piątek, 24 października 2014

Ważne stwierdzenia abp. Pozzo nt. dokumentów Soboru Watykańskiego II

Arcybiskup Guido Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, udzielił poważnemu francuskiemu tygodnikowi „Famille Chrétienne” wywiadu, w którym zawarł ważne uwagi nt. różnej wagi poszczególnych dokumentów Soboru Watykańskiego II. Co jeszcze istotniejsze, informacje te podał serwis oficjalnej rozgłośni radiowej Watykanu. Generalnie w tym, co mówi abp Pozzo, nie ma nic odkrywczego; ważne znaczenie ma natomiast to, że wykładnia ta pada z ust wysokiego przedstawiciela Stolicy Apostolskiej. Budzi to nadzieję nie tylko na ostateczne uporządkowanie statusu kanonicznego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X (lefebrystów), lecz także na zapewnienie jakichś „miejsc ucieczki” dla wiernych trwających przy prawdziwej doktrynie katolickiej po — obawiam się — nieuniknionej zmianie nauczania moralnego Kościoła przez przyszłoroczny synod biskupów.
(Niemcy nie po raz pierwszy wprowadzają herezję do Kościoła i sądzę, że tym razem, w warunkach narastającego chaosu w polityce informacyjnej i wizerunkowej Kościoła, jaki wybuchnął wraz z obecnym pontyfikatem, znowu odniosą sukces; dopiero potem, za kilkadziesiąt lat, Kościół będzie płakał nad rozlanym mlekiem. Nie wątpię też, że wraz z tym zwycięstwem rozpoczną się miękkie lub mniej miękkie prześladowania wiernych katolików; podobne zjawiska, i szerzej cały sposób postępowania frakcji reformatorskiej — czy mówiąc wprost, modernistycznej, miały już miejsce choćby przy wprowadzaniu Novus Ordo Missae w końcu lat 6o. XX wieku).
W oczekiwaniu na ten prawdopodobny w mojej ocenie rozwój wypadków tym ważniejsze staje się uporządkowanie sytuacji eklezjalnej, okrzepnięcie wewnętrzne oraz wzmocnienie jedności wszystkich środowisk, które bronią ortodoksyjnego nauczania Kościoła katolickiego, chronionego przez jego Tradycję — nawet jeśli są między nimi różnice poglądów co do innych zagadnień.
Wypowiedzi arcybiskupa Pozzo wspierają też pracę nad oczyszczeniem powszechnego odbioru dokumentów Soboru Watykańskiego z fałszywych interpretacji narzuconych przez, działających od 50 lat w równie hucpiarski sposób jak obecnie kard. Kasper i spółka, wyznawców tzw. Ducha Soboru. Odkłamanie nauczania ostatniego soboru to najpilniejsze dzisiaj zadanie dla wszystkich ortodoksyjnych katolików. Jest to konieczne, aby uchronić Kościół katolicki przed kolejnym nieszczęściem takim jak rewolucja protestancka, i to podobnych rozmiarów.
Moderniści są jak agresywne imperium w rodzaju rosyjskiego czy prusko-hitlerowskiego; będą jak walec parli do przodu aż do chwili, gdy zostaną zatrzymani. (Inna paralela to świetnie znana z teorii rewolucji zasada ruchomego horyzontu). Im szybciej się to uda zrobić, tym mniej będzie ofiar. A teraz chodzi już nie o księgi, śpiewy i zwyczaje liturgiczne, choćby najświętsze i najpiękniejsze, lecz o zagrożone życie tych najbardziej bezbronnych, dzieci — cierpiących z powodu rozbicia rodzin i utraty rodziców oraz oddawanych homoseksualistom na zabawki seksualne pod pozorem adopcji (żadna tajemnica, są już badania psychologów amerykańskich).
Abp Pozzo zaznaczył jednak, że przezwyciężenie trudności o charakterze doktrynalnym nie oznacza, że Bractwo musi się wycofać ze swych zastrzeżeń czy poglądów na temat niektórych aspektów, które nie dotyczą wiary, lecz zagadnień duszpasterskich lub niedefinitywnego nauczania Magisterium. W ramach tego, co nie podlega negocjacji wymienił Professio fidei — wyznanie wiary oraz uznanie zasady, że jedynie Magisterium Kościoła została powierzona władza autentycznej interpretacji Słowa Bożego. Jest to doktryna katolicka przypomniana przez Sobór Watykański II, ale nauczana już przez Piusa XII w encyklice Humani generis. W konsekwencji, choć istnieją różne stopnie władzy i posłuszeństwa wiernych jego nauczaniu, niczego nie można stawiać ponad Magisterium.

Abp Pozzo wyraził nadzieję, że na tak określonych warunkach doktrynalnych uda się ustalić punkty wspólne i dojść do porozumienia. Stolica Apostolska pozostawia bowiem pole do refleksji nad zastrzeżeniami do pewnych aspektów i sformułowań dokumentów soborowych, a także do niektórych posoborowych reform, które nie dotyczą kwestii dogmatycznych i nie podlegających dyskusji.

Watykański hierarcha potwierdził też, że dokumenty Vaticanum II w różnym stopniu angażują władzę Kościoła i w konsekwencji w różnym stopniu są wiążące dla wiernych. Na przykład konstytucje Lumen gentium o Kościele i Dei Verbum o Objawieniu Bożym mają charakter deklaracji doktrynalnej, choć nie zawierają definicji dogmatycznej. Natomiast deklaracje o wolności religijnej i religiach niechrześcijańskich, a także dekret o ekumenizmie mają inny i mniej wiążący charakter — zaznaczył sekretarz papieskiej komisji.

Cała informacja: Stolica Apostolska nie chce od lefebrystów kapitulacji
(tytuł, rodem z tabloidu, oryginalny)

piątek, 17 października 2014

Książę tego świata chce mnie porwać

Na większą cześć i chwałę Pana Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, a nam na pożytek nasz zbawienny czyta nam dzisiaj Kościół Święty, Matka nasza:

Z dzisiejszej godziny czytań, Księga proroka Malachiasza, cytat nr 1:
„Syn powinien czcić ojca, a sługa swego pana. Lecz skoro Ja jestem Ojcem, gdzież jest cześć moja, a skoro Ja jestem Panem, gdzie szacunek dla Mnie? To mówi Pan Zastępów do was, o kapłani: Lekceważycie imię moje, a jednak pytacie: Czym to okazaliśmy lekceważenie Twemu imieniu? Oto przynosicie na mój ołtarz potrawy skażone, a pytacie: Czym go skaziliśmy? Tym, że przynosząc je, niejako powiadacie: Oto stół Pański jest w pogardzie! Gdy bowiem przynosicie ślepe zwierzę na ofiarę, czyż nie jest to rzeczą złą? Albo gdy przynosicie chrome i chore, czyż to nic złego? Ofiarujże to twemu namiestnikowi! — Czy będzie mu miłe i czy życzliwie cię przyjmie? — mówi Pan Zastępów... Wy zaś bezcześcicie je [moje imię], mówiąc: Stół Pański jest splugawiony, bo składane na nim ofiary są miernej wartości. Powiadacie też: Cóż to za umęczenie! — I tak pogardzacie nim, mówi Pan Zastępów, a przynosicie zwierzę skażone: chrome i chore — i składacie na ofiarę. Czy mam to przyjąć z upodobaniem z ręki waszej? — pyta Pan. Dlatego niech będzie przeklęty oszust, który mając w swej trzodzie samca, ślubuje złożyć go na ofiarę, a potem składa Panu zwierzę skażone; gdyż Ja jestem potężnym Królem, a imię moje będzie wzbudzać lęk między narodami”.

Dzisiaj zamiast chorych i ślepych zwierząt są plastikowe rury zamiast świec oraz nylonowe firanki zamiast ornatów i bielizny ołtarzowej. Ciekawe, czy wtedy też kapłani powoływali się na obłudne judaszowe argumenty, że tak jest taniej, a pieniądze zaoszczędzone na kulcie Bożym można przekazać na biednych. (BTW, czy ktoś z was słyszał o kościele, w którym różnice między kosztem prawdziwych świec i diesli są naprawdę przekazywane na biednych?)

Cytat nr 2, ze specjalną dedykacją dla ojców z synodu biskupów ds. (rozbijania) rodziny (niepotrzebne skreślić):
„Sprawiliście też, że łzami, płaczem i jękami okryto ołtarz Pana, tak że On więcej nie popatrzy na dar ani nie przyjmie z ręki waszej ofiary, której by pragnął. A wy się pytacie: Dlaczegóż to tak? Dlatego że Pan był świadkiem pomiędzy tobą a żoną twojej młodości, którą przeniewierczo opuściłeś! Ona była twoją towarzyszką i żoną twojego przymierza. [...] Strzeżcie się więc w duchu waszym: wobec żony młodości twojej nie postępuj zdradliwie! Jeśli kto nienawidząc oddalił żonę swoją - mówi Pan, Bóg Izraela — wtedy gwałt pokrywał swoją szatą. Mówi Pan Zastępów: Strzeżcie się więc w duchu waszym i nie postępujcie zdradliwie!”

Po Malachiaszu poprawia święty męczennik, biskup Ignacy Antiocheński, jeden z tzw. ojców apostolskich:
„Książę tego świata chce mnie porwać i przeszkodzić memu dążeniu do Boga. Niechaj go nikt z was nie wspomaga. Bądźcie raczej po mojej stronie, to jest po stronie Boga. Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata”.

Ci panowie zrobili mi dzień.
I jeszcze święta Ewangelia:
„Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!”

Wypisz, wymaluj, komentarz do ostatnich poczynań kardynała Kaspera i spółki (zarówno sprawy wywiadu ze słowami nt. afrykańskich hierarchów, jak i prób ukrycia, że większość ojców synodalnych miała inne zdanie niż oni). Doprawdy, nie mogę się oprzeć zachwytowi, jak Duch Święty dobiera czytania w imieniu Kościoła.

A na koniec w ramach ogłoszeń duszpasterskich kącik humoru, z ostatniej chwili (źródło: Katolickie memy):



niedziela, 12 października 2014

Do kursu tańca gender gratis

Taka sobie bajeczka” ma dopiero tydzień, a tymczasem archiwa jej autorki pęcznieją w takim tempie, że niedługo trzeba będzie założyć sajt w rodzaju „Młodych wykształconych i z wielkich ośrodków” (przy okazji: podziękowania za inspirację do stroju trzech Budrysów udających się do kawiarni „Wesoły kot” na spotkanie z modnym warszawskim literatem). „ASZdziennik” wysiądzie, bo w Pikutkowie wszystko prawdziwe. Nie będę palić wszystkich historyjek, ale jedną wrzucam na podniesienie apetytu.

Jak pamiętamy, niedawno przez media przetoczyła się wieść, że pewien proboszcz w Gliwicach dał dyspensę na jedzenie mięsa w piątek klientom jednego, konkretnego sklepu, i zostało to publicznie ogłoszone razem z nazwą sklepu. A dzisiaj dominikanie z klasztoru we Wrocławiu zachęcają na swojej stronie do zapisywania się do jednej konkretnej szkoły tańca towarzyskiego, używając sformułowania: „Zapraszamy do szkoły tańca, która wyewoluowała z kursów prowadzonych przy naszym duszpasterstwie akademickim”. W dzisiejszej rzeczywistości w kraju. I niech mi teraz ktoś próbuje udowadniać, że księża nie spadają z księżyca. Konkordat nie obejmuje chyba wyłączenia działania ustaw o nieuczciwej konkurencji, wychowaniu w trzeźwości itp.?


Widzę, że po okresie namawiania w kościołach do głosowania na kandydatów prawicy, z którym mieliśmy do czynienia kilkanaście lat temu, ale która do tej pory odbija się czkawką i fatalnie psuje Kościołowi opinię i układy w kraju, zaczyna wzbierać nowa fala ogłoszeń duszpasterskich: „Najlepsze wiązanki kwiatowe w firmie X”; „Sklep Y daje jutro zniżki każdemu co trzeciemu klientowi”; „Najlepsze nakrętki i śruby sprzedaje sklep Iksiński i Igrekowski, ulica Zielna”; „Dla uczestniczących we mszy św. o godz. 11 ciastko w kawiarni Abackiego na Morelowej gratis; dla tych, co przyjęli komunię św. — dwa ciastka!”
Straciłam nadzieję, że księża są reformowalni. Niczego się nie nauczyli.
Serdecznie polecam zapoznanie się z ogłoszeniem u dominikanów wrocławskich wszystkim firmom, prowadzącym we Wrocławiu kursy tańca.
A swoją drogą, dominikanie najwyraźniej zaczynają się specjalizować w coraz to nowych dziedzinach tego świata. Po kursach gender przyszedł czas na taniec (co prawda, już wolę taniec niż gender czy organizowanie spotkania z działaczką proaborcyjną). Dlatego opracowałam małe ogłoszenie:
Dominikanie we Wrocławiu zapraszają do szkoły tańca towarzyskiego, którą zainicjowali. Nauką tańca towarzyskiego zajmują się też w duszpasterstwie prowadzonym przez dominikanów w Krakowie. Serdecznie zapraszam zainteresowanych nauką tańca do szerokiego propagowania tej informacji. Na razie Wrocław i Kraków, ale być może nauka tańca towarzyskiego jest możliwa także w innych klasztorach polskiej prowincji dominikanów. Spis klasztorów oraz informacje kontaktowe są dostępne na stronie prowincji: dominikanie.pl
Uwaga! Ta reklama jest za friko, wyłącznie z sympatii i po znajomości. Braci dominikanów zachęcam do przysyłania mi informacji o wszelkich nowych inicjowanych przez nich kursach: jazdy na deskorolce, gotowania, modelarstwa, wizażu... A niechby nawet kamasutry. Na „Myślach spod chustki” reklamy dla Polskiej Prowincji Dominikanów będą zawsze za darmo!

Swoją drogą, odnoszę niestety wrażenie, że wielu księży z niecierpliwością oczekuje, aby autor słów:
„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”
odszedł do Domu Ojca po zasłużoną nagrodę. Wtedy będzie można już bez przeszkód budować nowy, wspaniały Kościół z kursami gender, lesbijkami wychowującymi dzieci, kursami tańca, rozgrzeszaniem par żyjących na kocią łapę i komunią dla rozwodników w związkach niesakramentalnych.
A Reszcie pozostanie albo FSSPX — dokąd po ostatnich doniesieniach dotyczących komunii dla rozwodników zaczyna się zbierać jeden mój znajomy, bardzo gorliwy, młody kapłan; albo prawosławie — dokąd trafiła niedawno inna moja znajoma, dziewczyna, którą dominikanie tak dobrze nauczyli swymi słowami miłości i poszanowania do liturgii, że przestała się mieścić w rzeczywistości czynów.
Ja trwam — przysięga doktora teologii katolickiej daje z pewnością jakąś specjalną łaskę — ale żeby nie zwariować, cały czas utrzymuję ciepłe kontakty z braćmi schizmatykami ze Wschodu. I powtarzam za Herbertem:
„Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
...
Bądź wierny Idź”
Mam jednak nadzieję, że nastąpi cud, tak jak było już wiele razy w historii. „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Pan Bóg i tym razem nie zaniedba przysłania nowego Jana Chrzciciela, Katarzyny Sieneńskiej, Piotra Skargi, Ezechiela. Choćby trzeba było przejść przez nowe wygnanie babilońskie, Reszta powróci.

Ps. Kuzyn z Podkarpacia właśnie dosłał dodatkowe informacje: „pierwszy był tak naprawdę Rzeszów tu w klasztorze jest bogata oferta: tańce dla nowożeńców, tańce towarzyskie, tańce etniczne”
Ps 2. Istnieje Polska Federacja Tańca grupująca instytucje, organizacje i zawodników z tej branży. Sądzę, że jeśli polscy dominikanie wstąpią do niej jako Polska Prowincja Dominikanów, a nie każdy klasztor oddzielnie, mogą dostać zniżkę od składki członkowskiej.

niedziela, 5 października 2014

Taka sobie bajeczka

Cała historia zaczęła się jakoś w połowie Wielkiego Postu, w poniedziałek rano, gdy do klasztoru braci propinatorów w Pikutkowie, pięknego i cieszącego się wielką historią miasta w Kraju Sarmatów, przybyli bracia Kosma i Damian z innego klasztoru należącego do prowincji sarmackiej Zakonu Braci Propinatorów. Mieli zatrzymać się przez tydzień, żeby załatwić jakieś sprawy. Po przyjeździe do klasztoru bracia udali się do igumena, brata Hilperyka, i Kosma bez zmrużenia oka w imieniu obydwu zakonników poprosił go o zgodę na założenie czarnych spodenek w białe wieloryby. Była to jawna bezczelność, bo na ostatniej kapitule prowincji sarmackiej braci propinatorów jednomyślnie uchwalono, że dla zachowania braterskiej jedności i miłości żadnemu z braci nie wolno zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby; mogą nosić wyłącznie legginsy w żyrafy. Nie był to wprawdzie oficjalny dokument, tylko ustne ustalenia kuluarowe, ale w Zakonie Braci Propinatorów te dwa sposoby procedowania posiadały równie ważkie skutki prawne. Dlatego wszelkie przejawy niezdrowego zainteresowania spodenkami i wielorybami spotykały się z gwałtownym ostracyzmem opinii publicznej braci i zdecydowanym przeciwdziałaniem przełożonych.
Sprawa spodenek w wieloryby była strasznie śliska. W ostatnich latach do pikutkowskich propinatorów docierało coraz więcej plotek o tym, że wierni świeccy zbierają informacje o czarnych spodenkach w białe wieloryby, a nawet składają pisma z prośbą, by mogli je obejrzeć. Powołują się przy tym na jakiś art. 4 Konstytucji o bieliźnie Soboru Watykańskiego II, twierdzący rzekomo, że „Matka Kościół uznaje za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane spodenki w wieloryby i chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszelki rozwój”. Bracia propinatorzy doskonale znali nauczanie soborowe i gorliwie propagowali je wśród wiernych; dlatego Hilperyk świetnie wiedział, że takiego artykułu nie ma i być nie może. Co więcej, Sobór Watykański II jawnie zakazał używania wszelkich spodenek w wieloryby i nakazał noszenie wyłącznie legginsów w żyrafy. Nauczono go tego w seminarium propinatorskim. Pyskaci wierni powoływali się na jakąś encyklikę papieża Bożywoja XIV i wywoływali ciągłe kłótnie w Internecie. Było to uciążliwe i męczące; na szczęście pewnego razu jeden z najlepiej wykształconych współbraci Hilperyka rzetelnie odpłacił im pięknym za nadobne. Przedstawił się na poczytnym katolickim forum internetowym jako doktor teologii i wykładowca seminarium duchownego braci propinatorów, a następnie wypalił, że nawet jeśli Bożywój napisał taką encyklikę, bracia propinatorzy i tak zrobią to, co sami postanowią. Tym stwierdzeniem przeciął nużące przepychanki ze świeckimi jak Aleksander węzeł gordyjski. Pismo, które wierni przynieśli Hilperykowi, powołując się na art. 5 encykliki Bożywoja, igumen schował do szuflady i myślał, że będzie miał spokój; problem czarnych spodenek w białe wieloryby w Pikutkowie wydawał się trwale rozwiązany. Aż tu nagle zjawili się ci cholerni Kosma i Damian, którym przecież już w ich własnym klasztorze wielokrotnie zakazywano noszenia spodenek w wieloryby, i zepsuli miłą atmosferę jednomyślnej miłości braterskiej!

***

Brat Symplicjan, liturgista klasztoru, był mocno zasępiony. Tak mocno, że przestała mu smakować wyborna kawa z wysokiej klasy ekspresu w sali telewizyjnej, z której smaku klasztory propinatorów były znane w całym sarmackim Kościele. Profesjonalny ekspres dostępny wyłącznie dla branży HoReCa zdobył jeden z braci dzięki koneksjom rodzinnym. Jednak tego popołudnia do Symplicjana przyszła delegacja wiernych i zgłosiła niezrozumiałe żądanie, by prezbiterzy zakładali stułę pod ornat, a nie nosili ją na nim. Było to jednak tylko hors d’oeuvre, przygotowanie artyleryjskie; bo zaraz w drugim zdaniu, powołując się na stos dokumentów i paragrafów, wierni świeccy poprosili z naciskiem, by usunął z grona ministrantów Zuzię i Franię. W Pikutkowie nie wolno było powoływać kobiet na ministrantów; nie było indultu papieskiego obejmującego diecezję pikutkowską, a te, który istniały, przewidywały, że można to czynić tylko w razie konieczności — gdy brakuje mężczyzn. Trudno było uznać, że jest to wypadek klasztoru propinatorów, gdzie do dyspozycji było codziennie kilkudziesięciu braci oraz kilkuset wiernych świeckich płci męskiej. Propinatorzy nie mieli również dyspensy biskupiej, a co więcej, znając poglądy biskupa, można było z góry oczekiwać, że jej nie otrzymają, nawet gdyby o nią wystąpili. Brat Symplicjan wiedział o tym wszystkim równie dobrze jak delegacja wiernych. „Psiakość, przegrana sprawa” — pomyślał z goryczą i zrobiło mu się jeszcze smutniej. Zuzia i Frania, dwie urocze i dobrze rozwinięte czternastolatki, były protegowanymi brata Ildefonsa. W tym czcigodnym starcze, sławnym propagatorze nauczania Soboru Watykańskiego II i Świętego Papieża Polaka Jana Pawła II, wiele lat wcześniej „Salon”, zwany też Grupą Trzymającą Władzę (nieformalna struktura posiadająca rzeczywisty rząd dusz w Zakonie Braci Propinatorów) rozpoznał Inkarnację Ducha Soboru. Od tej pory brat Ildefons był nie do ruszenia; jego słowo było prawem i stało ponad wszelkimi innymi prawami i zasadami.
Ale następnego dnia rano Symplicjan miał na uniwersytecie w sąsiednim mieście wygłosić przed kilkusetosobowym audytorium liturgistów, teologów i innych kościelnych profesjonalistów kolejny wykład z cyklu „Zasługi braci propinatorów dla podnoszenia jakości liturgii w Kraju Sarmatów”. (Bracia propinatorzy byli gorliwymi propagatorami dobrej liturgii; jeździli po kraju z warsztatami dla księży diecezjalnych i świeckich aktywistów kościelnych, i uświadamiali wszystkich chętnych, ile nadużyć liturgicznych panuje w ich kościołach, a następnie uczyli odprawiania właściwie — z elegancką prostotą, zgodnie z przepisami i w pełnym poszanowaniu dla sacrum). Z tego właśnie powodu, mimo przekonania, że jego wysiłek zda się psu na budę, postanowił jednak poruszyć sprawę Zuzi i Frani na radzie współbraci.
A jednak, wbrew wszelkim przewidywaniom, interwencja Symplicjana odniosła skutek!
Na żądanie zranionego do głębi serca brata Ildefonsa bracia ochoczo przegłosowali, że od tej pory Zuzia i Frania będą stały bliżej ołtarza, a także mają rozpuścić włosy i co kilka minut ostentacyjnie potrząsać grzywami jak rasowi heavymetalowcy na koncercie, tak by wierni mogli łatwiej zrozumieć, jak bardzo grzeszą, gdy występują przeciw świętym prawom równouprawnienia i feminizmu.

***

Delegacja zdążająca do brata Symplicjana zjawiła się u propinatorów w porze, gdy w kościele klasztornym miały się właśnie zacząć publicznie celebrowane nieszpory wspólnoty propinatorskiej. Były one obowiązkowe dla wszystkich braci z wyjątkiem tych, którzy uzyskali od przełożonego dyspensę ze względu na wykonywanie w tym czasie obowiązków duszpasterskich i tym podobnych. Była to rzecz oczywista i zrozumiała — o tym, że dla świadczenia miłosierdzia i służby bliźnim można, a nawet powinno się przerwać modlitwę, nauczali przecież Wincenty a Paulo, Katarzyna Sieneńska, Henryk Suzo oraz wielu innych znanych świętych.
Wierni pragnęli pobożnie pomodlić się na nieszporach przed rozmową z Symplicjanem i dlatego wybrali tę porę. Na furcie klasztornej minęli rozluźnionych i dowcipkujących braci Pankracego, Serwacego i Bonifacego w rurkach, tiszertach ze zdjęciem Lady Gaga i rejbanach. Zmierzali oni właśnie do modnej kawiarni „Wesoły kot”, by przy piwerku i cafe latte z mlekiem sojowym wziąć udział w spotkaniu z szybko zdobywającym popularność młodym warszawskim literatem, laureatem ubiegłorocznej Nagrody Nike i najnowszym bożyszczem sarmackich salonów celebryckich. Zaraz za nimi przemknął w wygodnym dresie wielki miłośnik joggingu, brat Prudencjusz. O Prudencjuszu, który dzięki joggingowi mimo upływu lat wciąż zachowywał nienaganną figurę, krążyły opowieści, że gdy jakiś wierny prosi go o spotkanie i rozmowę, odmawia zawstydzony i pełen winy, tłumacząc się, iż z powodu ostatniego nawału obowiązków zakonnych zawalił modlitwę i musi ją teraz nadrobić. Przyjmowano to ze zrozumieniem — wszyscy bowiem wiedzieli, że na modlitwach klasztornych Prudencjusza niemal nigdy się nie widuje; niewątpliwie ma więc co nadrabiać.
Delegacja wiernych, znająca na pamięć i na wyrywki Kodeks prawa kanonicznego, dokumenty Soboru Watykańskiego II, wszystkie encykliki, adhortacje, konstytucje i motu propria ostatnich trzech papieży, Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, a nawet „Reguły i zasady braci propinatorów” (które były co prawda dokumentem o charakterze ściśle wewnętrznym, ale ktoś je kiedyś wystawił na Allegro, więc wierny laikat propinacki bez zważania na cenę natychmiast je wykupił), wiedziała doskonale, że propinatorzy jako kapłani powinni pokazywać się publicznie w stroju duchownym, a jeśli nawet nie, to mają obowiązek przypinania do świeckiego stroju godła zakonu lub innego znaku świadczącego o tym, że należą do Zakonu Braci Propinatorów. Sama jednak była zdania, że przypinanie godła zakonu do wcale fikuśnego i mocno atrakcyjnego (czemu nikt nie mógł zaprzeczyć) zdjęcia Lady Gaga nie byłoby najlepszym pomysłem. Z rurkami, rejbanami i dresem komponowałoby się ono niewiele lepiej. Sprawa została więc pominięta milczeniem, zwłaszcza że ze względu na naturalne prawidła ludzkiej psychiki i komunikacji międzyosobowej po Pikutkowie z prędkością fali uderzeniowej z ust do ust rozchodziła się raczej informacja o tym, że jakiś propinator został napotkany w stroju duchownym, a nie o tym, że był po cywilu.

***

Brat Damazy, ekonom klasztoru, uśmiechał się do siebie. Był naprawdę zadowolony. Właśnie podpisał umowę na wynajem lokalu pod nowy sklep z alkoholami. Oczyma duszy widział szybko zmieniające się cyferki na koncie bankowym klasztoru. Co prawda sklep miał się znajdować tylko jakieś 10 metrów od narożnika kościoła braci propinatorów, a Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu skutkom alkoholizmu zabraniała sprzedawania alkoholu w odległości mniejszej niż 100 metrów od budynku kultu, Damazy jednak wiedział z doświadczenia, że nie musi się niczego obawiać. W ostatnich latach wynajął już pod sprzedaż lub wyszynk alkoholu sporo innych należących do braci propinatorów lokali, mieszczących się w odzyskanych przez nich kamienicach otaczających kościół i klasztor. Wcześniej mieściły one cukiernię z najlepszymi ciastami w Pikutkowie, jadłodajnię dla studentów, księgarnię, kwiaciarnię, fryzjera i biuro podróży; ale właściciele tych handli nie byli w stanie sprostać regularnie podnoszonym przez propinatorów czynszom, gdyż w kraju panował kryzys. Wystarczające przychody można było osiągnąć tylko na hazardzie, alkoholu i prostytucji, a trudno było przecież oczekiwać, by zakonnicy tolerowali u siebie hazard i prostytucję. I nigdy nie przyszła żadna inspekcja ani żadna gazeta o tym nie pisnęła, nawet antyklerykalna. A choćby nawet, to grzywna za łamanie ustawy o wychowaniu w trzeźwości wynosiła najwyżej ćwierć miesięcznego wpływu za jeden lokal. Tak, Damazy był zadowolony. Był naprawdę gorliwym i troszczącym się o klasztor ekonomem.

***

W ciepły mimo wczesnej wiosny, sobotni wieczór brat Ildefons wertował książkę z wypowiedziami Wielkiego Papieża Polaka. Szykował kazanie na niedzielną mszę i szukał pomysłów. Niewidzącym wzrokiem przeleciał stronę z wypowiedzią, w której Jan Paweł II ze wzruszeniem mówił o latach, gdy wraz z kolegami służył przy ołtarzu na wzór kolegium Apostołów, oraz o wielkim znaczeniu posługi ministranckiej młodych chłopców dla budzenia powołań kapłańskich. Na kolejnej stronie przeczytał: „W dziedzinie wiary i moralności propaguje się prawdziwe herezje, wywołując wątpliwości, zamieszanie i bunt. Nawet liturgia została poddana manipulacjom, pogrążona w intelektualnym i moralnym relatywizmie, aż do permisywizmu włącznie, w którym wszystko jest dozwolone”. Z roztargnieniem przewracał kartki; wszystko przecież już kiedyś czytał. W końcu jednak znalazł coś ciekawego: przemówienie do naukowców zachęcające do zapobiegania katastrofie ekologicznej. Następnego dnia bez trudu wygłosił porywające i poruszające kazanie o wierności nauczaniu Świętego Papieża Polaka, przejawiającej się w segregowaniu śmieci. Ogłoszenia duszpasterskie czytał na jego mszy sam igumen, brat Hilperyk; i tym razem, jak zwykle, Hilperyk napomniał wiernych, by nie ważyli się sprzeciwiać nauczaniu Soboru Watykańskiego II i rozbijać tym samym jedności Kościoła (jak pamiętamy, propagowanie nauczania Soboru było drugim konikiem braci propinatorów oprócz nakłaniania kleru diecezjalnego do podnoszenia jakości liturgii). Z tym rozbijaniem jedności było dobre; poprzedniego dnia Hilperyk przeczytał, że argumentu tego użyli liberalni teolodzy zachodni, którzy usiłowali zablokować ogłoszenie przez Pawła VI encykliki Humanae vitae, i pomyślał, że świetnie się nada także w innych kontekstach. Na koniec zaś igumen tradycyjnie dodał, że nauczania Kościoła nie można traktować jak hipermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam się podoba, a resztę odrzucamy.
Wierni cierpliwie wysłuchali swoich pasterzy (naprawdę szczerze ich lubili). Potem jednak wyszli z kościoła i powiesili na jego frontonie transparent z napisem „Czyńcie, co wam mówią, ale uczynków ich nie naśladujcie, bo sami nie czynią tego, co mówią”. Następnie zaczęli myszkować po pobliskich uliczkach. W promieniu kilkuset metrów od klasztoru braci propinatorów stało ze dwadzieścia innych kościołów. O tym, że Jego Świątobliwość papież Bożywój XIV w wydanej kilka lat wcześniej encyklice napisał, że spodenki w wieloryby mają wielkie znaczenie dla Kościoła i nigdy nie zakazano ich noszenia, a co więcej, taki zakaz byłby nieważny prawnie, i dlatego każdemu kapłanowi wolno to swobodnie czynić, wiedzieli generalnie wszyscy w branży — także ci, którzy sami nosili legginsy w żyrafy. Dlatego, chociaż z powodu zmiany trendów w modzie spodenki w wieloryby nie cieszyły się specjalną popularnością, nikt jednak nie robił trudności z ich zakładaniem, jeśli ktoś przyszedł i o to poprosił; wystarczyło tylko, że pokazał celebret.
Laikat propinatorski był naprawdę dobrze uformowany przez swoich braci. Nie tylko znał na pamięć wszystkie dokumenty i przepisy kościelne, lecz nawet wiedział o istnieniu strasznie sławnego i mądrego propinatora, który kiedyś napisał, że nie we wszystkim należy słuchać przełożonych, gdyż niekiedy polecenia przełożonych są sprzeczne z przykazaniami Bożymi. Podwładni zaś nie podlegają przełożonym we wszystkim, lecz tylko w odniesieniu do jawnych, określonych spraw i gdy takie posłuszeństwo nie sprzeciwia się rozkazowi wyższej władzy.
Kurtyna.

***

A nie, to jeszcze nie był koniec.
Jak łatwo się domyślić, to samo, co wiernym, przyszło do głowy bratu Hilperykowi. „Nie będzie Kosma pluł nam w twarz” — pomyślał z zaciśniętymi zębami igumen i zaraz wpadł na pomysł, że przecież może obdzwonić rektorów wszystkich kościołów w Pikutkowie i ostrzec ich przed Kosmą i Damianem. „Wpłynę na nich, aby pod żadnym pozorem nie pozwalali im nigdy zakładać w swoich kościołach czarnych spodenek w białe wieloryby” — stwierdził.
Przechodząc od razu od słów do czynów, Hilperyk zajrzał do książki telefonicznej. W Pikutkowie i okolicach było około dwustu kaplic i kościołów. Czekało go ciężkie popołudnie. Mimo to nie zaniedbał telefonu do brata Hermenegilda, igumena Kosmy i Damiana. Opisał mu szczegółowo ich zachowanie w Pikutkowie i na wszelki wypadek jeszcze raz go zaklął, by pod żadnym pozorem nie pozwalał im zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby.
„Taką sobie bajeczkę” odnalazł w Internecie brat Histrion i dostał histerii. Czuł, jak zalewają go fale palącego, gorzkiego gniewu. Miotał się po celi jak Marek po piekle, bo ciśnienie skoczyło mu do dwustu pięćdziesięciu. Rozjuszony, wysłał do autorki długi i skrajnie emocjonalny list, w którym oskarżył ją, że ma podły charakter, nienawidzi Zakonu Braci Propinatorów i pragnie go zniszczyć. Następnie zrobił wokół sprawy wielką chryję na wewnętrznej liście dyskusyjnej braci propinatorów i wraz z kilkoma innymi najbardziej rozwścieczonymi ustalił, że w celu należytego ukarania winnej i uświadomienia jej rozmiaru jej występku wszyscy bracia propinatorzy wyrzucą ją ze znajomych na Facebooku i od tej pory pod żadnym pozorem nie będą komentować jej wpisów na forach internetowych. „Kara godna prawdziwego gimnazjalisty” — pomyślał Histrion z dumą i satysfakcją.
Co prawda autorkę „Bajeczki” wyrzuciło ze znajomych tylko dwóch propinatorów: on sam i brat Chryzopraz posługujący w Trapezfiku, ale i to wystarczyło, by zrobiło mu się lepiej.
W tym samym czasie Święty Ojciec Propinat, Założyciel Braci Propinatorów cieszący się zasłużonym odpoczynkiem w niebie, siedział na wygodnej, miękkiej chmurce i drapał się po głowie. Zastanawiał się, jak mógłby przekazać swym duchowym synom przebywającym jeszcze na tym doczesnym padole, że powierzając im swą wolę, aby „Reguły i zasady braci propinatorów” nie obowiązywały pod grzechem, pragnął ich wychować do zachowywania ich z miłości synowskiej, a nie niewolniczego lęku — nie zaś do przekonania, że nie trzeba ich wcale przestrzegać.
Jakiś czas później Zuzia zaciążyła z bratem Gerwazym, a Frania z Protazym. Zdaje się, że był to owoc prób asysty liturgicznej do jakiejś szczególnie podniosłej celebry. Brat Ildefons ucieszył się, że udało się tak pięknie wypełnić nakaz Pana o czynieniu sobie ziemi poddaną i podarować Kościołowi nowych członków. Dzięki swoim znajomościom bez trudu załatwił w Watykanie dyspensę od święceń i wyprawił swym owieczkom piękną ślubną ceremonię. Patrzył na zaokrąglony brzuszek Zuzi i myślał z rozrzewnieniem o kruszynie, która rozwijała się pod jej sercem. „Kto wie, może będzie chłopiec... I może... może w przyszłości wstąpi do braci propinatorów!” — uśmiechał się z rozrzewnieniem. „A może się nawet okaże, że będzie nową Inkarnacją Ducha Soboru? Pan Bóg łaskaw!” — przemknęło przez głowę brata Ildefonsa. Jego serce zalała niebiańska radość.

Na weselu byłam,
miód i wino piłam,
i w stanie upojenia
wszystko to zmyśliłam.

środa, 1 października 2014

Św. Teresa o złych kapłanach

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus — dziewicy, zakonnicy, doktora Kościoła. Wiele osób ma ugrzeczniony, zinfantylizowany wizerunek św. Teresy. Inni z kolei są świadomi jej głębi duchowej i wielkiej mądrości teologicznej, natomiast uważają, że jako mieszkająca najpierw w świętej rodzinie i internacie zakonnym, a od 15. roku życia w klauzurowym klasztorze, była oderwana od świata i jego brudu. W rzeczywistości Teresa świetnie orientowała się w brudach tego świata, a co więcej, także brudach Kościoła. Najważniejszym powołaniem karmelitanek bosych było modlić się za kapłanów. Takie zadanie dała im św. Teresa Wielka, która na własne oczy oglądała wiele zła w Kościele. Jej listy, Księga życia i Księga fundacji to nie są lektury dla osób łatwo się gorszących, które nie chcą utracić swojej naiwnej wiary w Kościół.
Jeśli myślimy, że niegodziwości, oziębłość, zeświecczenie, zdrada, łamanie prawa kościelnego i moralnego oraz podżeganie do herezji przez kapłanów katolickich to wynalazki reformatorów posoborowych, to bardzo się mylimy. Wiadomości o tego rodzaju godnych pożałowania postępkach regularnie dochodziły za kraty klasztoru w Lisieux i żadna z sióstr naiwnej świętoszki nie udawała. Wiedziały o tych faktach doskonale — i reagowały na nie właściwie, tzn. bezustanną modlitwą, niezliczonymi wyrzeczeniami na każdym kroku i ofiarą z własnego życia w intencji ich nawrócenia.
Mamy prawo być zgorszeni, gdy czytamy, co obecnie wyprawiają niektórzy kapłani, a nawet kardynałowie. W Polsce nazwiska kilku kapłanów i zakonników, którzy sprzeniewierzyli się Kościołowi, wstępując de facto w szeregi radykalnej i laksystycznej moralnie lewicy laickiej, bezlitośnie zwalczającej Kościół i religię, powtarzają się w środkach przekazu tak często, że wszyscy znają je na pamięć i zachodzą w głowę, dlaczego ich przełożeni wciąż nie reagują (albo dlaczego tak późno). Mamy prawo być zgorszeni, mamy prawo się burzyć przeciw milczącemu przyzwalaniu władz kościelnych na niszczenie przez złych kapłanów Kościoła i zabijanie dusz wiernych świeckich niszczeniem ich wiary swoim złym przykładem. Ale reagujmy tak, jak św. Teresa i jej siostry. Co ja dziś zrobiłam, żeby publiczny gorszyciel, ksiądz L..., G..., B..., D..., się nawrócił? Ile się modliłam, czego się wyrzekłam, w jaki sposób umarłam sobie w ofierze na jego intencję?
Zamieszczam dwa fragmenty z listów św. Teresy do jej siostry Celiny (później matki Genowefy), w których pokazuje ona bardzo wyraźnie, jak wstrząsające skutki pociąga za sobą zło popełniane przez kapłanów, i jak konieczna jest gorliwa modlitwa o ich nawrócenie. Zatrzymajmy się nad tymi tekstami — i my, świeccy, a przede wszystkim kapłani, którzy czytają ten post.

Celino, podczas tych KRÓTKICH CHWIL pozostawionych nam jeszcze, nie traćmy czasu... zbawiajmy dusze... dusze „giną jak płatki śniegu”, Jezus płacze, a my... a my myślimy o własnych cierpieniach, zamiast pocieszać naszego Oblubieńca! och! Celino moja, żyjmy dla dusz, bądźmy apostołkami, ratujmy zwłaszcza dusze kapłanów, one powinny być przezroczystsze od kryształu... Niestety! iluż złych księży, księży, którzy nie są dostatecznie święci! Módlmy się, cierpmy za nich, a Jezus w dniu ostatecznym jakże będzie wdzięczny. Damy Mu dusze!

Celino kochana, zawsze to samo Ci mówię: ach! módlmy się za kapłanów... każdy dzień wykazuje, jak niewielu Jezus ma przyjaciół. Zdaje mi się, że właśnie niewdzięczność odczuwa On najdotkliwiej. Zwłaszcza gdy widzi, że dusze Jemu poświęcone oddają innym serce, które należy do Niego w tak absolutny sposób.

Rozważania na portalu Stacja 7

Od kilku miesięcy portal Stacja 7 publikuje moje rozważania biblijne. Ukazują się one pod adresem komentarze.twojabiblia.pl w dwóch działach: Medytacje i Do wykucia (dostępnych po najechaniu na menu „Biblia na co dzień”).
Oto niektóre z nich:
Prawda i Istina
Gdzie ład, tam pożytek
Pan liczy
Obraz wieczności
Wyginęły zwierzęta i ptaki
Niech użycza z dóbr
Wytrwałość albo śmierć

A przez cały październik na portalu Stacja 7 będą ukazywać się moje rozważania różańcowe. Dzisiaj ukazało się pierwsze, poświęcone tajemnicy Zwiastowania:
Błogosławiona, która uwierzyła

Zachęcam do lektury i modlitwy. Proszę także o przekazywanie tej informacji dalej :)

poniedziałek, 29 września 2014

W obronie naturalnej żywności

Nie pisałam o tym do tej pory, więc najwyższy czas nadrobić: wśród moich zainteresowań poczesne miejsce zajmuje kwestia naturalnego żywienia oraz szerzej, zdrowego trybu życia. Tak, tak, te wszystkie rady, żeby nie jeść wysoko przetworzonej żywności zawierającej chemikalia i konserwanty, nie faszerować się trującymi i uzależniającymi lekarstwami, gdy nie można zasnąć, tylko wyłączyć dwie godziny wcześniej komputery i telewizory i przejść się na spacer, itd., itp.
Kiedyś uważałam to za głupoty, ale potem zmusił mnie do stosowania tych zasad pogarszający się stan zdrowia i wtedy przekonałam się, że to wszystko naprawdę ma sens.
Do tego dochodzi kwestia niszczenia naszej gospodarki i środowiska naturalnego przez globalne korporacje mające na celu wyłącznie własny zysk, wywierające przemożny wpływ na rządy i polityków, i załatwiające dla siebie ułatwienia finansowe i korzystne przepisy, ze stratą dla gospodarki i społeczeństw tych państw (pracowałam przez kilkanaście lat dla korporacji amerykańskich i wiem coś nie coś, jak to wygląda).
O wielu z tych rzeczy mowa jest w petycji, którą zamieszczam. Autorka tłumaczy rzecz lepiej, niż ja bym potrafiła, więc zamiast próbować ją nieudolnie naśladować, publikuję samą petycję.
Uważam, że to wszystko wiąże się w jakiś sposób z wiarą. W jaki, pisuje m.in. o. Stanisław Jaromi, franciszkanin, oraz ruch chrześcijańskich ekologów: http://swietostworzenia.pl/.

W obronie naturalnego pożywienia


Szanowny Czytelniku,

koncerny spożywcze zapewniają w reklamach, że dzięki ich produktom będziesz zdrowszy i szczęśliwszy. Jednak prawda jest inna: w tych produktach większość zdrowych i naturalnych składników została zastąpiona szkodliwymi substancjami chemicznymi.

Weźmy na przykład parówki. Oprócz mięsa, zmielonych skór i tłuszczu znajdziesz w nich szereg konserwantów, wzmacniaczy smaków i zagęstników, takich jak: azotyn sodu E250, azotyn potasu E249, guma konjac E425, skrobia modyfikowana E 1404, inozynian disodowy E 631 czy glutaminian sodu E 621.

Substancje te są potencjalnie rakotwórcze. Wywołują też pokrzywkę, astmę, reakcje alergiczne i migreny. Mogą również podrażniać przewód pokarmowy i oddechowy.

Czy wiesz o tym, że do gotowej pizzy czy zapiekanek zamiast żółtego sera dodaje się ser analogowy? Składa się on z wody, tłuszczów roślinnych, substancji aromatycznych, barwników oraz polepszaczy. Nie ma w nim odrobiny mleka! Oczywiście jest on o wiele tańszy od naturalnego.

Takich przykładów jest o wiele, wiele więcej.

W mięsie jest coraz mniej mięsa, ponieważ jest ono pełne chemii. Dosłownie!

Wędzone wędliny nie są już wędzone dymem pochodzącym ze spalania drewna liściastego, lecz koncentratem dymu wędzarniczego w postaci płynu, który wstrzykuje się do mięsa. Po takim procesie waga gotowej szynki zamiast maleć – jak przy tradycyjnym wędzeniu – wzrasta, ku uciesze producentów.

Nawet owoce i warzywa nie są już tak zdrowe jak kiedyś. Podczas wzrostu wielokrotnie spryskuje się je pestycydami, a po zbiorze – substancjami konserwującymi, aby na dłużej zachowały świeżość i atrakcyjny wygląd. Substancje te są rakotwórcze, mutagenne i mogą prowadzić do wad rozwojowych.

Jedynym ratunkiem, aby zdrowo się odżywiać jest powrót do produktów naturalnych, które możesz kupić na przykład bezpośrednio od zaufanych rolników i drobnych wytwórców.

Tylko dzięki takiemu zdrowemu pożywieniu możesz zapewnić organizmowi prawidłowy rozwój i uniknąć wielu chorób cywilizacyjnych.

Na szczęście żywność kupowana na bazarkach czy rynkach cieszy się nadal ogromną popularnością. Lokalni rolnicy oferują na nich wiele tanich i zdrowych przysmaków.
Koniec z tradycyjną żywnością?

I tu sielanka się kończy.

Wyobraź teraz sobie, że sprzedaż takich produktów bezpośrednio przez wytwarzających je rolników jest zakazana. Że już nigdy nie kupisz świeżego mleka, powideł domowych czy wędzonej kiełbasy wprost od drobnego wytwórcy.

W takiej sytuacji pozostanie Ci już tylko żywność pełna chemii, która prędzej czy później zrujnuje zdrowie Twoje i Twoich najbliższych. Albo drogie sklepy ekologiczne, w których sprzedawane są produkty nie koniecznie z Polski. Jeśli nie masz warunków, aby samemu uprawiać warzywa i owoce oraz hodować zwierzęta, to nie będziesz mieć wyboru!

Okazuje się, że zgodnie z obowiązującym obecnie prawem (Rozporządzenie Komisji Europejskiej WE 852/2004 w sprawie higieny środków spożywczych, Sprzedaż bezpośrednia – Rozporządzenie 1393 Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Warunki działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej (MOL) – Rozporządzenie 753 Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi) nie możesz kupić bezpośrednio od rolnika-wytwórcy, który nie prowadzi firmy, takich produktów jak:

dżemy, konfitury, soki;
przetwory domowe, przeciery;
mąki, kasze;
mięsa surowe (poza drobiem, zajęczakami i dziczyzną);
wędliny, pasztety;
oleje;
przetwory mleczne;
domowy chleb;
domowe nalewki, cydry, wina.

Prawo, które wydaje się zbyt absurdalne, aby zostało wprowadzone w życie, zawitało do naszego kraju.

W innych krajach istnieją ułatwienia

Warto zaznaczyć, że w zdecydowanej większości krajów Unii Europejskiej, jak np. we Francji, Słowacji, Włoszech czy Hiszpanii, takie wyroby są legalne! Istnieją tam wręcz ułatwienia dla rolników: prawne, proceduralne i finansowe, wspierające taką działalność.

Jest to korzystne również dla nas, konsumentów, ze względu na niższą cenę produktów kupowanych bezpośrednio od rolników, ich świeżość i o wiele wyższą jakość.

Rolnicy posiadający małe gospodarstwa, często mają przecież nadwyżki produkcyjne. Na przykład ktoś handlujący świeżymi truskawkami, nadwyżki owoców przerabia na konfitury, aby potem je sprzedać. Jest to logiczne!

Ale według dzisiejszego prawa takie działanie jest już nielegalne. Co więcej, usunięcie szypułek z truskawek również zalicza się do żywności przetworzonej – czyli nielegalnej w sprzedaży bezpośredniej.

Jednocześnie sprzedaż z pierwszej ręki wszystkich produktów żywnościowych – czy to płodów rolnych, czy przetworów owocowych, czy zwierzęcych – jest prowadzona powszechnie w szarej strefie.

Jest to nie do pomyślenia!

To co kiedyś wydawało się normalne, teraz jest nielegalne w związku z restrykcyjnymi przepisami sanitarno-epidemiologicznymi.

Oczywiście wszystko jest zrobione w celu ochrony konsumentów. Według urzędników sprzedawana żywność pełna konserwantów jest zdrowa i bezpieczna, natomiast wyroby domowe już nie.

Mało tego, spędzając wakacje w gospodarstwie agroturystycznym, możesz skosztować przetworów wytwórstwa właściciela, natomiast kupić ich legalnie już nie.

Czy nie jest to absurdalne?

Jeśli prawo nie zostanie zmienione, możesz zacząć się żegnać z prawdziwym wiejskim chlebem na zakwasie, rozpływającym się w ustach twarogiem, aromatyczną kiełbasą czy zdrowym sokiem owocowym.

Obecnie rolnicy mogą promować lokalne produkty spożywcze tylko wtedy, gdy mają specjalny certyfikat unijny. Jednak jego uzyskanie jest bardzo trudne i czasochłonne. Dlatego z tysięcy polskich, naturalnych smakołyków tylko 36 może być sprzedawanych legalnie!

Specjalna petycja do Ministra Rolnictwa

Instytut Ochrony Zdrowia Naturalnego przygotował specjalną petycję w obronie prawa dostępu do naturalnego pożywienia.

Uważamy, że te absurdalne na pozór przepisy zostały wymyślone tylko po to, aby jeszcze bardziej wzmocnić koncerny spożywcze, a uprzykrzyć życie konsumentom i właścicielom małych gospodarstw. Aby móc produkować żywność przetworzoną, np. dżemy czy sery rolnik musiałby otworzyć zakład produkcyjny, a to nie byłoby wówczas dla niego w ogóle opłacalne.

Dziś tylko duże firmy mogą legalnie produkować takie przetwory, które potem trafiają do sklepów na półki z ekożywnością. A ich ceny mrożą krew w żyłach...

Na skutek narzucenia rolnikom tak restrykcyjnych przepisów jak obecne, wkrótce przestaną być dostępne produkty przystępne cenowo i pochodzące z małych gospodarstw.

To, co kiedyś było tanie i powszechnie dostępne, teraz jest drogie, mało dostępne a do tego nielegalne!

Jeśli Tobie także zależy na tej sprawie, wspomóż nas w działaniach, abyśmy mieli szansę odżywiać się zdrowo i naturalnie. Podpisz tę petycję, bo masz wpływ na zmianę sytuacji!

Nasze postulaty

1. Apelujemy, aby regulacje prawne były dostosowane dla mikrogospodarstw, małych przedsiębiorców i właścicieli gospodarstw.

2. Wzorując się na innych krajach Unii Europejskiej domagamy się, aby sprzedaż bezpośrednia produktów nieprzetworzonych i przetworzonych przez rolników była legalna (w określonych ilościach).

3. Wspieramy każdą inicjatywę, która doprowadzi do tego, że żywność lokalna pochodząca z naszego kraju – która jest naszą chlubą – będzie zawsze LEGALNA!

4. Apelujemy o kupowanie produktów bezpośrednio od lokalnych rolników – w ten sposób wyrazisz czynne poparcie dla inicjatywy dążącej do zalegalizowania bezpośredniej sprzedaży żywności lokalnej.

Wykonaj ten gest i zostaw swój podpis pod tą ważną petycją.

Po podpisaniu petycji przekaż tę wiadomość wszystkim swoim znajomym.

Powiedz im, że trzeba działać! Nie ma czasu do stracenia!

Z góry dziękuję,

Faustyna Guzowska
Instytut Ochrony Zdrowia Naturalnego
kontakt@iozn.pl