poniedziałek, 17 września 2012

Rewolucjonista

Dominikanie zdecydowanie należą do tych, którzy wiedzą i mają; ale warto pamiętać, że zakon ten to nie tylko jajogłowi intelektualiści, sławni artyści, papieże i kardynałowie, choć to oni najmocniej błyszczeli w historii. Trwa także (choć nie do końca wiem, czy zasłużyli się tu sami dominikanie, czy związani z nimi świeccy) pamięć o dominikanach, którzy wiedzieli, że ci, którzy wiedzą i mają, mają być dla tych, którzy nie wiedzą i nie mają. Dzisiaj obchodzimy wspomnienie jednego z nich, świętego Jana Macíasa: troszczącego się o ubogich i wykluczonych, pokornie znoszącego przykrości od swoich błyszczących, inteligentnych i wykształconych współbraci, którzy rozumieli mniej od niego.
W homilii kanonizacyjnej papież Paweł VI mówił:
„Jan Macías jest wspaniałym i wymownym świadkiem ewangelicznego ubóstwa: jako mały sierota z otrzymywanej drobnej zapłaty pastuszka wspomaga biednych — »swoich braci«, dzieląc ich wiarę; jako wygnaniec, gdy naśladując swego patrona, świętego Jana Chrzciciela, nie szuka jak inni bogactw, ale pragnie tylko tego, aby się spełniła wola Boża; jako służący w oberży i starszy pasterz hojnie rozdaje swą miłość ubogim, ucząc ich modlitwy; jako zakonnik wypełnia swoje śluby, najwyższy dowód miłości względem Boga i bliźniego: »dla siebie nie szuka niczego, jak tylko Boga«. W celi furtiana łączy intensywne życie modlitwy i pokuty z niesieniem pomocy i dostarczaniem pożywienia dla mnóstwa biednych; sam odmawia sobie pokarmu, aby zaspokoić głód łaknących”.

Dzisiaj, po kompromitacji komunizmu i teologii wyzwolenia, postrzeganie chrześcijaństwa w kluczu rewolucji, jak i samo słowo rewolucja, są zupełnie skompromitowane. Jednak jeśli sięgniemy do źródłosłowu tego terminu (ponownie ukształtować), to czy chrześcijaństwo nie jest, nie ma być rewolucją? Czy nie zapowiada rewolucji ewangeliczny kantyk Maryi, który uwielbia Boga za to, że „strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”? Czy nie jest rewolucją pierwsza warstwa ewangelicznych błogosławieństw, która — jak twierdzą naprawdę mądrzy i kompetentni bibliści — brzmiała początkowo „Błogosławieni ubodzy, albowiem do nich należy królestwo niebieskie..., błogosławieni, którzy łakną i pragną, albowiem będą nasyceni”? Tę pierwotną wersję zachowała Ewangelia Łukasza, wraz z ostrzeżeniami „biada” dla zadowolonych, sytych i bogatych, podczas gdy wspólnota chrześcijan, w której w latach 70–80. I wieku redagowana była Ewangelia Mateusza, mieszkająca zapewne w bogatej Antiochii Syryjskiej, już wówczas tak wrosła w uwarunkowania tego świata, że do oryginalnego tekstu dodano wstawki mające nadać mu bardziej duchowy charakter i pozbawić go jego trudnego do zaakceptowania radykalizmu. (Więcej na ten temat: świetny nowy komentarz egzegetyczny ks. A. Paciorka do Ewangelii św. Mateusza, wydany przez wydawnictwo paulistów).
Rewolucja staje się złem, zaczyna niszczyć i zabijać, gdy sięga po środki tego świata: władzę i przemoc. Dopóki posługuje się środkami takimi, jakich używali prorocy, Chrystus, Maryja i Jan Macías, jest w porządku. To jest prawdziwa rewolucja. Chrześcijanie są do niej zobowiązani; w przeciwnym razie stają się solą, która utraciła swój smak.
Tak się składa, że akurat dzisiaj bracia studenci polskiej prowincji dominikanów oraz ich wychowawcy i profesorzy rozpoczęli nowy rok akademicki. Trudno o lepszego patrona tego dnia. Niech św. Jan Macías, który sam zapewne w najlepszym razie najwyżej umiał czytać, prosi teraz za swoich młodszych, wykształconych współbraci, by zawsze pamiętali, że studium intelektualne, wielki przywilej i obowiązek dominikanów, prowadzi na manowce, jeśli nie poprzedzają go modlitwa i miłosierdzie. Dopiero w tym towarzystwie wiedza zamienia się w mądrość.
Nie można tutaj nie wspomnieć subtelnego intelektualisty i doktora Kościoła, św. Jana od Krzyża, który swoją drogę na górę Karmel rozpoczął od małego prowincjonalnego szpitalika, w którym pracował całymi dniami jako pielęgniarz chorych i bezdomnych.
Skoro cytowałam już homilię kanonizacyjną papieża, składającego hołd prostemu i niewykształconemu św. Janowi, niech na koniec przemówi jeszcze ówczesny (1975) generał zakonu, brat Vincent de Couesnongle:
„Niewątpliwie to swoje święte życie, życie miłości ku biednym, mógłby przeżywać gdziekolwiek i kiedykolwiek. Jednak on stał się świętym właśnie w tym małym światku ludzi wykorzenionych, ludzi najbiedniejszych. I to właśnie nas dzisiaj uderza. [...] Braterska miłość to nie jest jakiś luksus, na który mogą sobie pozwolić mający czas, pieniądze i odpowiednie dyspozycje. [...] Świat doskonale sprawiedliwy, z najwspanialszym nawet prawodawstwem, świat, w którym prawa każdej jednostki będą zabezpieczone, może jeszcze być światem zimnym, bez duszy i nadziei, ponieważ jest bez miłości. Sama sprawiedliwość może stać się nieludzka i żadne prawa społeczne nie mogą zrodzić miłości. [...] Przesłanie Jana Macíasa nie ma więc charakteru jedynie społecznego: jest bowiem w pierwszym rzędzie teologalne. [...] Przez swoje miłosierdzie względem ubogich objawił w swoim stuleciu prawdziwe imię Boga biednym Ameryki, którzy nie wiedzieli, że »Bóg jest miłością«”.

Proszę Was po przeczytaniu tych słów o zapoznanie się z wpisem wczorajszym, gdyż jest tam mowa o kimś, kto potrzebuje konkretnej pomocy materialnej tutaj i teraz. Fortuna kołem się toczy i ci, co w dawnych wiekach byli bogaci i pomagali innym, dzisiaj nierzadko stają się w dosłownym znaczeniu słowa ubogimi, którzy potrzebują naszego wsparcia, aby przetrwać. W tym wypadku chodzi konkretnie o siostry benedyktynki ze Staniątek. Kiedy na blogu „dowalam dominikanom” czy szerzej klerowi, tekst czytają setki ludzi i spotykam się z pochwałami. Gdy piszę o czymś pozytywnym albo o tym, że komu trzeba pomóc, jest cisza, a statystyka wykazuje, że na tekst weszło kilkanaście czy najwyżej 30 osób. Coś tu jest nie tak.
Proszę także o modlitwę o pokój w Syrii. Tam, gdzie rozwijały się pierwsze wspólnoty chrześcijan, gdzie nawrócił się święty Paweł i powstała Ewangelia Mateusza, dzisiaj giną ludzie, a my milczymy. Codziennie czekam na mszy na wspomnienie w modlitwie powszechnej o Syrii i codziennie się rozczarowuję.

niedziela, 16 września 2012

Koncert Jacka Hałasa na rzecz Staniątek

W kościele sióstr benedyktynek w Staniątkach wystąpił dziś z koncertem na rzecz ratowania zabytkowego klasztoru Jacek Hałas, wybitny artysta i muzyk, specjalizujący się w starodawnych pieśniach dziadowskich.
Z towarzyszeniem liry korbowej, drumli i akordeonu Jacek zaśpiewał wiele najbardziej znanych pieśni ze swego repertuaru, m.in. „Zegar bije”, „Pieśń o św. Zofii”. Wstęp na koncert był wolny, siostry jedynie zbierały dobrowolne datki; niestety mimo szerokiej reklamy (m.in. „Dziennik Polski”, Facebook, strona gminy Niepołomice, pobliskie kościoły), ładnej pogody i znanego nazwiska artysty przyszło naprawdę niewiele osób i nie wiem, czy siostrom udało się uzbierać chociaż na jedną tonę węgla; myślę, że krakusi — zwłaszcza ci aspirujący do kultury wysokiej oraz interesujący się muzyką dawną i tradycyjną — powinni się po prostu wstydzić. Opactwo w Staniątkach naprawdę potrzebuje naszej pomocy; kilkanaście sióstr nie jest w stanie zdobyć we własnym zakresie środków na remont bezcennego zabytku, który jest w tak złym stanie, że przez dziurawy dach do zabytkowych wnętrz leje się woda.
Najbliższy koncert na rzecz ratowania Staniątek odbędzie się 11 listopada; wystąpi krakowski oktet muzyki dawnej Octava. Rozpowszechniajcie to zaproszenie, a najlepiej przyjedźcie na koncert i ofiarujcie siostrom, co możecie.
Zapraszam także niezależnie od koncertów do przyjazdu do Staniątek, pięknie położonych na skraju Puszczy Niepołomickiej, i zwiedzenia kościoła klasztornego z cudownym obrazem Matki Bożej Bolesnej i pięknym wyposażeniem, w tym freskami Andrzeja Radwańskiego. Najlepiej w niedzielę; po mszach otwarty jest nie tylko kościół, lecz także małe muzeum klasztorne z cennymi eksponatami (gotyckie rzeźby i księgi liturgiczne, barokowe szaty liturgiczne, monstrancje, kielichy, są też niespodzianki i ciekawostki, o których dowiedzą się ci, którzy tam przyjadą).
Mieszkam w pobliżu klasztoru w Staniątkach, właśnie ze względu na jego bliskość osiedliliśmy się z mężem w tym, a nie innym miejscu. Los sióstr i klasztoru jest mi bardzo bliski i proszę was gorąco o włączenie się w akcję na rzecz jego ratowania. Nie wszyscy są w sytuacji pozwalającej na ofiarowanie pieniędzy; ale każdy może się w tej sprawie modlić i przekazywać informacje o akcji kolejnym osobom.
Przydatne linki:
Strona klasztoru w Staniątkach
(na stronie podany jest numer konta bankowego i kto może, niech uczyni z tej informacji właściwy użytek)
Strona Jacka i Alicji Hałasów
Strona akcji „Ratujmy Staniątki” na Facebooku
Nowenna i litania do Matki Bożej Bolesnej ze Staniątek
(niezawodny środek specjalny)











Fot. Artur Krupiński

niedziela, 2 września 2012

Unanimitas, czyli Papież i ja ;)

He he, znowu napisałam coś na blogu, a kilkanaście godzin później przeczytałam, że podobnie wypowiedział się papież Benedykt lub któryś z jego współpracowników. Ostatnio dotyczyło to klęczenia („Powracał do przyklękania jak do szczególnej sztuki i służby”, „Powracał do przyklękania: follow-up”), a tym razem chodzi o wątek przestrzegania przepisów liturgicznych i kanonicznych, poruszony w tekście „Nie wolno tworzyć »dziejów bez dziejów«”. Proszę szczególnie zwrócić uwagę na wytłuszczone słowa. Może Watykan zrobi mnie kiedyś jakimś konsultorem albo przynajmniej sekretarką :)

Kard. Burke: nowa ewangelizacja z poszanowaniem prawa
2012-08-31

Powszechna nieznajomość i nieprzestrzeganie prawa kanonicznego wyrządziły Kościołowi wiele szkód. Nowa ewangelizacja nie może się zatem obejść bez przywrócenia kościelnemu prawu jego należytej roli — uważa kard. Raymond Burke, prefekt watykańskiego Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej. Zabrał on głos na kongresie kanonistów, który odbył się w stolicy Kenii Nairobi. Przypomniał, że jako student i młody ksiądz sam był świadkiem powszechnego odrzucenia prawa kanonicznego w Kościele w imię złego rozumienia Soboru. Samo istnienie kodeksu uważano za przedawnione i niemożliwe do pogodzenia z duszpasterstwem — mówił kard. Burke. W jego przekonaniu negatywne konsekwencje takiej postawy do dziś przejawiają się w różnych dziedzinach życia kościelnego: w liturgii, katechizacji czy życiu zakonnym.

Lekceważenie prawa w znaczącej mierze przyczyniło się również do skandali seksualnych wśród duchowieństwa. Kościół był przygotowany na takie przypadki, posiadał dobre procedury prawne, wystarczyło je zastosować — podkreślił pochodzący ze Stanów Zjednoczonych hierarcha. Przypomniał, że przed lekceważeniem kościelnego prawa bezskutecznie przestrzegał już Paweł VI, pokazując, że postawa taka nie ma nic wspólnego z Soborem. Dziś odrodzenie Kościoła dzięki nowej ewangelizacji musi też z konieczności przywrócić szacunek dla prawa kanonicznego. W pierwszym rzędzie powinno to dotyczyć norm liturgicznych, ponieważ chronią one to, co w Kościele najświętsze — powiedział prefekt Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej na kongresie kanonistów w Nairobi.


Cyt. za Sanctus.pl.

Przy okazji polecam artykuł z kategorii „przeczytać koniecznie”: o niezwykłej, a niestety zapomnianej postaci abp. Antoniego Baraniaka, sekretarza kardynałów Hlonda i Wyszyńskiego, jego heroicznej postawie w stalinowskiej katowni, która uratowała polski Kościół, i osobistej świętości. To prawda — abp Baraniak w pełni zasługuje na proces beatyfikacyjny, jak mówi jeden ze świadków jego życia, wypowiadający się w artykule: Przewodnik Katolicki z sierpnia 2012, „Wierny towarzysz w cierpieniu”.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”

„Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy rozpocząć budowania w »czystym polu«. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się zgodnie ze swoją własną duchowością — jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych — to naród renegatów! Taki naród skazuje się dobrowolnie na śmierć, podcina korzenie własnego istnienia”.

„Nie wolno tworzyć »dziejów bez dziejów«; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi; nie wolno sprowadzać narodu na poziom »zaczynania od początku«, jak gdyby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, jej wypróbowaną moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych”.

Te słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego, wygłoszone w 1972 i 1977 roku, odnoszą się bezpośrednio do odcinania społeczeństwa, przez komunistyczne władze okresu PRL, od tysiącletniej historii Polski i jej związków z chrześcijaństwem. Nieoczekiwanie dzisiaj stają się równie aktualne jak wtedy, gdy zostały wypowiedziane; Polską znowu rządzą ludzie, którzy usiłują oderwać młodzież od historii, literatury i kultury polskiej, aby wyprodukować nowego, internacjonalnego i wykorzenionego, a więc podatnego na socjotechnikę człowieka.
Jednak mi te słowa Prymasa Tysiąclecia kojarzą się z czymś jeszcze. Przeczytajcie je, proszę, jeszcze raz, zamieniając słowa „naród” i „Polska” na „Kościół”... Niektórzy czytelnicy będą mi to mieli zapewne za złe, ale szczerze się przyznam, że operacja wprowadzenia nowej mszy i zakazania starej, a przede wszystkim związana z nią tabuizacja tematu i zbiorowa amnezja, jako żywo przypominają mi czasy, w których Polska zaczynała się w lipcu 1944 razem z Manifestem PKWN, a o AK i II Rzeczpospolitej nie wolno było wspominać, chyba że najwyżej z dyżurnymi etykietkami „zaplutych karłów reakcji” i „krwawych rządów sanacyjnych”. Urodziłam się w tym samym roku, w którym promulgowany został mszał Pawła VI. Tymczasem o tym, że kiedyś była jakaś inna msza, dowiedziałam się grubo po zakończeniu studiów teologicznych! Kiedy w książkach historycznych oglądałam ilustracje przedstawiające mszę w dawnych czasach, dziwiło mnie, dlaczego wszystko tak inaczej wygląda. Wystarczyło 20 lat, aby dokonać zupełnej amputacji pamięci. A ja nie byłam całkiem oddzielona od Kościoła: chodziłam na religię i byłam w oazie. I kiedy teraz obserwuję, jak przeciwnicy „uwolnienia” starej mszy zwalczają mnie i innych jej zwolenników na Facebooku czy w osobistych rozmowach, jakich używają argumentów, jak uciekają od tematu, stosując proste zaprzeczanie, etykietowanie, projekcje, przypisywanie złych intencji, odwracanie kota ogonem, agresywne ataki ad personam i inne techniki świetnie mi znane z manipulacyjnych zachowań alkoholików, nie mogę uwolnić się od widma tej propagandy historycznej i wymuszonej amnezji z czasów komuny. Pamiętam ją doskonale z dzieciństwa.

Skojarzenia te nie są zupełnie nieuzasadnione, gdyż czym historia jest dla narodu, tym liturgia dla Kościoła. Liturgia jest pamiątką, anamnezą dziejów naszego zbawienia; i jest szkołą wiary zgodnie z zasadą „lex orandi lex credendi”. Jaka liturgia, taki Kościół. Jeśli nagle chirurgicznym cięciem odcinamy sobie 1500 lat historii, przeskakując do mitycznej II-wiecznej „mszy Justyna Męczennika” i równie mitycznej „anafory Hipolita” (polecam świetny tekst o. Macieja Zachary pt. „O tym, że II Modlitwa eucharystyczna NIE JEST najstarszą modlitwą jaką mamy”), to pozbawiamy Kościół jego dziejów, z których czerpie soki na przyszłość. Dlatego, nawiasem mówiąc, nie wierzę w powodzenie wysiłków moich przyjaciół z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, którzy usiłują naprawiać NOM. Może jestem starym zrzędzącym mamutem, czy też karłem z piosenki tria Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński:
„Tej księgi do końca już czytać nie muszę
Choć większa ode mnie i ledwo w połowie
Ogromne oburącz przewracam arkusze —
Ostatnią stronicę bez trudu dopowiem.
By przyszłość dokładnie przewidzieć, wystarczy
Znad kart podnieść wzrok i popatrzeć wam w twarze.
Nic dla was nie musi oznaczać mój starczy
Wzrok z twarzy od dziecka zmarszczonej...”

...ale przez cały czas odczuwam wrażenie, że naprawianie NOM-u przypomina reformowanie socjalizmu. Stawiam hipotezę, że jedno i drugie jest nienaprawialne, bo zostało wykoncypowane za biurkiem i wprowadzone sztucznie, z pogwałceniem procedur i zasad (to oczywiście aluzja do braku legalnego umocowania komisji Bugniniego). Byłam świadkiem tamtych prób ratowania PRL-u; w końcu nie dało się już dłużej udawać, że to działa, i doczekaliśmy Okrągłego Stołu, czerwca 1989 i wyprowadzenia sztandaru. Teraz zaś, ukradkiem kręcąc wąsa, przyglądam się spod przymrużonych powiek, jak to będzie z NOM-em. Czy komukolwiek uda się przekonać duchowieństwo, uformowane przez pokolenie rewolucjonistów kościelnego ’68 roku w duchu wyrzucania mszałów i szat liturgicznych, wyzwalania się z „przestarzałych” pobożnościowych zwyczajów i likwidowania zasad i przepisów, że należy przestrzegać Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, zaleceń papieskich i biskupich, przepisów liturgicznych czy kanonicznych? Trzymam kciuki za Ośrodek Liturgiczny :)
A my tymczasem po cichutku prowadzimy tajne komplety (www.rytdominikanski.pl) i robimy kolejne celebracje. W ten sposób, naśladując organizatorów wielkiej akcji społecznej „Przywracamy lekcje historii do szkół!”, przywracamy Kościołowi jego wielowiekową liturgię i tym samym jego historię. Na Festiwalu „Pieśń naszych korzeni” codziennie celebrowane były msze w rycie dominikańskim (zapraszam do przeczytania relacji). Mimo fatalnej pory (powiedzmy sobie szczerze, że siódma rano to środek nocy, zwłaszcza gdy zabawy festiwalowe trwają do trzeciej) we mszach uczestniczyło po kilkadziesiąt osób. Przychodził na nie opat tyniecki, ojciec Bernard Sawicki, z braćmi, a także pewien cysters. Przychodzili znani śpiewacy i organizatorzy festiwalu. Nie zjawił się tylko nikt z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego ani (poza jednym klerykiem) licznie obecnych na festiwalu dominikanów... Przykro :(

I nie jest to, co robimy, żadnym wprowadzaniem podziałów i niszczeniem jedności, jak zdaje się nam zarzucać opat Sawicki na blogu festiwalowym. Odsyłam tu do jednego z koryfeuszy posoborowej teologii, Hansa Ursa von Balthasara i jego książki „Prawda jest symfoniczna”. Jest w niej zawarte bardzo interesujące rozróżnienie między jednością i jednolitością. Balthasar pokazał, że jednolitość wcale nie jest wymarzona w Kościele, a jedność wcale nie wymaga jednolitości. Ma tego świadomość także Sobór Watykański II (o czym świadczą zapisy Konstytucji o liturgii Sacrosanctum concilium) i papież Benedykt XVI, apelujący o zachowywanie i pielęgnowanie czcigodnych starych rytów własnych. Przecież nawet reforma liturgiczna po Soborze Trydenckim, mimo silnego centralizmu i ujednolicania, pozostawiła tradycyjne ryty zakonne i lokalne!
Warto o tym wszystkim pamiętać, tak samo jak o ponurych konsekwencjach kulturowego, religijnego i narodowego glajszachtowania, które pod czerwonymi, brunatnymi i wszelkimi innymi sztandarami zaciążyło na całym wieku XX, odbierając ludziom ich tożsamość — w imię „jedności” narodowej, państwowej, kościelnej... Bo w rzeczywistości to właśnie dzięki pielęgnowaniu różnorodnych tradycji kulturowych, religijnych, narodowych buduje się jedność. Naprawdę mogą ją czuć tylko ludzie, którym nie odbiera się ich tożsamości i wolności.
A zwolennikom jedności pojmowanej jako jednolitość dedykuję nieśmiertelną piosenkę Kabaretu Salon Niezależnych pt. „Sejm” z 1976 roku — szczególnie przedostatnią zwrotkę :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Święty Jacek i demitologizatorzy

Dominikański Ośrodek Liturgiczny, który zresztą bardzo cenię i lubię, rozpoczął świętowanie uroczystości świętego Jacka od zamieszczenia archiwalnego artykułu pewnego znanego polskiego autora dominikańskiego, tłumaczącego średniowieczne relacje o cudach dokonanych przez świętego Jacka w kluczu symbolicznym. Zaczyna od zdania:
„Opisy tego rodzaju nigdy nie są czystą relacją historyczną, przede wszystkim [podkreślenie moje] wyrażają liczne treści symboliczne”.
A dalej wszystko tłumaczy. Zatem cudowne przejście przez rzekę jest odwołaniem do biblijnego chodzenia Jezusa po wodzie, uratowany tonący jechał na koniu, bo woda była symbolem złych sił, a koń próżności itd., itp.
Przypomniało mi się od razu dzieło niejakiego Jean-Baptiste’a Pérèsa, który w celu ośmieszenia książki osiemnastowiecznego racjonalisty udowadniającego, że Jezus Chrystus nie istniał, lecz był postacią symboliczną, produktem mitu solarnego, skutecznie i naukowo udowodnił, że Napoleon także nigdy nie istniał; był jedynie symbolem przechodzenia słońca po nieboskłonie. Pan Pérès inteligentnie i starannie to uzasadnił, powołując się na znaczenie imion samego Napoleona i jego matki Letycji, symboliczną liczbę 12 marszałków, trzech sióstr i czterech braci, z których trzech było królami, dwóch braci i jednego syna, szczegóły różnych opisywanych czynów... i tłumacząc wszystko w kluczu symboli. Wszystko grało :D Było to w roku 1827, kilka lat po śmierci cesarza Francuzów. Zapraszam do poczytania, jest to dzieło wprost artystyczne:
Comme quoi Napoléon n’a jamais existé (po francusku)
How Napoleon Never Existed (po angielsku)

Wizerunek św. Jacka z bazyliki pod jego wezwaniem w ChicagoOpis życia i cudów dokonanych przez świętego Jacka (De vita et miraculis sancti Iacchonis) został opracowany przez lektora Stanisława z Krakowa w połowie XIV wieku dla potrzeb przygotowywanego procesu kanonizacyjnego Świętego. Było to niecałe sto lat po śmierci Jacka. Lektor Stanisław korzystał z różnych źródeł, w tym starannie przygotowanego spisu jego cudów. Kult Jacka, który był wielkim cudotwórcą i był bardzo kochany przez krakowian, zaczął się natychmiast po jego śmierci; i bracia bez zwłoki zaczęli przygotowywać materiały potrzebne do starań o jego kanonizację. Powołano „biuro cudów” i zaapelowano o zgłaszanie się świadków. Zgłaszający się musieli podawać konkretne okoliczności (miejsce, data, stan zdrowia itp.) cudów oraz nazwiska naocznych świadków. Wszystko to robiono z zachowaniem ówczesnych zwyczajów prawnych — jak w przypadku zeznań protokołowanych w procesie. Dbano o wiarygodność, bo wiedziano, że będzie ona sprawdzana przez Stolicę Apostolską i od niej zależy, czy papież ogłosi dekret o kanonizacji.
Wiem o tym wszystkim tak dobrze z rewelacyjnej książki pt. „Święty Jacek Odrowąż. Studia i źródła”, wydanej z okazji obchodów 750-lecia śmierci świętego Jacka w 2007 roku. Zawiera ona „Żywot” autorstwa lektora Stanisława oraz dodatkowe cuda spisane w XV wieku, inne materiały źródłowe związane ze świętym Jackiem i jego kultem, a także opracowania omawiające i weryfikujące wiarygodność tych źródeł. Jest wśród nich artykuł Raymonda J. Loenertza OP pt. „Żywot świętego Jacka” autorstwa lektora Stanisława jako źródło historyczne, relacjonujący wyniki szczegółowych badań autora nad powstaniem, zawartością i wiarygodnością tego dzieła. Dołączona jest też Nota do artykułu Raymonda J. Loenertza pióra Tomasza Gałuszki OP, świetnego historyka młodego pokolenia i koordynatora obchodów 750-lecia, zdająca sprawę z późniejszych badań naukowych nad „Żywotem”.
Do „Żywotu” dołączone są liczne przypisy. Historyk Maciej Zdanek bardzo się natrudził nad ich opracowaniem i starał się sprostować występujące czasem błędy faktograficzne oraz zidentyfikować wszelkie nazwiska bohaterów i świadków relacji o cudach, jakie tylko udało mu się znaleźć w innych źródłach tego okresu. Okazuje się, że wiele z tych osób było ówczesnymi VIP-ami: wysokim klerem, urzędnikami książęcymi, bogatymi mieszczanami, panami ziemskimi itd.
Warto zapoznać się z tą pasjonującą i przygotowaną na najwyższym poziomie naukowym (mogę to ocenić, bo sama jestem historykiem) książką pokazującą dużą wartość historyczną „Żywotu” św. Jacka oraz naświetlającą ciekawe dzieje starań o jego kanonizację. Pozwoli to każdemu na wyrobienie sobie samodzielnej opinii o wiarygodności przekazanych nam przez tradycję pisemną wiadomości o założycielu polskich dominikanów.
Jako ilustrację tego artykułu wybrałam przedstawienie świętego Jacka z ołtarza głównego bazyliki pod jego wezwaniem znajdującej się w Chicago. Stanowi ona centrum duszpasterstwa Polonii w tym mieście, a co ciekawe, posługują tam nie dominikanie, lecz ojcowie zmartwychwstańcy i siostry Misjonarki Chrystusa Króla. Jest to wspaniałe świadectwo powszechności kultu naszego wspaniałego świętego i bardzo się cieszę, że dowiedziałam się o tym właśnie dzisiaj, świętując jego uroczystość. Będzie trzeba się dowiedzieć, skąd wybór tego, a nie innego patrona chicagowskiej bazyliki.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Wieści Jackowe i inne dominikańskie

Obraz św. Jacka w kaplicy św. Jacka w kościele dominikanów w SandomierzuObraz św. Jacka w kaplicy św. Jacka w kościele dominikanów w Sandomierzu — jedno z najstarszych znanych przedstawień Świętego

Już w najbliższy piątek obchodzimy wspomnienie, a w bazylice św. Trójcy w Krakowie uroczystość, świętego Jacka Odrowąża, pierwszego polskiego dominikanina, przyjętego do zakonu przez samego Ojca Dominika, apostoła Europy Wschodniej i potężnego cudotwórcy wrażliwego na ludzką biedę. I jednego z nielicznych polskich świętych, którzy są czczeni na całym świecie. Zapraszam do świętowania — ci, co nawiedzą pobożnie grób świętego Jacka w Krakowie, mogą uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami, a wszyscy bez wyjątku mogą powierzyć naszemu wielkiemu Świętemu swoje sprawy, odmawiając triduum i litanię. Na stronie www.rytdominikanski.pl zamieściliśmy także uroczy przedwojenny biogramik Świętego.
Mam też dobre wieści dotyczące celebracji Mszy w rycie dominikańskim. Msze takie będą w tym roku po raz pierwszy odprawiane na Festiwalu „Pieśń Naszych Korzeni” w Jarosławiu, i to codziennie od poniedziałku do soboty! Celebransem będzie ojciec Wojtek Gołaski OP z Tallina. W czwartek i piątek Msze te zostaną odprawione jako Msze festiwalowe zamiast Mszy NOM, po jutrzni (ok. 8.45 lub 9.00), i przynajmniej jedna lub obie w formie missa cantata (tej samej, którą odprawialiśmy w Krakowie 1 lipca tego roku); w pozostałe zaś dni będzie Msza czytana o godz. 7.00. Śpiew na niektórych mszach czytanych poprowadzi sam Adam Strug! Wszystkie celebracje w Opactwie. Gorąco zapraszam do przyjechania na Festiwal — w tym roku szczególnie uroczysty z racji jubileuszu 20-lecia festiwalu; odbędą się koncerty wykonawców najwyższej światowej klasy: Sequentia, Micrologus, Jordi Savall, Byzantion... Dołączam linki do mszaliku do rytu dominikańskiego, przygotowanego przez naszego ceremoniarza z Inicjatywy „Coetus Fidelium”. Można go wydrukować jako broszurę i używać zarówno na mszach czytanych, jak i śpiewanych:
Kolorowy:
http://rytdominikanski.pl/wp-content/uploads/2012/08/mszalikdom-czerwony.pdf
Czarno-biały:
http://rytdominikanski.pl/wp-content/uploads/2012/08/mszalikdom-czarnobialy.pdf

sobota, 11 sierpnia 2012

Powracał do przyklękania: follow-up

Po ostatnim artykule poświęconym modlitwie świętego Dominika pojawiły się wypowiedzi, o których warto tu wspomnieć. Mianowicie temat klęczenia, który poruszyłam rano, w południe podjął franciszkański celebrans u krakowskich dominikanów, a po południu sam papież Benedykt XVI. To się nazywa być trendy :)

W Krakowie istnieje uświęcona kilkusetletnia tradycja, zgodnie z którą celebransi w niektórych kościołach zakonnych „wymieniają się miejscami” w najważniejsze kościelne święta. I tak na świętego Dominika główną mszę odprawia u nas franciszkanin, na odpust świętej Trójcy cysters, kiedy indziej karmelita itd. Z kolei dominikanin zawsze odprawia u franciszkanów w uroczystość św. Franciszka itd. Bardzo piękna tradycja. Zatem w czwartek przyszedł do nas młody ojciec Norbert, franciszkanin, i powiedział długie i mocne kazanie o potrzebie nawrócenia się. A w kazaniu zawarł anegdoty, które z pamięci cytuję:
Do księdza robiącego coś w kościele podszedł człowiek, niewierzący, i zapytał:
- Czy wy wierzycie, że hostia i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że Chrystus jest Bogiem?
- Tak, wierzymy.
- A czy wierzycie, że przyjmując komunię, spożywacie naprawdę ciało i krew Boga?
- Oczywiście, że wierzymy.
A na to ten człowiek:
- To kłamstwo. Gdybyście naprawdę w to wierzyli, to byście na kolanach się poruszali od samych drzwi kościoła.

Przy okazji druga anegdota:
Samolot był miotany bardzo silnymi turbulencjami. Przerażeni pasażerowie wysłali księdza do kabiny pilotów, żeby się dowiedział, co się dzieje. Piloci mu powiedzieli: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić. Niech ksiądz się modli i prosi o cud, bo tylko cud może nas uratować”. Ksiądz wrócił do kabiny pasażerskiej i powtórzył słowa pilotów, ale z niewielką modyfikacją: „To straszne. Giniemy. Nic się już nie da zrobić”.

Cóż, czasami tak bywa. Zawodowcom nierzadko trudniej jest zachować fascynację swoją specjalnością i uczucie do niej niż amatorom. Także specjalistom od Pana Boga. Nawiasem mówiąc, słowo amator nie oznaczało dawniej dyletanta, laika (kolejny znaczący trop językowy...), lecz miłośnika. Przecież łacińskie amo oznacza kochać, amator to ten, który kocha!

A po południu papież Benedykt poświęcił świętemu Dominikowi całą katechezę, nazywając go mistrzem modlitwy i zwracając uwagę na znaczenie odpowiednich postaw ciała:
Drodzy przyjaciele, św. Dominik przypomina nam, że u podstaw świadectwa wiary, jakie każdy chrześcijanin powinien dawać w rodzinie, w miejscu pracy, w zaangażowaniu społecznym, a także w chwilach relaksu, znajduje się modlitwa; jedynie nieustanna więź z Bogiem daje nam siłę do intensywnego przeżywania wszystkich wydarzeń, szczególnie tych najbardziej trudnych. Ten święty przypomina nam także o znaczeniu zewnętrznych postaw w naszej modlitwie. Postawa klęcząca, stojąc przed Panem, wpatrywanie się w krucyfiks, zatrzymywanie się i skupienie w milczeniu nie są czymś drugorzędnym, ale pomagają nam wewnętrznie stanąć całą naszą osobą przed Bogiem. Chciałbym raz jeszcze zwrócić uwagę, że dla naszego życia duchowego konieczne jest znalezienie codziennie chwil, zwłaszcza w czasie wakacji, na rozmowę z Bogiem. Będzie to również sposób niesienia pomocy ludziom, którzy są nam bliscy, aby weszli oni na świetlistą drogę obecności Boga, która niesie pokój i miłość, i której wszyscy potrzebujemy w codzienności.

Całość katechezy można przeczytać tutaj.

Ps. Czy ktoś z Was zna dobry polski odpowiednik angielskiego terminu follow-up?