piątek, 6 lipca 2012

Uff! Udało się!!!

W ostatnią niedzielę, czyli w uroczystość Przenajświętszej Krwi Chrystusa według tradycyjnego kalendarza katolickiego, w kościele św. Idziego odbyła się pierwsza od kilkudziesięciu lat w Krakowie publiczna Msza w rycie dominikańskim. Jam to, nie chwaląc się, uczyniła. Tzn. rzuciłam pomysł i zorganizowałam — przy bezcennej współpracy kilku bardzo zaangażowanych i wysoce kompetentnych osób, którym tutaj gorąco dziękuję; są to, w kolejności alfabetycznej: Łukasz Boruta, Dawid Gospodarek, Jarek Jarczewski, Maciej Michalec, Robert Pożarski, Grzegorz Przechowski OP, Marzena Anna Wójtowicz, Piotr Ziobro i Mateusz Ziomber.
To był ścisły staff. Oprócz tego pomocy i życzliwości doznaliśmy od innych osób: naszego krakowskiego przeora, pana Laurentego (kościelnego w Idzim), moich kolegów kantorów ze Scholi Gregoriany Silesiensis, którzy specjalnie przyjechali aż z Wrocławia i Warszawy, aby zaśpiewać (Krzysztof Ochnik, Marcin Szargut, Konrad Zagajewski, Damian Zazula), ludzi, którzy pożyczyli nam wszystkie brakujące gadżety, w tym pełne szaty kapłańskie z manipularzem, i wielu innych. Oraz o. prof. Augustine’a Thompsona OP z Kalifornii, specjalisty od rytu dominikańskiego, prowadzącego blog Dominican Liturgy, który służył nam radami. Doznaliśmy ze wszystkich stron mnóstwa życzliwości i zachęt.
Specjalne podziękowania kieruję do pana Zuckerberga, wynalazcy Facebooka, bo to od niego wszystko się zaczęło :) W owym czasie, gdy prezydentem Polski był Bronisław Komorowski, premierem Donald Tusk, prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów ojciec Krzysztof Popławski, a przeorem konwentu krakowskiego ojciec Paweł Kozacki, gdzieś u końca długiej zimy o. Łukasz Miśko OP, mój znajomy posługujący wówczas w Anchorage na Alasce, pochwalił się na Facebooku, że właśnie odprawił pierwszą w życiu mszę w rycie dominikańskim, a wtedy ja szybciutko napisałam do niego, czy mógłby odprawić taką mszę dla nas, kiedy przyjedzie latem do Polski...

Nasze tablice ołtarzowe

Przygotowania obfitowały w momenty humorystyczne i mrożące krew w żyłach — na przykład gdy pan Laurenty oznajmił dyrektywnie, że kadzidła nie może być, bo włączają się czujniki przeciwpożarowe, albo gdy w ostatniej chwili okazało się, że nie mamy stroju kapłańskiego, bo w 750-letnim klasztorze krakowskim nie ma ani jednego manipularza poza kilkoma zamkniętymi na cztery spusty w muzeum. Nie było zresztą również tablic ołtarzowych, więc moi wspaniali ministranci zrobili nowe sami!!! Piękne, oprawione w ramki, będą się nadawały do kolejnych celebracji. Łukasz miał dolecieć do nas z Kalifornii dopiero w sobotę wieczorem i z trzema przesiadkami w Europie, i prawie osiwiałam, czekając na wiadomość od niego. A cała ekipa, w tym celebrans, ministranci i kantorzy, spotkała się w realu dopiero na półtorej godziny przed celebracją i miała godzinę na próbę. Tymczasem msza śpiewana w starym rycie to nie przelewki! Chyba wszyscy święci dominikańscy czuwali nad nami: od św. Ojca Dominika, przez św. Jacka uświęcającego Kraków swoim grobem, po bł. Michała Czartoryskiego. Bo wszystko udało się na 102 i impreza była na 14 fajerek :)
Nie będę opisywać samej uroczystości, bo w Internecie są już inne relacje. To niezwykłe, ile portali o nas napisało — po polsku i po angielsku! Zamieszczam tutaj linki, proszę doczytać i obejrzeć zdjęcia:
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/over-last-few-months-i-have-been.html
http://dominican-liturgy.blogspot.com/2012/07/dominican-rite-mass-cracow-poland-july.html
http://www.newliturgicalmovement.org/2012/07/dominican-rite-in-poland.html
http://www.nowyruchliturgiczny.pl/2012/07/msza-sw-w-rycie-dominikanskim-w.html
http://www.pch24.pl/msza-sw--w-rycie-dominikanskim-w-krakowie,3996,i.html
W ramach przygotowań do Mszy założyliśmy stronę internetową www.rytdominikanski.pl; na początku miała ona tylko zawierać materiały potrzebne ministrantom i kantorom do nauki celebracji, ale dzięki niezwykłej życzliwości o. Augustine’a Thompsona OP, który pozwolił nam tłumaczyć i publikować wszystkie materiały z bloga Dominican Liturgy, oraz o. Marka Pieńkowskiego OP, który zgodził się przyjąć na swoje barki ciężar służenia nam za oficjalny kontakt z Polską Prowincją Dominikanów, stanie się — mamy nadzieję — wyspecjalizowanym portalem poświęconym rytowi dominikańskiemu w Polsce oraz miejscem integracji jego sympatyków. Zapraszam do czytania tej nowej strony, mamy bogate plany! A już niedługo zamieścimy kazanie wygłoszone przez o. Łukasza na Mszy.
Więcej zdjęć jest tutaj.
A teraz kącik na reklamę: Nasz zespół ministrantów jest świetny, a Schola Gregoriana Silesiensis to śpiewacy chorałowi na najwyższym poziomie. Chłopcy przygotowali kancjonał i zaśpiewali za darmo, przyjeżdżając z daleka i zużywając na to wiele godzin. Czuję się zobowiązana spróbować im wynagrodzić za ten trud. Jeśli zatem znacie kogoś, kto organizuje koncerty i płaci wykonawcom, nie wahajcie się ich polecać. Nagrania z Mszy planujemy zamieścić na stronach www.rytdominikanski.pl i www.ssgs.pl.

Zdjęcie rodzinne organizatorów

środa, 27 czerwca 2012

Wystawa ikon

Na blogu nic się nie dzieje, bo trwa Euro... Nic na to nie poradzę :) Jednakże w ostatni weekend w krakowskiej parafii prawosławnej przy ul. Szpitalnej odbyła się wystawa ikon malowanych na warsztatach ikonograficznych, w których biorę udział. Więc szybciutko wrzucam kilka zdjęć.
Warsztaty odbywają się od dwóch lat. Prowadzi je pani Anna Gełdon, ikonograf z wieloletnią praktyką, absolwentka szkoły ikonograficznej w Bielsku Podlaskim, historyk sztuki — bizantynista. Mają wysoki poziom i ciepłą atmosferę; księdzu Jarosławowi Antosiukowi, proboszczowi, i matuszce Kseni udało się stworzyć z krakowskiej parafii prawosławnej otwarte i serdeczne miejsce, w którym wiele się dzieje i w którym także katolicy czują się dobrze. Przynależność do dwóch Kościołów wywołuje oczywiście dyskusje teologiczne i eklezjalne, ale są one źródłem wzajemnego ubogacania się, a nie niechęci.
Więc mała reklama :) Bo za kilka dni zaczyna się obóz ikonograficzny, a od jesieni nowy semestr zajęć. O obozie (i innych aktualnościach) można przeczytać na stronie parafii.
Zdjęcia nie są najlepsze, ale lepszych nie mam :(


Pani Anna Gełdon i ksiądz Jarosław Antosiuk (a za nimi freski Jerzego Nowosielskiego)


Święty Jerzy i starzec Sawwatij, cudotwórca


Chrystus Pantokrator: z lewej wg ikony bizantyjskiej Joannesa Zografosa z końca XIV w., z prawej słynny Chrystus synajski

piątek, 1 czerwca 2012

O pożytku studiowania prawa rzymskiego

Jeden z moich młodych znajomych zniknął ostatnio z Facebooka, tłumacząc się, że ma przed sobą bardzo ciężki egzamin, którego więcej nie da rady przekładać. Dzisiaj przyznał się wreszcie, że chodzi o prawo rzymskie — znaczy, pierwszy rok prawa! Przypomniało mi to okres, kiedy to ponad 20 lat temu sama zajmowałam się prawem rzymskim jako studentka pierwszego roku historii :) Napisałam wtedy swoją pierwszą „naukową” pracę na temat możliwości wykorzystania Nowego Testamentu jako źródła historycznego. Zajmowałam się szczególnie procesami Jezusa Chrystusa i św. Pawła jako przypadkami procedury cognitio extra ordinem. Okazało się wówczas, że Nowy Testament jest tak rewelacyjnie zgodny z tym, co dzisiaj, po dwudziestu wiekach, wiemy na temat prawa rzymskiego, że już nikt nigdy więcej nie zdołał podważyć we mnie wiary w jego pełną wiarygodność — ani Kosidowski, ani żadne inne takie. Jest w sumie zabawne, że nie zawdzięczam tego ani żadnym księżom, ani teologom, ani nawet świętym, lecz wybitnym znawcom prawa rzymskiego, w szczególności Adrianowi Nicholasowi Sherwin-White’owi i Rafałowi Taubenschlagowi.
Myślę, że warto tę pracę udostępnić. Ma oczywiście mankamenty i błędy, ale jest w niej też dużo bardzo interesujących, a trudno dostępnych informacji. Co jakiś czas będę zatem zamieszczać jej niektóre fragmenty.


NOWY TESTAMENT JAKO ŹRÓDŁO HISTORYCZNE

Badania historyczne oparte na Nowym Testamencie (dalej: NT) jako źródle prowadzone są od długiego czasu. Nie ograniczają się one do zagadnień powstania chrześcijaństwa i historii Kościoła pierwotnego. NT jest także ważnym źródłem do wielu innych dziedzin historii starożytnej.
Korzystanie z NT jako źródła historycznego jest jednak najeżone trudnościami, ponieważ jest on bardzo specyficznym zjawiskiem literackim. Językiem NT jest greka; występują jednakże liczne arameizmy i hebraizmy językowe (zwłaszcza w zakresie słownictwa) i myślowe (np. „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie”, Mt 16,17). Autorzy NT byli Żydami i nadali swemu dziełu niepowtarzalny semicki koloryt. Mentalność Żydów różniła się od mentalności Greków, Rzymian i nas, ludzi wychowanych na kulturze grecko-rzymskiej. Inaczej niż my pojmowali on słowo „historia”. Podczas gdy dla współczesnego człowieka ważne jest, czy opisywane zdarzenie naprawdę miało miejsce, dla Żyda znacznie istotniejsze było znaczenie tego faktu, jego sens religijny (co Jahwe chciał przez to powiedzieć swemu ludowi) oraz jaką naukę należy z niego wyciągnąć. Zjawisko to opisuje ks. Józef Kudasiewicz: „Człowiek Zachodu jest w sposób szczególny uczulony na fakty, wydarzenia przeszłości, mniej natomiast zwraca uwagę na znaczenie tych faktów; dla niego więc ideałem prawdy będzie kronika, dokumentalny film, dźwiękowe nagranie słów. Jest to zapewne dziedzictwo pozytywizmu. Człowiek Wschodu natomiast jest w szczególny sposób uczulony na sens, jaki zawiera się w wydarzeniach: na sens religijny, etyczny, wychowawczy. Jest tak zainteresowany znaczeniem historii, że mniejszą wagę wydaje się przywiązywać do samych faktów jako takich. Postawa taka musiała oczywiście rzutować na opowiadanie lub opis faktu historycznego. Tak będzie on pisał i komponował, aby z wydarzeń historycznych wyciągnąć jak najwięcej nauki. Dlatego często opuści to, co dla historyka nastawionego kronikarsko byłoby najważniejsze. Kiedy indziej dokona selekcji faktów, biorąc te z nich, które najlepiej wyrażają zamierzoną prawdę. Pisząc wreszcie o wydarzeniach historycznych w różny sposób rozkłada akcenty, niektóre wydarzenia streszcza, kondensuje, inne zaś amplifikuje. A wszystko to czyni w tym celu, aby uwypuklić religijny sens zdarzenia. Nie tylko więc kompiluje fakty, ale je świadomie redaguje i interpretuje. Przez te zabiegi redakcyjno-literackie bardziej jeszcze uwypukla sens”1.
Autorzy NT, będą Żydami, posiadają ten właśnie sposób myślenia. uzupełniają go jednakże wpływami kultury greckiej. Jest to widoczne zwłaszcza w dziejach Apostolskich: konstruując swe dzieło, Łukasz używa charakterystycznych dla greckiej historiografii fikcyjnych, choć opartych na faktach, mów bohaterów, w których wyjaśniają oni motywy swego postępowania. W Dziejach jest tych mów prawie dwadzieścia. Także w ewangelii Mateusza nauczanie Jezusa ujęte jest w 5 wielkich mów.
Inną trudność stanowi różnorodność rodzajów literackich, występujących w NT. Można bowiem wyróżnić przynajmniej cztery główne rodzaje literackie: ewangelia, list, dzieje i apokalipsa. Słowo „Ewangelia” (gr. εύαγγέλιον) znaczy „dobra nowina”. Pierwotnie słowo to oznaczało głoszenie „dobrej nowiny o zbawieniu” przez Jezusa (np. Mk 1,15, Mt 11,5, Łk 4,18), a także nauczanie Apostołów o Chrystusie i zbawieniu, które dokonało się przez Niego (np. Dz 5,42, Rz 1,1n.). Później εύαγγέλιον zaczęło również oznaczać pisemne relacje o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, sporządzone w latach 60.-90., gdy pierwsze pokolenie chrześcijan zaczęło wymierać i zagroziło niebezpieczeństwo skażenia „depozytu wiary” (por. Łk 1,1-4). Cel, nauczanie (kerygma) nie zmienił się, zmieniła się jedynie forma.
Fakt, że celem ewangelii jest Głoszenie Dobrej Nowiny i ich główną postacią jest Jezus Chrystus, wpływa na ich wartość jako źródła historycznego. Ewangeliści dokonali wyboru znanych im faktów, aby przekazać te, które posiadały największe znaczenie dla kerygmatu. Jak pisze ks. Kudasiewicz, „Ewangeliści nie chcieli jednak pisać biografii Jezusa w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, dlatego też nie dziwmy się, że nie dają nam one kompletnej historii Jezusa. Opisują tylko te epizody i przytaczają te słowa, które nadawały się do osiągnięcia zamierzonego celu. O wszystkich ewangeliach trzeba powiedzieć to, co powiedział o sobie św. Jan: „I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus... te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem” (J 20,30-31)2. Świadomą selekcję materiału przez Ewangelistów musi brać pod uwagę każdy, kto chce używać NT jako podstawy swoich badań. Należy bowiem z najwyższą ostrożnością traktować argumentum ex silentio; ilość miejsca poświęcona czemuś przez ewangelistów może nie pozostawać w żadnej korelacji z ważnością tego czegoś. Można tu podać przykład, że rzymska władza sądownicza opisana jest bardzo szeroko (proces Chrystusa znajdował się w centrum zainteresowania Ewangelistów), podczas gdy np. mennictwo nie jest wspomniane w ogóle. Nie należy z tego oczywiście wnioskować, że go nie było.
--------------------------------
1. J. Kudasiewicz, Biblia – historia – nauka, Kraków 1987, wyd. 2, str. 58.
2. J. Kudasiewicz, Biblia – historia – nauka, Kraków 1987, wyd. 2, str. 319.

środa, 30 maja 2012

Przeprowadził Polskę przez Morze Czerwone


Dwa dni temu minęła 31. rocznica śmierci księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przemilczana. Nie było o niej mowy w mediach ani — o dziwo — nikt poza mną nie wrzucił żadnego wspomnieniowego posta na Facebooka, choć wśród znajomych i ulubionych stron mam dużą liczbę aktywnych katolików, konserwatystów i narodowców.
Specjalnie zostałam dzień dłużej w Warszawie, by w katedrze warszawskiej pw. św. Jana uczestniczyć we Mszy świętej w intencji beatyfikacji wielkiego kardynała. Msze te odbywają się 28. dnia każdego miesiąca o godz. 19, a w maju mają szczególnie uroczysty charakter. W tym roku wyjątkowo zdarzyło się, że rocznica śmierci kardynała Wyszyńskiego przypadła w dniu święta Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła. Mały prezent od Matki dla wiernego syna.
Inaczej niż rok temu, nie było żadnego biskupa — kolejne rozczarowanie, wziąwszy pod uwagę fakt, że kardynał Wyszyński był przed kilkadziesiąt lat ordynariuszem warszawskim. Celebrował o. Gabriel Bartoszewski, kapucyn, wicepostulator procesu beatyfikacyjnego. W katedrze zgromadziło się kilkunastu kapłanów, klerycy warszawskiego seminarium (szli przez Plac Zamkowy w sutannach; także część kapłanów, zapewne pamiętając o umiłowaniu sutanny przez kardynała Wyszyńskiego, przyszła w pełnym stroju kapłańskim... w Warszawie jest to ewenement tylko trochę mniejszy od lądowania UFO!), poczty sztandarowe kilku szkół, kilkuset wiernych.
Ojciec Bartoszewski przypomniał w kazaniu ogłoszenie przez Pawła VI Maryi Matką Kościoła w odpowiedzi na apel polskich biskupów, w tym kardynała Wyszyńskiego. Po mszy jak zwykle odczytano wypowiedź wielkiego prymasa. Tym razem wybrano jedno z ostatnich wystąpień publicznych — przemówienie wygłoszone podczas odsłonięcia tablicy ku czci prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w dniu 1 marca 1981 r. Wszystkich obecnych uderzyła jego niezwykła aktualność, sądząc po temperaturze oklasków, jakie się potem rozległy... Ja miałam wrażenie, że wielki prymas stoi wśród nas i komentuje aktualne wydarzenia społeczno-polityczne w Polsce z wiosny roku 2012:
„Dziś wiemy, że dokonano straszliwej wiwisekcji i alienacji narodowej i historycznej młodego pokolenia, pozbawiając je wiedzy historycznej o Narodzie i o polskiej twórczości literackiej, a przez to pozbawiając kultury narodowej. To słowo »wiwisekcja« znaczy coś więcej niż tylko brak dostępu do informacji, to uśmiercanie żywej duszy narodu. [...] Polska nie pożywi się alienacją, ani odejściem od kultury historycznej, twórczej, literackiej. Polska nie pożywi się ani argumentami, gdy pisma były ateizujące, ani groteskową laicyzacją, ani uwstecznioną ateizacją. Polska nie pożywi się odzieraniem dusz z kultury narodowej, z własnych dziejów. Pamiętajmy — Polskę sprzedano raz, nie w Warszawie, ale na Sejmie Grodzieńskim przed dwoma wiekami. My nie chcemy handlu Polską!”

Po mszy celebransi i wierni udali się do kaplicy, w której znajduje się sarkofag kardynała, i odczytali modlitwę o jego beatyfikację. Za miesiąc czy rok przyjdziemy znowu. Modlitwa trwa; może nareszcie proces beatyfikacyjny, z niezrozumiałych względów wlokący się jak spaghetti, dobiegnie końca.


Jest jakimś absurdem różnica, z jaką traktowane są w Polsce — także przez hierarchię kościelną — postaci Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. Bez tego drugiego nie byłoby tego pierwszego; są równie wielcy, a ich pisma, słowa i wstawiennictwo w niebie równie ważne dla nawrócenia i przetrwania narodu. Tymczasem w przypadku pierwszego mamy oficjalny kult jednostki, ocierający się momentami o śmieszność, momentami o bałwochwalstwo, a momentami o biznes (o naginaniu przepisów kościelnych, aby przyspieszyć beatyfikację w czynie partyjnym na 22 lipca, czy papagodzillach nie wspominając; jak trafnie zauważyła moja bratowa–ateistka, papież w Polsce pełni rolę Myszki Miki — to znaczy niewiele brakuje, aby jego obrazki drukowano na gumach do żucia); w przypadku drugiego jest wielkie milczenie.
Nie ulega wątpliwości, że kardynał Wyszyński — uważający, że dobrze się stało, iż komuniści zabrali Kościołowi majątki, bo dzięki temu wreszcie może zająć się duszpasterstwem, przy każdej okazji napominający księży, by chodzili w sutannach, twardo wymagający od nich wytężonej pracy i najwyższych standardów moralnych — jest dzisiaj dla bardzo wielu środowisk w Polsce kamieniem upadku i skałą zgorszenia co najmniej w takim stopniu jak za życia. Wystarczy przeczytać choćby świetną biografię pióra Ewy Czaczkowskiej, aby się przekonać, że kardynał musiał się bronić jednocześnie na dwóch frontach; zwalczali go na równi komuniści oraz niemała część biskupów, księży i inteligencji katolickiej (warto tu wspomnieć niesławny list pana Mazowieckiego). I nadal kult Wyszyńskiego ogranicza się do wąskich grup wiernych; jedynym aktem publicznym było nadanie jego imienia dawnej ATK. Ale nawet tam — o czym dobrze wiem, bo studiowałam na tej uczelni w sumie kilkanaście lat — Wyszyńskiego praktycznie się nie wspomina; jest tylko trzema ozdobnymi literkami w logo szkoły. (Aha, żeby nie przekłamać: prymas ma jeszcze w Warszawie ulicę i skwerek).
Miłym zaskoczeniem podczas Mszy była dla mnie niemal „trydencka” staranność i pobożność, z jaką odprawiana była liturgia, w tym zachowanie diakonów, czterech ministrantów do kadzidła i świec oraz kleryków — na przykład jak jeden mąż pochylających głowy na Imię Jezus w Gloria. To kolejne pozytywne zaskoczenie po klerykach krakowskich (videGaude Mater Polonia”). Idzie ku lepszemu! Przynajmniej w seminariach diecezjalnych.
Po mszy grupa społeczników zbierała podpisy przeciwko likwidacji lekcji historii w szkołach ponadgimnazjalnych. Ja też z pełnym przekonaniem podpisałam i zachęcam do tego również was.
A na deser jeszcze jedna niewygodna wypowiedź Prymasa Tysiąclecia:
„Nie mogę odłożyć pióra, zanim nie dotknę tu jeszcze jednej sprawy, która ma dla wspólnoty kleru większe, niż się wydaje znaczenie, a dla Ludu Bożego jest społecznym wyznaniem wiary. Mam na myśli sutannę kapłańską. Sutanna nie jest ubiorem w szeregu innych strojów, ale jest wyznaniem wiary przed ludźmi, jest odważnym świadectwem danym Chrystusowi, jest przyznaniem się do Kościoła. Dlaczego zdjąłem znak wiary i kapłaństwa. Czy z lęku? Ze słabości? Nie! Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga”.
Stefan kard. Wyszyński

piątek, 18 maja 2012

Pani Sprzątaczka

U krakowskich dominikanów pracuje Pani Sprzątaczka. Pani Sprzątaczka jest dostojną, starszą, krakowską matroną. Przychodzi w żakiecie, a zimą w płaszczu i kapeluszu, po czym przebiera się do pracy. Zakłada fartuch i szaleje w bazylice z odkurzaczem, mopem czy innymi insygniami swojego zawodu. Pod koniec pracy oporządza się, chowa fartuch, przebiera się z powrotem w elegancki strój.
Pani Sprzątaczka pracuje przy sprzątaniu kilka godzin dziennie. Fartuch służy jej do ochrony ubrania przed zniszczeniem. Potem go zdejmuje i wraca do domu, do bliskich, aby prowadzić prywatne życie.
Fartuch jest strojem roboczym. Nie konstytuuje tożsamości Pani Sprzątaczki, podobnie jak nie konstytuuje jej wykonywanie zawodu sprzątaczki.

To samo co Pani Sprzątaczka robi przeważająca większość księży. Przebierają się w sutannę lub habit na czas wykonywania obowiązków zawodowych: aby spowiadać, odprawić mszę, poprowadzić katechezę w szkole. Następnie zdejmują ją i chowają, i prowadzą prywatne życie po godzinach. W prywatnym ubraniu wychodzą na miasto, na spacer, na zakupy.

Tylko że kapłaństwo nie jest czynnością przypadłościową, zawodem wykonywanym przez pewną część czasu, aby zarobić pieniądze na utrzymanie. Kapłaństwo konstytuuje tożsamość kapłana. Jest pieczęcią Boga wypisaną na czole. A sutanna jest tego widzialnym znakiem, podobnie jak obrączka na palcu małżonka.
Jeszcze głębsza symbolika dotyczy habitu. Święci zakonnicy i mistrzowie życia duchowego napisali o habicie i swoim umiłowaniu tego znaku całe tomy. Są to myśli bardzo piękne i teologiczne. Wystarczy zresztą wrzucić do Google’a hasła „habit życie zakonne symbolika”, żeby zobaczyć, ile nawet dzisiaj zakony piszą na ten temat. Tutaj tylko jeden cytat, z adhortacji apostolskiej bł. Jana Pawła II Vita consecrata, będącej najnowszym dużym dokumentem papieskim, poświęconym życiu konsekrowanemu:
„Zawsze, ale zwłaszcza we współczesnej kulturze, nieraz bardzo już zeświecczonej, a mimo to wrażliwej na język znaków, Kościół winien zabiegać o to, aby jego obecność była dostrzegalna w codziennym życiu. Ma przy tym prawo oczekiwać, że znacznie przyczynią się do tego osoby konsekrowane, powołane, aby w każdej sytuacji dawać konkretne świadectwo swojej przynależności do Chrystusa. Ponieważ ubiór jest znakiem konsekracji, ubóstwa i przynależności do określonej rodziny zakonnej, wraz z Ojcami synodalnymi gorąco zalecam zakonnikom i zakonnicom, aby nosili właściwy sobie strój, odpowiednio przystosowany do okoliczności miejsca i czasu. Tam, gdzie jest to konieczne z ważnych względów apostolskich, mogą także nosić zwykłe ubranie, odpowiadające ich godności oraz przepisom danego zgromadzenia, oprócz tego zaś stosowny symbol wskazujący na ich konsekrację”.

Proszę zauważyć — zwykłe ubranie mogą nosić, jeśli jest to „konieczne z ważnych względów apostolskich”, ale nawet wtedy muszą mieć na sobie jakiś znak, który ujawnia, że są zakonnikami.

Ojciec Święty ma całkowitą rację. Pochodzę z jednego z najbardziej zeświecczonych miast w Polsce. Na mszę niedzielną chodzi może kilkanaście procent mieszkańców, szerzy się buddyzm i hare kriszna, miejscem niedzielnego oddawania czci sacrum dla większości ludzi stał się hipermarket i galeria handlowa, czas spędza się na zarabianiu i wydawaniu pieniędzy, w fitnessach, klubach itp. Religia, wiara zniknęły z obszaru świadomości społecznej.
Milczące przypominanie o istnieniu Innej Rzeczywistości, jej widzialny znak, jakim jest habit czy sutanna, jest w tym mieście naprawdę rozpaczliwie potrzebne. I to wcale nie w kościele, do którego 80% mieszkańców nigdy nie wchodzi — lecz w galerii handlowej, kawiarni, kinie, tam, gdzie ci ludzie przesiadują.

Księży i zakonników w moim mieście na ulicach się nie widuje. Wszyscy chodzą po świecku. Ksiądz Jan Twardowski opowiadał anegdotę, która w zamierzeniu miała świadczyć o jego ludzkiej słabości. Mianowicie szedł kiedyś ulicą w centrum Warszawy, gdy podszedł jakiś człowiek i zapytał, czy może zrobić mu zdjęcie. Ksiądz Twardowski ucieszył się, że rozpoznano w nim znanego poetę, i zapytał: „Dlaczego chce mi pan zrobić zdjęcie?” Usłyszał: „Bo to niezwykły widok: ksiądz w sutannie na ulicy!”
Potrzebna jest jak najszybsza zmiana mentalności duchowieństwa i zakonników. Nawet nie nawrócenie — bo nie wątpię, że większość z nich jest naprawdę gorliwa — lecz zrozumienie, że znak stroju duchownego jest w dzisiejszym zeświecczonym, zagubionym, ale wbrew pozorom bardzo wrażliwym świecie podstawą praeparatio evangelica. W społeczeństwie, które nie chce już słuchać pasterzy, potrzebne jest najpierw milczące świadectwo ich zewnętrznego wyglądu i zachowania.

Jeszcze jedna migawka. Świętą Teresę od Dzieciątka Jezus pytano, jak siostry mogą nosić takie grube habity w upał. (Wtedy habitów nie robiono z materiałów na łazienkowe zasłonki). Odpowiedziała: „Pan Bóg wynagrodzi nam te grube habity”.

Warto przeczytać tekst o. Leona Knabita:
Ojca Leona słów kilka – sutanna i habit to przeżytek?

wtorek, 8 maja 2012

Gaude Mater Polonia

Znajomi klerycy zaprosili mnie na święcenia diakonatu. Wybrałam się więc dzisiaj — w uroczystość świętego męczennika biskupa Stanisława, patrona Polski — do Katedry Wawelskiej, kościoła biskupa krakowskiego.
Nie spodziewałam się, że przeżyję tę uroczystość z takim wzruszeniem; w święceniach i ślubach wieczystych uczestniczę regularnie, tyle że gdzie indziej. Tymczasem stałam w tłumie ludzi, nawet w dobrym miejscu — na stopniu i z bezpośrednim widokiem na konfesję świętego Stanisława; przyglądałam się srebrnej, bogato zdobionej trumnie, arrasom wawelskim, wielkim skrzydłom gotyckiego ołtarza wiszącym na filarach za konfesją, grobowcom królów polskich, barokowym epitafiom, filigranowym maswerkom w gotyckich oknach. Wcześniej zwiedzałam katedrę wielokrotnie, ale teraz, gdy po raz pierwszy byłam w niej na liturgii, wszystko to przemówiło do mnie z ogromną świeżością i siłą.
Jakie znaczenie mają te wszystkie trudności, jakie przeżywa teraz Kościół polski: laicyzacja, spadek liczby powołań, odejścia i skandale? Katedra biskupa krakowskiego stoi od tysiąca lat; w tym czasie odbyły się w niej niezliczone święcenia kapłańskie i biskupie, koronacje i pogrzeby królów polskich. Jej kosztowny wystrój jest świadectwem siły i trwałości zarówno Polski, jak i Kościoła krakowskiego. Były przecież czasy, gdy to święte miejsce deptały buty pruskich żołdaków, zrywających wota i rabujących insygnia królewskie. Ale to święte, symboliczne miejsce przetrwało wszystko. I przetrwa także dzisiejsze zawirowania i zagrożenia, które nam wydają się takie przytłaczające.
Myślałam o świętym Stanisławie, Wacławie i Wojciechu. Wszyscy odnieśli zwycięstwo po śmierci — trwające do dzisiaj. A ich krótkie życia były pasmem niepowodzeń. Jak ktoś niedawno trafnie powiedział o jednym z nich, można go nazwać patronem nieudaczników — za życia, po ludzku, nic mu się nie udało. Czy to przypadek, że patronami Polski i Krakowa są „nieudacznicy”? Czy może metafora?
Może się też zdarzyć, że pewnego dnia tego miejsca już nie będzie. Zginie zgromadzone w nim piękno, świadectwa wielkiej historii i kultury. Ale to też nie będzie koniec, bo silniejsza i bardziej prawdziwa rzeczywistość, której te wszystkie ręką uczynione rzeczy są tylko widzialnym symbolem, będzie trwała nadal.
Pod koniec mszy dostrzegłam siedzącego, przygarbionego kardynała z pochyloną głową i po raz pierwszy poczułam z nim związek: to mój biskup, mój ojciec (w pewnym sensie). Jest zapewne zmęczony i obciążony, i na mnie spoczywa odpowiedzialność za wspieranie go modlitwą...
Ceremonia była odprawiana bardzo starannie, godnie i pobożnie, a jednocześnie w ciepłej i rodzinnej atmosferze. Jest dobrze, gdy celebracja w katedrze biskupiej — matce wszystkich kościołów diecezji — jest na wysokim poziomie i może stanowić wzorzec dla innych kościołów.
Z liturgii święceń uderzyła mnie głęboka prawda słów wypowiadanych przy wręczaniu Ewangeliarza nowo wyświęconym diakonom: „Przyjmij Chrystusową Ewangelię, której głosicielem się stałeś; wierz w to, co będziesz czytać, nauczaj tego, w co uwierzysz, i pełnij to, czego będziesz nauczać”. Czyż to nie dotyczy oprócz kapłanów także każdego z nas?
Było Gaude Mater Polonia, którego melodia zawsze mnie wzrusza, chorał i tradycyjne pieśni wielkanocne, i jeszcze małe, przyjemne niespodzianki jak rodzynki w cieście:
* Celebracja przodem do konfesji — nie lubię, gdy kapłan odprawia mszę tyłem do Najświętszego Sakramentu, krucyfiksu czy wschodu symbolizującego przychodzącego Chrystusa, i jeszcze się na niego wypina przy pochylaniu się.
* Zgromadzony lud śpiewał wraz z chórem gregoriańskie ordinarium (Missa de angelis), a wiele osób pochyliło głowy na imię Jezus w „Chwała na wysokości”. W ogóle śpiew był mocny i powszechny; także pieśni i Te Deum.
* Ksiądz kardynał zaintonował Pater noster po łacinie.
* Piękna gra pana Zalewskiego, organisty wawelskiego.

Ps. Dzisiaj mija sześć miesięcy od założenia mojego bloga. W tym czasie odwiedziliście go 3540 razy. Dziękuję :)

piątek, 4 maja 2012

Nie widzę dla siebie miejsca w kościele

Jak moi znajomi wiedzą, przeprowadzam obecnie ankietę badającą religijność dorosłych dzieci alkoholików. (Jest mi ona potrzebna do pracy doktorskiej; przy okazji proszę o rozpowszechnianie mojej prośby wśród krewnych-i-znajomych-królika; kontakt do mnie znajduje się na blogu). Jako osoba zajmująca się rodziną alkoholową i znająca te klimaty także z autopsji, jestem przyzwyczajona do mocnych rzeczy i wiele trzeba, żeby mnie wytrącić z równowagi; podobnie mają dziennikarze śledczy, policjanci jeżdżący na wypadki i tak dalej. Wczoraj jednak dostałam ankietę, która mnie zmroziła.
Osoba ankietowana wierzy w Boga i jest raczej religijna. Korzysta z różnych propozycji Kościoła dla ludzi poszukujących uzdrowienia wewnętrznego, ocenia, że jej stan się dzięki nim poprawił, i chciałaby otrzymywać jeszcze większą pomoc. Lecz kiedy pojawia się pytanie: „Jak odbierasz swoje miejsce w Kościele jako społeczności wiernych?”, pisze: „Jako osoba orientacji homoseksualnej nie widzę dla siebie miejsca w kościele”.
Nie postrzegam homoseksualizmu jako normalnej orientacji seksualnej, równorzędnej heteroseksualizmowi. Podoba mi się wyważone nauczanie Kościoła, że podczas gdy czynne relacje homoseksualne są grzechem — podobnie zresztą jak heteroseksualne poza małżeństwem sakramentalnym — sama orientacja homoseksualna grzechem nie jest. Na podstawie tego, co wiem o homoseksualistach znanych mi osobiście czy z mediów, takich jak pan poseł Robert Biedroń, doszłam do przekonania, że homoseksualizm z reguły rozwija się wtórnie jako skutek padnięcia ofiarą jakiejś krzywdy: skrajnie zaburzonych relacji w domu rodzinnym, ciężkiej przemocy, wykorzystania seksualnego, gwałtu. Jest objawem świadczącym, że ktoś przeżył traumę, która go wykoślawiła. A cała reszta jest skutkiem, wołaniem o pomoc — nawet zachowania, które odbieramy jako agresywne wobec nas czy naruszające nasze wartości.
Do uleczenia zranionej sfery seksualnej konieczne jest całościowe uzdrowienie człowieka we wszystkich wymiarach: somatycznym, psychicznym i duchowym. Może się ono udać tylko pod warunkiem dostarczenia takiej osobie olbrzymiej ilości nie uwarunkowanej akceptacji i mądrej (!) miłości, a w każdym wypadku zajmuje wiele lat.
Moja matka była rozwódką i zawarła drugie małżeństwo cywilne, które również się rozpadło; bardzo smutna historia jej życia, będąca tylko elementem wielopokoleniowej dysfunkcji naszej rodziny, była w większej mierze skutkiem czynników i nacisków zewnętrznych, które wpływały na nią od najwcześniejszego dzieciństwa, niż efektem jej własnych, wolnie podjętych decyzji. Przez całe moje życie nie pamiętam, aby choć raz przestąpiła próg kościoła, z wyjątkiem zabierania mnie i mojego rodzeństwa do ruchomej szopki u kapucynów na Miodowej i odwiedzania grobów Pańskich (ale tylko w godzinach, kiedy można było oczekiwać, że w kościele nie będzie ludzi). Kiedy po nawróceniu się namawiałam ją, by poszła za mną na mszę czy nabożeństwo, zawsze odpowiadała z goryczą: „Kościół mnie wyrzucił; dla takich jak ja nie ma w nim miejsca”. Była przekonana, że jest ekskomunikowana, i to nieodwołalnie.
Niech Bóg strzeże każdego z nas przed przedstawianiem wymagań moralnych chrześcijaństwa w taki sposób, aby choć jeden człowiek poczuł się z naszego powodu przez Kościół ODRZUCONY. Aby doszedł do przekonania, że po tym, co zrobił, w Kościele — a jeszcze gorzej, u Boga, bo takich ludzi też znam — nie ma dla niego miejsca. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi.