturgiczny został zlikwidowany w kalendarzu rzymskim w XII wieku (kiedy to zastąpiono go ni mniej, ni więcej, tylko królem Karolem Wielkim); w rycie karmelitańskim przetrwał najdłużej, bo aż do potrydenckiej reformy liturgicznej papieża Piusa V (lata 70. XVI wieku). Świadkiem kresu tego kultu jest  święta Teresa z Avila, Doktor Kościoła, która osobiście czciła świętego króla Dawida i w swoich pismach ubolewała nad zlikwidowaniem tradycyjnego rytu i kalendarza karmelitańskiego.
Piszę o tym wszystkim, bo właśnie dzisiaj na mszy konwentualnej w krakowskiej bazylice dominikanów ojciec Aleksander Koza wymienił podczas Modlitwy Eucharystycznej nie tylko świętego Tomasza Becketa, którego wspomnienie przypada w obecnym kalendarzu liturgicznym, lecz także „świętego Dawida, króla Izraela”. Jestem mu za to bardzo wdzięczna i tą drogą składam podziękowania.
Święty Tomasz Becket, biskup i męczennik, bardzo porządny święty, który odważył się przeciwstawić samowoli władcy (tak jak nasz święty Stanisław) i poniósł za to śmierć, jest czczony pod dzisiejszą datą również w aktualnie obowiązującym kalendarzu rytu dominikańskiego. Ale w kalendarzu tym — w odróżnieniu od obecnego kalendarza rzymskiego — zachował się jako rodzynek jeden, jedyny kult świętych starotestamentowych! Jest to memoria (wspomnienie) świętych Machabeuszy, bojowników i męczenników o zachowanie wiary Izraela w czasach okrutnego króla Antiocha Epifanesa (złośliwie przezywanego Epimanesem — szalonym), który w połowie II wieku przed Chrystusem chciał zetrzeć tak wiarę w Jedynego Objawionego Boga, jak i cały lud Izraela z powierzchni ziemi. Oni jedni ostali się w liturgii łacińskiej z całego długiego szeregu świętych Starego Testamentu. Zgodnie z prawem możemy ten kalendarz stosować i gdy nadejdzie dzień 1 sierpnia, kiedy to przypada memoria Sanctorum Machabaeorum, martyrum, na pewno ich w jakiś sposób uczcimy.
A na razie pamiętajmy o czcigodnych świętych Starego Przymierza: Abrahamie, Izaaku, Jakubie, Mojżeszu, Dawidzie, Eliaszu, Elizeuszu, Izajaszu, Jeremiaszu, Ezechielu, Danielu, Machabeuszach — bez których nie byłoby wcielenia Syna Bożego i naszego odkupienia. Oni także są w niebie i orędują za nami. Nasi przodkowie ich czcili, o czym świadczą dokumenty pisane i ikonografia (nie trzeba daleko szukać, piękna figura króla Dawida z cytrą znajduje się w krakowskiej Bazylice Mariackiej) — i my także możemy dzisiaj podtrzymywać ich kult.

Na ilustracji: fresk z monasteru Veljusa w Macedonii, przedstawiający św. króla Dawida.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Od nas zależy, czy będzie tutaj muzeum

Źródło: Dominikanie Kraków
Na niedzielnej mszy konwentualnej 16 grudnia odbyła się piękna i historyczna uroczystość — nie jest to wcale określenie na wyrost. Przeor dominikanów krakowskich poświęcił krzyż, który stanie na szczycie sygnaturki na dachu bazyliki Świętej Trójcy, a także metalową kulę i przedmioty, które zostaną do niej włożone na świadectwo dla przyszłych pokoleń. O takich wydarzeniach czyta się w książkach...
Trwa gruntowny remont dachu bazyliki i przy tej okazji otwarto podobną kulę, zamontowaną 149 lat temu, podczas odbudowy naszego kościoła po strasznym pożarze Krakowa, jaki strawił go w 1850 roku. Był rok 1863, trwało Powstanie Styczniowe, o czym nie zaniedbano wspomnieć w piśmie dla potomnych (czyli nas), a nasz bezcenny kościół o mało nie został utracony na zawsze. Po pożarze dobiły go dwie katastrofy budowlane, a w końcu doszło do tego, że władze chciały go oddać jezuitom... A jednak mimo wielkich trudności materialnych i kolejnych ciosów losu mała wówczas garstka krakowskich dominikanów zdołała go dla nas ocalić! A relacji z tego wydarzenia słuchało się jak opisu odbudowy świątyni z Księgi proroka Aggeusza...
Spełniliśmy prośbę naszych przodków sprzed 150 lat, którym zawdzięczamy miejsce, gdzie możemy się dzisiaj modlić: ówczesnych braci dominikanów, prezydenta miasta, arystokratów finansujących odbudowę, mistrzów kamieniarskich, stolarskich i kotlarskich. Modliliśmy się o ich zbawienie. Gdy przeor czytał kolejne nazwiska i funkcje, a my powtarzaliśmy modlitwę za ich dusze, w szczelnie wypełnionym kościele było cicho jak makiem zasiał. Ci wszyscy ludzie, o których wcześniej nigdy nawet nie słyszałam, nagle jakby zmaterializowali się wśród nas, obecni i bliscy...
Ojciec Paweł mówił w kazaniu o wielu wzruszających rzeczach, ale jedna z nich poruszyła mnie szczególnie: Tak jak tamtym ludziom, ich wierze i postawie zawdzięczamy, że mamy się dzisiaj gdzie modlić, tak od nas samych, od naszego postępowania i naszej wiary zależy, czy za dwieście czy ileś lat, gdy kula na sygnaturce po raz kolejny zostanie otwarta, w bazylice na Stolarskiej będzie muzeum, czy też nasi przyszli bracia i siostry w wierze będą się nadal w niej modlić. Od nas zależy, czy przekażemy im wiarę...
Aż poczułam zimno przy kręgosłupie. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam. To jest temat na rachunek sumienia w tym ostatnim tygodniu oczekiwania na przyjście Pana. Czy ja czuję się odpowiedzialna za tych ludzi, którzy nadejdą po mnie? Czy żyję tak, że oni pozostaną chrześcijanami?

Zdjęcia przedmiotów włożonych do kuli w 1863 roku znajdują się w fotogalerii na stronie klasztoru krakowskiego.

wtorek, 2 października 2012

Kolejna Msza w rycie dominikańskim i nowy konkurs

Jako samozwańczy promotor rytu dominikańskiego (dominikanie mają sporo urzędów o nazwie „promotor czegoś tam”) zajmuję się głównie przypominaniem i poganianiem. Nigdy nie było marzeniem mojego życia zostanie brygadzistą, nadzorcą niewolników czy kapo w obozie koncentracyjnym, więc odczuwam z tego powodu frustrację, ale gdy machina organizacyjna się gdzieś zacina, trzeba ją popychać. Teraz właśnie przez ostatnie dwie doby zajmowałam się ściganiem osoby, która miała celeriter dostarczyć pewną informację pilnie potrzebną do przygotowania mszalików na sobotnią celebrację, ale rozpłynęła się we mgle. Nec locus ubi Troia.
Kiedy zawiadomiłam o tym kolegów organizujących razem ze mną te msze, jeden z nich (dość często padający ofiarą mojego niewdzięcznego officium) napisał z wyraźną satysfakcją: „Duszenie zazwyczaj przynosi skutki wprost przeciwne do zamierzonych :)”. Zraniona do głębi, opracowałam godny respons. Brzmi on tak:
Videtur quod. Nemo audiatur turpitudinem suam propriam allegans. Ambulat unusquisque post pravitatem cordis sui mali ut me non audiat; desperavimus post cogitationes enim nostras ibimus et unusquisque pravitatem cordis sui mali faciemus.
Sed contra. Pacta sunt servanda. Verumtamen oculis tuis considerabis et retributionem peccatorum videbis.
Respondeo. Volentis non fit iniuria. Vos enim in libertatem vocati estis fratres tantum ne libertatem in occasionem detis carnis sed per caritatem servite invicem.
Aby tak wspaniałe dzieło nie zmarnowało się wskutek jego ulotnego charakteru, publikuję go tutaj i ogłaszam konkurs, w którym nagrodą tradycyjnie będzie dobre piwo (dobre, tzn. nie z koncernowej komputerowej masówki, tylko wytworzone tradycyjną metodą w jednym z niszowych browarów). Proszę o przetłumaczenie i zidentyfikowanie wszystkich cytatów i aluzji literackich.
Jednocześnie serdecznie zapraszam na wspomnianą już sobotnią celebrację. Będzie to uprzywilejowana Msza wotywna o różańcu Najświętszej Marii Panny, istniejąca tylko w rycie dominikańskim i nie znana w ogóle rytowi rzymskiemu. Celebracja: o. Wojciech Gołaski OP. Przewodzenie śpiewowi chorałowemu: Marcin Bornus Szczyciński i bracia dominikanie z Kolegium Filozoficzno-Teologicznego dominikanów w Krakowie. Patronat: Dominikański Ośrodek Liturgiczny. Miejsce i czas: kościół św. Idziego, ul. Grodzka, Kraków, sobota 6 października, godz. 15.30.
Kolejna taka Msza zostanie odprawiona za trzy tygodnie, 27 października, także w kościele św. Idziego o godz. 15.30. Będziemy się wtedy modlić w intencji misji dominikańskich i świętować rozpoczęcie Roku Wiary ogłoszonego przez papieża Benedykta XVI. Przybywajcie!
Ps. Dziękujemy dzisiaj szczególnie za opiekę naszym świętym Aniołom Stróżom.

sobota, 11 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania: follow-up

Po ostatnim artykule poświęconym modlitwie świętego Dominika pojawiły się wypowiedzi, o których warto tu wspomnieć. Mianowicie temat klęczenia, który poruszyłam rano, w południe podjął franciszkański celebrans u krakowskich dominikanów, a po południu sam papież Benedykt XVI. To się nazywa być trendy :)

W Krakowie istnieje uświęcona kilkusetletnia tradycja, zgodnie z którą celebransi w niektórych kościołach zakonnych „wymieniają się miejscami” w najważniejsze kościelne święta. I tak na świętego Dominika główną mszę odprawia u nas franciszkanin, na odpust świętej Trójcy cysters, kiedy indziej karmelita itd. Z kolei dominikanin zawsze odprawia u franciszkanów w uroczystość św. Franciszka itd. Bardzo piękna tradycja. Zatem w czwartek przyszedł do nas młody ojciec Norbert, franciszkanin, i powiedział długie i mocne kazanie o potrzebie nawrócenia się. A w kazaniu zawarł anegdoty, które z pamięci cytuję:
Do księdza robiącego coś w kościele podszedł człowiek, niewierzący, i zapytał:
- Czy wy wierzycie, że hostia i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że Chrystus jest Bogiem?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że przyjmując komunię, spożywacie naprawdę ciało i krew Boga?
- Oczywiście, że wierzymy.
A na to ten człowiek:
- To kłamstwo. Gdybyście naprawdę w to wierzyli, to byście na kolanach się poruszali od samych drzwi kościoła.

Przy okazji druga anegdota:
Samolot był miotany bardzo silnymi turbulencjami. Przerażeni pasażerowie wysłali księdza do kabiny pilotów, żeby się dowiedział, co się dzieje. Piloci mu powiedzieli: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić. Niech ksiądz się modli i prosi o cud, bo tylko cud może nas uratować”. Ksiądz wrócił do kabiny pasażerskiej i powtórzył słowa pilotów, ale z niewielką modyfikacją: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić”.

Cóż, czasami tak bywa. Zawodowcom nierzadko trudniej jest zachować fascynację swoją specjalnością i uczucie do niej niż amatorom. Także specjalistom od Pana Boga. Nawiasem mówiąc, słowo amator nie oznaczało dawniej dyletanta, laika (kolejny znaczący trop językowy...), lecz miłośnika. Przecież łacińskie amo oznacza kochać, amator to ten, który kocha!

A po południu papież Benedykt poświęcił świętemu Dominikowi całą katechezę, nazywając go mistrzem modlitwy i zwracając uwagę na znaczenie odpowiednich postaw ciała:
Drodzy przyjaciele, św. Dominik przypomina nam, że u podstaw świadectwa wiary, jakie każdy chrześcijanin powinien dawać w rodzinie, w miejscu pracy, w zaangażowaniu społecznym, a także w chwilach relaksu, znajduje się modlitwa; jedynie nieustanna więź z Bogiem daje nam siłę do intensywnego przeżywania wszystkich wydarzeń, szczególnie tych najbardziej trudnych. Ten święty przypomina nam także o znaczeniu zewnętrznych postaw w naszej modlitwie. Postawa klęcząca, stojąc przed Panem, wpatrywanie się w krucyfiks, zatrzymywanie się i skupienie w milczeniu nie są czymś drugorzędnym, ale pomagają nam wewnętrznie stanąć całą naszą osobą przed Bogiem. Chciałbym raz jeszcze zwrócić uwagę, że dla naszego życia duchowego konieczne jest znalezienie codziennie chwil, zwłaszcza w czasie wakacji, na rozmowę z Bogiem. Będzie to również sposób niesienia pomocy ludziom, którzy są nam bliscy, aby weszli oni na świetlistą drogę obecności Boga, która niesie pokój i miłość, i której wszyscy potrzebujemy w codzienności.

Całość katechezy można przeczytać tutaj.

Ps. Czy ktoś z Was zna dobry polski odpowiednik angielskiego terminu follow-up?

piątek, 6 lipca 2012

Uff! Udało się!!!

W ostatnią niedzielę, czyli w uroczystość Przenajświętszej Krwi Chrystusa według tradycyjnego kalendarza katolickiego, w kościele św. Idziego odbyła się pierwsza od kilkudziesięciu lat w Krakowie publiczna Msza w rycie dominikańskim. Jam to, nie chwaląc się, uczyniła. Tzn. rzuciłam pomysł i zorganizowałam — przy bezcennej współpracy kilku bardzo zaangażowanych i wysoce kompetentnych osób, którym tutaj gorąco dziękuję; są to, w kolejności alfabetycznej: Łukasz Boruta, Dawid Gospodarek, Jarek Jarczewski, Maciej Michalec, Robert Pożarski, Grzegorz Przechowski OP, Marzena Anna Wójtowicz, Piotr Ziobro i Mateusz Ziomber.
To był ścisły staff. Oprócz tego pomocy i życzliwości doznaliśmy od innych osób: naszego krakowskiego przeora, pana Laurentego (kościelnego w Idzim), moich kolegów kantorów ze Scholi Gregoriany Silesiensis, którzy specjalnie przyjechali aż z Wrocławia i Warszawy, aby zaśpiewać (Krzysztof Ochnik, Marcin Szargut, Konrad Zagajewski, Damian Zazula), ludzi, którzy pożyczyli nam wszystkie brakujące gadżety, w tym pełne szaty kapłańskie z manipularzem, i wielu innych. Oraz o. prof. Augustine’a Thompsona OP z Kalifornii, specjalisty od rytu dominikańskiego, prowadzącego blog Dominican Liturgy, który służył nam radami. Doznaliśmy ze wszystkich stron mnóstwa życzliwości i zachęt.
Specjalne podziękowania kieruję do pana Zuckerberga, wynalazcy Facebooka, bo to od niego wszystko się zaczęło :) W owym czasie, gdy prezydentem Polski był Bronisław Komorowski, premierem Donald Tusk, prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów ojciec Krzysztof Popławski, a przeorem konwentu krakowskiego ojciec Paweł Kozacki, gdzieś u końca długiej zimy o. Łukasz Miśko OP, mój znajomy posługujący wówczas w Anchorage na Alasce, pochwalił się na Facebooku, że właśnie odprawił pierwszą w życiu mszę w rycie dominikańskim, a wtedy ja szybciutko napisałam do niego, czy mógłby odprawić taką mszę dla nas, kiedy przyjedzie latem do Polski...

Nasze tablice ołtarzowe

Przygotowania obfitowały w momenty humorystyczne i mrożące krew w żyłach — na przykład gdy pan Laurenty oznajmił dyrektywnie, że kadzidła nie może być, bo włączają się czujniki przeciwpożarowe, albo gdy w ostatniej chwili okazało się, że nie mamy stroju kapłańskiego, bo w 750-letnim klasztorze krakowskim nie ma ani jednego manipularza poza kilkoma zamkniętymi na cztery spusty w muzeum. Nie było zresztą również tablic ołtarzowych, więc moi wspaniali ministranci zrobili nowe sami!!! Piękne, oprawione w ramki, będą się nadawały do kolejnych celebracji. Łukasz miał dolecieć do nas z Kalifornii dopiero w sobotę wieczorem i z trzema przesiadkami w Europie, i prawie osiwiałam, czekając na wiadomość od niego. A cała ekipa, w tym celebrans, ministranci i kantorzy, spotkała się w realu dopiero na półtorej godziny przed celebracją i miała godzinę na próbę. Tymczasem msza śpiewana w starym rycie to nie przelewki! Chyba wszyscy święci dominikańscy czuwali nad nami: od św. Ojca Dominika, przez św. Jacka uświęcającego Kraków swoim grobem, po bł. Michała Czartoryskiego. Bo wszystko udało się na 102 i impreza była na 14 fajerek :)
Nie będę opisywać samej uroczystości, bo w Internecie są już inne relacje. To niezwykłe, ile portali o nas napisało — po polsku i po angielsku! Zamieszczam tutaj linki, proszę doczytać i obejrzeć zdjęcia:
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/over-last-few-months-i-have-been.html
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/dominican-rite-mass-cracow-poland-july.html
http://www.newliturgicalmovement.org/2012/07/dominican-rite-in-poland.html
http://www.nowyruchliturgiczny.pl/2012/07/msza-sw-w-rycie-dominikanskim-w.html
http://www.pch24.pl/msza-sw--w-rycie-dominikanskim-w-krakowie,3996,i.html
W ramach przygotowań do Mszy założyliśmy stronę internetową www.rytdominikanski.pl; na początku miała ona tylko zawierać materiały potrzebne ministrantom i kantorom do nauki celebracji, ale dzięki niezwykłej życzliwości o. Augustine’a Thompsona OP, który pozwolił nam tłumaczyć i publikować wszystkie materiały z bloga Dominican Liturgy, oraz o. Marka Pieńkowskiego OP, który zgodził się przyjąć na swoje barki ciężar służenia nam za oficjalny kontakt z Polską Prowincją Dominikanów, stanie się — mamy nadzieję — wyspecjalizowanym portalem poświęconym rytowi dominikańskiemu w Polsce oraz miejscem integracji jego sympatyków. Zapraszam do czytania tej nowej strony, mamy bogate plany! A już niedługo zamieścimy kazanie wygłoszone przez o. Łukasza na Mszy.
Więcej zdjęć jest tutaj.
A teraz kącik na reklamę: Nasz zespół ministrantów jest świetny, a Schola Gregoriana Silesiensis to śpiewacy chorałowi na najwyższym poziomie. Chłopcy przygotowali kancjonał i zaśpiewali za darmo, przyjeżdżając z daleka i zużywając na to wiele godzin. Czuję się zobowiązana spróbować im wynagrodzić za ten trud. Jeśli zatem znacie kogoś, kto organizuje koncerty i płaci wykonawcom, nie wahajcie się ich polecać. Nagrania z Mszy planujemy zamieścić na stronach www.rytdominikanski.pl i www.ssgs.pl.

Zdjęcie rodzinne organizatorów