Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.
1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232
2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html
Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)
niedziela, 22 czerwca 2014
środa, 4 czerwca 2014
Krótki kurs dyplomatyki
Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzimy wspomnienie św. Piotra Męczennika (św. Piotra z Werony), pierwszego kanonizowanego dominikanina.
W bulli kanonizacyjnej (1253 r.) papież Innocenty IV napisał:
W bulli kanonizacyjnej (1253 r.) papież Innocenty IV napisał:
„Matka Kościół ma doniosły powód, by się weselić, wspaniała jest przyczyna jej radości. Słuszny ma motyw, by śpiewać Panu pieśń nową i wznosić hymn pochwalny ku Bogu swojemu. Lud katolicki klaszcze w dłonie, wznosząc je ku Najwyższemu, i okazuje radość ducha, śpiewając Bogu dźwięcznym głosem. Wspólnota chrześcijańska wyśpiewuje swemu Stwórcy nabożne pieśni. W ogrodzie wiary zerwano bowiem słodki owoc i zaniesiono na stół Króla wieków. Z winnicy Kościoła nowe wino spłynęło do królewskiego kielicha. Albowiem płodna latorośl, odcięta wrogim ostrzem, więcej soku wydała, gdyż mocniej przylgnęła do prawdziwego winnego krzewu.Gdyby dzisiaj nadal takim językiem pisano oficjalne dokumenty kościelne, to bym je czytała.
W ogrodzie Zakonu Kaznodziejskiego zakwitła czerwona róża. W warsztacie Kościoła wybrany został kamień; ociosany i wygładzony zdobi teraz niebiańską świątynię. Ogromne stąd w niebie wesele, radują się wszyscy święci, obchodząc tak wielką uroczystość. [...]
Wsławił się zwłaszcza obroną wiary, dla której cały płonął. Piotr, trwając mocno na skale wiary, roztrzaskany o skałę męczeństwa, wstąpił więc godnie na skałę, którą jest Chrystus, aby przyjąć wieniec. [...]
Zatem ziarno zboża, wpadłszy w ziemię, zgniecione rękami niewiernych i umarłe, powstaje do nowego życia jako dojrzały kłos. Winne grono wyciśnięte w tłoczni rozlewa się w obfitości, a pszenicę wymłóconą na klepisku przenoszą do spichlerza Pańskiego, oddzieliwszy ją od plew. Podobnie kadzidło ugniecione w moździerzu wydaje pełniejszą woń. W ten sposób królestwo niebieskie zdobywają gwałtownicy, a święci przez wiarę zdobywają królestwo Boże”.
środa, 26 marca 2014
„Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim
„Jest tu otwarte wielkie zagadnienie, które trafnie postawił Ojciec św. Pius XII w jednej ze swoich encyklik, poświęconej śpiewowi kościelnemu. Jak wiele przejawów współczesnej sztuki, tak też muzyka i śpiew współczesny przeżywają jakąś mękę, szarpaninę i niepokój. Rzecz znamienna: człowiek dzisiejszy poddaje się tej szarpaninie, szuka w niej nadziei i uspokojenia, ale nie znajduje. Bo gdy do szarpaniny mózgów i nerwów dołączy się jeszcze szarpanina nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, to wówczas szaleństwo może ogarnąć ludzi i świat. Ktoś musi to wszystko uspokoić, uciszyć.
WYCHOWAWCZE I SPOŁECZNE ZNACZENIE ŚPIEWU GREGORIAŃSKIEGO
Kościół święty ma wspaniałe narzędzia uspokajania serc ludzkich. Jest nim śpiew gregoriański. W ciągu kilku dni waszej pielgrzymki poświęciliście mu uwagę, ćwiczenia i prelekcje. Ma on w sobie szczególną doniosłość i dostojną powagę spokojnego Kościoła. Ma przedziwną dojrzałość wieków i jakieś wielkie zamodlenie. Dzięki temu uczy nas modlitwy, przywraca umiejętność skupienia, skoncentrowania i skierowania zbolałej duszy ku Bogu. Śpiew gregoriański jest wybitnie wychowawczy, społeczny i uspokajający. Wnosi pokój do serc i do życia społecznego.
Dlatego też często osobiście zachęcaliśmy rzesze organistów i chórmistrzów, ażeby we wspaniałej gamie wszelkich możliwości śpiewnych różnych stylów, wyrobili miejsce dla śpiewu gregoriańskiego.
Ojciec święty ma głębokie zrozumienie dla śpiewu polifonicznego, narodowego i ludowego. Zresztą Kościół święty zawsze i wszędzie, a szczególnie w Ojczyźnie naszej, pielęgnował śpiew ludowy w świątyniach, świadczą o tym Godzinki i Gorzkie żale, nasze kolędy i śpiewy okresów liturgicznych. Ale obok tych wybitnie doniosłych wartości wychowawczych i modlitewnych, szczególne znaczenie ma dzisiaj, właśnie ze względów wychowawczych i społecznych, niosący pokój śpiew gregoriański.
Dlatego zachęcaliśmy Was, Najmilsi (i nie przestajemy nadal zachęcać), do pielęgnowania go. Radujemy się, że wielu z Was mogło poświęcić tych kilka dni na szczególne kultywowanie śpiewu gregoriańskiego.
Jeszcze jedną uwagę chciałbym Wam dorzucić: pamiętajcie, że śpiew gregoriański, to jest artyzm duszy, to jest, że się tak wyrażę, kwiat duszy, jakiś szczyt usposobienia duchowego i modlitewnego. Wyrósł on z modlitwy i ze znajomości ducha Kościoła. Dlatego trzeba go pielęgnować w jego wspaniałej, złotej oprawie liturgii Kościoła św. Bez znajomości liturgii i ducha roku kościelnego nie uda się Wam dobrze wykonać śpiewu gregoriańskiego. Wymaga on dużej kultury osobistej i modlitewnej, zmysłu teologicznego, a przede wszystkim, jak już powiedziałem, rzetelnej i gruntownej znajomości liturgii Kościoła.
Gdybyście chcieli zinterpretować tylko jeden werset psalmu, zobaczylibyście, że te same słowa inaczej smakują zależnie od tego, na jakie tło liturgiczne je rzucimy. Inaczej będzie brzmiał w uszach ten sam werset w czasie Adwentu, kiedy cały Kościół Boży oczekuje, a inaczej zaśpiewa Ci w duszy, gdy go wykonasz na tle liturgii Bożego Narodzenia, okresu Męki Pańskiej czy zwycięskiej Wielkiej nocy i Zielonych świątek. Jeszcze inaczej zabrzmi w powadze dojrzewających niedziel post Pentecosten. Jest to bardzo znamienne.
Dojrzałość tę możecie wyczerpnąć, łącząc śpiew gregoriański ze znajomością ducha poszczególnych okresów roku liturgicznego. Gdy przystępujecie do głębszego zaznajomienia się ze śpiewem gregoriańskim i gdy ćwiczycie w nim chóry, starajcie się sami dobrze zapoznać z duchem liturgii Kościoła świętego i zadbajcie o to, aby oswoić z nim uczestników chórów. Sami się o to starajcie i proście kapłanów, aby Wam pomogli.
Wtedy wasze apostolstwo śpiewem i muzyką wyda wspaniały owoc. Będziecie uśmierzali nienawistną bestię pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. Niech na głos śpiewu i melodii waszej muzyki stanie się w sercach ludzkich wielkie uciszenie. Oddacie wówczas olbrzymią przysługę biednym dzieciom, wygnańcom Ewy, na tym łez padole. To jest wasze zaszczytne apostolstwo! Przejmijcie się nim do głębi!”
Stefan kard. Wyszyński, Kazanie do Ogólnopolskiej pielgrzymki organistów na Jasną Górę, 25 września 1958 r., w: Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, Uświęcenie pracy zawodowej, Paris 1963, s. 290-292. Kursywa wg oryginału, pogrubienia moje.
Dołączam modlitwę o łaski za sprawą sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Może warto za pośrednictwem Prymasa Tysiąclecia prosić o łaskę uwolnienia naszych kościołów, a szczególnie dusz księży, zakonników i zakonnic, którzy wydają decyzje dotyczące liturgii w naszych kościołach, którzy swoim słowem i przykładem formują wiernych i ich duchowy i artystyczny smak, od szarpaniny nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, dołączającej się do szarpaniny mózgów i nerwów... od nienawistnej bestii pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. I mam pomysł nowej akcji: wydawanie certyfikatów „Kościół przyjazny wiernym! Tutaj liturgia wolna od gitar, perkusji, wzmacniaczy i śpiewu estradowego”
MODLITWA O BEATYFIKACJĘ STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO PRYMASA TYSIĄCLECIA
Boże w Trójcy Świętej Jedyny, Ty w swojej niewypowiedzianej dobroci powołujesz ciągle nowych, apostołów, aby przybliżali światu Twoją Miłość. Bądź uwielbiony za to, że dałeś nam opatrznościowego Pasterza Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia.
Boże, Źródło wszelkiej świętości, spraw prosimy Cię, aby Kościół zaliczył go do grona swoich świętych. Wejrzyj na jego heroiczną wiarę, całkowite oddanie się Tobie, na jego męstwo wobec przeciwności i prześladowań, które znosił dla imienia Twego. Pomnij, jak bardzo miłował Kościół Twojego Syna, jak wiernie kochał Ojczyznę i każdego człowieka, broniąc jego godności i praw, przebaczając wrogom, zło dobrem zwyciężając.
Otocz chwałą wiernego Sługę Twojego Stefana Kardynała, który wszystko postawił na Maryję i Jej zawierzył bez granic, u Niej szukając pomocy w obronie wiary Chrystusowej i wolności Narodu. Ojcze nieskończenie dobry, uczyń go orędownikiem naszych spraw przed Tobą. Amen.
Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem Stefana Kardynała Wyszyńskiego tej łaski, o którą Cię teraz szczególnie proszę...
Nihil obstat do prywatnego odmawiania
Kuria Metrop. Warszawska 24.06.83 nr 4792/K
Ks. Stefan Piotrowski, wikariusz generalny
Ks. Stanisław Pyzel, notariusz
niedziela, 16 marca 2014
Z motyką na słońce
Ukazał się wreszcie wywiad, który w październiku ub.r. przeprowadziłam z ojcem Dominique-Marie de Saint Laumer, przeorem Bractwa św. Wincentego Ferreriusza. Ojciec Dominik przebywał wówczas z dwoma współbraćmi we Wrocławiu i odprawił Mszę św. solenną w rycie dominikańskim w dniu 300. rocznicy beatyfikacji bł. Czesława, wielkiego cudotwórcy, patrona Wrocławia.
Bracia ferreriusze wywarli na mnie korzystne wrażenie. Celebrowali piękną liturgię, byli bardzo kulturalni, życzliwi i otwarci. Z opowieści ojca Dominika wynikało, że ma wszystko ustawione na właściwym miejscu: to znaczy żyje naprawdę dla oddawania czci Bogu, wokół Boga kręci się całe jego życie i myślenie, całym sercem kocha Kościół, a w obecnej doczesności służy Bogu i ludziom gorliwą pracą kaznodziejską i duszpasterską. Podobnie jest z jego klasztorem: wyciszony, milczący, zachowujący ascezę zakonną, stwarzający warunki do ciągłego przebywania na modlitwie i studium z Bogiem. Bardzo to wszystko zwyczajne i normalne, a jednocześnie bardzo nadzwyczajne i nienormalne.
To, co usłyszałam od ojca Dominika, zweryfikowałam w rozmowach ze znajomymi kapłanami i świeckimi, którzy znają braci od lat, odwiedzali ich klasztor i utrzymują z nimi stały kontakt. Opinie tych osób były tak pozytywne, że początkowo aż wzbudziło to moją nieufność. Usłyszałam też słowa zazdrości i rozczarowania, że braci św. Wincentego nie ma w Polsce i nie można w naszym kraju korzystać z ich posługi duszpasterskiej.
Rzeczywiście, ja również uważam, że obecność ferreriuszy w Polsce byłaby bardzo pożądana. Środowiska katolików konserwatywnych w Polsce rosną szybko, popularne są zwłaszcza wśród młodzieży. O ile dostrzegam, nie chodzi tylko o sam ryt mszalny; w rzeczywistości teologia moralna i ascetyczna ma być może nawet większe znaczenie niż liturgia. Coraz więcej ludzi ma dosyć fajnokatolicyzmu wypranego z zasad i wymagań; coraz więcej z nich pragnie mieć kapłanów o bardziej konserwatywnej i ortodoksyjnie katolickiej formacji. A tych kapłanów brakuje. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.
Również środowisko katolików tradycyjnych związanych z zakonem dominikańskim szybko się powiększa i pączkuje na kolejne ośrodki. Ten zakon to nasze miejsce w Kościele, identyfikujemy się z jego duchowością i charyzmatem, ale pragniemy tradycyjnej, klasycznej nauki katolickiej i liturgii w rycie dominikańskim. I Kościół, słowami motu proprio Summorum Pontificum, daje nam do tego prawo. Niestety, obecnie przynajmniej jesteśmy w znacznie gorszej sytuacji niż inni katolicy tradycyjni; przełożeni dominikańscy regularnie odmawiają prośbom wiernych o celebracje Mszy św. w rycie dominikańskim, nawet jednorazowe, mimo że są już w Polsce dominikanie, którzy mogliby w tym rycie celebrować.
Msze takie sprawowane są nie tylko w Stanach, jak zwykle będących awangardą, lecz i za miedzą, w Czechach, a liczba krajów z regularnymi celebracjami rytu dominikańskiego stale rośnie (od niedawna dołączyły Włochy z Wiecznym Miastem). W Polsce niestety jest inaczej, na otwarte serca i kościoły dominikańskie może liczyć wyłącznie przeciwległe skrzydło katolicyzmu — liberalne moralnie i progresywne doktrynalnie (pisałam o tym w poprzednim tekście, „Duszpasterstwo dla Kościoła liberalnego”). Czy jest to wyraz pewnego zacofania Polski, tradycyjnie nie zaznajomionej z nowymi ideami i będącej zawsze o jeden trend do tyłu? Nie wiem.
W najbliższych miesiącach zorganizujemy pielgrzymkę do Chémeré-le-Roi. Taki wypad zwiadowczo-szkoleniowy dla „grona kierowniczego”. Chcę się na własne oczy przekonać o prawdziwości pochwalnych opowieści o ferreriuszach. Jeśli się sprawdzą, zaczniemy braci namawiać do otwarcia fundacji w Polsce. Ojciec Dominik nie mówi nie, tylko potrzebuje polskich kandydatów. Sądzę, że się znajdą; sama znam kilku chłopaków, którzy wstąpili lub chcieli wstąpić do dominikanów w Polsce, ale „zbytnia pobożność”, „konserwatywne poglądy” i zamiłowanie do chorału i łaciny szybko zamknęły im drogę do biało-czarnego habitu. Zachęcam — propagujcie, pytajcie, szukajcie :)
Wiem, że czasy są złe; w kraju naszych sąsiadów trwa rozbiór przez nigdy nie nasyconego imperialistycznego niedźwiedzia, a całemu regionowi, w tym Polsce, grozi wojna (nie daj Bóg!). Ludzie nie mają pracy, żyją w biedzie lub wyjeżdżają z kraju, i w najbliższych latach będzie tylko gorzej. Historia pokazała, że żadna herezja nie spotyka się w Kościele z takimi sprzeciwami, blokadami i otwartą walką, jak starania obserwantów i próby powrotu do pierwotnej gorliwości i czystości charyzmatu. Zważywszy to wszystko, pomysł sprowadzenia ferreriuszy do Polski wydaje się zupełnym szaleństwem. Ufam jednak, że jeśli okaże się zgodny z wolą Bożą, to sam Bóg go zrealizuje, choćby na smokach wojska latające i tak dalej. Takie są plany na zaś; a na razie z całych sił módlmy się o pokój.
Zapraszam do lektury wywiadu z ojcem Dominikiem: Warto czerpać z bogactw Kościoła!
Zapraszam także do przeczytania trzech wywiadów, które przeprowadziłam z polskim dominikaninem, ojcem Markiem Grzelczakiem. Jest to kawał dobrej nauki chrześcijańskiej i szkoła katolickiego wychowania. Trwa Wielki Post i warto rady ojca Marka z pierwszego wywiadu zastosować od razu:
Wyrzekliśmy się wyrzeczeń
Łaska dobrej śmierci
Matka Boża niczego nie zgubi, niczego nie pozwoli skraść
Bracia ferreriusze wywarli na mnie korzystne wrażenie. Celebrowali piękną liturgię, byli bardzo kulturalni, życzliwi i otwarci. Z opowieści ojca Dominika wynikało, że ma wszystko ustawione na właściwym miejscu: to znaczy żyje naprawdę dla oddawania czci Bogu, wokół Boga kręci się całe jego życie i myślenie, całym sercem kocha Kościół, a w obecnej doczesności służy Bogu i ludziom gorliwą pracą kaznodziejską i duszpasterską. Podobnie jest z jego klasztorem: wyciszony, milczący, zachowujący ascezę zakonną, stwarzający warunki do ciągłego przebywania na modlitwie i studium z Bogiem. Bardzo to wszystko zwyczajne i normalne, a jednocześnie bardzo nadzwyczajne i nienormalne.
To, co usłyszałam od ojca Dominika, zweryfikowałam w rozmowach ze znajomymi kapłanami i świeckimi, którzy znają braci od lat, odwiedzali ich klasztor i utrzymują z nimi stały kontakt. Opinie tych osób były tak pozytywne, że początkowo aż wzbudziło to moją nieufność. Usłyszałam też słowa zazdrości i rozczarowania, że braci św. Wincentego nie ma w Polsce i nie można w naszym kraju korzystać z ich posługi duszpasterskiej.
Rzeczywiście, ja również uważam, że obecność ferreriuszy w Polsce byłaby bardzo pożądana. Środowiska katolików konserwatywnych w Polsce rosną szybko, popularne są zwłaszcza wśród młodzieży. O ile dostrzegam, nie chodzi tylko o sam ryt mszalny; w rzeczywistości teologia moralna i ascetyczna ma być może nawet większe znaczenie niż liturgia. Coraz więcej ludzi ma dosyć fajnokatolicyzmu wypranego z zasad i wymagań; coraz więcej z nich pragnie mieć kapłanów o bardziej konserwatywnej i ortodoksyjnie katolickiej formacji. A tych kapłanów brakuje. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.
Również środowisko katolików tradycyjnych związanych z zakonem dominikańskim szybko się powiększa i pączkuje na kolejne ośrodki. Ten zakon to nasze miejsce w Kościele, identyfikujemy się z jego duchowością i charyzmatem, ale pragniemy tradycyjnej, klasycznej nauki katolickiej i liturgii w rycie dominikańskim. I Kościół, słowami motu proprio Summorum Pontificum, daje nam do tego prawo. Niestety, obecnie przynajmniej jesteśmy w znacznie gorszej sytuacji niż inni katolicy tradycyjni; przełożeni dominikańscy regularnie odmawiają prośbom wiernych o celebracje Mszy św. w rycie dominikańskim, nawet jednorazowe, mimo że są już w Polsce dominikanie, którzy mogliby w tym rycie celebrować.
Msze takie sprawowane są nie tylko w Stanach, jak zwykle będących awangardą, lecz i za miedzą, w Czechach, a liczba krajów z regularnymi celebracjami rytu dominikańskiego stale rośnie (od niedawna dołączyły Włochy z Wiecznym Miastem). W Polsce niestety jest inaczej, na otwarte serca i kościoły dominikańskie może liczyć wyłącznie przeciwległe skrzydło katolicyzmu — liberalne moralnie i progresywne doktrynalnie (pisałam o tym w poprzednim tekście, „Duszpasterstwo dla Kościoła liberalnego”). Czy jest to wyraz pewnego zacofania Polski, tradycyjnie nie zaznajomionej z nowymi ideami i będącej zawsze o jeden trend do tyłu? Nie wiem.
W najbliższych miesiącach zorganizujemy pielgrzymkę do Chémeré-le-Roi. Taki wypad zwiadowczo-szkoleniowy dla „grona kierowniczego”. Chcę się na własne oczy przekonać o prawdziwości pochwalnych opowieści o ferreriuszach. Jeśli się sprawdzą, zaczniemy braci namawiać do otwarcia fundacji w Polsce. Ojciec Dominik nie mówi nie, tylko potrzebuje polskich kandydatów. Sądzę, że się znajdą; sama znam kilku chłopaków, którzy wstąpili lub chcieli wstąpić do dominikanów w Polsce, ale „zbytnia pobożność”, „konserwatywne poglądy” i zamiłowanie do chorału i łaciny szybko zamknęły im drogę do biało-czarnego habitu. Zachęcam — propagujcie, pytajcie, szukajcie :)
Wiem, że czasy są złe; w kraju naszych sąsiadów trwa rozbiór przez nigdy nie nasyconego imperialistycznego niedźwiedzia, a całemu regionowi, w tym Polsce, grozi wojna (nie daj Bóg!). Ludzie nie mają pracy, żyją w biedzie lub wyjeżdżają z kraju, i w najbliższych latach będzie tylko gorzej. Historia pokazała, że żadna herezja nie spotyka się w Kościele z takimi sprzeciwami, blokadami i otwartą walką, jak starania obserwantów i próby powrotu do pierwotnej gorliwości i czystości charyzmatu. Zważywszy to wszystko, pomysł sprowadzenia ferreriuszy do Polski wydaje się zupełnym szaleństwem. Ufam jednak, że jeśli okaże się zgodny z wolą Bożą, to sam Bóg go zrealizuje, choćby na smokach wojska latające i tak dalej. Takie są plany na zaś; a na razie z całych sił módlmy się o pokój.
Zapraszam do lektury wywiadu z ojcem Dominikiem: Warto czerpać z bogactw Kościoła!
Zapraszam także do przeczytania trzech wywiadów, które przeprowadziłam z polskim dominikaninem, ojcem Markiem Grzelczakiem. Jest to kawał dobrej nauki chrześcijańskiej i szkoła katolickiego wychowania. Trwa Wielki Post i warto rady ojca Marka z pierwszego wywiadu zastosować od razu:
Wyrzekliśmy się wyrzeczeń
Łaska dobrej śmierci
Matka Boża niczego nie zgubi, niczego nie pozwoli skraść
środa, 19 lutego 2014
Duszpasterstwo dla Kościoła liberalnego
Ojciec Kozacki, nowy prowincjał dominikanów, udzielił dzisiaj „Gazecie Wyborczej” interesującego wywiadu. Ponieważ „Gazeta” prawdopodobnie szybko zablokuje możliwość czytania go za darmo, załączam link do jego streszczenia na oficjalnej stronie Polskiej Prowincji Dominikanów:
Streszczenie wywiadu o. Pawła Kozackiego
Wywiad wywołał duży rezonans, m.in. natychmiastową krytykę Tomasza Terlikowskiego na portalu Frondy i szerokie dyskusje w Internecie. Zaskoczyło mnie, nie ukrywam, szerokie poparcie wśród moich znajomych dla poglądów, które ojciec Kozacki prezentuje w wywiadzie. Spowodowało to zmianę moich dotychczasowych przekonań dotyczących tych zagadnień.
Ostatnio wielokrotnie krytykowałam dominikanów za sympatyzowanie z konsekwentnie atakującą polski Kościół „Gazetą Wyborczą”, promowanie ideologii gender, zaproszenie aborcjonistki do duszpasterstwa, publiczne, ostre krytykowanie biskupów, odmowę niektórych braci co do podporządkowania się niektórym zapisom dokumentów papieskich czy Kodeksu prawa kanonicznego (w rozmowach ze mną lub w dyskusjach internetowych) i parę innych faktów, których nie będę dalej wymieniać. Dzisiaj zmieniłam zdanie. Doszłam do wniosku, że polscy dominikanie powinni właśnie pozostać sobą, gdyż taki zakon jest potrzebny, bo grupa wiernych polskiego Kościoła o poglądach wyrażanych przez „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny” jest znacznie szersza, niż myślałam. Uważają oni, że są członkami Kościoła, i skoro tak, należy to uznać.
W Kościele kładzie się obecnie duży nacisk na wyspecjalizowane duszpasterstwa dla poszczególnych grup wiernych. Istnieje też wiele ruchów grupujących katolików o określonej duchowości, np. Odnowa w Duchu Świętym, Neokatechumenat, Communione e Liberazione itd. Są grupy dla żyjących w Kościele w oparciu o program 12 kroków, dla środowisk Radia Maryja... Każde z tych środowisk ma jakieś konkretne zabarwienie i specyfikę, i kapłanów, którzy z nimi pracują. Co więcej, w ostatnich latach powstało wiele duszpasterstw tradycji łacińskiej dla osób pragnących chodzić na Msze w klasycznym rycie rzymskim, a także zakony, które specjalizują się konkretnie w pracy z tymi wiernymi, np. Bractwo Kapłańskie św. Piotra. Natomiast szeroka grupa katolików o liberalnych poglądach nie ma żadnego środowiska kapłańskiego, wyspecjalizowanego w pracy z nimi. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że jest to luka.
Ojciec Kozacki ma rację, mówiąc, że potępianie nie jest właściwym sposobem głoszenia Ewangelii. Nie należy „wypychać” z Kościoła ani natankowców, ani tradsów, ani katolików liberalnych (jest to określenie utworzone ad hoc, więc może ułomne). A środowiskiem kapłańskim najlepiej przygotowanym do pracy z tą grupą wiernych są właśnie dominikanie. Na tym powinni się skupić, zwłaszcza że duszpasterstwa akademickie i młodzieży, kiedyś ich produkt firmowy, działają dzisiaj przy co drugim szanującym się kościele w każdym większym mieście.
Dominikanie zostali powołani do pracy z katarami, czyli heretykami, którzy podnieśli bunt przeciw władzom kościelnym lub w ogóle od Kościoła odpadli. Do tej pory uważałam, że za aktualnych „katarów” należy uznać zlaicyzowane masy, które w ogóle od wiary odeszły i zadowalają się konsumpcją i karierą. Krótko mówiąc, moje własne środowisko, w którym żyłam w Warszawie przed przeprowadzką do Krakowa. Jednak od dawna miałam poczucie, że to nie ma większego sensu, bo ci ludzie (przynajmniej na razie) w ogóle nie chcą o Bogu słuchać. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że dobrym rozwiązaniem jest przyjęcie, że dominikańskimi „katarami” powinni być właśnie katolicy „gazetowyborczy”, czyli osoby uważające się za członków Kościoła, ale wyznające poglądy na wiarę, Kościół i moralność prezentowane w tym piśmie. Ci ludzie z reguły wysoko cenią dominikanów i chcą ich słuchać, a oni z kolei potrafią do nich trafić i zaskarbić sobie ich sympatię. Tymczasem inni księża, tacy jak wspomniane Bractwo Kapłańskie św. Piotra czy wielu znanych mi księży diecezjalnych, nie mają wielkich szans, by nawiązać z nimi kontakt; zostaną raczej skreśleni na starcie; i nie mają odpowiednio dużej „części wspólnej” poglądów, aby móc rozpocząć życzliwą współpracę.
Nie wierzę w przypadki i uważam, że wybór ojca Kozackiego na prowincjała (nie wątpię, że na dwie kadencje) nie jest przypadkiem, ale działaniem Opatrzności. Osiem lat jego rządów w Polskiej Prowincji Dominikanów będzie mogło zapewnić odpowiednio obszerną przestrzeń na stworzenie proponowanego przeze mnie dzieła, jeśli uzna on, że taka propozycja jest sensowna.
Ps. Dalsze interesujące komentarze:
wpolityce.pl, komentarz Andrzeja Potockiego: „Potocki: "Jestem przeciw religii w szkole", czyli wywiad w GW ojca Pawła Kozackiego. Wschodzi nam nowa gwiazda”
ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz TChr: „Ks. prof. Paweł Bortkiewicz dla Fronda.pl: Jestem wstrząśnięty słowami o. Kozackiego”
Przemysław Radzyński na Deon.pl: „Religia w szkole nie jest problemem”
Ojciec Potocki o prowincjale dominikanów: „Idź precz, szatanie!”
Streszczenie wywiadu o. Pawła Kozackiego
Wywiad wywołał duży rezonans, m.in. natychmiastową krytykę Tomasza Terlikowskiego na portalu Frondy i szerokie dyskusje w Internecie. Zaskoczyło mnie, nie ukrywam, szerokie poparcie wśród moich znajomych dla poglądów, które ojciec Kozacki prezentuje w wywiadzie. Spowodowało to zmianę moich dotychczasowych przekonań dotyczących tych zagadnień.
Ostatnio wielokrotnie krytykowałam dominikanów za sympatyzowanie z konsekwentnie atakującą polski Kościół „Gazetą Wyborczą”, promowanie ideologii gender, zaproszenie aborcjonistki do duszpasterstwa, publiczne, ostre krytykowanie biskupów, odmowę niektórych braci co do podporządkowania się niektórym zapisom dokumentów papieskich czy Kodeksu prawa kanonicznego (w rozmowach ze mną lub w dyskusjach internetowych) i parę innych faktów, których nie będę dalej wymieniać. Dzisiaj zmieniłam zdanie. Doszłam do wniosku, że polscy dominikanie powinni właśnie pozostać sobą, gdyż taki zakon jest potrzebny, bo grupa wiernych polskiego Kościoła o poglądach wyrażanych przez „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny” jest znacznie szersza, niż myślałam. Uważają oni, że są członkami Kościoła, i skoro tak, należy to uznać.
W Kościele kładzie się obecnie duży nacisk na wyspecjalizowane duszpasterstwa dla poszczególnych grup wiernych. Istnieje też wiele ruchów grupujących katolików o określonej duchowości, np. Odnowa w Duchu Świętym, Neokatechumenat, Communione e Liberazione itd. Są grupy dla żyjących w Kościele w oparciu o program 12 kroków, dla środowisk Radia Maryja... Każde z tych środowisk ma jakieś konkretne zabarwienie i specyfikę, i kapłanów, którzy z nimi pracują. Co więcej, w ostatnich latach powstało wiele duszpasterstw tradycji łacińskiej dla osób pragnących chodzić na Msze w klasycznym rycie rzymskim, a także zakony, które specjalizują się konkretnie w pracy z tymi wiernymi, np. Bractwo Kapłańskie św. Piotra. Natomiast szeroka grupa katolików o liberalnych poglądach nie ma żadnego środowiska kapłańskiego, wyspecjalizowanego w pracy z nimi. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że jest to luka.
Ojciec Kozacki ma rację, mówiąc, że potępianie nie jest właściwym sposobem głoszenia Ewangelii. Nie należy „wypychać” z Kościoła ani natankowców, ani tradsów, ani katolików liberalnych (jest to określenie utworzone ad hoc, więc może ułomne). A środowiskiem kapłańskim najlepiej przygotowanym do pracy z tą grupą wiernych są właśnie dominikanie. Na tym powinni się skupić, zwłaszcza że duszpasterstwa akademickie i młodzieży, kiedyś ich produkt firmowy, działają dzisiaj przy co drugim szanującym się kościele w każdym większym mieście.
Dominikanie zostali powołani do pracy z katarami, czyli heretykami, którzy podnieśli bunt przeciw władzom kościelnym lub w ogóle od Kościoła odpadli. Do tej pory uważałam, że za aktualnych „katarów” należy uznać zlaicyzowane masy, które w ogóle od wiary odeszły i zadowalają się konsumpcją i karierą. Krótko mówiąc, moje własne środowisko, w którym żyłam w Warszawie przed przeprowadzką do Krakowa. Jednak od dawna miałam poczucie, że to nie ma większego sensu, bo ci ludzie (przynajmniej na razie) w ogóle nie chcą o Bogu słuchać. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że dobrym rozwiązaniem jest przyjęcie, że dominikańskimi „katarami” powinni być właśnie katolicy „gazetowyborczy”, czyli osoby uważające się za członków Kościoła, ale wyznające poglądy na wiarę, Kościół i moralność prezentowane w tym piśmie. Ci ludzie z reguły wysoko cenią dominikanów i chcą ich słuchać, a oni z kolei potrafią do nich trafić i zaskarbić sobie ich sympatię. Tymczasem inni księża, tacy jak wspomniane Bractwo Kapłańskie św. Piotra czy wielu znanych mi księży diecezjalnych, nie mają wielkich szans, by nawiązać z nimi kontakt; zostaną raczej skreśleni na starcie; i nie mają odpowiednio dużej „części wspólnej” poglądów, aby móc rozpocząć życzliwą współpracę.
Nie wierzę w przypadki i uważam, że wybór ojca Kozackiego na prowincjała (nie wątpię, że na dwie kadencje) nie jest przypadkiem, ale działaniem Opatrzności. Osiem lat jego rządów w Polskiej Prowincji Dominikanów będzie mogło zapewnić odpowiednio obszerną przestrzeń na stworzenie proponowanego przeze mnie dzieła, jeśli uzna on, że taka propozycja jest sensowna.
Ps. Dalsze interesujące komentarze:
wpolityce.pl, komentarz Andrzeja Potockiego: „Potocki: "Jestem przeciw religii w szkole", czyli wywiad w GW ojca Pawła Kozackiego. Wschodzi nam nowa gwiazda”
ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz TChr: „Ks. prof. Paweł Bortkiewicz dla Fronda.pl: Jestem wstrząśnięty słowami o. Kozackiego”
Przemysław Radzyński na Deon.pl: „Religia w szkole nie jest problemem”
Ojciec Potocki o prowincjale dominikanów: „Idź precz, szatanie!”
środa, 12 lutego 2014
Nie ku temu, co łatwiejsze
Pewien ksiądz diecezjalny napisał dzisiaj na Facebooku, że szkoda, iż kapłani z pewnego zakonu traktują habit jako albę. Jego uwaga przypomniała mi znany wiersz św. Jana od Krzyża, zamieszczony w Drodze na Górze Karmel (I,13,6). Przypominam go, bo te myśli świętego Jana są też bliskie mojemu postrzeganiu życia i wiary. Niech to będzie dopowiedzenie do tekstu sprzed kilku dni, Duch „Myśli spod chustki”.
Dla porządku załączam też linka do wstępu do Drogi na Górę Karmel pióra ojca Jerzego Gogoli OCD, w którym wyjaśnia on, jak należy interpretować myśl św. Jana.Usiłuj zawsze skłaniać się:nie ku temu, co łatwiejsze,lecz ku temu, co trudniejsze;nie do tego, co przyjemniejsze,lecz do tego, co nieprzyjemne;nie do tego, co smakowitsze,lecz do tego, co niesmaczne;nie do tego, co daje spoczynek,lecz do tego, co wymaga trudu;nie do tego, co daje pociechę,lecz do tego, co nie jest pociechą;nie do tego, co większe,lecz do tego, co mniejsze;nie do tego, co wzniosłe i cenne,lecz do tego, co niskie i wzgardzone;nie do tego, aby pragnąć czegoś,lecz do tego by nie pragnąć niczego,nie szukając tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych,ale tego co gorsze.Pragnij z miłości dla Chrystusa dojść do zupełnego ogołocenia, ubóstwa i oderwania się od wszystkiego, co jest na świecie.
poniedziałek, 10 lutego 2014
Zbyt wiele osób patrzy na zegarek
„Niestety wiele razy patrzymy w czasie mszy na zegarek, liczymy minuty — dodał papież. Jak stwierdził, nie jest to zachowanie, jakiego wymaga liturgia. — Liturgia to czas Boga i przestrzeń Boga, a my musimy w nie wejść i nie możemy patrzeć na zegarek — powiedział”.
Powiadomił o tym serwis TVN24.
Warto zapisać i trzymać na podorędziu, kiedy kolejny raz usłyszycie od swojego księdza, że czegoś tam (innej modlitwy eucharystycznej niż dwójka, kazania, więcej niż 1 zwrotki pieśni, możliwości wypowiedzenia intencji modlitewnych itp.) nie może być, bo „będzie za długo”. Od dawna mam podejrzenie, że wyświechtany argument „względów duszpasterskich” służy przede wszystkim ukrywaniu własnego znudzenia, rutyny i braku wiary.
To, czy ktoś lubi przebywać z Bogiem na modlitwie, czy nie nuży się ciszą i chwilami przerwy w akcji liturgicznej, czy dobrze czuje się, po prostu „tracąc czas” przed ołtarzem, tabernakulum, krzyżem, nad modlitewnikiem czy Pismem Świętym, jest ważną wskazówką co do czyjegoś wyrobienia duchowego, głębi wiary, jakości życia z Bogiem.
Bóg hojnie daje i lubi tych, którzy hojnie dają.
Powiadomił o tym serwis TVN24.
Warto zapisać i trzymać na podorędziu, kiedy kolejny raz usłyszycie od swojego księdza, że czegoś tam (innej modlitwy eucharystycznej niż dwójka, kazania, więcej niż 1 zwrotki pieśni, możliwości wypowiedzenia intencji modlitewnych itp.) nie może być, bo „będzie za długo”. Od dawna mam podejrzenie, że wyświechtany argument „względów duszpasterskich” służy przede wszystkim ukrywaniu własnego znudzenia, rutyny i braku wiary.
To, czy ktoś lubi przebywać z Bogiem na modlitwie, czy nie nuży się ciszą i chwilami przerwy w akcji liturgicznej, czy dobrze czuje się, po prostu „tracąc czas” przed ołtarzem, tabernakulum, krzyżem, nad modlitewnikiem czy Pismem Świętym, jest ważną wskazówką co do czyjegoś wyrobienia duchowego, głębi wiary, jakości życia z Bogiem.
Bóg hojnie daje i lubi tych, którzy hojnie dają.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
