środa, 1 lipca 2015

Pielgrzymka nadchodzi, ratuj się, kto może

Niedaleko Jaktorowa pod Warszawą — na cennych przyrodniczo terenach, stanowiących ostoję zwierząt i zapewniających ciszę oraz kontakt z naturą ludziom uciekającym od miejskiego hałasu i zanieczyszczeń — pewna moja znajoma prowadzi w starym, zabytkowym gospodarstwie niewielką stadninę koni i szkołę jazdy konnej. I dzisiaj ta znajoma wrzuciła na Facebooka następujący wpis:
„Dziś wzdłuż naszych padoków przemaszerowała pielgrzymka piesza, machając flagami, wrzeszcząc do megafonów i płosząc zwierzęta, które stratowały padoki i rzuciły się do ucieczki. Z tej okazji przypominamy Wam, katolicy, że żyjemy w świeckim państwie, w którym każdy koń ma swobodę wyznania religijnego. Dlatego apelujemy o umiar. Módlcie się w swoich kościołach, a idąc przez wsie i lasy, zachowujcie się stosownie do tego, gdzie jesteście! Po drodze mieszkają ludzie i zwierzęta”.
Nie zgadzam się ze znajomą w obwinianiu za ten incydent religii i Kościoła katolickiego. To nie religia i Kościół tu winne, ani nawet nie zwyczaj pielgrzymowania. Te instytucje wypada raczej umieścić po stronie ofiar, razem ze spłoszonymi końmi i właścicielką padoków. Winne jest rozwrzeszczanie, które wraz z mikrofonami i wzmacniaczami wlało się do kościołów i niszczy liturgię oraz przeżycie religijne tak samo jako ostoje zwierząt. Winni są ludzie, którzy mimo że skoro praktykujący, powinni doznawać conversio mentis et morum, zwłaszcza jeśli są kapłanami, kierownikami (jak się domyślam) tej pielgrzymki, w rzeczywistości nadal są częścią rozwrzeszczanego współczesnego świeckiego zgiełku, który wnoszą ze sobą do miejsc kultu i, jak widać, poza nie. Pan Bóg przychodzi w ciszy, o tym wie doskonale każdy, kto liznął chociaż okładki jakichkolwiek dzieł jakichkolwiek duchowych pisarzy, nie ważne z jakiej epoki i z którego odłamu chrześcijaństwa. W ciszy serca, w ciszy ducha, w szmerze modlitwy. W szmerze łagodnego powiewu, jak do Eliasza. A nie w grzmotach, wzmocnionych mikrofonami, ryków z głośników i brzękliwej kakofonii gitar (które dotarły już nawet do bazyliki dominikanów na Stolarskiej w Krakowie, przez całe lata jednego z nielicznych miejsc kultu katolickiego wolnych od ogłuszającego łomotu „sacro polo”). Przed laty na tę „szarpaninę nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą” skarżył się prymas Wyszyński, jego wypowiedź cytowałam w tekście „Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim. Rozryczany hałas, w którym żyje Kościół dzisiaj, jest w porównaniu z ówczesnymi problemami istnym wpadnięciem z deszczu pod rynnę, a w zasadzie pod Niagarę — stosownie do upowszechnienia się i zwiększenia mocy mikrofonów oraz innych elektronicznych urządzeń służących do nagłaśniania, także w plenerze. Dzisiejszy ksiądz może celebrować bez ołtarza, bez szat liturgicznych, bez odpowiednich naczyń i bielizny ołtarzowej, bez godnego odzienia i obuwia, nawet bez mszału i lekcjonarza — także w świątyni Bożej — ale nie może celebrować bez głośników i mikrofonu. Mikrofon jest najcenniejszym sprzętem liturgicznym, ustawionym centralnie na ołtarzu w miejsce krzyża.
I jeszcze jedno. Winne jest nie tylko rozwrzeszczanie i brak prawdziwego kontaktu z Bogiem, który przychodzi do głębi serca w szmerze łagodnego powiewu. Winne jest chamstwo. Zwykłe, brutalne chamstwo, z którym zetknął się chyba każdy, kto ma do czynienia z klerem — i to tym mocniej, im szerszy ma ten kontakt. Rozplenione obficie wskutek odrzucenia w posoborowej formacji kleru ducha umartwienia i ascetyki jako „niehumanistycznego ciemnogrodu”. A kultury bez kindersztuby nikogo nauczyć się nie da.
Zatem zwykłe chamstwo i egocentryczna, butna postawa nazwana kiedyś barwnie TKM: „Teraz, k..wa, my”. Jeśli katolicy się tak zachowują w miejscach publicznych, to niech się nie dziwią, że wzbiera ku nim coraz większa niechęć i pogarda, że rośnie antyklerykalizm, święcą triumfy hasła o zamknięciu religii w murach kościołów i uwolnieniu od katolicyzmu przestrzeni publicznej. I że paradoksalnie takie hasła padają często właśnie z ust ludzi wrażliwych, poszukujących wartości, pragnących działać na rzecz wspólnego dobra. Sami to sobie, drodzy współbracia w wierze, ściągacie na własne (i niestety nasze) głowy.

sobota, 13 czerwca 2015

Brak cukru w cukrze

Jedna moja znajoma, osoba o poglądach radykalnie odmiennych od moich (ateistka, weganka, zwolenniczka aborcji, małżeństw homoseksualnych itd.), zaprosiła mnie ostatnio na listę dyskusyjną ludzi ze swojego kręgu światopoglądowego, dodając następujący komentarz:
„Dla mnie jest bardzo cenne, że znam osobę z »tamtej strony«, z którą można porozmawiać :D niestety większość katolików, których znam, to albo fanatycy albo hipokryci, mający gdzieś 10 przykazań, ale biegający co chwila do kościoła. A przecież wiem, że to niemożliwe, żeby to środowisko nie miało ludzi normalnych, więc ta znajomość w jakimś sensie ratuje mnie też przed jednostronnym widzeniem świata”.
Wypowiedź Ani uważam za jeden z największych komplementów, jakie miałam okazję usłyszeć. Sama Ania jest osobą niezwykle kulturalną i skrajnie różne poglądy nie przeszkadzają nam w podtrzymywaniu sympatycznej i owocnej relacji. Ale jej wypowiedź przypomniała mi na nowo bolesny fakt, że najczęstszą przyczyną odrzucania i gwałtownej krytyki Kościoła i wiary chrześcijańskiej jest niestety niegodne zachowanie samych katolików. Ilekroć udawało mi się nawiązać kontakt z kimś, kto gwałtownie atakował Kościół i religię, tylekroć rozmowa dochodziła do punktu, w którym okazywało się, że osoba ta została zgorszona antyświadectwem ludzi wierzących (zarówno świeckich, jak i — jeszcze częściej — księży) albo wręcz zraniona i skrzywdzona przez reprezentantów Kościoła. Ludzie spoza Kościoła nieźle orientują się w zasadach chrześcijaństwa i doskonale widzą, kiedy ludzie nazywający siebie chrześcijanami prezentują postawy z zasadami tej religii niezgodne.
Piszę o tym dzisiaj, bo na ten sam temat mówi, waląc prosto w oczy, patron dzisiejszego dnia, św. Antoni Padewski:
„Kto napełniony jest Duchem Świętym, ten przemawia różnymi językami. Różne języki — to różne sposoby świadczenia o Chrystusie, a zatem: pokora, ubóstwo, cierpliwość, posłuszeństwo. Przemawiamy nimi wtedy, gdy inni widzą je w nas. Mowa zaś jest skuteczna wówczas, kiedy przemawiają czyny. A zatem proszę was, niechaj zamilkną słowa, a odezwą się czyny. U nas tymczasem pełno słów, ale czynów prawdziwe pustkowie. Dlatego Pan zapowiada nam karę, jak to zapowiedział drzewu figowemu, na którym zamiast owoców znalazł same tylko liście. »Obowiązkiem głosiciela — mówi święty Grzegorz — jest wypełniać to, co się głosi«. Daremna jest znajomość Prawa u tego, kto uczynkami obala to, czego naucza”.
Kazanie I, 226 (z godziny czytań)
Często z ateistami mam znacznie lepsze relacje niż z katolikami, zwłaszcza księżmi. Nie jest to przypadek; księża i zakonnicy, którzy wystawiają katolicyzmowi antyświadectwo, odpychając ludzi od wiary, bardzo mnie irytują i gorszą. Jestem cięta szczególnie na jedną postawę: olewania obowiązków i zobowiązań zakonnych i kapłańskich przy pełnym samozadowoleniu. Totalne zeświecczenie i rozleniwienie, tumiwisizm, linia najmniejszego oporu, ręka rękę myje. Czy się stoi, czy się leży, pełna taca się należy. Krytykuję ich, a oni mają do mnie pretensje. Niestety, wyznaję zasadę: „Jakżeś się najął za psa, to szczekaj jak on”; i naprawdę o wiele bardziej wolę mieć do czynienia z ateistami, którzy się za tego psa nie najmowali, niż gośćmi, którzy ze swego stanu w Kościele chcą czerpać profity (stosunkowo lekka praca, pełne utrzymanie, brak trosk materialnych i niepewności o przyszłość, szacunek ludzi itd.), ale dotrzymywać związanych z nim obowiązków (choćby tak lekkich jak noszenie stroju duchownego) już nie chcą.
Na koniec kropka nad „i” od księdza poety, Janusza Pasierba:
„Warto by zrobić kiedyś rachunek sumienia z tego, jaki stworzyliśmy sobie wizerunek Kościoła, który często przekazujemy innym. Czy przypomina on oblubienicę z Pieśni nad pieśniami, czy raczej starą damę, co siedzi na kanapie i ma za złe? Czy chrześcijaństwo w naszej realizacji i naszym przekazie jest wspaniałą przygodą z Bogiem, ryzykowną i trochę szaloną, czy nudną rutyną, tępym szablonem, praniem mózgów w letniej wodzie święconej? Czy w naszym przeżywaniu i głoszeniu Kościoła jest poezja? Przecież Chrystus był poetą. Czy chrześcijaństwo jest dla nas pierwiastkiem dynamizującym umysł i serce, odświeżającym wizję świata, poszerzającym wyobraźnię i pogłębiającym wrażliwość o nowe wymiary?”
Dodałabym jeszcze: Czy jesteśmy posłuszni nauczaniu Kościoła, jego Tradycji i zwyczajom, i z pokorą uczestniczymy w katolickiej liturgii i formach pobożności; czy też tworzymy de facto nową, prywatną religię i nowy kult na miarę naszych indywidualnych zachcianek i pomysłów, nazywając to, nie wiadomo dlaczego, nauczaniem i liturgią Kościoła katolickiego? To także kompromituje katolicyzm. Naprawdę, ateiści i antyklerykałowie z reguły doskonale wiedzą, o co chodzi, i odrzuca ich bubel, który prezentujemy. Odpowiemy kiedyś za to...

piątek, 12 czerwca 2015

Dwa lata

Równo dwa lata temu, 12 czerwca 2013 r., odbyła się obrona mojej pracy doktorskiej z teologii. Czas, który od tamtej chwili upłynął, był trudny, ale bardzo owocny. Dzięki Ci, Panie, za wszystko, co wydarzyło się przez te dwa lata!
Myślę, że nie miałabym tytułu doktora, gdyby nie bł. Michał Czartoryski, męczennik Powstania Warszawskiego, patron dzisiejszego dnia. A było to tak:
Bardzo mi zależało, żeby na obronie pracy był mój najlepszy przyjaciel, dominikanin, o imieniu Michał. Wiedziałam, że będzie moim palladium — jeśli będzie ze mną, będzie się za mnie modlił, dam sobie radę ze wszystkim. Mój kochany promotor rozumiał mnie i starał się załatwić taki termin, żeby Michał mógł być wtedy w Krakowie. Niestety, nagle okazało się, że jeden z recenzentów wyjeżdża i termin obrony niespodziewanie został wyznaczony na za kilka dni, na datę, kiedy Michał musiał być gdzie indziej. Był to właśnie 12 czerwca. Przygnębiona, zwróciłam się do bł. Michała: „Błogosławiony Michale, Michał miał być na obronie i miał mnie wspierać. Niestety nie udało się, więc teraz ty, także dominikanin i także Michał, musisz go zastąpić. To jest twój dzień. Oddaję wszystko, całą obronę pod twoją opiekę”.
Prezentację pracy, mimo zdenerwowania, przedstawiłam sprawnie. Potem recenzenci przeczytali fragmenty recenzji i podali pytania, na które mam odpowiedzieć. Wtedy nastąpiła awaria — jeden z recenzentów zadał dwa pytania, które wywołały w mojej głowie czarną dziurę. Po prostu nic, null. Wiedziałam, że nic. Po prostu coś się stało, wpadłam w czarną dziurę i nie mam nawet żadnego pomysłu, jak ściemniać, żeby przynajmniej sprawić dobre wrażenie. Zaczęłam odpowiadać na pozostałe pytania i gorąco modlić się w duchu do bł. Michała o ratunek. Chwila klęski zbliżała się nieuchronnie... Wtem nagle jeden z członków komisji zadał recenzentowi nie związane z tematem pytanie i zaczęli ze sobą dyskutować. Coraz goręcej... I tak moja obrona zeszła w cień. Po kilku minutach wymiany zdań obu profesorów przewodniczący komisji zabrał głos, podziękował mi uprzejmie, oznajmił, że jest już późno i moje odpowiedzi są wystarczające. To był po prostu cud. Cud sprawiony przez bł. Michała.
W podziękowaniu napisałam dla niego tekst, przeczytajcie: Ziarno, które obumarło.
Uznaję bł. Michała, oprócz św. Tomasza z Akwinu, za patrona wszystkiego, co od tamtej chwili przed dwoma laty robię jako teolog. I bardzo polecam go wam wszystkim jako patrona. Bł. Michale, módl się za nami!


Zdjęcie bł. Michała pochodzi ze strony http://www.alexiagb.pl/michal.html. Inne cenne zdjęcie bł. ojca Michała publikowałam tu: Kim jest dominikanin.

wtorek, 2 czerwca 2015

Jedni drugich

Szukając pewnego cytatu, wpisałam w BibleWorks frazę „jedni drugich” i oto, co znalazłam:

Rz 12,10
W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie!

Rz 14,13
Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia.

Rz 16,16
Pozdrówcie wzajemnie jedni drugich pocałunkiem świętym!

1 Kor 11,33
Tak więc bracia moi, gdy zbieracie się by spożywać wieczerzę poczekajcie jedni na drugich!

Ga 5,26
Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc.

Flp 2,3
...niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie.

Kol 3,13
...znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy!

1 Tes 5,11
Dlatego zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie.

1 P 1,22
Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie celem zdobycia nieobłudnej miłości bratniej, jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie.

Pismo Święte samo prowadzi.

niedziela, 31 maja 2015

Polecam dobrą książkę

Od pewnego czasu boleśnie odczuwam swoją ignorancję w zakresie ascetyki. Coraz bardziej przekonywałam się, że nie da się prowadzić głębszego życia duchowego bez ascezy, ale formacja religijna, jaką odebrałam w Kościele „posoborowym” — na dwóch uczelniach katolickich i u dominikanów — nie dostarczyła mi nawet podstawowej wiedzy praktycznej na ten temat (poza wbiciem mi do głowy, że koncentracja na życiu moralno-ascetycznym w Kościele potrydenckim była be, odcinała ludzi od mistyki i była toksyczna dla ich psychiki i osobowości).
W końcu o. Marek Grzelczak („to też dominikanin, ale całkiem autre chose”) podsunął mi książkę o. Fryderyka Williama Fabera, oratorianina, słynnego XIX-wiecznego klasyka ascetyki katolickiej. Została ona kilka lat temu wznowiona po polsku (w dwóch częściach) i jest także dostępna za darmo w Internecie pod adresem http://www.ultramontes.pl/faber.htm. Mimo upływu ponad 150 lat od chwili napisania okazała się strzałem w dziesiątkę. Czytam ją teraz kawałeczkami, smakując ją jak wykwintny deser, i notuję kolejne odkrycia.
Niektóre rzeczy wzbudzają na początku sprzeciw w świetle tego, czego nauczono mnie poprzednio. Na przykład jeżę się, gdy czytam: „Nie jest rzeczą niemożliwą, iż przeszkodą postępu jest nam brak nabożeństwa do Matki Najświętszej. Bez tego nabożeństwa życie duchowne jest niemożliwe... To część integralna chrześcijaństwa. Religia bez Maryi, ściśle biorąc, nie jest chrześcijańską”, bo odzywa się we mnie grzmienie kard. Ives’a Congara OP przeciwko ohydnej mariodulii Kościoła potrydenckiego, odbierającej prawowitą cześć Panu Bogu oraz więżącej katolików w infantylizmie i sentymentalizmie. Po czym dochodzę do zdania: „Ją Bóg uczynił łożyskiem swej łaski, o czym świadczy najlepiej ta świadoma nienawiść złego ducha i te instynktowne uprzedzenia wszystkich herezyj przeciwko Niej... Jest to nabożeństwo rzetelne, gdyż jego nieustanną dążnością jest znienawidzenie grzechu, a nabycie cnót gruntownych”, reflektuję nad znanymi mi postawami ojca Congara i ludzi uformowanych w jego duchowości, i nagle przychodzi olśnienie: „Cholera, to naprawdę tak jest”.
Dużo w tej książce rzetelnej wiedzy o chrześcijańskim życiu duchowym i o ludzkiej psychice. Na przykład taka perełka:
Równowaga jest rzeczą niełatwą dla ludzkiej natury, zwykle też każda nowość wydaje walkę temu, co stare i zadomowione. Nic więc dziwnego, że choć mało kto odważyłby się to wyznać, taki początkujący, przejęty prawdziwą, lecz świeżą dla niego myślą o wyższości życia wewnętrznego nad zewnętrznym, uważa to drugie za bezwartościowe, owszem szkodliwe, bo pełne pokus. Poważanie jednego rodzi w nim, niestety, lekceważenie drugiego, zwłaszcza że rozpoczynając życie całkowicie oddane Bogu, zawsze nieufnie i pogardliwie odnosi się do ludzi i świata. Ta pogarda bywa najczęstszą pokusą początkujących. [...]
Lecz jakże się to dzieje, że początkujący – choć bowiem pierwszy okres mamy za sobą, nie przestajemy być, jak powiedziałem, początkującymi na drodze doskonałości – zazwyczaj rażą w swym otoczeniu, ściągając na samą pobożność niechęci i uprzedzenia? – Nie chcę tak cierpko o tym mówić, jak zwykł to czynić świat, bo wiem, jakie trudności ich otaczają, jak wyrozumiale trzeba ich sądzić i jak wielką jest rzeczą to ich oddanie się sercem i duszą sprawie Bożej. Zresztą wszystko, co w ich postępowaniu odraża i drażni, nie pochodzi z tych zasad, które właśnie obrali, lecz ze starego kwasu, który w nich pozostał po życiu światowym.
Razi u nich brak roztropności, nieliczenie się z chwilą, miejscem, wiekiem, osobą czy okolicznościami; razi niekonsekwencja, której nie można wytłumaczyć, jeśli się nie pojmie tej walki, jaką sobie wydali; razi rozdrażnienie, które bez wątpienia wybaczyłby im najostrzejszy krytyk, gdyby wiedział o ich bojach wewnętrznych i znużeniu ducha, które jest następstwem walki i pokusy; razi ich dziwactwo, ponieważ trudno jest człowiekowi naraz oswoić się z nowymi zasadami i stosować je poprawnie do tylu sprzecznych wymagań; razi w nich wreszcie to, co jest nie tyle zgorszeniem dawanym przez nich, co raczej zgorszeniem przyjmowanym przez nich od świata, który tak biegunowo różni się w swoich hasłach od zasad Ewangelii.
Głęboko więc bądźmy przekonani, iż naprawdę doniosłą jest rzeczą dla naszego duchownego postępu i dla wewnętrznej świętości, byśmy dużo troski wkładali w nasze pożycie z drugimi, stając się dla nich wonnością Chrystusową. Zaniedbanie w tym względzie jest przyczyną, dlaczego wielu ustaje w swym porywie ku doskonałości; szukają oni źródeł swego niepowodzenia w samym swoim szlachetnym zamiarze, podczas gdy te kryją się w ich zewnętrznym postępowaniu.
Inny cytacik:
Duch reformatorski jest antytezą ducha ascezy.
Polamp i wszystko jasne!

Ps. Skoro wspominam o ojcu Marku Grzelczaku oraz XX-wiecznych kontrowersjach wokół tradycyjnej katolickiej pobożności maryjnej, to polecam także mój wywiad z nim, w którym staje on w jej obronie: „Matka Boża niczego nie zgubi, niczego nie pozwoli skraść”.

piątek, 1 maja 2015

Niewolnicy żołądka

Pozostajemy w wątku infantylizmu, otwartym poprzednimi tekstami.
Udzielenie przez Episkopat Polski dyspensy od wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzisiejszy piątek wywołało konsekwencje, które do głębi mnie zadziwiły. Otóż wielu znanych mi osobiście katolików, którzy zarówno w moich, jak i w ich własnych oczach wydają się obdarzeni dojrzałą wiarą i pewnym zaawansowaniem w życiu religijnym, wśród nich działacze kościelni i ksiądz zakonny, epatowało na Facebooku entuzjastycznymi opowieściami o jedzeniu mięsa i krytykowało lub podśmiewało się z tych, którzy dzisiaj mięsa nie jedli, mimo że Kościół pozwolił. Drudzy za to chwalili się, że dziś mięsa nie jedzą; niektórzy, bo niezdrowe, inni — bo potępiają politykę Episkopatu ciągłego majstrowania przy kalendarzu liturgicznym i likwidowania ostatnich resztek postów i wyrzeczeń, i tak wielkości ułamka paznokcia w porównaniu z praktykami obowiązującymi w tak podziwianych (werbalnie) przez Zachód Kościołach wschodnich. Była to więc motywacja jakby wyższa; jednakże człowiek entuzjazmujący się niejedzeniem mięsa jest faktycznie tak samo uzależniony od prawa, jak entuzjazmujący się jego jedzeniem. Trudno mówić o dojrzałej wierze — w obu wypadkach. I jedni, i drudzy koncentrują się na brzuchu. Są niewolnikami swojego ciała, więc nie mogą rozwijać ducha. I nawet trzecie mieszkanie św. Teresy jest dla nich zamknięte.
Zdziwiło mnie, że niektórzy z dzisiejszych propagatorów jedzenia mięsa potępiali osoby, które postanowiły pozostać przy rybach i nabiale. Najwyraźniej nikt z nich, nawet jeśli posiada celebret czy magisterium z teologii, nie rozumie, że dyspensa jest przywilejem, a nie obowiązkiem. Nie ma więc żadnych powodów, aby sugerować, że osoby, które z niej nie skorzystały, są „tradsami”, nie są posłuszne biskupom czy też myślą w kategoriach Starego Testamentu (en passant, utożsamianie przepisów Kościoła katolickiego z prawem żydowskim, a osób je zachowujących z faryzeuszami, to jedna z najzabawniejszych dla mnie aberracji formacji religijnej, zwłaszcza gdy czynią to księża).
Zamykam dzisiejszy dzień z dużym rozczarowaniem. Oto myślenie ludzi, których uważałam za duchowych, kręci się wokół obżarcia mięchem i opicia piwskiem. Horyzont, jakby się wydawało, elity intelektualnej i duchowej Kościoła (w porównaniu z „przeciętnymi” wiernymi) kończy się tak naprawdę na poszukiwaniu okazji, aby przekraczać przepisy bez ich niedozwolonego łamania... i okazuje taki podobno dojrzały katolik euforię, że może robić coś, co normalnie jest niedozwolone. Czyli w gruncie rzeczy ciągle przebywa na poziomie mentalności dziecinnej (nie dziecięcej) — bo to przecież na tym etapie rozwoju człowiek szuka każdej sposobności, by przekraczać ustalone granice i zasady, i cieszy się tym, jakby mu się udało spłatać psikusa nauczycielce; na etapie dojrzałym zaś akceptuje istnienie zasad i widzi wartość granic, jeśli jest wolny od dysfunkcji psychologicznych. W obszarze zaś teologii moralnej wciąż koncentruje się na grzechu i zakazach, zamiast na kształtowaniu cnót. Święty Tomasz z Akwinu i S. Th. Pinckaers OP, piewca Tomaszowej moralności opartej na dążeniu do dobra i rozwijaniu cnót, przewracają się w grobach...
Ludzkie zwierzęta rzuciły się na mięso, wypuszczone na chwilę z klatki opresyjnych przepisów przez wyrozumiały Episkopat.
A miało być tak pięknie. Zaetykietowano, że moralność koncentrująca się na grzechu i zakazach jest paskudnym skutkiem ubocznym epoki trydenckiej, od której Sobór Watykański II szczęśliwie nas wyzwolił. Jednak 50 lat po soborze Kościół katolicki en masse nadal myśli w kategoriach „Czy będę miał grzech, jeśli zrobię to i to?” i „Dzisiaj wolno mi robić to, co normalnie zakazane, i nie mieć grzechu!” Nawet ten dojrzały i aktywny katolik. Nawet księża. Nawet zakonnicy. Czy ktoś poza wykładowcami uniwersyteckimi, specjalizującymi się w teologii moralnej św. Tomasza, wie, że istnieje inna katolicka moralność niż ta wieczna zabawa w policjantów i złodziei z kodeksami karnymi oraz szukanie pretekstów do dyspens?
O wartości ascezy chrześcijańskiej i znaczeniu postów i wyrzeczeń nie będę pisać. Nie czuję się kompetentna. W zamian polecę piękne rozważania (ostrzegam, przedsoborowe, więc brak w nich ducha ludyzmu i laksyzmu dzisiejszego katolicyzmu) o. Sylwestra van Veghela, kapucyna, Miłość krzyża. Rozmyślania na tle Męki Pańskiej. Kupiłam tę książkę kiedyś za 2 złote u karmelitów bosych w Czernej; wydana w dużym nakładzie w latach 80., może gdzieś jeszcze leżeć na półkach z tanią literaturą. W zamyśle autora była przeznaczona dla zakonników, ale dla świeckich też dobrze się nadaje. Jeśli ktoś chce podążać wąską drogą naśladowania Jezusa w walce z własną pychą, obżarstwem i innymi grzechami głównymi, w eliminowaniu wad i rozwijaniu cnót, wynagradzaniu za grzechy własne i cudze, to jest to pozycja właśnie dla niego. Może też szukać inspiracji w Dzienniczku siostry Faustyny. O tym, czy naprawdę właściwie postrzega się dzisiaj jej nauczanie o Miłosierdziu Bożym, będzie w jednym z następnych tekstów.

Ps. Na temat kompulsywnej obsesji jedzenia mięsa w dzisiejszym Kościele katolickim napisałam już kiedyś inny post, „Taka wiara opaskudzi człowieka”.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rura, kisiel i król Dawid

Ostatni tekst „Rura i kisiel dla Jezusa” niespodziewanie pobił rekordy popularności (ponad 3 tysiące wejść w kilka dni) i wywołał silne reakcje: zarówno pozytywne, jak i negatywne. Z reguły nie dyskutuję z krytykami, bo nigdy nie mam na to czasu, a większość komentarzy sprawia wrażenie, jakby ich autorzy nie przeczytali uważnie tekstu, który krytykują. W tym jednak wypadku zabieram głos, bo ujawniło się kilka ciekawych zjawisk, do których warto się odnieść.
Tekst wywołał oburzenie zwolenników nieskrępowanej tanecznej ekspresji uczuć religijnych, czemu się nie dziwię. Dziwię się natomiast, że ich atak poszedł po linii piętnowania zwolenników przestrzegania przepisów liturgicznych, ponieważ moja argumentacja znajdowała się na zupełnie innej płaszczyźnie. W ogóle nie poruszałam kwestii przepisów liturgicznych, ponieważ ten aspekt sprawy został wyczerpująco omówiony wcześniej na różnych forach dyskusyjnych przez wielu innych dyskutantów. Zbudowałam mój tekst wokół zupełnie innej tezy: „Obie imprezy stanowią dobre świadectwo infantylizacji kultury europejskiej... Obecna kultura europejska jest kulturą zdziecinnienia i wiecznej rozrywki”. Nie ukrywam, że wytoczenie ciężkich armat przeciwko tekstowi, którego się dobrze nie zrozumiało, jest w moich oczach tylko kolejną oznaką niedojrzałości.
Często w krytykach pojawiał się motyw Dawida tańczącego przed Arką i skrytykowanego przez Mikal (2 Sm 6) — z czytelną aluzją, że to ja jestem tą nową ponuracką Mikal, której przeszkadza taniec kultyczny. Nikt jednak z naśladowców króla Dawida nie zauważył, że Dawid tańczył przed Arką raz, ze względu na wyjątkowe święto: sprowadzenie jej do Jerozolimy po odzyskaniu ze świętokradczych rąk filistyńskich. Raz, a nie regularnie. Teza mojego tekstu jest zaś taka, że świadectwem infantylizacji obecnej kultury jest popularność imprez tanecznych organizowanych pod hasłami religijnymi. Popularność, czyli ich wielokrotne powtarzanie. Trzymam się tej tezy i uważam, że jest słuszna, bo forma ekspresji uczuć religijnych popularna w danej kulturze pozwala na wyciąganie wniosków na temat charakteru tej kultury. Można to czynić tak samo wtedy, gdy w danej kulturze formą ekspresji jest składanie ofiar ze zwierząt czy ludzi albo okrutne praktyki pokutne, jak i wtedy, gdy jest nią tańcowanie. Moje wnioski dotyczyły popularności tańcowania, dlatego połączyłam obie imprezy, jedną liturgiczną, drugą nieliturgiczną. Elementem wspólnym był taniec, a nie liturgia, czego niektórzy krytycy skoncentrowani na przepisach liturgicznych nie zauważyli.
Oponenci argumentujący „z Dawida” nie zauważyli jeszcze dwóch błędów logicznych w swoim myśleniu. Po pierwsze, wybrali sobie z Biblii to, co pasuje do ich tezy, i mechanicznie przenieśli to na dzisiejszą sytuację. Nie zauważone pozostały natomiast inne, powiązane z tą opowieścią wydarzenia z historii życia wielkiego króla izraelskiego. Oto w tym samym szóstym rozdziale czytamy, jak niejaki Uzza dotknął Arki, będącej świętym miejscem obecności Najwyższego, chcąc uchronić ją przed spadnięciem z wozu. „I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej”. Dlaczego, skoro Uzza chciał dobrze? Bo niepowołany dotknął przedmiotu, w którym obecny był sam żywy Bóg. Podobnie Dawid kazał zabić młodzieńca, który na własną prośbę ciężko rannego króla Saula dobił go, aby ten nie wpadł żywy w ręce wrogów. „Powiedział do niego Dawid: «Jak to? Nie bałeś się podnieść ręki, by zabić pomazańca Pańskiego?» Wezwał więc Dawid jednego z młodzieńców i dał rozkaz: «Podejdź i przebij go!» Ten zadał mu cios taki, że umarł”. Dlaczego? Bo osoba króla (nawet złego) była namaszczona, poświęcona, konsekrowana. Nie można podnieść ręki na coś należącego do Boga. Podobnie nawet zwierzę miało umrzeć, jeśli dotknęło się góry Synaj, gdy spoczęła na niej Obecność Boga. Jeśli zatem Arka Pańska była żywą obecnością Boga Najwyższego wśród swego ludu, to tysiąckrotnie bardziej jest nią Najświętszy Sakrament, w którym Bóg prawdziwy jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie. Czemu więc w obecności Najświętszego Sakramentu podejmuje się czynności zupełnie niesakralne? I czemu zwolennicy tzw. Komunii świętej do ręki, mamłający w świeckich, niekonsekrowanych i nie puryfikowanych łapskach Najświętsze, Prawdziwe Ciało Pana, milczą o istnieniu tych tekstów? Czy nie zapłonie gniew Pana przeciw nim, jak zapłonął przeciw Uzzie?
Argumentowanie ze Starego Testamentu to obosieczna broń. Nie mówiąc już o tym, że skoro nasze tanecznice liturgiczne tak chętnie się powołują na zwyczaje starożytnego Izraela, to niech pamiętają, żeby zachowywać również przepisy o zakazie uczestniczenia w kulcie w okresie menstruacji oraz wiele innych wesołych atrakcji. Biblia i teologia to nie hipermarket, z którego wybieramy to, co nam się podoba.
Po drugie — przenosząc się z obszaru teologii do nauk społecznych — mechaniczne przenoszenie znaków i symboli z jednej kultury i epoki do innej jest zupełną pomyłką metodologiczną. Interpretacja znaków kulturowych jest zależna od kultury. Niektórzy zwolennicy tańców w kościele powołują się na obecność tańców w liturgiach afrykańskich. Owszem — tylko że w kulturach afrykańskich taniec pełni inną funkcję niż w europejskiej. I nie kto inny, jak sami hierarchowie afrykańscy zwracają na to uwagę. Jeśli nasi drodzy charyzmatycy chcą tańczyć w Europie podczas mszy, bo robi się to w Zanzibarze, to ja apeluję, aby po przyjęciu Komunii św. głośno bekali. Stąd właśnie pod koniec tekstu „Rura i kisiel dla Jezusa” pojawiło się odwołanie do bekania i pierdzenia. Niektórzy obruszyli się z tego powodu, tymczasem powód jest taki, że w kulturze chińskiej, jeśli kto po jedzeniu nie beknie głośno przy stole, to uważany jest za chama. W czym ten znak jest gorszy od tamtego? Dlaczego nasi tancerze religijni nie bekają, skoro tańczą? Jeśli przejmują znaki z innych kultur, to cóż to za wybiórczość i stawianie jednej kultury i znaku ponad drugim?
Z podobnej przyczyny pojawiło się pierdzenie — a właściwie powinno być „popierdywanie”. To jest z kolei aluzja do powieści Kurta Vonneguta Śniadanie mistrzów. Dobry i mądry kosmita, przybyły na Ziemię z planety Margo, chciał ostrzec mieszkańców płonącego domu przed pożarem. Zaczął stepować i popierdywać, bo takie były sposoby porozumiewania się na jego rodzinnej planecie. Niestety pan domu rozwalił mu głowę kijem golfowym, niwecząc nadzieje na zatrzymanie wojen i uleczenie raka. Fatalna pomyłka wynikła z niedociągnięć komunikacji międzykulturowej. Nasi nowocześni współbracia katolicy już stepują (tańczą) w kościele, dlaczego zatem nie mieliby również popierdywać? To również jest znak, którego interpretacja jest zależna od kultury.
Swoją drogą, bardzo mnie rozbawiło, że krytyków konserwatywnych obruszyło akurat bekanie i pierdzenie — czynności czysto fizjologiczne, pozbawione wartości moralnej; nie zareagowali natomiast praktycznie na taniec na rurze, walki w kisielu i mokre podkoszulki — zabawy wywodzące się z klubów go-go i innych przybytków uciechy erotycznej, ani na piwo i wódkę. Te preferencje rodzą w moim kaprawym umyśle zgoła filuterne wnioski ;)

Zachęcam do zapoznania się w wypowiedzią kardynała Arinze, stuprocentowego Afrykanina, dlaczego w Europie nie ma miejsca na taniec podczas liturgii:



I jeszcze wypowiedź Kongregacji ds. Sakramentów i Kultu Bożego, wyczerpująco omawiająca temat: Taniec w liturgii

Organizatorom zaś „Tańca Wielkanocnego” na rynku krakowskim o godzinie 15, zapowiadanego jako mającego ścisły związek ze Świętem Miłosierdzia, serdecznie polecam zapoznanie się z Dzienniczkiem św. siostry Faustyny Kowalskiej. Dowiedzą się z niego, co czciciele Miłosierdzia Bożego powinni czynić o godzinie 15, w godzinie śmierci Jezusa. Dzienniczek w ogóle jest ciekawą lekturą, kompletną odwrotnością wesołego popchrześcijaństwa tak lansowanego w ostatnich latach w Kościele katolickim w Polsce. Ostrzega przed ciężkimi karami dla grzeszników, namawia do nawrócenia, opłakiwania grzechów, eliminowania wad, ćwiczenia cnót, samozaparcia w zdobywaniu zasług, wyrzeczeniach i okazywaniu pokory... A jak surowo oceniała św. Faustyna tańce! Tyle osób ma Faustynę i Miłosierdzie Boże na ustach; może w końcu warto się zorientować, o co naprawdę kaman?
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. (Łk 6,25)
Nie chodzi o ponuractwo i cierpiętnictwo, ale może warto zastanowić się, o co chodzi w tych słowach i czym naprawdę jest chrześcijańska radość, o której mówi Nowy Testament?