Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2013

Ulewa się

Już wiem, dlaczego wszyscy zakonodawcy tak walczyli (nieskutecznie oczywiście) z życiem założonych przez siebie zakonów z czynszów i odsetek. Otrzymywanie pieniędzy bez wysiłku potwornie rozleniwia i demoralizuje. Niemal każdy, czy to świecki, czy ksiądz, czy zakonnik, nawet jeśli na początku jest wypełniony największym ogniem i najszczerszymi chęciami, po dostaniu się w środowisko, gdzie żyje się dostatnio, spokojnie, bez trosk materialnych, gdzie papu, ogrzewanie i książki same przychodzą codziennie, czy się coś robi dla Boga i ludzi, czy nie, bardzo szybko popada w letarg i zaczyna wyznawać doktrynę Kononowicza — nie będzie nic. Sądzę, że jest to odmiana syndromu bezrobotnego. Taki człowiek jest głęboko przekonany, że ciężko pracuje, i obraża się na wszystkich, którzy podają to w wątpliwość, nawet jeśli robi tylko 10% tego co jeszcze kilka lat temu. Nie tylko doba, ale i serce mu się zmniejszyło i jest całkiem wypełnione czymkolwiek, bo bardzo malutkie.
Przykładów nie będzie, choć cisną mi się do głowy. Każdy spowoduje, że ktoś się na mnie obrazi, część z nich to tzw. insider news, a w ogóle wyznaję pogląd, że brudów nie pierze się publicznie.
Najgorsze jest to, że jeśli znajdzie się jakiś straceniec, który jeszcze chce coś robić, to demokratyczna większość, przyzwyczajona do konsensusu i dialogowania, wolności i swoich praw, natychmiast wciąga go z powrotem za nogi do kotła i spuszcza mu takie manto, żeby mu się odechciało. Nazywa się to celebrowaniem wspólnoty.
Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji oprócz czekania do takiego momentu, aż naprawdę nie będzie nic i pojawi się jakaś Magdalena Mortęska czy Teresa z Avili, która doprowadzi do nawrócenia i powrotu do ubóstwa i gorliwości, ma się rozumieć za cenę znienawidzenia i prześladowań na każdym kroku?
I, ma się rozumieć, ciągłej walki z Kononowiczem w sobie samym?

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?

środa, 8 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania jak do szczególnej sztuki i służby

Czwarty sposób modlitwy św. DominikaNowoczesny, posoborowy katolik rzadko kiedy klęczy. Wie przecież, że jako chrześcijanin jest członkiem wspólnoty świętych (por. np. Ef 1,1. 15. 18) i ma wysoką godność jako dziecko Boże. Jeśli ma szeroką erudycję, powołuje się na ryt ambrozjański, gdzie starożytnym zwyczajem w niedzielę się nie klęka. Dlatego komunię przyjmuje zawsze na stojąco, czasem także do ręki, żeby nie czuć upokorzenia jako bierny przedmiot działań kapłana, który sam wkłada mu komunikant do ust, a po przyjęciu komunii nigdy nie modli się na klęcząco, lecz zawsze na siedząco. Do takich postaw ciała jest też zachęcany przez nowe przepisy liturgiczne i decyzje biskupów. Jeśli zaś ma poczucie misji, niesie kaganek oświaty maluczkim, których zniewolone umysły tkwią nadal w przestarzałych, poniżających zwyczajach i pojęciach przedsoborowych.
Jakież współczucie, zadziwienie, przestrach i niechęć muszą się rodzić w jego współczesnym i otwartym serduszku, gdy czyta o zwyczajach modlitewnych świętego Dominika Guzmana, patrona dnia dzisiejszego. Starożytne dziełko „Dziewięć sposobów modlitwy świętego Dominika” jest dostępne w Internecie i nowoczesny katolik, być może czciciel świętego Kaznodziei, przeczyta w nim z przerażeniem, że jego idol spędzał całe godziny na klęczkach, kłaniał się nisko za każdym razem, gdy przechodził koło ołtarza lub krucyfiksu, leżał krzyżem na ziemi, no i, o zgrozo, biczował się. Cóż za średniowiecze! Jeśli zaś stał na modlitwie, to wyprostowany jak strzała (jakie to musiało być niewygodne!) lub z rozkrzyżowanymi rękami. Na siedząco zaś, owszem, czytał Pismo Święte lub inną pobożną książkę w swojej celi lub gdzie indziej, poza godzinami nabożeństw liturgicznych. Uff, przynajmniej w tym punkcie jest nowoczesny, odetchnie nowoczesny katolik.
W „Dziewięciu sposobach” czytamy, że założyciel dominikanów uczynił z modlitwy na klęcząco „swoją szczególną sztukę i służbę”. A gdy to czynił, „wzrastała wtedy w świętym Ojcu Dominiku wielka ufność wobec miłosierdzia Bożego — co do siebie samego, wszystkich grzeszników, a także co do Bożej ochrony wobec najmłodszych braci”. I tego sposobu modlitwy uczył innych „bardziej przykładem swoich praktyk niż słowami”:

Stojąc przed ołtarzem, albo w kapitularzu, kierował swój wzrok na Krzyż, uważnie wpatrując się w Chrystusa ukrzyżowanego, raz po raz przyklękając, czasem i do stu razy. Zdarzało się, że trwał tak na modlitwie przez cały czas od komplety do północy, już to wstając, już to klękając, na wzór św. Jakuba Apostoła, albo na wzór trędowatego z Ewangelii, który padłszy na kolana wołał: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mt 8, 2). Czy wreszcie na wzór św. Szczepana modlącego się na kolanach wielkim głosem: Panie, nie poczytuj im tego grzechu. [...] Czasem zaś modlił się w duchu tak, że zupełnie nie było słychać jego głosu. Pozostawał w ciszy na kolanach, z umysłem pogrążonym w zachwycie, i trwało to nieraz długo. Czasem widać było z wyrazu twarzy, że duch jego przeniknął niebo, bo oto twarz rozjaśniała się radością i tryskały mu z oczu łzy. I widać było, że czegoś gorąco pożąda, tak jak człowiek spragniony wody, gdy się zbliża do źródła, lub jak podróżnik, gdy już jest blisko swej ojczyzny. Stawał się wtedy bardziej zdecydowany i nalegający, jego ruchy stawały się bardziej dynamiczne, gdy na przemian już to wstawał, już to znowu klękał. Zachowywał jednak przy tym wielką godność postawy. I tak już był przyzwyczajony do przyklękania, że w czasie podróży, po trudach dnia, w zajazdach, czy nawet podczas drogi, kiedy inni spali lub odpoczywali, powracał do swojego przyklękania, jak do szczególnej swojej sztuki i służby. Tego sposobu modlitwy uczył św. Dominik bardziej przykładem swoich praktyk niż słowami.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Okulary Traugutta

Dzisiaj nie będzie o liturgii, tylko o patriotyzmie i historii narodowej. Niby wydaje się, że nie pasuje to do ogólnej tematyki tego blogu, a jednak moim zdaniem gdzieś głęboko te dwie rzeczywistości się łączą. Tak zostałam wychowana, czy też uformowana. Jednym z istotnych czynników wpływających na tworzenie się mojego światopoglądu było środowisko Szczepu 1 Warszawskich Drużyn Harcerskich „Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta, który działał przy VI LO im. Tadeusza Reytana.
Dzisiaj przypada rocznica śmierci Traugutta w egzekucji w pobliżu Cytadeli Warszawskiej. Teraz w tym miejscu, przy ulicy Konwiktorskiej, znajduje się park jego imienia i stoi krzyż upamiętniający egzekucję pięciu przywódców Powstania Styczniowego, członków Rządu Narodowego: Romualda Traugutta, Rafała Krajewskiego, Józefa Toczyńskiego, Romana Żulińskiego i Jana Jeziorańskiego, 5 sierpnia 1864 roku. Kiedy byłam w „Czarnej Jedynce”, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, spotykaliśmy się pod krzyżem Traugutta na święcie szczepu.
Romuald Traugutt jest dziś postacią niemal zapomnianą. Tymczasem to on właśnie pokazuje, jak patriotyzm i liturgia — a szerzej pobożność — mogą się ze sobą łączyć. Dyktator Powstania Styczniowego był człowiekiem tak głęboko i autentycznie pobożnym, a jego świeckie życie (zawodowy wojskowy) było tak przeniknięte wiarą, tak bardzo kierował się w postępowaniu motywami ewangelicznymi, że wiele ludzi i środowisk od lat postuluje otwarcie jego procesu beatyfikacyjnego. Ja też uważam, że byłoby to bardzo pożądane. Traugutt byłby dla świeckich świetnym patronem i wzorcem duchowości — na miarę Pier Giorgia Frassatiego, Karoliny Kózkowny czy państwa Martin, rodziców świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
1 WDH „Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta — obchody stulecia istnieniaByłoby to tym bardziej cenne, że Traugutt był niezwykle rzadkim przykładem polskiego patrioty, dla którego Polska nie stała się nadrzędną wartością wypierającą de facto Boga z pierwszego miejsca, a religia nie stała się protezą działalności narodowej. Bóg był zawsze na pierwszym miejscu, więc wszystko inne było na swoim miejscu. Dlatego też Traugutt nigdy nie popadł w błąd, który popełniło bardzo wielu przywódców innych polskich powstań — takiego zaślepienia uczuciami patriotycznymi i entuzjazmem dla narodowej sprawy, takiej szlachetnej naiwności i zuchwałej ufności w Bożą Opatrzność, że tracili wszelką umiejętność racjonalnej oceny sytuacji politycznej i wojskowej, i sprowadzali na naród jeszcze gorsze nieszczęścia. Zapominali bowiem, że Ewangelia nakazuje być niewinnymi jak gołębice, ale roztropnymi jak węże.
Jestem wychowana w szkole Romualda Traugutta. Patrzę przez jego okulary, o których mówi redaktor naczelny „Christianitas” Paweł Milcarek, mój współdruh z „Czarnej Jedynki”, w tekście, który załączam poniżej. Okulary Traugutta kształtują moje patrzenie i na Polskę, i na liturgię jako źródło i szczyt życia chrześcijańskiego. Tekst ten to wystąpienie Pawła podczas obchodów stulecia naszego szczepu w październiku ubiegłego roku, pod krzyżem Traugutta. Podaję go za Rebelya.pl. O historii „Czarnej Jedynki” możecie dowiedzieć się więcej z wystąpienia Marcina Gugulskiego. 1 WDH istnieje nadal i ma swoją stronę internetową. Zapraszam też do obejrzenia zdjęć z obchodów w mojej galerii na Picasa Web Album.

Wystąpienie Pawła Milcarka pod krzyżem Traugutta w Warszawie w setną rocznicę powstania 1 WDH „Czarna Jedynka”

Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie.
Oficjalni patroni dzielą się na niegodnych, karłowatych — i prawdziwych. Niegodnych zwykle się narzuca — i bywało, że w naszych szkołach itp. mieliśmy takich „patronów”, których się czuło jak but postawiony na karku leżącego. Są też patroni karłowaci, czyli tacy, których ludzie sobie wybierają ze świadomością ich przeciętności, czy wręcz bylejakości — po to, żeby nie musieć ani czcić, ani szanować takiego „patrona”, traktowanego wyłącznie jako ktoś „taki sam jak my”. Inaczej jest z patronami prawdziwymi: tych przyjmujemy w akcie swoistej odwagi, zestawiając nasze życie z ich bohaterstwem. Do takiego patrona idzie się „pod górę” — po przykład, po świadectwo, po naukę.
Tak jest z Romualdem Trauguttem, który od początku i nieprzerwanie jest patronem „Czarnej Jedynki”, przez sto lat jej historii.
Jak my patrzymy na Traugutta, jaki jego obraz panuje w naszej wyobraźni? W słynnym opisie egzekucji członków Rządu Narodowego Mikołaj Berg relacjonował na kartach Zapisków o powstaniu polskim, że nasz patron zachowywał się w swych ostatnich chwilach z wyjątkowym opanowaniem, niezwykłym zwłaszcza na tle ludzkich reakcji innych. Czytamy też, że postawiony pod szubienicą, w ostatniej chwili złożył ręce i podniósł oczy do nieba — i w tej pozycji zastygł także wtedy, gdy go powieszono.
Sam ten obraz zawiera powód do szacunku i pouczające przesłanie. A jednak jakże łatwo byłoby i z niego zrobić płaską wycinankę. Nie wolno tego zrobić człowiekowi w rzeczywistości tak wielowymiarowemu jak Traugutt.
Popatrzmy na niego jeszcze raz. Oto powstaniec, a nawet dyktator powstania — który „nikomu powstania nie doradzał”, lecz przystał do niego, widząc, że nie godzi się stać z boku, gdy inni w sąsiedztwie ryzykują w tym poświęceniu narodowym wszystko; a przywódcą zostawał wtedy, gdy inni, na początku gorętsi, pakowali manatki. To Traugutt.
Oto dyktator doskonale świadomy minimalnych szans zwycięstwa — a przecież daleki zarówno od desperacji, jak i od opuszczania rąk; gdy wszedł w tę walkę, użył w niej całej swej wiedzy, całego zmysłu oficerskiego, działając i zagrzewając innych gorącymi słowami. To też Traugutt.
A teraz: konspirator nurkujący w sam wir niebezpiecznego życia — i na każdym jego etapie pamiętający i tkliwy dla swoich najbliższych, żony i córek; choć w końcu nie umknął szpiclom, to do końca nie dał się pochwycić złudzeniom „niebezpiecznego życia”. To również Traugutt.
I w końcu: gorący patriota, dający wszystkie swoje siły i życie w sprawie wolności i niepodległości naszej ziemi — a przecież na pierwszym miejscu stawiający zawsze Dobro wieczne spoza granic tego świata, z tą głową zadartą ku innemu światu, nie tylko w chwili umierania. To także i z pewnością jest Traugutt, sługa Boży.
Jak zatem mamy uczcić, wspominać, naśladować tego człowieka, naszego patrona? „Jedynka” stała się jego żałobnikiem. Pamiętam, jak w latach 80. Ludzie w Polsce pytali nas: „te czarne chusty to z powodu stanu wojennego nosicie?” A my nosiliśmy je — Wy je dziś nosicie — jako zadaną nam żałobę po Traugucie i po tamtym powstaniu.
Na tym również polega nasz obowiązek: że dosłownie nosi się na karku pamięć o tamtej walce – i o beznadziei, która nastąpiła po klęsce, czarnej jak noc. Wtedy to, w 1870 pisała w liście pewna pani o popowstaniowym pokoleniu: „smutno jest zaiste widzieć młodzież naszą tak nędznie wyrosłą duchem — tak przedwcześnie zestarzałą zda się że w dziecięctwie potargali już illuzyje życia — tak im obce wszystko co wielkie — co święte — żal mi jednak potępiać ich przede sobą — tak ślepo wierzę w cnoty ich dziadów, że niepodobna mi przypuścić żeby ta dziatwa skarłowaciała zerwała całkiem z swoją przeszłością…” Tak ciemno było! A przecież potem przyszło „nowych ludzi plemię”, tych z PET-u i ZET-u, z Legionów i Armii Ochotniczej 1920, tych z historii, która mieści się w naszym jubileuszu stulecia. Kolor naszych chust to zawsze przypomnienie strasznej chwili, od której trzeba się było odbić potężnym wysiłkiem, mocą odrodzonej nadziei.
Na chwilę przed swoją śmiercią na szubienicy Traugutt zdjął okulary i odrzucił je, już mu niepotrzebne. Okulary te mają swoją dalszą historię — zostały podniesione jak relikwia, przekazywano je sobie potem jak jedną ze świętości, wędrowały po świecie. Są muzealnym eksponatem — ale przede wszystkim jakimś dziedzictwem. Dziś, gdy stoimy pod Krzyżem Traugutta, myślę, że każdy powinien odważyć się ich użyć. Nie wszyscy z nas są okularnikami — a jednak każdemu przydałoby się spojrzenie przez szkła okularów Traugutta: na Polskę, na siebie, na najbliższych, nawet poza ten świat.
Sądzę, że jest właśnie tak: że jesteśmy tu, aby podnieść do naszych oczu okulary Traugutta — przyłożyć do naszych umysłów jego sposób pojmowania. I wrócić potem do naszych zwykłych zajęć, z odkryciami i korektami, które pochodzą od naszego patrona.
Czuwajmy!

środa, 9 listopada 2011

Czy księża są przyczyną sekularyzacji i co z tego wynika?

I. O gwałtownej sekularyzacji krajów Europy Zachodniej, w wyniku której stały się one w ostatnich kilkudziesięciu latach krajami postchrześcijańskimi, mówi się, że w dużym stopniu przyczynili się do niej księża, którzy wskutek niewłaściwej recepcji dokumentów Soboru Watykańskiego II i reformy liturgicznej początku lat 70. przestali wykonywać tradycyjne praktyki pobożne (takie jak adoracja Najświętszego Sakramentu, spowiedź indywidualna, procesje, częsta Eucharystia itp.) i przekonali wiernych świeckich, że są one przeżytkiem.

Często stawiana jest teza, że podobna jak wcześniej na Zachodzie sekularyzacja następuje w Polsce. Wydaje się, że ostatnio to zjawisko przyspiesza, a 10% głosów dla agresywnie antyklerykalnego ugrupowania Ruchu Palikota w ostatnich wyborach parlamentarnych jest jego czytelnym symbolem.

Dyżurnym powodem sekularyzacji, wymienianym przez media katolickie, jest konsumpcjonizm Polaków. Z kolei media antykatolickie chętnie powołują się na winy hierarchii kościelnej — upolitycznienie, reakcję na katastrofę smoleńską, ustanawianie nieformalnych, wywindowanych cen minimalnych za sprawowanie sakramentów i pogrzebów, skandale majątkowe związane z odzyskiwaniem majątków zabranych przez komunistów i Funduszem Kościelnym, tuszowanie wypadków pedofilii wśród księży itp. Do tych spraw, wałkowanych z upodobaniem przez media, nie będę się odnosić. Interesuje mnie raczej kwestia zaniku pobożności i ewentualnego wpływu księży na sekularyzację wiernych świeckich.

Słyszałam wielokrotnie, że księża krytykowali i wyśmiewali ludzi świeckich (głównie kobiety, oczywiście) spędzających wiele czasu na modlitwie w kościele — i robili to nawet na kazaniach. W twierdzeniu, że kobiety powinny zajmować się w domu mężem, a nie spędzać czas na modlitwach w kościele, lubował się na przykład ojciec Joachim Badeni, mocno lansowany kaznodzieja dominikański. Zetknęłam się też z wypadkami, kiedy księża odmówili zorganizowania nabożeństwa na prośbę wiernych świeckich, choć istniały możliwości lokalowe i personalne — nieszporów niedzielnych, wystawienia Najświętszego Sakramentu czy nabożeństw ku czci świętych w dniu ich wspomnienia liturgicznego, nawet jeśli ich relikwie przechowywane były w danym kościele (sic!).

Znajomi zakonnicy mówią mi, że nie będą chodzić w habicie po ulicy, bo nie mają ochoty się spotkać z jakimiś negatywnymi reakcjami. „Kto się do mnie nie przyzna przed ludźmi...” A dawniej ludzie szli na śmierć czy tortury dla krzyża czy habitu! I jeszcze dziś idą na przykład w Pakistanie, jak Asia Bibi (trzeba podpisywać, to pilne: http://www.gpch.pl/index.php/akcje/48-akcje-wsparcia/575-pomoz-uwolnic-asie-bibi) czy Ayman Nabil Labib (http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/17-latek_zamordowany_za_krzyz_na_reku__16556).

Przekonana była zatem, że tak samo jak wcześniej na Zachodzie, przyczyną obecnej sekularyzacji w Polsce w dużej mierze są księża. Zarówno pod względem utraty pobożności, jak i pod względem komercjalizacji i przyjmowania konsumpcyjnego stylu życia. Podobne opinie wyrażało również kilku moich znajomych księży.

II. Jednakże po przemyśleniu sprawy zmieniłam zdanie. Obecnie sądzę, że księża nie są przyczyną sekularyzacji; są taką samą jej ofiarą jak świeccy — a jedyna różnica jest taka, że w ich wypadku konsekwencje są znacznie bardziej szkodliwe, gdyż pociągają za sobą wiernych świeckich. Oczywiście owce idą za pasterzem, to niewątpliwe. Jednak przyczyny obecnej sekularyzacji społeczności katolickiej w Polsce leżą głębiej i wszystkie mają charakter duchowy. Widzę trzy główne takie przyczyny: brak miłości; brak Ducha Świętego; brak myślenia o śmierci i życiu wiecznym, powodujący w efekcie koncentrację na doczesności i upodobnienie się Kościoła do ideologii socjalistycznych (doczesnego zbawienia).

1. Pierwszym powodem jest brak miłości — dającej motywację, siłę i odwagę do wszelkiego działania. Tekst świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, który jest czytany w Godzinie Czytań z jej wspomnienia 1 października, to locus classicus: „Jedynie miłość porusza członki Kościoła i gdyby ona wygasła, apostołowie nie głosiliby już Ewangelii, męczennicy nie przelewaliby już krwi”.

2. Kolejnym powodem jest moim zdaniem brak należytego „miejsca” Ducha Świętego w duchowości Kościoła zachodniego, łacińskiego. Kładzie on większy nacisk na organizację, przepisy, hierarchiczność, prawo, natomiast działanie Ducha Świętego jest w nim troszkę na dalszym planie. Właśnie z powodu tego różnego zabarwienia duchowego Kościołów wschodniego i zachodniego mówi się o nich czasami w teologii jako o Kościele „Janowym” (gdzie św. Jan Apostoł jest symbolem działania charyzmatycznego i głębokiej kontemplacji) i „Piotrowym”, o ścisłej organizacji i widocznej hierarchiczności. Jest to oczywiście pewne uproszczenie, ale wskazuje na pewien istotny moment.

Prawosławny patriarcha Antiochii Ignacy (Hazim) z Lattaki mówił kilkadziesiąt lat temu o Duchu Świętym w bardzo podobny sposób, jak święta Teresa od Dzieciątka Jezus o miłości: „Bez niego Bóg jest daleko, Chrystus należy do przeszłości, Ewangelia jest martwą literą, Kościół — zwyczajną organizacją, władza — dominacją, misja — propagandą, kult — wspomnieniem, a postępowanie chrześcijańskie — niewolniczą moralnością. Ale w Nim, poprzez nieodłączone ludzkie współdziałanie, świat dźwiga się i jęczy w bólach porodu Królestwa, człowiek zmaga się przeciwko «ciału», Chrystus zmartwychwstały jest tuż obok, Ewangelia jest mocą kształtującą życie, Kościół — znakiem wspólnoty trynitarnej, władza — wyzwalającą służbą, misja — Pięćdziesiątnicą, liturgia — uobecniającą anamnezą i antycypacją, działanie ludzkie doznaje łaski przebóstwienia. Duch Święty sprawia, że nadchodzi Paruzja w sakramentalnej i pełnej mistycznego realizmu epiklezie, powoduje do istnienia, mówi przez proroków, włącza wszystko w dialog, sam będąc «rozlany w sercach» tworzy wspólnotę, pociąga ku powtórnemu przyjściu. On jest «Panem i dawcą życia»”.

Wypowiedź arcybiskupa Ignacego wskazuje moim zdaniem na główną przyczynę kryzysu, obumierania duchowego zachodniego i polskiego katolicyzmu. Gdy nie ma Ducha — liturgia zamienia się w formalną sztampę, która tak mocno odcisnęła się na liturgii przedsoborowej (ten formalizm za przyczynę kryzysu liturgicznego uważa m.in. liturgista Cesare Giraudo, wspomina o nim także papież Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia). Duch jest Ogniem i daje życie — bez niego wszystko jest zimne i martwe. I taki jest też obecny Kościół, mimo całej radosnej posoborowej „inwencji twórczej” (więcej na ten temat pisze ojciec Mauro Gagliardi, konsultor Urzędu ds. Papieskich Celebracji Liturgicznych w tekście „Przestrzeganie norm liturgicznych a ars celebrandi”, dostępnym po polsku na stronie Nowego Ruchu Liturgicznego).

Słowa, symbole tracą sens. Usiłujemy przypodobać się światu. Nie mamy odwagi, by być znakiem sprzeciwu. Ksiądz Andrzej Draguła zwrócił uwagę, że orzeczenie trybunału w Strasburgu, że krzyż może wisieć w szkole, bo jest „symbolem biernym”, jest miażdżące dla chrześcijaństwa. Krzyż ma być symbolem aktywnym, ma drażnić, ma być głupstwem dla pogan i zgorszeniem dla żydów, a nie dekoracją, której nikt nie zauważa. Ale to większość z nas, katolików, tak się zachowuje, że krzyż jest często tak postrzegany. Podobnie nierozumny (jak obecnie łagodnie tłumaczony jest w obecnych tłumaczeniach liturgicznych wyraz stultus) komentarz „broniący” krzyża przez rozmywanie jego znaczenia wygłosił niedawno na ten temat na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego abp Gianfranco Ravasi.

Jesteśmy letni i jeśli się nie nawrócimy, grozi nam to, co Kościołowi w Laodycei: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”. Pragnienie zawarcia rozejmu z „tym światem” przez nienarażanie się mu przyniesie bowiem odwrotne skutki. Jak niedawno zauważył trafnie Paweł Lisicki w komentarzu pt. „Korzenie polityki antyklerykalnej”, opublikowanym w „Rzeczpospolitej”: „Im Kościół bardziej upodabnia się do świata, im bardziej rezygnuje z tego wszystkiego, co go wyróżniało — osobnego języka, liturgii, obyczajów — tym bardziej musi podlegać tym samym prawom co wszystkie inne instytucje. Dawne przywileje muszą zniknąć. Ba, im szybciej Kościół przystosowuje się do świata, tym większy jest napór, żeby ta różnica między sacrum a profanum całkiem znikła. I tym większa popularność nowych antyklerykalnych ruchów”.

3. Ostatni problem to brak myślenia o śmierci i życiu wiecznym. Czytelnym dla każdego przykładem tego trendu jest zastąpienie wypowiadanych przy sypaniu popiołem w środę popielcową słów „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” słowami „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Wyparcie zaś świadomości rychłej i nieuchronnej śmierci powoduje koncentrację na doczesności i, w efekcie, upodobnienie się Kościoła do ideologii socjalistycznych (doczesnego zbawienia).

W dawnych czasach śmierć była stale obecna. Myślało i mówiło się o niej ciągle, a istotnym elementem duchowości były „podręczniki dobrej śmierci” zawierające odpowiednie modlitwy, sposoby przygotowania się do pobożnego umierania, a nawet ćwiczenie go „na sucho”. Było to oczywiście wywołane kruchością ziemskiej egzystencji w czasach, gdy toczyły się ciągłe wojny, a medycyna była w powijakach. Obecnie jednak przesadza się w drugą stronę. W Kościele pojawiła się koncentracja na doczesności; jest ona widoczna nie tylko w komercjalizacji i konsumpcjonizmie tak świeckich, jak i duchownych, lecz także w tekstach dokumentów kościelnych i liturgicznych.

Dobrym przykładem zupełnego odwrócenia perspektyw współczesnej mentalności katolickiej w porównaniu z ewangelicznym (i w ogóle nowotestamentalnym) nauczaniem na temat stosunku doczesnego i przyszłego świata jest 39 numer Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes Soboru Watykańskiego II: „Słyszymy WPRAWDZIE, że na nic człowiekowi się nie przyda, jeśli cały świat zyska, a siebie samego zatraci. Oczekiwanie JEDNAK nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz ma raczej pobudzać zapobiegliwość, by uprawiać tę ziemię, na której wzrasta owo ciało nowej rodziny ludzkiej”. (przy okazji, cóż za socjalistyczne wyrażenie; potem zaś jest o postępie). Symbolem obecności tego nowatorskiego trendu językowo-teologicznego w liturgii jest dla mnie oracja jutrzni z poniedziałku IV tygodnia: „Ty powierzyłeś ludziom ziemię, aby własną pracą ją przekształcali, oddałeś także na ich usługi energię słońca, spraw, abyśmy dzisiaj pilnie pracowali...”. Podobnym duchem tchnie zresztą niedawno dodana V modlitwa eucharystyczna.

III. Nie zamierzam zakończyć na narzekaniu. Zadajmy pytanie, co możemy w tej sytuacji zrobić? Czy ja mam, czy ty masz na nią realny wpływ? Uważam, że tak. Każdy powinien działać, a nie oglądać się na innych. Jak powiedziała Matka Teresa z Kalkuty, „zło w Kościele to ja i pan”. Po ostatnich wyborach parlamentarnych moi krakowscy świeccy znajomi rozpoczęli na Facebooku akcję modlitwy różańcowej za Polskę. Niektórzy być może uznają to za śmieszne, ale ja tak nie sądzę. To ludzie, którzy do tej pory takich rzeczy nie robili. Nic wspólnego z moherem. I teraz mieli głębokie przekonanie, że tak trzeba. Moje natomiast propozycje są takie:

1. Trzeba modlić się o Ducha i do Ducha, żeby pojawiła się mądra, Boża miłość — nie emocje, które zanikają i mogą prowadzić do groźnych skutków, lecz miłość ogrzewająca ludzi zgodnie z Pawłowym „przygarniajcie siebie nawzajem”, uświęcająca, ciągnąca w górę, zapalająca gorliwość, dająca odwagę wychylania się i ryzykowania, zarażająca innych.

2. Trzeba czytać na temat Ducha Świętego. Można sięgnąć choćby do 3-tomowego dzieła o Duchu Świętym dominikanina Yves’a Congara „Wierzę w Ducha Świętego”, które powstało pod wpływem znajomości z Włodzimierzem Łosskim, wybitnym teologiem prawosławnym, autorem świetnej książki „Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego”.

3. Trzeba często modlić się o nawrócenie siebie samego i innych, a także pościć za grzeszników i upadających — w tym otwartych wrogów Boga i chrześcijaństwa, jak Janusz Palikot, Roman Kotliński, Nergal i ich zwolennicy; księży, którzy porzucili lub planują porzucić kapłaństwo, szczególnie znajomych, itd. Szczególnie trzeba się modlić o nawrócenie ludzi aktywnie walczących o swobodną aborcję.

4. Trzeba prosić o przebłaganie dla nas, katolików, za winę zgorszenia, które spowodowaliśmy, i o ratunek Boży dla ludzi, którzy zostali wrogami Kościoła w wyniku zranienia i skrzywdzenia przez ludzi Kościoła. Wielu spośród najgorętszych wrogów Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa w Polsce zostało nimi wskutek krzywd doznanych od ludzi Kościoła lub rozczarowania sprzecznością ich czynów z głoszoną nauką; o dużej skali tego zjawiska mówią mi znajomi duszpasterze. Jest to klasyczny grzech zgorszenia — spowodowanie swoim postępowaniem, że inny człowiek stał się gorszy.

5. Trzeba przywrócić mówienie o rzeczach ostatecznych człowieka, o śmierci i sądzie Bożym. O tym, że prawdziwe życie i szczęście czeka nas po drugiej stronie, ale wąska jest droga i ciasna brama, i wielu jest powołanych, a mało wybranych. Od ostatniego soboru Kościół niechętnie o tym mówi. Nie jest cool i nowocześnie mówić ludziom o grzechu i piekle, o odpłacie za swoje czyny, lepiej w kółko miło gawędzić o miłosierdziu Bożym. Take it easy i pełen luz. A tymczasem Bóg jest także sędzią sprawiedliwym, a na końcu czeka każdego z nas Sąd — i o tym też należy pamiętać. O niewłaściwym milczeniu pasterzy, jego przyczynach i skutkach mówili między innymi święty Augustyn i święty Grzegorz Wielki, a teksty te (dostępne w brewiarzu, w Godzinie Czytań z piątku XXIV tygodnia i soboty XXVII tygodnia) są niestety boleśnie aktualne.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Wielką rolę do odegrania mają tu zakonnicy — zgodnie z nauczaniem Kościoła to oni są przecież powołani, aby swoją rezygnacją z wielu rzeczy doczesnych świadczyć przed ludźmi, że prawdziwa ojczyzna jest w niebie (por. choćby adhortację apostolską papieża Jana Pawła II Vita consecrata nr 26). Mają zatem zarówno najszersze możliwości, jak i największą odpowiedzialność, by przerwać trend dorabiania się i urządzania na tym świecie, który rozpowszechnił się w polskim Kościele.

Mocną świadomość realności i bliskości przyszłego, pełnego i szczęśliwego życia w obecności Bożej ma drugi generał dominikanów, błogosławiony Jordan z Saksonii, bezpośredni następca świętego Dominika, gdy pisze swojej przyjaciółce, błogosławionej Dianie Andalo, przeoryszy mniszek w Bolonii, żeby tak bardzo nie rozpaczała z tęsknoty za nim, bo w przyszłym życiu będą ciągle razem. Tego „wychylenia eschatologicznego” powinni się od Jordana uczyć nie tylko zakonnicy, lecz także każdy wierny świecki.