Pokazywanie postów oznaczonych etykietą msza trydencka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą msza trydencka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2014

Bez wiernych — też pięknie


Czy wyobrażacie sobie księdza, który w katolickiej gazecie publikuje felieton na temat:
„Bez oazy — też można wychowywać młodzież”
„Bez neokatechumenatu — też można mieć powołania kapłańskie”
„Bez Odnowy w Duchu Świętym — też można się modlić o uzdrowienie”
„Bez Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci — też można odmawiać różaniec”
„Bez pań z koła Caritas — też się pomaga potrzebującym”

A „Bez tradsów — też pięknie” można.
Można analizować cały felieton zdanie po zdaniu, wykazując, że głoszone przez ks. Romana Tomaszczuka opinie o tym, co jego zdaniem robią, mówią i uważają wierni przywiązani do tradycyjnej liturgii katolickiej, nie mają pokrycia w rzeczywistości, lecz są wyłącznie powtarzaniem typowych, dyżurnych zarzutów używanych przez duchowieństwo i wiernych świeckich, zwalczających swoich współbraci katolików, którzy są od nich „inni”, i produktem wyobraźni swoich autorów; czasami nawet mam wrażenie, że wręcz jakąś emanacją nieuświadomionych urazów, negatywnych fantazji, projekcji cienia, używając terminologii jungowskiej. Zbliżony katalog można przeczytać w wywiadzie na temat tradycjonalistów, którego rok czy dwa lata temu miesięcznikowi Polskiej Prowincji Dominikanów „W Drodze” udzielili ojcowie Józef Puciłowski i Jan Andrzej Kłoczowski OP. (Nawiasem mówiąc, pękałam ze śmiechu, czytając ten wywiad, bo wiedziałam, że traktuje też o mnie i o moim środowisku, i widziałam, że należy go czytać „odwrotnie”, jak PRL-owskie gazety: zamiast nieliczne emerytki — wielu studentów itd., a wszystko będzie się zgadzało).
Można powiedzieć, że to zwykły błąd, skutek tego, że autor mówi o środowiskach i wydarzeniach, w których nie brał nigdy osobiście udziału i wypowiada się na podstawie głębokiej nieznajomości tematu. Ale nie, to coś więcej. Omawiane zarzuty mają wszelkie cechy typowych, stałych katalogów używanych jako broń przeciwko nie akceptowanej mniejszości. Katalogów, które używane są jako uzasadnienie dla prześladowań. (Oczywiście, ich skala w poszczególnych wypadkach może być różna, nie zawsze kończy się trupami). Chrześcijanom w starożytnym Rzymie zarzucano nienawiść rodzaju ludzkiego, orgie seksualne i jedzenie ludzi; Żydom — zabijanie dzieci na macę, zatruwanie studni, roznoszenie wszy i tyfusu, itd. Nikt nie sprawdza, nie zastanawia się, czy zarzuty są prawdziwe. Chodzi o to, żeby wywoływały lęk i odrazę w społeczności, w której istnieje dana mniejszość, tak aby podburzona nimi większość zwróciła się przeciw mniejszości. Dlatego preparuje się takie zarzuty, jakie zarzucającemu wydają się najbardziej bulwersujące.
Warto prześledzić zarzuty „łowców tradsów” pod tym kątem; zobaczycie, że po odwróceniu znaku każdy z nich stanowi egzemplifikację tego, co dla zagorzałego zwolennika posoborowej reformy liturgicznej wydaje się najcenniejsze i najbardziej centralne; i właśnie dlatego nierzadko zarzuty trafiają kulą w płot, bo trads by o danej rzeczy nawet nie pomyślał.
Inny znany sposób, oprócz powtarzania (metodą goebbelsowską — kłamstwo powtórzone wystarczająco dużo razy staje się prawdą) ustalonych katalogów zarzutów, jest oskarżanie atakowanej przez nas mniejszości, że to ona nas atakuje, pozbawia nas czegoś, zastrasza nas; innymi słowy projekcja (przeniesienie) na nasze ofiary zachowania, które faktycznie my podejmujemy wobec nich. Metodę tę stosuje obecnie Putin w stosunku do Ukraińców, ale jest ona dobrze znana z historii. Na przykład dyżurnym zarzutem wobec tradsów jest to, że usiłują doprowadzić do likwidacji NOM-u czy też uniemożliwienia uczestniczenia przez osoby X czy Y we mszy NOM. Oczywiście jest odwrotnie — to strona stawiająca zarzut usiłuje doprowadzić do likwidacji mszy tzw. trydenckiej, w rycie dominikańskim czy jakimś innym tradycyjnym rycie lokalnym lub zakonnym (por. nr 4 konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium), to ona staje na głowie, by uniemożliwić tradsom uczestniczenie we mszy w starym rycie, na którym im zależy. Ja nie zabraniam nikomu uczestniczyć w mszy NOM i nie podważam ich sensu i prawomocności; to ktoś cały czas stara się nie dopuścić, abym ja mogła uczestniczyć we mszy w starym rycie.
Prostym sposobem zweryfikowania, kto naprawdę komu zagraża i kto komu usiłuje zabraniać, jest porównanie liczby mszy niedzielnych w nowym i starym rycie. Mszy NOM każdej niedzieli odprawia się dziesiątki tysięcy w tysiącach kościołów; msza w starym rycie jest w 28 miejscach w Polsce w każdą niedzielę i w kolejnych około 20 raz na miesiąc. Mszy w rycie dominikańskim nie ma ani jednej.
Po tragedii i szoku Holokaustu mechanizmy powstawania w danej społeczności agresji przeciw mniejszości (człowiekowi „innemu niż my”), manipulowania emocjami tłumu, konstruowania typowych toposów propagandowych stały się ważnym tematem badawczym socjologów i historyków mentalności. Pozwoliło to sformułować ogólne prawa kierujące procesami prowadzącymi do prześladowań i pogromów. W wypadku sporów o liturgię nie spodziewam się oczywiście pogromu; ale ciekawie jest zauważyć, że w działaniach środowisk antytradsowskich można zaobserwować typowe, ogólne mechanizmy działań przeciwko mniejszościom.
W felietonie ks. Tomaszczuka są też zwykłe kłamstwa, powtarzane przez antytrydenckie środowiska, np. „To nieprawda, że jeśli nie zdradzimy ostatniego soboru, jesteśmy skazani na karykaturę liturgii”. W którym to dokumencie ostatni sobór nakazał przejść w całości na języki narodowe, odwrócić księdza przodem do ludu itd.? Chętnie się dowiem. Niektórzy wciąż, mimo ciągłego nauczania papieży, i to już od Pawła VI, mylą „ducha soboru” z samym soborem.
Ale tym też nie będę się tu zajmować. Chcę zwrócić uwagę na co innego: na brak miłości do innych ludzi, jaki zdradzają tego rodzaju wypowiedzi. Myślę, że większość czytelników tego bloga zna nauczanie Jezusa Chrystusa, św. Pawła, św. Jana, całego Nowego Testamentu, na temat miłości bliźniego. Czy człowiek, który naprawdę kocha innych ludzi, naprawdę nosi ich w sercu, używa takiego języka? Czy ksiądz przeniknięty duchem ofiary i służby będzie mówił wiernym, jakimkolwiek wiernym: „My was tu nie potrzebujemy, nie chcemy tu ...”? Ja to, z „tradycjonalistami” zamiast wielokropka, usłyszałam od konkretnych kapłanów, ale pod „tradycjonalistów” można równie dobrze wstawić neonowców czy odnowowców — mam znajomych z tych środowisk i wiem, że oni także nadal niekiedy się spotykają z podobną niechęcią kapłanów, którzy podejmują decyzje będące dla nich być albo nie być.
Daj mi Panie Boże żyć jeszcze troszeczkę, ponieważ jeszcze nie jestem do końca ochrzczony.
Woda chrzcielna jeszcze nie dotarła wszędzie, gdzie dotrzeć powinna.
Jeszcze we mnie jest dużo starego poganina

(fragment wiersza o. Kaliksta Suszyło OP)

Cały felieton ks. Romana Tomaszczuka (ma już kilka miesięcy, ale wciąż jest dostępny w Sieci i linkowany) można przeczytać pod adresem:
http://swidnica.gosc.pl/doc/1718172.Bez-tradsow-tez-pieknie

Na koniec jeszcze jeden obrazek, aby można było się pocieszyć, że w Kościele jest też obecny inny język, inny stosunek do mniejszości, i przypomnieć, że właśnie minęła już 7. rocznica opublikowania motu proprio Summorum Pontificum.


Ps. Pominęłam w tym wpisie kwestię nieposłuszeństwa dokumentom Stolicy Apostolskiej, bo zamierzam ją omówić oddzielnie.

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty ikon, czyli trydent w cerkwi

Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.

1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232

2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)

wtorek, 17 września 2013

Znacie? Znamy, czyli wyciągamy wnioski

„Po założeniu klasztoru sewilskiego, fundacje dalsze przerwały się na przeszło cztery lata. Przyczyną tej przerwy były wielkie prześladowania, jakie nagle i niespodziewanie spadły na karmelitów i karmelitanki wznowionej Reguły pierwotnej. Były już i przedtem różne na nas napaści, ale żadna nie była tak wielka i podjęta z taką zapamiętałością, jak ta ostatnia. Groziło to zupełną zagładą naszego dzieła. Jasno okazała się tu zaciekła złość czarta na te święte początki naszego Zakonu i miłościwa nad nim opieka Pana, który ocalił go, jako swoją sprawę od grożącego mu zniszczenia. Wiele wycierpieli karmelici bosi, szczególnie przełożeni klasztorów, skutkiem ciężkich oskarżeń, jakie podnieśli przeciw nim ojcowie trzewiczkowi”.
To jest początek opisu prześladowań, jakie przeciw doktorom Kościoła: św. Teresie Wielkiej i św. Janowi od Krzyża oraz tym wszystkim karmelitom i karmelitankom, którzy za nimi poszli, chcąc przywrócić swemu zakonowi jego pierwotną świętość i blask, podniósł mainstream karmelitów. Przeciągnęli na swoją stronę generała zakonu i nuncjusza w Hiszpanii, i gdyby nie interwencja króla Hiszpanii Filipa II, człowieka bardzo pobożnego i znającego zagadnienia życia duchowego, a jednocześnie chcącego zreformować zeświecczałe hiszpańskie zakony w duchu nauczania Soboru Trydenckiego, reforma terezjańska upadłaby, zduszona karcerami i karami kościelnymi. Atak ten rozpoczął się w roku 1575, a poznać go możemy szczegółowo m.in. z Księgi fundacji (z której pochodzi ten cytat) i listów św. Teresy.

Prześladowania „trzewiczkowych”, wbrew ich woli, w końcu doprowadziły do tym większego rozkwitu reformy (przyjęły ją wszystkie karmelitanki, tak że trzewiczkowych już od dawna nie ma, a karmelici trzewiczkowi poniewczasie wprowadzili u siebie ducha Teresy i Jana), a w toledańskim więzieniu zrodził się klejnot literatury duchowej: Pieśń duchowa św. Jana od Krzyża.

„Początek tej zawieruchy, która o mało nie zmiotła rodzącej się reformy Karmelu, był następujący. Karmelici złagodzonej obserwy wzięli za złe św. Teresie zaprowadzoną jej staraniem reformę w Zakonie. Uznawali ją za osobistą obrazę i poniżenie. Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę, zanim zdoła zakorzenić się i rozszerzyć. W tym celu przeciągnęli na swoją stronę samego generała Zakonu o. Rubeo. Generał dobrze znał Matkę Teresę, ale nie wystarczyło mu odwagi do stawienia im czoła i zdradził sprawę prawdy i sprawiedliwości. Postanowiwszy więc zdusić powstającą reformę pozyskał sobie poparcie nowego nuncjusza Felipe Segi...”
Ten tekst pochodzi już z przypisu i został dodany przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych w celu objaśnienia słów Teresy. Zamieszczam go tu, bo uderzyło mnie w nim zdanie: „Upatrywali w niej zarzewie rozdwojenia, samowolnie rzucone między spokojnych dotąd synów Eliaszowych, dlatego uznali, że dla przywrócenia zakłóconej zgody trzeba szybko stłumić niestosowną reformę...” Czy to wam niczego nie przypomina? Bo ja ostatnio ten argument regularnie słyszę z ust wrogów celebracji w starym rycie, zarówno rzymskim, jak i dominikańskim. Mniej może mówią o samowolności (także i w przypadku Teresy jej działania nie były samowolne, miała ona na wszystko zgody biskupów, generała i komisarzy apostolskich, ten zarzut jest więc potwarzą), gdyż raczej to oni sami podważają dokumenty Kościoła, na których opiera się „uwolnienie” starych rytów: konstytucję o liturgii Soboru Watykańskiego II, motu proprio Benedykta XVI i dalsze, pomniejsze dokumenty. Cichnąć też się zdają (przynajmniej ostatnio) argumenty o konieczności postępu i dostosowania się do ducha czasu, gdyż nietrudno było wskazać ich heglowsko-marksistowskie źródła. Zostaje zatem zakłócanie zgody, zarzewie rozdwojenia rzucone między spokojnych dotąd...

Ps. Sprawa franciszkanów Niepokalanej wydaje mi się już niemal dokładną kopią historii reformy karmelitańskiej. Warto przemyśleć jeszcze jedno zdanie karmelitańskiego wydawcy: to, które poprzedza zdanie komentowane przeze mnie.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?

środa, 3 kwietnia 2013

Bilans otwarcia 1

Po kilkunastodniowej przerwie, spowodowanej pośpiesznym kończeniem pracy doktorskiej, włączyłam przed świętami Facebooka... i od razu mi się odechciało go przeglądać. Zwolennicy i przeciwnicy Mszy w rycie klasycznym, jedni i drudzy zaangażowani katolicy świeccy, a czasem i duchowni, kłócili się na temat nowego papieża Franciszka z taką zajadłością, nienawiścią, pychą i agresją, że jedyne, co przychodziło do głowy jako komentarz, to tyrada Chrystusa przeciwko faryzeuszom:
„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle?”
No, można jeszcze sięgnąć po skargę Dawida:
„Wybaw mię, Panie, od człowieka złego, strzeż mnie od gwałtownika: od tych, którzy w sercu knują złe zamiary, każdego dnia wzniecają spory. Ostre jak u węża ich języki, a jad żmijowy pod ich wargami”.
Jedyna różnica była taka, że jedni bluzgali tylko na swoich bezpośrednich oponentów, a drudzy także na nowo wybranego papieża (jeszcze niedawno często powoływana w dyskusjach zasada posłuszeństwa Następcy Świętego Piotra i wiernego naśladowania go nagle bowiem została rzucona w kąt... ale ponieważ natura nie znosi próżni, więc teraz zapewne odkurzy ją i poniesie jako swoje palladium druga strona sporu).
Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności. I takiego przywiązania do tradycji i czci Bożej, i takiego otwierania Kościoła na potrzeby współczesnych ludzi.
Czem prędzej z powrotem wyłączyłam FB, usiłując strząsnąć z siebie ten jad, który zdążył w jednej chwili zatruć moje myśli i serce, aby móc się w spokoju ducha przygotować do współuczestniczenia w Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa.
Odczuwałam w tym czasie potrzebę napisania czegoś w rodzaju osobistego bilansu otwarcia nowego pontyfikatu, ale wszystko, co przychodziło mi do głowy, czem prędzej odsuwałam z niesmakiem na bok, bo od razu oczyma duszy widziałam pod linkiem do mojego tekstu na FB agresywne komentarze zaangażowanych katolików bądź z jednej, bądź z drugiej strony. Aż wczoraj w kościele ojców dominikanów przy ul. Stolarskiej w Krakowie, koło Grobu Pańskiego (tak, tak!) znalazłam stosik odbitych na ksero ulotek z modlitwą o beatyfikację Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego, położonych tam zapewne przez jakiś pobożny moherowy beret (en passant, muszę sobie w końcu kupić to nakrycie głowy). A w ulotce oprócz ww. modlitwy i mądrych myśli Kardynała zamieszczono „ABC Społecznej Krucjaty Miłości”. Więc może na razie zacznijmy bilans otwarcia od ABC; a co będzie dalej, zobaczymy.

ABC Społecznej Krucjaty Miłości

1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata.
2. Myśl dobrze o wszystkich — nie myśl źle o nikim. Staraj się nawet w najgorszym dostrzec coś dobrego.
3. Mów zawsze życzliwie o drugich — nie mów źle o bliźnich. Napraw krzywdę wyrządzoną słowem. Nie czyń rozdźwięku między ludźmi. Jednocz sercem i słowem.
4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości. Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj, nie rób przykrości. Nie wyciskaj łez. Uspokajaj i okazuj dobroć.
5. Przebaczaj wszystko wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy. Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.
6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego. Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie czyniono. Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien, ale co ty jesteś winien innym.
7. Czynnie współczuj w cierpieniu. Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.
8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni, jak ty korzystasz z pracy drugich.
9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim. Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego. Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.
10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.

Społeczna Krucjata Miłości to ruch nieformalny, nie posiadający struktury administracyjnej, a jedynie łączący wszystkich, którzy swym życiem szerzą zasady ABC Społecznej Krucjaty Miłości, których twórcą jest Sługa Boży Stefan Kard. Wyszyński.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z pąwiąsząwaniem urorurodziurodzin


Papież Benedykt XVI kończy dzisiaj 85 lat :) Bardzo się cieszę. Niech żyje jak najdłużej, niech ma zdrowie i siły, by służyć nam jeszcze wiele lat.
Nie udało mi się jak dotąd przeczytać żadnej jego książki teologicznej. Mój damski, bardzo mały rozumek nie przyswaja wytworów niemieckiej myśli teologicznej. Najbliżej byłam z „Duchem liturgii” — dobrnęłam do czwartego rozdziału, używając dzieła jako sedatywu, aż dałam za wygraną. Zdaje się bowiem, że czytam ze zrozumieniem tylko te teksty, które sama tłumaczę, a niestety nie umiem jeszcze po niemiecku :-/
Przeczytałam jednak starannie wywiad-rzekę z Papieżem pt. „Sól ziemi” i „Mój brat papież” ze starszym bratem Ojca Świętego, ks. Georgiem Ratzingerem. Ta literatura jest bardziej dostępna dla niewprawnego umysłu kobiecego. Wzruszam się, gdy się dowiaduję, że papież wprowadził piwo do posiłków, bo bardzo lubię piwo, a wino mi szkodzi, i gdy oglądam zdjęcia z kotem wylegującym się na biurku pracującego papieża, ponieważ przepadam za kotami. Jest po prostu zwyczajny i normalny, bez zadęcia i budowania pomników za życia.

Mimo niemożności nawiązania kontaktu intelektualnego z Ojcem Świętym jego wpływ na moje życie jest bardzo duży i jestem mu ogromnie wdzięczna:
• Za to, że pokazuje, że można być odważnie zwróconym ku przyszłości, a jednocześnie nie odwracać się tylną częścią ciała do własnego dziedzictwa historycznego i kulturowego; że można odnosić się otwarcie, życzliwie i z szacunkiem do rozmaitych ludzi, a jednocześnie nie odstępować od zasad.
• Za to, że wydając dokumenty Summorum pontificum i Universae Ecclesiae, stworzył w Kościele miejsce dla grupy wiernych przywiązanych do 1500-letniej tradycji Kościoła łacińskiego, którym przez ostatnie 40 lat nie wolno było legalnie brać udziału w życiu liturgicznym Kościoła w sposób zgodny z ich wrażliwością i duchowością; nie ograniczył się do wygodnego głoszenia pięknych słówek o personalizmie i szanowaniu godności każdego człowieka, którymi kościelna poprawność polityczna jest przepełniona, lecz zaczął je faktycznie realizować.
• Za to, że starając się o pełne porozumienie z lefebrystami, naprawdę przywraca jedność wierzących w Chrystusa, cierpliwie znosząc protesty tych, którzy wprawdzie usta mają pełne jedności i otwarcia, ale zawsze znajdują jakieś grupy ludzi, którzy na tę jedność i otwarcie nie zasługują, oczywiście z własnej winy.
• Za to, że otwarcie Kościoła na inaczej myślących i wierzących, obowiązujące w ostatnich dziesięcioleciach wobec przedstawicieli wszelkich wyznań i tradycji religijnych, rozszerzył o tę jedną, jedyną grupkę ludzi, których ww. tolerancja dotychczas nie obejmowała: katolików przywiązanych do tradycji łacińskiej.
• Za to, że zerwał z kilkusetletnią tradycją rzymskiego zamordyzmu i besserwisseryzmu, który każdemu z wiernych narzucał — dla jego dobra, ma się rozumieć — jedynie słuszny sposób sprawowania kultu (taki czy siaki), i bezlitośnie likwidował stare, tradycyjne ryty lokalne i zakonne, które tworzyły tkankę kulturową naszego kontynentu i do których jacyś ludzie byli po prostu całym sercem przywiązani; za to, że te ich uczucia i przywiązania stały się wreszcie dla kogoś w Kościele ważne.
• Za to, że nakazując podległemu duchowieństwu spełnianie potrzeb wiernych, którzy pragną uczestniczyć w tradycyjnych mszach, nikomu jednocześnie udziału w nich nie narzuca; i w ten sposób podarował mi wolność wyboru.
• Za to, że nie muszę się już wstydzić pytań moich znajomych, śpiewaków kościelnych należących do Kościołów prawosławnego, ormiańskiego i grekokatolickiego, jak to w ogóle możliwe, że łacinnicy zlikwidowali swój ryt. Otóż nie zlikwidowali, lecz troskliwie go pielęgnują i rozwijają.

Kochany Ojcze Święty, ad multos annos!

niedziela, 8 stycznia 2012

Zaśpiewaliśmy Wigilię Epifanii

Noc z 5 na 6 stycznia spędziłam w zabytkowym, zimnym kościele pokamedulskim na Bielanach w Warszawie. Dzięki serdecznej gościnności księdza Wojtka Drozdowicza, proboszcza Lasku Bielańskiego, zaśpiewaliśmy tam (po raz kolejny) długie nabożeństwo wigilijne. Tym razem była to Wigilia przed uroczystością Objawienia Pańskiego.
W kaplicy Najświętszego Sakramentu w kościele na Bielanach (dawnym kapitularzu kamedułów) zgromadziło się dobrze ponad 50 osób: grupa ze Szkoły Śpiewania Chorału, znajomi śpiewacy (w tym Marcin Bornus-Szczyciński i Andrzej Borzym junior), krewni-i-znajomi-Królika, ludzie związani z bielańską parafią, goście „z zewnątrz”. Celebrował ksiądz doktor Piotr Paćkowski z KUL, a kierownikiem muzycznym (z braku szczęśliwszego określenia) był Robert Pożarski, prezes Stowarzyszenia „Schola Gregoriana Silesiensis” i założyciel Szkoły Śpiewania Chorału na Bielanach.
Robert przed kilkunastu laty we Wrocławiu jako pierwszy w Polsce (a może na świecie) wskrzesił tradycyjne nabożeństwa wigilijne, odprawiane w Kościele łacińskim przez kilkanaście wieków i zlikwidowane po Soborze Watykańskim II. Teraz Wigilie zawitały do Warszawy, a od niedawna, dzięki Grzegorzowi Przechowskiemu OP, także do Krakowa (Kraków już drugi rok celebrował równolegle z nami, tym razem u mniszek dominikańskich na Gródku).
Rozpoczęliśmy o 21.30. Rolę przystawki zaostrzającej apetyt odegrał ceremoniał poświęcenia wody i soli według rytuału rzymskiego z końca XIX wieku. Składał się on z długiej Litanii do Wszystkich Świętych, wielu oracji, egzorcyzmów i gestów. Później zaśpiewaliśmy oficjum wigilijne według rytu dominikańskiego z Prototypu — pochodzącej z 1254 r. księgi zawierającej całą pierwotną liturgię Braci Kaznodziejów. Jako entrée poszły pierwsze nieszpory, w roli dania głównego zjawiło się matutinum: trzy nokturny po 3 psalmy, 3 lekcje i 3 responsoria (wersety responsoriów śpiewało po dwóch kantorów, zgodnie z zasadami dominikańskimi), na dokładkę były laudesy, a na deser pojawiła się uroczyście odśpiewana przez księdza Piotra Genealogia — opis chrztu Chrystusa w Jordanie i lista jego przodków według Ewangelii św. Łukasza, w niezwykle pięknym i oryginalnym tonie, który Robert przepisał bezpośrednio z Prototypu.
W zeszłym roku Genealogię zaśpiewał nam Błażej Matusiak OP i cieszyliśmy się bardzo, że jest z nami dominikanin. Błażej jest teraz w Pradze i brakowało wśród nas jego biało-czarnego habitu. W końcu śpiewamy liturgię dominikańską... Tak bardzo bym chciała, żeby polscy dominikanie na powrót odkryli i docenili skarby swojej tradycji liturgicznej i muzycznej!
Po poświęceniu kredy, kadzidła (wspaniale pachnącego bizantyjskiego kadzidła, które dosłownie w ciągu jednego dnia dostarczył nam sklep internetowy cerkiew.pl) i złotego łańcuszka jednej z koleżanek przeszliśmy procesyjnie z kaplicy do kościoła, gdzie ksiądz Piotr przy ołtarzu głównym odprawił Mszę Wigilijną (Missa in Aurora) w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego (czyli trydencką, mówiąc po ludzku). Propria do tej mszy (introit, graduał, offertorium i communio) pochodziły z Graduału Panien Klarysek z Krakowa. Zrezygnowaliśmy bowiem z propriów dominikańskich na rzecz rzymskich, aby zachować spójność liturgii, gdyż msza była odprawiana w rycie rzymskim (zakon franciszkański od początku stosował ryt rzymski).
Po Ewangelii czekała nas specialité de la maison: ksiądz Piotr odśpiewał spis dni, w których będą w tym roku wypadały ruchome święta kościelne. Dominica Septuagesimae in quinta die februarii... Poczułam się jak w średniowieczu, gdy nie było kalendarzy i zegarków, a obliczanie dat świąt było wiedzą tajemną, dostępną jedynie księżom i astronomom.
Liturgia trwała bite sześć godzin; skończyliśmy dwadzieścia po trzeciej. I mimo że w kościele było strrrasznie zimno, do końca wytrwało z nami około 30 osób! A później w nagrodę była jeszcze wyżerka: kutia, ciasta, wino, napoje.
Śpiewam chorał od siedmiu lat i nie odczuwam już tego podniecenia i tremy co dawniej. Tym razem stwierdziłam po prostu, że było normalnie. I jestem z tego powodu szczęśliwa — bo liturgia powinna być czymś codziennym, normalnym. Nawet jeśli trwa sześć godzin i kończy się o wpół do czwartej nad ranem. Po prostu śpiewamy, dajemy sobie radę, mamy księdza, który chce z nami być i celebracją liturgii służyć Panu Bogu i nam — i jest dobrze. Zapraszamy każdego, kto chce się przyłączyć. Nie tylko warszawiaków; ja na przykład dojeżdżam z Krakowa, a inna kantorka z Końskich. Ale najdzielniejszy jest i tak ksiądz Piotr Paćkowski i jego ministranci, którzy przyjeżdżają do nas z Lublina. Zjawiają się na Bielanach przed rozpoczęciem liturgii, całą noc celebrują, a nad ranem ruszają z powrotem do Lublina, bo już o 9.00 rano odprawiają mszę trydencką u siebie...
Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom naszej Wigilii :)