Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Dominik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Dominik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Panie, co będzie z grzesznikami?

„Przybył do mnie w odwiedziny pewien zakonnik franciszkanin imieniem Alonso Maldonaldo. Żarliwy ten sługa Boży takimi samymi, jak i ja, pałał pragnieniami zbawienia dusz, a mógł je wypełnić czynem, czego mu bardzo zazdrościłam. Niedawno powrócił z Indii zachodnich i opowiadał mi o tych milionach dusz, które tam giną, bo nie ma, kto by je uczył prawdziwej wiary. Miał do nas przemowę, pobudzając nas do pokuty. Potem nas pożegnał. Pozostałam tak przejęta żalem nad zgubą tylu dusz, że prawie odchodziłam od siebie. Udałam się do pustelni i tam zalewając się łzami wołałam do Pana, błagając Go, by mi dał sposób i możność pozyskania jakiejś duszy dla Jego służby, skoro Mu czart tyle ich wydziera. By przynajmniej moja modlitwa, gdy nic więcej uczynić nie mogę, miała przed Nim jakąś ku temu skuteczność. Serdecznie zazdrościłam tym, którym dane jest dla miłości naszego Pana poświęcać się tej wielkiej sprawie, chociażby tysiąc razy mieli narazić się na śmierć...”
św. Teresa z Avili, Księga fundacji 1,7
Dzisiaj wiemy już, że ludzie, którzy bez swojej winy nie poznali Boga, a całe życie szczerze szukali prawdy i żyli zgodnie z nakazami swego sumienia, mogą dostąpić zbawienia. Jednak tysiące i miliony ludzi wokół nas, nasi koledzy, sąsiedzi i nawet najbliżsi, odchodzą od wiary, którą już raz przyjęli wraz z chrztem i innymi sakramentami, będąc przez ileś lat członkami Kościoła. Oni prostą drogą zmierzają w objęcia czarta, nie mają tej wymówki, o której mówi Konstytucja Dogmatyczna o Kościele w numerze 16. I uważam za jedną z największych win dzisiejszego Kościoła — wszystkich katolików, nie wyłączając mnie, że niemal nic nie robi, by tych ludzi ratować. Kościół otwarty naparza się z tradycyjnym, „Fronda” z „Tygodnikiem Powszechnym”, a miliony dusz giną. Księżom wystarczy, że mają swoje owieczki w swoim kościele, w wystarczającej liczbie, by z ofiar starczyło na życie, świeccy zazwyczaj uważają, że takie rzeczy to w ogóle nie ich sprawa, tylko robota księży. Święty Dominik płakał (sic, płakał): Panie, co będzie z grzesznikami? Nie spotkałam jeszcze jego syna, który by się tym problemem jakoś bardziej przejmował. A w każdym razie nie poprzestał na samym przejmowaniu (no dobra, po namyśle dwóch takich przyszło mi do głowy, z czego jeden zmarł dwa lata temu). Dominikanie to zakon specjalnie powołany do nawracania ludzi odchodzących od Kościoła, ale od dawna zajmuje się wszystkim, tylko nie tym. A trudno powiedzieć, by ich pierwotny charyzmat się zdezaktualizował, jak trynitarzy czy rycerzy Grobu Bożego; przeciwnie, jest dziś bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Tymczasem regularnie natomiast słyszę, że laicyzacja i sekularyzacja są zwyczajnym, normalnym procesem, nieuniknioną koniecznością dziejową. Próbuje coś robić tylko młodzież: jacyś muzycy mocnego uderzenia, jakieś nowe ruchy kościelne. Ich poetyka nie jest moją bajką, ale odczuwam wobec nich podziw i szacunek za ich gorliwość.
„...Mam to przekonanie, że cenniejsza w Jego oczach jest jedna dusza, którą byśmy, z Jego łaski i miłosierdzia naszą pracą i modlitwą Jemu pozyskali, niż wszelkie inne, jakie byśmy mogli oddać Mu usługi”.
Obojętność wobec losu naszych braci, którzy odchodzą od Boga i Kościoła, jest naszym wielkim wspólnym grzechem. Nie jest nieuniknioną koniecznością dziejową. Jest naszym zaniedbaniem.
„Zaprawdę nie Twoja w tym wina, Panie mój, jeśli nie umieją wielkich rzeczy zdziałać ci, którzy Cię miłują. Winna temu jedynie małoduszność i nasze tchórzostwo. Nie umiemy się zdobywać na mężne postanowienia, zawsze pełni tysiącznych strachów i względów ludzkich, i dlatego Ty, Boże mój, nie działasz w nas cudów i Twoich wielmożności”.

Ps. Podobnie dręczy mnie, jak mało robimy jako katolicy w Europie, by ochronić naszych braci w Syrii i Egipcie i przerwać rozlew krwi :(

sobota, 27 lipca 2013

Róbmy swoje

„Patrzmy własnych naszych wad i ułomności, a nie troszczmy się o cudze. Dusze zbyt rozważne mają to do siebie, że byle co u innych je razi, a przecież nieraz właśnie od tych, z których się gorszymy, moglibyśmy się wiele nauczyć w rzeczach istotnie ważnych. Może w zewnętrznym ułożeniu i sposobie zachowania się z ludźmi mamy niejaką wyższość nad nimi, to rzecz mniejszej wagi, choć dobra sama w sobie. Ale nie upoważnia nas to jeszcze do żądania, by wszyscy tą samą co my drogą chodzili, ani tym bardziej do nauczania ich życia duchowego, kiedy może sami jeszcze nie wiemy, co to jest życie duchowe. Gorące pragnienia uświęcenia dusz są darem łaski Bożej, ale nieuważnie idąc za nimi, łatwo możemy w wielu rzeczach zbłądzić. Lepiej nam więc, siostry, trzymać się tego, co nam zaleca nasza Reguła, byśmy starały się zawsze żyć »w milczeniu i nadziei«. O duszach bliźnich będzie pamiętał Pan i my o nich nieustannie pamiętajmy w modlitwie, a tym sposobem przyniesiemy im pożytek, za łaską Pana, który niech będzie błogosławiony na wieki”.
Św. Teresa z Avili, Twierdza wewnętrzna III 2,13
Skupianie się na cudzych wadach i grzechach oraz nadmierną skłonność do napominania bliźnich Teresa uważa za jedną z głównych przypadłości ludzi, którzy znaleźli się w „trzecim mieszkaniu”, czyli regularnie pracują nad rozwijaniem życia duchowego i cnót. Napomnienia mające na celu unikanie tej wady regularnie powtarzają się w jej dziełach. Oczywiście, postawa ta jest niebezpiecznie bliska faryzeuszowi wywyższającemu się nad celnika. Rozbija ona jedność Kościoła i zamienia życie wspólnoty w piekło. Jako lekarstwo Teresa proponuje pokorę i zajęcie się wyłącznie poprawianiem siebie samego.
Jest prawdą, że Kościół łaciński boleśnie zeświecczał i potrzebuje głębokiej odnowy, rozumianej jako powrót do życia autentycznie chrześcijańskiego, normowanego zasadami postępowania wypróbowanymi przez wieki. To, co się w nim dzieje od kilkudziesięciu lat, naprawdę łudząco przypomina XVI-wieczną reformację protestancką. Tak jak wtedy, pierwsi na manowce podążają kapłani i zakonnicy, ciągnąc za sobą wiernych świeckich. Nie jest to nic nowego, takie epoki upadku występują w historii Kościoła endemicznie. I tak daleko nam do tego, co działo się choćby w wieku dziesiątym. Prawdziwa reforma jest konieczna i być może w planach Bożych jest, aby tym razem „wymusili” ją świeccy. Ale jest tylko jeden skuteczny i Boży sposób reformowania — taki, jaki podjęła Teresa, Ignacy czy, trzysta lat przed nimi, Dominik. Nie pouczać innych, nie szemrać, nie narzekać, tylko działać samemu, zaczynając od tego, co jest możliwe. Od małego dobra. Zmieniać siebie, zadawać sobie umartwienia i wyrzeczenia w intencji nawrócenia innych, ciężko pracować, godzinami modlić się. Świadczyć przykładem, a nie słowami. Verba volant, exempla trahunt.
Codziennie przekonuję się, że skuteczna jest tylko metoda osobistego wyrzeczenia, milczącego przykładu i wytężonej modlitwy, bo krytykowanie i napominanie po prostu nie działa, a jednocześnie, jak strasznie trudno jest faktycznie przejść od słów do czynów. O wiele łatwiej jest powiedzieć parę słów na temat czynów i namawiać innych do nawrócenia i gorliwości, niż wymagać od siebie samego i samemu walczyć z własną słabością, ociężałością i grzechem.

piątek, 24 maja 2013

Chwalebny samokrytycyzm

„Dobroć Boża w swej niezgłębionej mądrości najczęściej ma zwyczaj odwlekać udzielanie dobra, nie po to, aby go pozbawić, lecz by w odpowiednim czasie ujawniło się ono z jeszcze większą korzyścią. Czy to więc dlatego, że Bóg w swojej Opatrzności postanowił, że tak będzie lepiej dla Kościoła, czy też z powodu wielu różnych opinii na ten temat, niektórzy postępujący drogą prostoty, lecz pozbawieni roztropności uważali, że wystarczy, by nieśmiertelna pamięć o słudze Najwyższego Pana, założycielu Zakonu zwanego Kaznodziejskim, świętym Dominiku, znana była tylko Bogu, i że nie należy starać się o to, by dowiedzieli się o niej ludzie.
Inni natomiast myśleli odmiennie: jednak ogarnięci duchem małoduszności, bali się tamtym sprzeciwić. I stało się tak, że chwała świętego Ojca Dominika przez prawie dwanaście lat pozostawała w uśpieniu, bez żadnej czci. Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów”.
Z listów bł. Jordana z Saksonii, drugiego generała zakonu
Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzone jest święto (właściwie wspomnienie, ale cieszmy się, że się uratowało, i to pod własną datą :P) przeniesienia relikwii św. Ojca Dominika. Zamieszczony wyżej cytat pochodzi z opisu tych wydarzeń, pozostawionego przez następcę świętego Dominika i czytanego dzisiaj w Godzinie czytań. Nieco więcej można się dowiedzieć z „Książeczki o początkach Zakonu Kaznodziejów”, również autorstwa Jordana:
„Skarb leżał bezużytecznie w ukryciu, i wykradano dobra, pochodzące od tego, kto udzielał mocy z wysoka. Sprawiedliwość zaś domagała się tego, aby zabrano łaskę tym, którzy łaskę i chwałę Bożą starali się ukryć. Ziarno nie wydałoby bowiem owocu, gdyby po zrodzeniu zostało podeptane. Moc Dominika ujawniała się często, lecz tłumiło ją niedbalstwo jego synów. Pan, który jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, czekał cierpliwie, ale skoro nie słychać było ani głosu, ani pomysłu na to, w jaki sposób oddać świętemu Bożemu, Dominikowi, należną cześć, znalazł okazję, by wyrwać braci z bezczynności. [...] Zaniedbano jednak i to, a gdy bracia prowadzili długie rozmowy na temat odpowiedniego sarkofagu [jakie to dominikańskie, hi hi, czyż nie? — przyp. mój], inni zwrócili się do papieża Grzegorza i powiadomili go o ciągnącym się przedsięwzięciu. On zaś, jako że był mężem bardzo gorliwym i o głębokiej wierze, skarcił ich bardzo surowo za zaniedbanie należnej posługi czci wobec tak wielkiego Ojca. [...] Wszechmogący Bóg, chcąc za sprawą pasterza Kościoła powszechnego rozpędzić obłoki gnuśności, sam otworzył swoją rękę z wysokości i zagrzmiał z nieba rozgłosem cudów...”
Libellus nr 123-126
Dzięki tym wszystkim interwencjom do podniesienia relikwii (i to kanonicznego) w końcu jednak dochodzi w dniu 24 maja 1233 roku:
„Nadchodzi wreszcie sławny dzień uroczystego przeniesienia wielkiego nauczyciela! Przybywa czcigodny arcybiskup Rawenny i wielka liczba biskupów i prałatów. Przybywa mnóstwo pobożnych ludzi z różnych narodów. Przybywają zbrojne hufce bolończyków czuwających nad tym, aby nie odebrano im opieki nad świętym ciałem. Bracia stoją niespokojnie, bledną i modlą się z lękiem, drżąc ze strachu tam, gdzie bać się nie ma czego. Lękają się, by ciało świętego Dominika, tak długo wystawione na działanie deszczu i upału, złożone w lichej trumnie, nie okazało się pełne robactwa, jak każdego innego śmiertelnika...”
Proszę zwrócić uwagę na opis entuzjastycznego zachowania duchowieństwa niedominikańskiego i przede wszystkim laikatu w porównaniu z reakcją samych braci. Trzęsą się oni ze strachu, czy nie będzie wtopy, bo nie ufają tak do końca, iż ich ojciec udowodni swoją świętość (poprzez cudowne zachowanie ciała); tymczasem wierni świeccy czczący Dominika i doznający jego cudów (ich opis zajmuje w Libellusie długi akapit) przybywają tłumnie pod bronią, gotowi zbrojnie walczyć o ciało świętego, czczonego gorliwie przez całe miasto (nie licząc klasztoru dominikanów) i przyciągającego do niego tłumy pielgrzymów. Oczywiście wszystko kończy się dobrze:
„Po zerwaniu nagrobnej płyty z otworu zaczyna się wydobywać przedziwny zapach, którego woń zadziwia wszystkich tam stojących. Zdumiewają się obecni i przerażeni tym upadają na ziemię. Potem słychać pełen słodyczy płacz, mieszający się z radością. Słodycz cudownego zapachu sprawia, że w przestrzeni ducha rodzą się strach i nadzieja, a ci, którzy odczuwają słodycz przedziwnego zapachu, toczą cudowne boje. I my czuliśmy słodycz tej woni i świadczymy o tym, co żeśmy widzieli i czuli”.
Jak widać, pewna dezynwoltura i opieszałość w propagowaniu czci swoich świętych i, szerzej, pielęgnowaniu własnej historii i tradycji cechuje Zakon Braci Kaznodziejów od samego początku. Warto zatem przypomnieć ten chwalebny samokrytycyzm drugiego generała dominikanów dzisiaj, gdy jesteśmy w podobnej sytuacji, jeśli chodzi o jeden z największych skarbów Zakonu, jakim jest jego własna liturgia (ustanowiona przez świętego Dominika i jego bezpośrednich następców). Znowu, tak jak w latach 30. XIII wieku, bracia dominikanie trzymają skarb bezużytecznie w ukryciu, podczas gdy wierni świeccy walczą o dostęp do świętych dóbr, a ich starania wspierają swymi dokumentami najwyżsi pasterze Kościoła:
„Trzymając się wiernie Tradycji, Sobór święty oświadcza, że Matka Kościół uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki; chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszechstronny rozwój. Pragnie też, aby w miarę potrzeby zostały one roztropnie i gruntownie zmienione w duchu zdrowej tradycji oraz aby im nadano nową żywotność, stosownie do współczesnych warunków i potrzeb” (wytłuszczenia moje).
Sobór Watykański II, Konstytucja o liturgii świętej, nr 4
„W dziejach Liturgii występują rozwój i postęp, ale nie ma żadnego zerwania. To, co dla poprzednich pokoleń było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie i nie może być nagle całkowicie zakazane lub, tym bardziej, uznane za szkodliwe. Wszystkim wyjdzie na dobre zachowanie bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła, i przyznanie im należytego miejsca”.
Benedykt XVI, list do biskupów dołączony do motu proprio Summorum pontificum
Niezrównany ojciec Marek Pieńkowski mawia w takich sytuacjach: „I Duch Święty nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże”. A jednak coś się pomału zaczyna dziać, i to we właściwym kierunku. Święty Ojciec Dominik, jak bezpośrednio po swojej śmierci, tak i dzisiaj nie przestaje działać. Obiecał bowiem swoim synom, że będzie ich wspierał, a oni mu to po dominikańsku co wtorek wypominają, śpiewając nadal (przynajmniej w konwencie Świętej Trójcy w Krakowie) responsorium z formularza liturgicznego obchodu św. Dominika, O spem miram:
„Jakże cudowną nadzieję dałeś tym, którzy nad Tobą płakali w ostatniej godzinie,
gdy przyrzekłeś, że po śmierci wspierać będziesz swoich braci.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi.
Ty, który cudownie leczyłeś z chorób ludzkie ciała,
wyjednaj nam łaskę Chrystusa, ulecz nasze słabości.
Ojcze, spełnij swoje słowa, wspieraj nas modłami swymi”.
Od niedawna w Krakowie ponownie ruszyły, po przerwie na posoborowy „postęp”, cotygodniowe msze wotywne do świętego Dominika. Może zatem doczekamy się również przywrócenia nabożeństwa 15 wtorków do świętego Dominika, a przede wszystkim celebracji Mszy w rycie dominikańskim. Ufam w to, wierząc uparcie świętemu Ojcu, że spełni swoją obietnicę ;)
Kantorzy krakowscy pod kierunkiem ojca Grzegorza Przechowskiego nagrali responsorium O spem miram dla potrzeb bloga powołaniowego wikariatu Rosji i Ukrainy, prowadzonego przez mojego przyjaciela Ireneusza Pogorelcewa OP. Ich pięknego wykonania można wysłuchać tutaj. A kto rozumie po rosyjsku, może także czytać i samego bloga, noszącego nazwę „Droga w czarno-białych kolorach”. Irek regularnie zamieszcza na nim interesujące materiały z zakresu historii, tradycji i duchowości zakonu.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Element weryfikujący

Naprawdę nigdy Brat nad sobą nie chlipał?
– Przecież nikt mnie na te ulice nie wysyła! To moja decyzja. W każdej chwili mogę wrócić do klasztoru. Pokusa jest czasem ogromna. Ale przecież żebractwo to specyfika franciszkanów czy dominikanów.
Jasne. Tyle że na Wikipedii… Przecież gdy czytamy, że dominikanie (z całym szacunkiem dla braci kaznodziejów) to „zakon żebraczy”, pojawia się śmiech. Widać, jak głęboka to metafora. Trudno wyobrazić sobie cenionego rekolekcjonistę w białym habicie, który prosi o kromkę chleba.
– Nie chcę nikogo oceniać, pamiętajmy jednak, że Dominik mocno akcentował element życia żebraczego. To był dla niego sposób życia. Franciszek mówił do braci: gdy zabraknie wam pożywienia i będziecie głodni – idźcie żebrać. Dominik poszedł jeszcze dalej: uczynił z żebrania sposób głoszenia Dobrej Nowiny, dotarcia do ludzi! Widział misję cystersów, która wybrała się do katarów i została odrzucona, wracała na tarczy. Powód? Katarzy byli ubodzy, nie mieli nic, więc nie przyjęli słowa głoszonego przez cystersów.
„Dzisiejsze zakony to wspólnoty ojców profesorów, ojców redaktorów, duszpasterzy, liturgistów” – opowiadał mi Rafał Tichy. „Pierwsi dominikanie i franciszkanie byli opluwani na mieście, ponieważ byli obdartusami, nie do strawienia przez społeczeństwo. Rodzina Tomasza z Akwinu zamknęła go nawet w wieży. Chcesz wstąpić do dominikanów? Powinieneś robić w Kościele karierę, a nie wstępować do obdartusów”.
– Dominik zrozumiał, że aby dotrzeć do ludzi z wiarygodnym przekazem, musi stać się żebrakiem. Ruszył w świat o żebraczym chlebie. Akcentował ubóstwo ewangeliczne, nie socjalne!
Tak mówi w wywiadzie opublikowanym w „Gościu Niedzielnym” kapucyn o. Jan Marcin Kania, który wraz z kilkoma braćmi, za zgodą przełożonych, żyje wraz z biednymi ludźmi w śląskim familoku i utrzymuje się z żebrania. Chodzi po domach, mówi o Chrystusie i daje o Nim świadectwo swoim sposobem życia.
Zagadnienie to, jak mi się wydaje, nabiera obecnie kluczowego znaczenia. Ludzie w Europie w szybkim tempie ubożeją, a jednocześnie są wyjątkowo wyczuleni na autentyczność świadectwa kapłanów i w ogóle ludzi Kościoła – autentyczność, tzn. zgodność życia z wypowiadanymi słowami.
Nie jest moim celem publiczne wyzłośliwianie się wobec dominikanów; publikuję ten post, bo mam poczucie, że kwestia ubóstwa będzie w nadchodzących latach głównym (oprócz innych znaków wierności charyzmatowi: noszenia habitu w miejscach publicznych oraz pobożnej i pełnej czci liturgii) elementem weryfikującym w oczach ludzi wiarygodność synów świętego Dominika. Nie tylko w Europie zresztą; jeszcze gorzej jest w takich krajach jak Trynidad czy Ukraina, gdzie klasztory dominikańskie to luksusowo wykończone budynki chronione przez wysokie mury, kamery i ochroniarzy, stojące wśród biednych chat czy obszarpanych, zrujnowanych bloków, dających schronienie nad głową miejscowym.
Jednak w wypadku ubóstwa ewangelicznego nie chodzi o żebranie dla samego żebrania. Jest ono (i związane z nim życie z dnia na dzień, w całkowitej zależności od Boga) niezbędnym warunkiem skutecznego głoszenia Jezusa i Jego Królestwa. Wypowiedź ojca Kani dlatego jest tak cenna, że zdołał on to przekonująco powiązać. Historia pokazała, że jest to prawda; powołani do głoszenia niezmiennie od wieków usiłują tej niewygodnej prawdy nie zauważać, a ona złośliwie wciąż wyłazi na wierzch jak śmieci spod dywanu. Wiemy o tym dobrze wszyscy, którzy na co dzień stykamy się z dominikanami: Jak trudno jest braciom oderwać się od swojej celki, salki i zakrystii, i wyruszyć w świat zewnętrzny, do ludzi, do których trzeba się z Chrystusem pofatygować, bo do kościoła sami nie przyjdą. (Zwłaszcza gdy trzeba zejść do lokalizacji mniej prestiżowych niż uniwersytet czy studio telewizyjne). Niby związku logicznego w tym nie ma, ale jakoś ta celka ze sprzętem grającym i salka z luksusowym ekspresem do kawy trzyma jak na gumce.
Wiadomo, że nie da się utrzymać z żebrania objętych ochroną konserwatorską, starych kościołów i klasztorów, które są faktycznie dobrem historycznym i kulturowym całego narodu i cały naród powinien je moim zdaniem utrzymywać. I nie o to chodzi. Chodzi o to, że doświadczenie życia w braku pewności jutra, ze świadomością, że jeśli się nie uprosi dzisiaj jedzenia, to jutro będzie się głodnym, jest niezbędne dla każdego głosiciela Ewangelii. Wiem zresztą, że niektórym dominikanom sytuacja obecnej sytości i pełnego zabezpieczenia przeszkadza i widzą w niej zagrożenie dla swojego życia zakonnego. Może więc dominikanie pójdą śladem kapucynów i polska prowincja powoła dom, który będzie żył z żebrania? I będzie tam regularnie posyłać kolejnych braci, przynajmniej tych, którzy się na to zgodzą?
Potrzeba nowego Dominika.

Ps. Potwierdzeniem moich intuicji są także odpowiedzi, jakie przyszły na konkurs „Po co nam dzisiaj ryt dominikański?”, ogłoszony przez portal rytdominikanski.pl. Można się z nimi zapoznać tutaj. O przyczynach ogłoszenia konkursu pisze Tomasz Dekert na portalu Liturgia.pl.

Ilustracja pochodzi z antykatolickiego bloga Armanda Ryfińskiego, posła Ruchu Palikota; komentarz zapewne od anonimowego internauty, który wrzucił ten demot na demotywatory.pl; samo zdjęcie wydaje się autentyczne.

sobota, 11 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania: follow-up

Po ostatnim artykule poświęconym modlitwie świętego Dominika pojawiły się wypowiedzi, o których warto tu wspomnieć. Mianowicie temat klęczenia, który poruszyłam rano, w południe podjął franciszkański celebrans u krakowskich dominikanów, a po południu sam papież Benedykt XVI. To się nazywa być trendy :)

W Krakowie istnieje uświęcona kilkusetletnia tradycja, zgodnie z którą celebransi w niektórych kościołach zakonnych „wymieniają się miejscami” w najważniejsze kościelne święta. I tak na świętego Dominika główną mszę odprawia u nas franciszkanin, na odpust świętej Trójcy cysters, kiedy indziej karmelita itd. Z kolei dominikanin zawsze odprawia u franciszkanów w uroczystość św. Franciszka itd. Bardzo piękna tradycja. Zatem w czwartek przyszedł do nas młody ojciec Norbert, franciszkanin, i powiedział długie i mocne kazanie o potrzebie nawrócenia się. A w kazaniu zawarł anegdoty, które z pamięci cytuję:
Do księdza robiącego coś w kościele podszedł człowiek, niewierzący, i zapytał:
- Czy wy wierzycie, że hostia i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że Chrystus jest Bogiem?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że przyjmując komunię, spożywacie naprawdę ciało i krew Boga?
- Oczywiście, że wierzymy.
A na to ten człowiek:
- To kłamstwo. Gdybyście naprawdę w to wierzyli, to byście na kolanach się poruszali od samych drzwi kościoła.

Przy okazji druga anegdota:
Samolot był miotany bardzo silnymi turbulencjami. Przerażeni pasażerowie wysłali księdza do kabiny pilotów, żeby się dowiedział, co się dzieje. Piloci mu powiedzieli: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić. Niech ksiądz się modli i prosi o cud, bo tylko cud może nas uratować”. Ksiądz wrócił do kabiny pasażerskiej i powtórzył słowa pilotów, ale z niewielką modyfikacją: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić”.

Cóż, czasami tak bywa. Zawodowcom nierzadko trudniej jest zachować fascynację swoją specjalnością i uczucie do niej niż amatorom. Także specjalistom od Pana Boga. Nawiasem mówiąc, słowo amator nie oznaczało dawniej dyletanta, laika (kolejny znaczący trop językowy...), lecz miłośnika. Przecież łacińskie amo oznacza kochać, amator to ten, który kocha!

A po południu papież Benedykt poświęcił świętemu Dominikowi całą katechezę, nazywając go mistrzem modlitwy i zwracając uwagę na znaczenie odpowiednich postaw ciała:
Drodzy przyjaciele, św. Dominik przypomina nam, że u podstaw świadectwa wiary, jakie każdy chrześcijanin powinien dawać w rodzinie, w miejscu pracy, w zaangażowaniu społecznym, a także w chwilach relaksu, znajduje się modlitwa; jedynie nieustanna więź z Bogiem daje nam siłę do intensywnego przeżywania wszystkich wydarzeń, szczególnie tych najbardziej trudnych. Ten święty przypomina nam także o znaczeniu zewnętrznych postaw w naszej modlitwie. Postawa klęcząca, stojąc przed Panem, wpatrywanie się w krucyfiks, zatrzymywanie się i skupienie w milczeniu nie są czymś drugorzędnym, ale pomagają nam wewnętrznie stanąć całą naszą osobą przed Bogiem. Chciałbym raz jeszcze zwrócić uwagę, że dla naszego życia duchowego konieczne jest znalezienie codziennie chwil, zwłaszcza w czasie wakacji, na rozmowę z Bogiem. Będzie to również sposób niesienia pomocy ludziom, którzy są nam bliscy, aby weszli oni na świetlistą drogę obecności Boga, która niesie pokój i miłość, i której wszyscy potrzebujemy w codzienności.

Całość katechezy można przeczytać tutaj.

Ps. Czy ktoś z Was zna dobry polski odpowiednik angielskiego terminu follow-up?

środa, 8 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania jak do szczególnej sztuki i służby

Czwarty sposób modlitwy św. DominikaNowoczesny, posoborowy katolik rzadko kiedy klęczy. Wie przecież, że jako chrześcijanin jest członkiem wspólnoty świętych (por. np. Ef 1,1. 15. 18) i ma wysoką godność jako dziecko Boże. Jeśli ma szeroką erudycję, powołuje się na ryt ambrozjański, gdzie starożytnym zwyczajem w niedzielę się nie klęka. Dlatego komunię przyjmuje zawsze na stojąco, czasem także do ręki, żeby nie czuć upokorzenia jako bierny przedmiot działań kapłana, który sam wkłada mu komunikant do ust, a po przyjęciu komunii nigdy nie modli się na klęcząco, lecz zawsze na siedząco. Do takich postaw ciała jest też zachęcany przez nowe przepisy liturgiczne i decyzje biskupów. Jeśli zaś ma poczucie misji, niesie kaganek oświaty maluczkim, których zniewolone umysły tkwią nadal w przestarzałych, poniżających zwyczajach i pojęciach przedsoborowych.
Jakież współczucie, zadziwienie, przestrach i niechęć muszą się rodzić w jego współczesnym i otwartym serduszku, gdy czyta o zwyczajach modlitewnych świętego Dominika Guzmana, patrona dnia dzisiejszego. Starożytne dziełko „Dziewięć sposobów modlitwy świętego Dominika” jest dostępne w Internecie i nowoczesny katolik, być może czciciel świętego Kaznodziei, przeczyta w nim z przerażeniem, że jego idol spędzał całe godziny na klęczkach, kłaniał się nisko za każdym razem, gdy przechodził koło ołtarza lub krucyfiksu, leżał krzyżem na ziemi, no i, o zgrozo, biczował się. Cóż za średniowiecze! Jeśli zaś stał na modlitwie, to wyprostowany jak strzała (jakie to musiało być niewygodne!) lub z rozkrzyżowanymi rękami. Na siedząco zaś, owszem, czytał Pismo Święte lub inną pobożną książkę w swojej celi lub gdzie indziej, poza godzinami nabożeństw liturgicznych. Uff, przynajmniej w tym punkcie jest nowoczesny, odetchnie nowoczesny katolik.
W „Dziewięciu sposobach” czytamy, że założyciel dominikanów uczynił z modlitwy na klęcząco „swoją szczególną sztukę i służbę”. A gdy to czynił, „wzrastała wtedy w świętym Ojcu Dominiku wielka ufność wobec miłosierdzia Bożego — co do siebie samego, wszystkich grzeszników, a także co do Bożej ochrony wobec najmłodszych braci”. I tego sposobu modlitwy uczył innych „bardziej przykładem swoich praktyk niż słowami”:

Stojąc przed ołtarzem, albo w kapitularzu, kierował swój wzrok na Krzyż, uważnie wpatrując się w Chrystusa ukrzyżowanego, raz po raz przyklękając, czasem i do stu razy. Zdarzało się, że trwał tak na modlitwie przez cały czas od komplety do północy, już to wstając, już to klękając, na wzór św. Jakuba Apostoła, albo na wzór trędowatego z Ewangelii, który padłszy na kolana wołał: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mt 8, 2). Czy wreszcie na wzór św. Szczepana modlącego się na kolanach wielkim głosem: Panie, nie poczytuj im tego grzechu. [...] Czasem zaś modlił się w duchu tak, że zupełnie nie było słychać jego głosu. Pozostawał w ciszy na kolanach, z umysłem pogrążonym w zachwycie, i trwało to nieraz długo. Czasem widać było z wyrazu twarzy, że duch jego przeniknął niebo, bo oto twarz rozjaśniała się radością i tryskały mu z oczu łzy. I widać było, że czegoś gorąco pożąda, tak jak człowiek spragniony wody, gdy się zbliża do źródła, lub jak podróżnik, gdy już jest blisko swej ojczyzny. Stawał się wtedy bardziej zdecydowany i nalegający, jego ruchy stawały się bardziej dynamiczne, gdy na przemian już to wstawał, już to znowu klękał. Zachowywał jednak przy tym wielką godność postawy. I tak już był przyzwyczajony do przyklękania, że w czasie podróży, po trudach dnia, w zajazdach, czy nawet podczas drogi, kiedy inni spali lub odpoczywali, powracał do swojego przyklękania, jak do szczególnej swojej sztuki i służby. Tego sposobu modlitwy uczył św. Dominik bardziej przykładem swoich praktyk niż słowami.

środa, 15 lutego 2012

W dalszym ciągu nie przestawałem nalegać

Wczoraj, na święto Cyryla i Metodego, misjonarzy Europy, z niesmakiem wysłuchałam u dominikanów kazania, w którym zasłużony kaznodzieja opowiadał, że zbawienie jest we wszystkich religiach... że dopiero po Soborze Watykańskim II w Kościele jest otwartość na ludzi i miłość do nich, podczas gdy przed soborem Kościół zajmował się wyłącznie sobą samym i nie interesował się światem na zewnątrz. (Ciekawe, skąd się ci wszyscy chrześcijanie na całym świecie wzięli przed rokiem 1965 — komentarz mój). I toczył wojny religijne, co było wielkim grzechem i zgorszeniem (fakt, było, ale nie tylko on to robił, a przede wszystkim nie tylko tym się zajmował — komentarz mój). A teraz mamy miłość wobec ludzi i dlatego przejawiamy otwarcie na inne religie.
Kaznodzieja nie powiedział tego explicite, ale ze sposobu, w jaki łączył ze sobą brak miłości i brak pełnego otwarcia na inne religie, wynikało logicznie, że za brak miłości uważa on (przedsoborową, ma się rozumieć) postawę Kościoła, który nie uważał, że zbawienie jest w każdej religii, i starał się ich wyznawców nawrócić na chrześcijaństwo.
Dzięki temu kazaniu zrozumiałam coś, co bezskutecznie próbowałam pojąć już od dłuższego czasu: Dlaczego dominikanie, których święty Dominik Guzman powołał do istnienia w celu nawracania heretyków i niechrześcijan siłą argumentów i żarliwej wiary oraz przykładem osobistego ubóstwa (zamiast ogniem i mieczem), od lat niczego z tych rzeczy nie praktykują, a w zamian zajmują się w głównej mierze prowadzeniem duszpasterstw dla przyklejonej do kruchty młodzieży, głoszeniem kazań do babek kościelnych (do których i ja się bez wstydu zaliczam), pracą parafialną oraz spowiadaniem księży i zakonnic — czyli przekonywaniem już przekonanych. Zamiast, jak chciał święty Dominik, szukać ludzi, którzy odpadli od wiary tam, gdzie oni się znajdują — w karczmie, na rynku czy w odludnej wiosce, w kraju arabskim, chazarskim czy tatarskim — siedzą na tylnej części ciała w swoich kościołach i klasztorach, ciesząc się dobrodziejstwem małej stabilizacji, i czekają, aż ktoś do nich przyjdzie. A wtedy mogą mu ewentualnie opowiedzieć o Jezusie. No i przychodzą i słuchają: katolicy i to z reguły ci bardziej zaangażowani w wiarę.
Zdarzają się oczywiście zachowania ad extra, na przykład ojciec Kozacki ma program w telewizji, a niektórzy bracia w wolnym czasie prowadzą blogi i dyskutują w Internecie z myślącymi inaczej, ale w swojej masie zakon utrzymuje zupełnie odwrotny model głoszenia, niż chciał założyciel.
Amicus Plato..., nie da się zatem zaprzeczyć, że dominikanie zasiedzieli się w pieleszach jeszcze przed ostatnim soborem (pamiętamy o flincie, nejtyczance, preferansie z burmistrzem i białym fraku ojca Sadoka Barącza) i że przyczyniły się do tego także okoliczności epoki trydenckiej, zaborów, komunizmu itd. Poza tym problem upadku mentalności misyjnej nęka nie tylko mój kochany zakon, ale też cały Kościół: i duchowieństwo, i zakony, i świeckich. Moim zdaniem trudno o lepsze potwierdzenie tezy księdza Karola Stehlina, lefebrysty, że uchwalenie przez Sobór Watykański II deklaracji o wolności religijnej, jego zdaniem zawierającej heretycką koncepcję o równości wszystkich religii, zlikwidowało działalność misyjną Kościoła katolickiego. Przez działalność misyjną rozumiemy tu nawracanie wyznawców innych religii, wynikające z naszego przekonania, że w Kościele osiągną zbawienie, którego nie osiągną, lub tylko z najwyższym trudem, w swoich religiach. Osobiście uważam, że ksiądz Stehlin myli skutek z przyczyną (deklaracja soborowa jest raczej objawem zaniku mentalności misyjnej albo działa tu sprzężenie zwrotne), ale poza tym ma dużo racji. Nie tylko święty Dominik płakał nad tym, że heretycy idą szeroką drogą ku potępieniu wiecznemu, także Teresa od Dzieciątka Jezus, Franciszek Ksawery, Paulina Jaricot i setki innych. Miałam okazję poznać księdza Stehlina i wiem, że jego żarliwy smutek i lęk o zbawienie niechrześcijan i heretyków jest podobny do pasji Dominika, Piotra z Werony, Wincentego Ferreriusza i innych świętych i męczenników misji. Mam też znajomych prawosławnych, zarówno świeckich, jak i duchownych, którzy również czują podobnie. Dlaczego tak mało katolików? I jeszcze przypina im się etykietę, że są „przestarzali”, „zamknięci”, „agresywni”, „pełni pogardy dla ludzi”. „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” — ale przecież przede wszystkim tym, którzy jej jeszcze nie poznali!
Dobrzy ludzie wrzucili dzisiaj na Facebooka wypowiedź księdza Stehlina dla „Patosu”, czasopisma studentów mojego uniwersytetu UPJPII, która po wczorajszym kazaniu orzeźwiła mnie jak łyk chłodnej wody w afrykańskim upale:
„Pracując dłużej niż osiem lat w afrykańskiej dżungli zrozumiałem, że największym szczęściem jest uwolnić ludzi od fałszywych koncepcji religii, od niewolnictwa wobec dyktatury animistycznych czarowników, którzy działają destrukcyjnie na ludzi, wypełniając ich strachem. Ludy afrykańskie mają głębokie uczucia religijne, są ogromnie wdzięczne misjonarzom za poznanie Chrystusa i jego miłości. Lubią śpiewać łacińskie chorały, które jakby wyzwalają je od ponurych bębnów i tańców pogańskich.
Podczas gdy wszystkie ongiś kwitnące misje w Gabonie cierpią z powodu odejścia ludzi od Kościoła do sekt i do animizmu, nasza misja stała się liczbowo największą w całym kraju. Młodych i starych niezwykle pociąga tradycyjny ryt Mszy św., łacina oraz jasny język misjonarzy, którzy jeszcze wymagają nawrócenia oraz walczą z zabobonami i diabłem.
Ochrzciłem tam tysiące ludzi, poświęciłem wiele domów, w szpitalu dla ubogich byłem jak u siebie. Traktuje się tam nas jak misjonarzy z dawnych czasów, jak prawdziwych ojców, którzy chronią swe dzieci od napaści złego ducha...
Ekumenizm posoborowy nazywa misje w Afryce «inkulturacją». Wielka część misjonarzy poddaje się temu błędowi, wprowadza kulturę tubylców do rytu Mszy, do nabożeństwa. Przez to powstaje okropny synkretyzm w głowach wiernych: duchem są katolikami, ale mają swoją «kulturę», czyli wielożeństwo, animizm, destrukcyjne zwyczaje pełne rasizmu, nienawiści i żądzy zemsty. Z tego powodu sytuacja moralna duchowieństwa afrykańskiego jest przerażająca. I tu środek zaradczy — powrót do Tradycji”.

A u nas kiedyś było tak:
„Gdy błogosławionej pamięci brat Reginald przybył do Paryża i począł nauczać z mocą, ja, uprzedzony łaską Bożą, powziąłem zamiar i przyrzekłem sam sobie wstąpić do tego Zakonu, przekonany, że znalazłem w nim bezpieczną drogę zbawienia, o jakiej przed poznaniem braci często w duchu myślałem. Kiedy ten zamiar umocnił się w moim sercu, zacząłem ze wszystkich sił starać się, aby na tę samą drogę pociągnąć także przyjaciela i towarzysza mojej duszy. Widziałem w nim bowiem takie cechy natury i łaski, które uczyniłyby go niezmiernie pożytecznym w posłudze przepowiadania słowa Bożego. On się opierał, ale ja w dalszym ciągu nie przestawałem nalegać. Postarałem się więc o to, aby udał się do spowiedzi do brata Reginalda i zasięgnął jego rady... zachęcałem go, aby oddał swoją młodość pod jarzmo posłuszeństwa...”

To słowa drugiego generała zakonu dominikanów, błogosławionego Jordana, który oprócz swego przyjaciela wciągnął w ten sposób do zakonu jeszcze kilkuset innych ludzi. Jego wspomnienie obchodziliśmy przedwczoraj, a dzień wcześniej wspominaliśmy świętego Reginalda, którego
„...wymowa była gwałtowna jak ogień, a słowa jego jak płonąca pochodnia rozpalały serca wszystkich, którzy go słuchali. Tylko ktoś z kamienia mógłby się oprzeć wobec takiego żaru. Zawrzało wówczas w całej Bolonii, gdyż wydawało się, iż powstał nowy Eliasz. W tych dniach mistrz Reginald przyjął do zakonu wielu bolończyków, a liczba uczniów ciągle rosła i wielu przyłączało się do nich”.

W ciągu następnych paru lat ludzie ci pokryli całą Europę gęstą siecią klasztorów, z których wychodzili głosić Ewangelię w skrajnym ubóstwie i zagrożeniu życia zeświecczałym, indyferentom, heretykom i innowiercom. I wraz z franciszkanami nawrócili nasz kontynent na kilka następnych wieków.

Na obrazku zamordowanie przez heretyków świętego Piotra z Werony, który sam był nawróconym heretykiem (obraz pędzla Belliniego, źródło: http://arthistery.blogspot.com/2011/01/patron-inkwizycji.html; tekst ciekawy, warty przeczytania)