Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protestantyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą protestantyzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rura i kisiel dla Jezusa



W związku z przekształceniem przez łódzkich jezuitów Świętego Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa w oryginalny estradowy performance oraz imprezą „Taniec dla Jezusa”, która w tym samym mniej więcej czasie odbywała się w Krakowie, mam kilka refleksji:
  • Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej. Degeneracja Europy przejawia się nie tylko w promocji zboczeń seksualnych, kryzysie męskości i ojcostwa, rozpadzie rodzin, niechęci do posiadania dzieci itd. Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki: „Bawmy się” — i to jest pierwotna przyczyna, dla której ludzie nie chcą być dorosłymi mężczyznami i kobietami, zachowywać wierności raz wybranym partnerom (lub złożonym ślubom zakonnym, zobowiązaniom kapłańskim), ponosić odpowiedzialności za wychowanie dzieci itd. Historyk zauważy, że jest to cecha typowa dla schyłkowego okresu danej cywilizacji i kończy się to zawsze tak samo: zastąpieniem zmęczonej, zniewieściałej i zdemoralizowanej populacji przez świeże, dzielne ludy barbarzyńskie nawykłe do walki, pracy i wyrzeczenia.
  • Imprezy są dobrym świadectwem bezrefleksyjnego poddawania się przez Kościół katolicki wpływom społeczeństwa laickiego. Obie mają charakter czysto świecki, mogłyby odbyć się z okazji dnia Ziemi czy święta Unii Europejskiej, i zostały przeniesione w kontekst kościelny, mimo że zupełnie do niego nie pasują. Ale młodzież chce się bawić — zarówno ta będąca odbiorcą tych imprez, jak i organizująca je. Wyświęcenie i wręczenie celebretu (świadomie nie mówię o sutannie czy habicie, bo który młody ksiądz dzisiaj je nosi — nosi, a nie zakłada na chwilę?) nie powoduje w cudowny sposób zrodzenia się dojrzałości, odpowiedzialności, kultury, kindersztuby ani wzniesienia gustów na poziom choćby odrobinę wyższy od najpodlejszego motłochu.
  • Obie imprezy są kolejną oznaką, że w Kościele katolickim w Polsce wygrywają wzorce tzw. popchrześcijaństwa, które narodziły się pierwotnie w protestanckich wspólnotach „trzeciej reformy” w Ameryce. Po raz kolejny widać, że zerwanie łączności z ortodoksyjnym Wschodem pozostawiło łaciński Zachód bezbronnym wobec wszelkich racjonalistycznych i reformacyjnych herezji.
  • Niestety mimo smutnego doświadczenia postchrześcijańskiego Zachodu, Kościół w Polsce powtarza z opóźnieniem jego błędy. Komunistyczna „lodówka” i niechętna postawa kard. Wyszyńskiego wobec pseudokatolickich nowinek z Zachodu uchroniły nas przed dechrystianizacją kilkadziesiąt lat temu, ale obecnie to „zapóźnienie” polski establishment kościelny szybko nadrabia. Tamci, aby zrozumieć, że religia nie może istnieć bez dogmatów, tradycji, norm i zasad, musieli doprowadzić do sytuacji, że w Kościele pozostało kilka procent społeczeństwa. My mamy okazję nauczyć się na ich błędach, zamiast je powielać, ale okazja ta jest właśnie marnowana.
W tym samym czasie, gdy aktywiści katoliccy w łódzkiej świątyni i na rynku krakowskim podrygują i fikają nogami „dla Jezusa”, w Afryce i Azji ludzie tracą dla Niego swoje mienie, cierpią tortury i oddają życie. Jaki chrześcijanin, takie świadectwo. Kiedy w Europie będzie kwitł islam, Azja i Afryka będą kontynentami na wskroś przenikniętymi chrześcijaństwem. Sanguis martyrum semen christianorum. Sanguis martyrum, a nie bezustanne imprezowanie wiecznych nastolatków. Już dziś kolorowi misjonarze przybywają do Europy, a hierarchowie murzyńscy zawstydzają europejskich swoją odwagą i wiernością Chrystusowi — i jest to tylko początek.

Mam świeże, jeszcze nie zużyte propozycje dla organizatorów kolejnych eventów dla Jezusa — przecież żeby zabłysnąć i utrzymać na sobie uwagę gawiedzi, trzeba proponować ciągle coś nowego:
  • jedzenie pizzy (hotdogów, pierogów) na czas dla Jezusa,
  • taniec na rurze dla Jezusa,
  • mokre podkoszulki dla Jezusa,
  • zawody w kisielu dla Jezusa,
  • puszczanie megaserpentyn z dziesiątego piętra dla Jezusa,
  • konkurs „Ile osób wejdzie do malucha” dla Jezusa.
Dla odważnych:
  • streptease dla Jezusa,
  • picie piwa (lub nawet wódki, jeśli znajdzie się sponsor) dla Jezusa,
  • bekanie i pierdzenie dla Jezusa.
Przecież ludźmi jesteśmy i nic co ludzkie nie jest nam obce.
A jezuici w Łodzi muszą przynajmniej porąbać ołtarz podczas przyszłorocznego Triduum. Jak inaczej zdołają wyrazić rozsadzającą ich wielką radość?

Orkiestra na Titanicu grała do tańca do samego końca.


Ps. To uczucie, kiedy jezuici piętnują cię jako pseudokatolika i lefebrystę za cytowanie dokumentów Soboru Watykańskiego II, Jana Pawła II i Konferencji Episkopatu Polski 3:)
Ps 2. Czy zauważyli Państwo bliźniacze podobieństwo stylu, frazeologii i toku myślenia naszych drogich jezuitów do Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków? Już od pewnego czasu myślę o założeniu satyrycznej strony „Młodzi, wykształceni i z wielkich klasztorów” 3:)

Ps 3. Kilka dalszych refleksji oraz odpowiedzi na krytykę znajdują się tutaj: Rura, kisiel i król Dawid.

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty ikon, czyli trydent w cerkwi

Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.

1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232

2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)

piątek, 4 października 2013

Uroczy człowiek, lecz tragiczna postać



Na portalu „Time” ukazał się list amerykańskiego katolika, który przeszedł na prawosławie. Oto ważniejsze fragmenty bardzo długiego tekstu. Ponieważ nadal jest to długie, kluczowe zdania bolduję (i sorry za brak tłumaczenia):

Just over two decades ago, when I began the process to enter the Roman Catholic Church as an adult convert, I chose to receive instruction at a university parish, figuring that the quality of teaching would be more rigorous. After three months of guided meditations and endless God is love lectures, I dropped out. I agreed that God is love, but that didn’t tell me what He would expect of me if I became a Catholic. Besides, I had spent four years dancing around the possibility of returning to the Christianity of my youth. When I made my first steps back to churchgoing as an adult, I found plenty of good people who told me God is love but who never challenged me to change my life. What needed changing? Lots. My own brokenness was plain to me, and I was ready to turn from my destructive sins and become a new person.
The homilies were wholly therapeutic, almost always some saccharine variation of God is love. Well, yes, He is, but Sunday School simplicities get you only so far. Classical Catholic theology dwells on the paradox of God’s love and God’s justice. As Dante shows in the Divine Comedy, God’s love is God’s justice poured out on those who reject Him. In the Gospels, Jesus offers compassion to sinners rejected by religious rigorists, but he also tells them to reform their lives, to “go forth and sin no more.”
The contemporary era of global Catholicism began in 1959, when the newly elected Pope John XXIII sought to “open the windows” of the fusty old Church to the modern world by calling the Second Vatican Council. Three years later, in his opening address to the council, the charismatic and avuncular pope called for “a new enthusiasm, a new joy and serenity of mind in the unreserved acceptance by all of the entire Christian faith,” without compromising on doctrine. A fierce spirit of the age blasted through those newly-opened windows, scouring nearly everything in its path. The coming decades would see a collapse in Catholic catechesis and Catholic discipline. The so-called “spirit of Vatican II” — a perversion of the Council’s actual teaching — justified many subsequent outrages.
If I had to pinpoint a single moment at which I ceased to be a Roman Catholic, it would have been that one. I fought for two more years to hold on, thinking that having the syllogisms from my catechism straight in my head would help me stand firm. But it was useless. By then I was a father, and I did not want to raise my children in a church where sentimentality and self-satisfaction were the point of the Christian life. It wasn’t safe to raise my children in this church, I thought — not because they would be at risk of predators but because the entire ethos of the American church, like the ethos of the decadent post-Christian society in which it lives, is not that we should die to ourselves so that we can live in Christ, as the New Testament demands, but that we should learn to love ourselves more.
I finally broke. Losing my Catholic faith was the most painful thing that ever happened to me. Today, as much as I admire Pope Francis and understand the enthusiasm among Catholics for him, his interview makes me realize that the good, if incomplete, work that John Paul II and Benedict XVI did to restore the church after the violence of the revolution stands to be undone. Though I agree with nearly everything the Pope said last week in his interview and cheer inwardly when he chastises rigorist knotheads who would deny the healing medicine of the church to anyone, I fear his merciful words will be received not as love but license. The “spirit of Pope Francis” will replace the “spirit of Vatican II” as the rationalization people will use to ignore the difficult teachings of the faith. If so, this Pope will turn out to be like his predecessor John XXIII: a dear man, but a tragic figure.
In his interview, the Pope used a metaphor for the church that is often employed by Eastern Orthodox Christianity: he called it a “field hospital” where the walking wounded can receive treatment. He’s right, but it’s important to discern the nature of the cure on offer. Anesthesia is a kind of medicine that masks pain, but it’s not the kind of medicine that heals the underlying sickness.
There is, of course, no such thing as the perfect church, but in Orthodoxy, which radically resists the moralistic therapeutic deism that characterizes so much American Christianity, I found a soul-healing balance. In my Russian Orthodox country mission parish this past Sunday, the priest preached about love, joy, repentance and forgiveness — in all its dimensions. Addressing parents in the congregation, he exhorted us to be merciful, kind and forgiving toward our children. But he also warned against thinking of love as giving our children what they want as opposed to what they need. “Giving them what they want may make it easier for us,” he said, “but we must love our children enough to teach them the hard lessons and compel them toward the good.”

Niestety, diagnoza autora jest prawdziwa. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Kościół katolicki odszedł faktycznie od podstaw całego dwutysiącletniego głoszenia: że za decyzją o wyborze Boga musi iść realna zmiana życia na lepsze, realna walka z grzechami. Nastąpiła histeria walki z tzw. „moralnością podręcznikową skupioną na grzechach zamiast na cnotach”. Ale kiedy przestano mówić o grzechu i piekle, nie wprowadzono zamiast tego pozytywnej wersji tej nauki. W zamian za to w teologii moralnej powstała pustka, którą wypełniło wlewające się z dogorywającego protestantyzmu popchrześcijaństwo. Znikła cała ascetyka, okrzyknięta przedsoborowym i antyhumanistycznym ciemnogrodem, a w zamian za to księża powtarzają: ”Bóg cię kocha! Bóg cię kocha!”, jak niegdyś Żydzi: „Świątynia Pańska! Świątynia Pańska!” Wiemy z księgi Jeremiasza, jak to się skończyło (rozdz. 7). Tak jest zawsze, gdy znaki obecności Pana stają się zewnętrznym palladium i sedatywem, zamiast zachętą do własnej wysilonej pracy i odpowiedzialności.
Doświadczam tego mocno w kontaktach ze spowiednikami. Tylko najstarsze pokolenie księży upomina mnie, abym zerwała z grzechami i podjęła konkretną decyzję o zmianie życia i wprowadziła je w czyn. Młodsi, a szczególnie najmłodsi, zniechęcają mnie, kiedy wyznaję grzechy, mówiąc, żebym nie patrzyła na swoje postępowanie tak negatywnie, że jestem w porządku, żebym nie usiłowała sama się poprawić, tylko poprosiła Boga i czekała, aż On to zrobi itd. Dzisiaj miano pelagianisty nosi każdy, kto chce jakkolwiek pracować nad eliminowaniem swoich grzechów i rozwijaniem cnót, zamiast siedzieć i nic nie robić. Obawiam się, że faktycznie mają rację ci, którzy mówią, że spowiedź została zastąpiona przez psychoterapię. Nawet jeśli ktoś idzie do spowiedzi, zamiast do terapeuty, ma dużą szansę trafić na spowiednika, który będzie próbował bawić się w psychoterapeutę amatora, zamiast upomnieć i wskazać drogi poprawy.
Wszystko to przyszło z protestantyzmu, po tym, jak odrzucono w nim dogmaty, sakramenty i Tradycję, i utracono płynące z nich łaski Boże. I uważam, że faktyczna protestantyzacja (z zewnętrznym pozostawieniem dogmatów i sakramentów, ale na boku i bez konsekwencji) jest dziś dla Kościoła katolickiego śmiertelnym zagrożeniem. Ona dokonuje się pomału, niezauważenie i od wewnątrz. Coś w tym jest, co prawosławni powtarzają, iż protestantyzm jest wewnętrzną herezją Kościoła rzymskiego...
Jednak z drugiej strony to właśnie protestantka, teolog i psychoterapeuta z Kościoła ewangelikalnego (powstałego w ramach tzw. III reformy protestanckiej jako reakcja na degenerację duchową i dogmatyczną Kościołów protestanckich I i II reformy), Sandra D. Wilson, przeciwstawia się tzw. ckliwej (ang. sloppy) agape, której celem jest jedynie sprawianie, aby wszyscy byli zadowoleni i było ogólnie przyjemnie. Piszę o tym w swojej pracy doktorskiej, która ma być wydana, więc tutaj nie wyjaśniam dłużej.
Podobnie jak autor tekstu w „Time”, ja również odnajduję w prawosławiu to, czego brakuje obecnie w katolicyzmie, chociaż nie zmieniam przynależności kościelnej. Księża prawosławni, których kazań miałam okazję słuchać, mówili o miłości Boga, ale także o grzeszności człowieka, o konieczności jego nawrócenia — nie abstrakcyjnej, tylko tu i teraz, ty i od zaraz. I nie wahali się mówić rzeczy trudnych i nieprzyjemnych. Jak sam Jezus w Ewangeliach, którego celem nie było, aby poszli za Nim wszyscy Żydzi. Godził się, że tłumy odchodziły, bo nie mogły znieść Jego trudnego nauczania, i specjalnie stawiał sprawę na ostrzu noża, aby wypróbować tych, którzy chcieli za Nim iść — jak bogatego młodzieńca.

 „Od czasu, kiedy Pan wyprowadził przodków naszych z ziemi egipskiej, aż do dnia dzisiejszego byliśmy niewierni wobec Pana, Boga naszego, byliśmy niedbali w posłuszeństwie na głos Jego. Przylgnęły przeto do nas nieszczęścia i przekleństwa, jakimi zagroził przez Mojżesza, sługę swego, w dniu, w którym wyprowadził przodków naszych z Egiptu, aby nam dać ziemię opływającą w mleko i miód, jak to jest i obecnie. Nie byliśmy posłuszni głosowi Pana, Boga naszego, przekazanemu we wszystkich mowach proroków posłanych do nas. Każdy chodził według zamysłów swego złego serca, służyliśmy bowiem obcym bogom i czyniliśmy zło przed oczami Pana, Boga naszego”
„Jezus powiedział: Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno by się nawróciły, siedząc we włosiennicy i w popiele. Toteż Tyrowi i Sydonowi lżej będzie na sądzie niżeli wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz!”

To są dzisiejsze czytania mszalne. Bóg przez cały czas mówi to samo.
Z faktyczną dekonstrukcją teologii moralnej ręka w rękę poszła liturgia — i nie przez przypadek cała jej posoborowa reforma poszła w kierunku, żeby było cool, żeby wierni na mszy bawili się dobrze i było ciekawie i wesoło. Żeby zlikwidować wszystko, co wymaga czasu i wysiłku, a wprowadzić znaną z psychologii natychmiastową gratyfikację. Żeby imprezowością i atrakcyjnością zewnętrzną przyciągnąć tłumy (które, jak już wiadomo, i tak nie przyszły, a za to większość dotychczasowych wiernych odeszła; tu pytanie dodatkowe: Czy Jezus starał się przyciągać i utrzymywać tłumy?).
Dlatego właśnie praca świeckich katolików, którzy znienawidzeni i wyśmiewani przez kler rozpaczliwie walczą o dostojną, świętą i pełną czci Bożej liturgię (nie mówię, jakoby byli rycerzami bez trwogi i skazy, ale jestem przekonana, że nawet gdyby nimi byli, to i tak by się błoto na nich znalazło), jest w tej chwili tak ważna — bo lex orandi lex credendi. Obrońcy życia i chrześcijańskiej moralności zgodnej z prawem naturalnym (to ostatni filar katolickiej nauki moralnej, który jeszcze jakoś się trzyma po upadku ascetyki) oraz świętej liturgii — przede wszystkim wierni świeccy, choć duchowni też się wsród nich zdarzają — są teraz na pierwszej linii frontu w samym Kościele, bo walka ze „światem” przeniosła się z zewnątrz do wewnątrz. Przyszłość Kościoła katolickiego rozstrzygnie się na tych dwóch polach.
Myślę, że albo Kościół łaciński wkrótce się opamięta, albo będzie coraz szybciej rozmywać się i zanikać jak protestantyzm, rzucając się w konwulsjach od laksyzmu moralnego i liturgicznego po skrajny purytanizm i odwrotnie. W perspektywie kilku stuleci ocaleje Reszta katolicka, podobnie jak z zalewu herezji arianizmu (ortodoksji katolickiej bronił w pewnym momencie tylko jeden ważniejszy biskup, jeśli dobrze pamiętam; wszyscy poszli za Ariuszem i jego następcami). Ona ocaleje, bo będzie twardo stała przy oryginalnym nauczaniu chrześcijańskim i katolickim, głoszonym przez wszystkie sobory (łącznie z Watykańskim II, gdy bierze się jego dokumenty in extenso). Te Resztki zaczynają się już zresztą ujawniać i to, że dostają zewsząd w Kościele po głowie, rodzi nadzieję.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Patent tolerancyjny czy nowi unici?

Ostatnie posunięcia papieża Franciszka, mające związek z liturgią (wygląd liturgii papieskich podczas Światowych Dni Młodzieży, zakaz celebrowania w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego dla franciszkanów Niepokalanej), spodowowały w katolickim internecie wielką awanturę. Ludzie przywiązani do tradycyjnej lub tylko po prostu godnej i pełnej czci liturgii krytykowali i potępiali papieża, przekraczając niekiedy granice przyzwoitości czy wręcz szacunku i posłuszeństwa należnego głowie własnego Kościoła. Ich z kolei zaatakowali przeciwnicy tradycyjnej liturgii.
Moją szczególną uwagę zwróciła wypowiedź pewnego kapłana dominikańskiego, doktora teologii, który z wielkim zgorszeniem wołał: Jak katolicki portal może publikować czyjąś wypowiedź przypisującą decyzjom papieża wątpliwe, podejrzane intencje w sytuacji, gdy jej autor nie wie, jakie one były? Kapłan ten napominał również po pastersku krytyków papieża na Facebooku, przypominając, że wobec głowy Kościoła należy być posłusznym. Rozbawił mnie ten kapłan dominikański wielce, ponieważ doskonale pamiętam, jak równo rok i trzy miesiące temu na tymże Facebooku sam drwił i szydził publicznie z papieża, iż zgodził się na odprawianie mszy w starym rycie dlatego, że jest już bardzo stary i ma chyzia na punkcie firaneczek i koroneczek, a jak będzie nowy papież, to wszystko wróci do normy (nawiasem mówiąc, prorok jaki czy co?).
Nie on jeden dominikanin zresztą. Dopóki papieżem był Benedykt, kilku innych kapłanów regularnie drwiło z niego na Facebooku pod swoimi nazwiskami, nie ukrywając, że są kapłanami. Teraz zaś leją krokodyle łzy i sypią anatemy na tych, co krytykują papieża Franciszka. Nagle stali się wielkimi obrońcami czci głowy Kościoła. Oczywiście, znam też świeckich, którzy wraz ze zmianą pontyfika przeszli dokładnie odwrotną ewolucję. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Ja osobiście uważam, że pociągnięcia papieża wolno omawiać i racjonalnie krytykować, podawać ich zalety i wady (wg własnej opinii), bo Kościół katolicki nie wyznaje totalitarnego kultu jednostki, natomiast nie można z niego szydzić, wyśmiewać się, przypisywać mu złośliwie złych intencji (to jest grzech w odniesieniu do każdego człowieka) ani podważać jego władzy. I jeśli tradycjonaliści to czynią, to dowodzą mizernej jakości swojego chrześcijaństwa. Jednocześnie jednak, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że papież Franciszek także nie jest zupełnie „bez winy”. Przy swoich fantastycznych zaletach ma bowiem tę słabość, iż mało ma zrozumienia dla odmienności wrażliwości liturgicznej i duchowej katolików z innych nurtów duchowości i środowisk kulturowo-historycznych niż jego własne.
Benedykt był związany z duchowością benedyktyńską i jego wiara w dużej mierze wyrażała się w celebrowaniu liturgii. Franciszek jest jezuitą; jest to całkowicie odmienna duchowość, w minimalnym tylko stopniu liturgiczna, bardzo aktywistyczna i „zewnętrzna”. I mam wrażenie, że obecny papież nie do końca potrafi uszanować fakt, iż w Kościele są też inne wrażliwości liturgiczne i inne duchowości niż jego własna. A w Kościele musi być miejsce dla wszystkich: i dla ludzi rozmiłowanych w liturgii i żyjących przede wszystkim oddawaniem w niej chwały Bogu, i dla apostołów aktywistów ciągle w drodze, na placu boju, na jarmarku i na plaży; i dla mistyków i anachoretów, i dla wyrobników miłosierdzia modlących się przez ciężką fizyczną pracę charytatywną. A papież musi być papieżem wszystkich katolików, a nie tylko tych, którzy lubią takie same zewnętrzne formy liturgii i mają takie charyzmaty, jakie on sam lubi i ceni.
Nie chciałabym, żeby nagle okazało się, że teraz w Kościele jest miejsce tylko dla wyznających priorytety nowego papieża. A obawiam się — i uważam, że mam ku temu realne powody — że zmiana pontyfika stanie się dla licznych katolików nienawidzących zwolenników tradycyjnej liturgii hasłem do pogromów tych ostatnich. Niestety, wciąż dominuje mentalność, że większość ma prawo siłą zmusić mniejszość do porzucenia swoich zwyczajów albo wręcz do jej takiej czy innej eksterminacji.
Nie zapominajmy, że w przypadku motu proprio Summorum pontificum nie chodziło o „zamiłowanie zestarzałego papieża do firaneczek i koroneczek”. Gdyby papież senior chciał odprawiać w rycie trydenckim, to mógłby to robić nawet codziennie prywatnie bez żadnego dokumentu, bo mszał Piusa V nigdy nie został unieważniony — stwierdziła to już w 1986 roku specjalna komisja kardynałów powołana przez Jana Pawła II. W rzeczywistości Benedykt stanął w obronie tradycyjnych katolików, prześladowanych od 1970 roku jak unici w carskiej Rosji czy polskie dzieci w Wielkopolsce za pruskiej Hakaty. Summorum pontificum jest w swej istocie „patentem tolerancyjnym” zapewniającym prześladowanej mniejszości „kościoły ucieczki” — coś podobnego do „kościołów pokoju” dla protestantów w Świdnicy i Jaworze na habsburskim Śląsku.
A teraz tradycyjni katolicy boją się, że „popaździernikowa odwilż” się skończyła i nadejdzie „gomułkowska normalizacja”, że znowu zaczną się zakazy i prześladowania. Istotnie — jeszcze raz powtarzam — ich obawy nie są bezpodstawne, bo wrogowie tradycyjnych katolików (nie mówię „nomiści”, bo to nie jest problem NOM-u, tylko nienawiści wobec „innych”; znakomita większość „nomistów” odnosi się do swoich tradycyjnych współbraci tolerancyjnie, a nawet życzliwie) natychmiast zintensyfikowali ataki.
Strach przed ponownym zakazaniem ukochanej liturgii — takie jest, w mojej opinii, źródło niewłaściwych wypowiedzi niektórych tradycjonalistów wobec papieża. Jeśli papież jawnie potwierdzi, że można celebrować liturgię w starych rytach i nie wolno prześladować ich zwolenników (zakazywaniem, utrudnianiem działania w antykościelnym stylu PRL-owskim, szydzeniem, poniżaniem...), to tradycjonaliści staną się jego największymi obrońcami.
Ostatnio papież Franciszek wypowiedział się z entuzjazmem na temat liturgii Kościołów wschodnich — że jest ona taka piękna i duchowa. Cieszę się bardzo, bo sama wysoko cenię Kościoły wschodnie, ich duchowość i liturgie. Ale liczę także na to, że ktoś poinformuje papieża Franciszka, że w Kościele zachodnim również kiedyś była piękna i duchowa liturgia. Wcale nie gorsza i mniej duchowa niż wschodnia. Nowy blask w XVI wieku nadali jej współbracia papieża, jezuici. Owszem, później podupadła, wskutek dwóch stuleci ciężkich antychrześcijańskich wojen, rewolucji i prześladowań. Kościół w Europie musiał walczyć o fizyczne przetrwanie. Ale teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te tradycyjne formy liturgiczne — i wspaniałego chrześcijańskiego średniowiecza, okresu najwyższego rozkwitu wysokiej kultury w Europie, i jezuickiego rozkwitu XVI-XVII wieku — przywracać do świetności. A nie tylko biegać do cerkwi i mówić prawosławnym, ormianom czy koptom: „Jacy wy jesteście wspaniali, jaką macie wspaniałą liturgię, jaką macie wspaniałą tradycję, historię, a u nas tylko takie badziewie”. Sami żeście sobie (i niestety, nam) zrobili to badziewie... Z moich obserwacji wynika, że dziwnym trafem „podlizywacze” wobec prawosławia i innych Kościołów wschodnich oraz niszczyciele liturgicznej tradycji łacińskiej to najczęściej te same osoby. Nie dziwi mnie to wcale; jest przecież sprawą znaną, że komuniści zwalczający religię zrobili sobie paraliturgiczne kulty świeckie w formie akademii, pochodów, kultu jednostki itp. Dusza ludzka jest niespokojna, dopóki nie spocznie w Bogu... dlatego ateista tęskni za religią, a popchrześcijanin, niszczyciel liturgii, za podniosłą, duchową i świętą liturgią.
Kiedy katolicy zrozumieją, że w Kościele katolickim musi znaleźć się miejsce i szacunek dla wszystkich katolików? I że ochrona w nim należy się również tradycyjnym katolickim rytom zachodnim, a nie tylko tradycyjnym katolickim rytom wschodnim?