poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Ireneusz z Lyonu zaorał

Z dzisiejszej (25 kwietnia, św. Marka Ewangelisty) godziny czytań:

Chociaż na świecie różne są języki, to jednak jedna jest i ta sama moc tradycji. I nie inaczej wierzą, i nie inaczej uczą te kościoły, które zostały założone w Germanii, i te, które istnieją w Irlandii, i te, które istnieją wśród Celtów, i te, które są na Wschodzie, i te, które są w Egipcie, i te, które są w Libii, i te, które zostały założone w środku świata [Rzymie, przyp. mój]; jak słońce, dzieło Boga, jedno i to samo jest na całym świecie, podobnie i przepowiadanie prawdy wszędzie jaśnieje i oświeca wszystkich ludzi, którzy chcą dojść do poznania prawdy. I nawet najlepszy mówca spośród rządców Kościoła nie powie niczego innego, niż to zostało przekazane (nikt bowiem nie jest większy od Mistrza); także słaby w mowie nie pomniejszy tradycji. Skoro bowiem jedna jest i ta sama wiara, dlatego nie powiększy jej ten, kto może o niej wiele powiedzieć, ani niczego nie ujmie ten, kto może powiedzieć mniej.
Może nie powinnam o tym pisać, ale dzieło, z pochodzi którego ten cytat, nosi tytuł Adversus haereses (Przeciwko herezjom). Zastanawiam się, jak w tym kontekście powinni być oceniani wszyscy aktualni purpuraci mówiący o różnych interpretacjach nauczania w sprawie małżeństwa i rodziny, w zależności od uwarunkowań danego Kościoła lokalnego, i generalnie cała sprawa synodu o rodzinie oraz adhortacji papieża Franciszka Amoris laetitia?
Święty Ireneusz z Lyonu, żyjący w II wieku, rozsiekał na plasterki w swym sławnym dziele wszystkie ówczesne herezje. Podobno jest ono dzisiaj zdumiewająco aktualne. (W każdym razie tak twierdzi mój znajomy, autor książki Apostazja w Adversus haereses Ireneusza z Lyonu).

czwartek, 18 lutego 2016

Kultura według III RP (a nawet początków IV)

Fragment wywiadu ze scenografem Małgorzatą Szczęśniak, żoną reżysera Krzysztofa Warlikowskiego (i to z „Wyborczych” Wysokich Obcasów!)
„Gdzie mamy grać? W namiocie? Taką propozycję dostaliśmy kiedyś od miasta. «Kupimy wam piękny namiot», powiedzieli. To jest dla mnie niepojęte! Ostatecznie chyba prawie 40-milionową Polskę powinno być stać na parę budynków, które pokazują nowoczesne myślenie o sztuce. W Warszawie nie ma ani jednego nowoczesnego teatru, tylko same kurniki. To jest moim zdaniem oburzające. Teatr Powszechny to jakaś szopa, Współczesny to salka przyparafialna, Muzeum Sztuki Nowoczesnej dostało sklep meblowy, a my mamy siedzibę w garażu na śmieciarki. To właśnie proponuje nam nasza III Rzeczpospolita, tyle mogą nam dać urzędnicy. A cała Warszawa nam tego zazdrości? Czego? Że mamy śmieciarki? Że mieliśmy nieogrzewaną salę prób pokrytą grzybem i toaletę na zewnątrz, w której można się było nabawić zapalenia pęcherza? Tego nam zazdroszczą?”

Za to są pieniądze na kolejne Rady Narodowego Programu Rozwoju Humanistycznego (i krzyk, jak ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i to ciało zlikwidował), centra i instytuty dublujące pracę ministerstw, wynagrodzenia na pisanie kolejnych programów i strategii.
A dotarłam do tego tekstu, ponieważ od znajomego, świetnego śpiewaka holenderskiego, dowiedziałam się, że przedstawienie „Wozzecka” Albana Berga, w którym będzie śpiewał, w Holenderskiej Operze Narodowej w Amsterdamie, będzie reżyserował właśnie Warlikowski. Polak reżyserujący w Operze w Amsterdamie, i to w chwili uroczystych obchodów jej pięćdziesięciolecia! Inny Polak, Krzysztof Pastor, jest stałym choreografem holenderskiego baletu narodowego. I to jest właśnie promocja Polski za granicą. Ale o takich rzeczach w mediach, ani lewych, ani prawych, się nie pisze. Ważniejsze są pokrzykiwania polityków i ich cyngli dziennikarskich na siebie (dzisiaj na topie akurat kwity na Wałęsę, ataki na rząd — temat wiecznie żywy jak Lenin, i złapanie mordercy, który uciął głowę ofierze).



A swoją drogą, jeśli już lewicowo-liberalni politycy chcą prowadzić politykę antyhomofobiczną, to dlaczego wkładają pieniądze w odbudowę i całodobową ochronę plastikowego paskudztwa, naprawdę wieśniackiego i ohydnego, zamiast zbudować teatr zdolnemu reżyserowi, który wcale nie ukrywa podobnych skłonności? Ja poproszę o takie docenianie homoseksualizmu, jeśli jakieś być musi.
Kojarzy mi się z tym inny fragment z wywiadu ze Szczęśniak, gdzie mówi ona o hołdowaniu rozrywce zaspokającej niskie gusta gawiedzi kosztem finansowania kultury i sztuki. To najlepsze podsumowanie polityki kulturalnej salonu III RP, do którego, żeby było śmieszniej, Szczęśniak i Warlikowski sami należą:
„W ramach polskiej fantazji mieści się jeszcze co najwyżej stadion za ileś miliardów. Nowoczesny teatr już nie bardzo. Szczególnie dla prywatnych sponsorów. Oni dają kasę tylko na komercyjne teatry, gdzie pan prezes z panem dyrektorem będą się mogli spotkać na promocji buta, wypić whisky, mrugnąć do siebie oczkiem i już. Tak się w Polsce załatwia sponsoring. Bo jaką korzyść może mieć prywatny sponsor ze wsparcia takiego artystycznego teatru jak nasz? Warlikowski nie napije się z nim drinka, bo nie znosi raucików. Poza tym cały czas intensywnie pracuje. Może ich wnukowie zrozumieją, że warto dawać na ambitną sztukę, a nie wspomagać populistyczną rozrywkę, w którą chcieliby zamienić teatry”.

Chciałabym wierzyć, że w IV RP te priorytety się zmienią. Choć o 5% na korzyść kultury...

czwartek, 28 stycznia 2016

Zapomnieli o seksie oralnym

Z serwisu info.wiara.pl:

„Bóg każe się całować, bo to On stworzył usta” – konferencja walentynkowa zorganizowana przez Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Diecezji Kieleckiej jest zaplanowana na 6 lutego...

Rozumiem, że zdaniem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Diecezji Kieleckiej Bóg każe również uprawiać seks oralny, skoro stworzył usta. A także dłubać palcem w nosie, skoro stworzył palec i nos.

Zaraz powyżej tej informacji (jest to dział „Z Kościoła”) umieszczono dwie kolejne:
„Ajatollah w kadrze papieskiego uniwersytetu”.
„Muzułmanie: Boli nas zła opinia”.

Czy ktoś może mi powiedzieć, jaką wiarę reprezentuje serwis info.wiara.pl? A przy okazji papieski uniwersytet?

sobota, 23 stycznia 2016

Dla Agathy Christie

Bardzo lubię kryminały Agathy Christie. Chociaż fabuły i język są proste, a wszystkie jej książki umiem już niemal na pamięć, przez całe życie regularnie do nich wracam (pierwszą, Morderstwo odbędzie się, przeczytałam w wieku lat ośmiu dzięki wyrozumiałej mamie). Co rok czy dwa czytam ponownie cały komplet, najczęściej podczas choroby lub dłuższej przerwy w pracy, gdy odpoczywam od nadmiernego pośpiechu i aktywizmu. Wiem, czego w nich poszukuję: atmosfery i nastroju „dobrej, starej Anglii”, good old England, tych prowincjonalnych wsi i małych miasteczek, gdzie ludzie żyli zgodnie z dawnymi rytuałami, bez pośpiechu celebrując codzienną egzystencję, przerywaną niedzielnym odpoczynkiem połączonym z wizytą w kościele i przychodzeniem do sąsiadów i krewnych na herbatę i ciasteczka, a od wielkiego dzwonu — podróżami do stołecznego, rojnego Londynu.
Kiedyś myślałam, że ten świat naprawdę istnieje, i nawet pojechałam do Anglii go szukać. Wtedy, w 1991 roku, jakieś jego ostatnie resztki jeszcze zastałam. Teraz nie zostało już nic.
Gdy dzisiaj czytam książki Agathy Christie, odczytuję je ponownie w zupełnie innym kluczu. Kilka lat temu dotarło do mnie, że pisała je — te powojenne, co widać już na pierwszy rzut oka, ale także te powstałe w międzywojniu — z tej samej potrzeby serca, którą odczuwał Mickiewicz, przelewając w Paryżu na papier strofy Pana Tadeusza: aby przynajmniej na kartach literatury ocalić bezpowrotnie utracony, piękny świat dzieciństwa i młodości. Agatha Christie nie ukrywa w swoich książkach ani postępów stopniowej, barbarzyńskiej zagłady angielskiego społeczeństwa, jego gospodarki, edukacji, kultury, religii i wartości duchowych, jakiej na jej oczach dokonują socjaliści i liberałowie przy akceptacji większości (sześćdziesiąty ósmy rok nie spadł z nieba; był tylko szczytowym momentem tendencji, które rozwijały się w ukryciu od lat dwudziestych i trzydziestych, a od lat pięćdziesiątych zaczęły działać nieskrępowanie dzięki wyborom politycznym toczonego przez powojenną traumę społeczeństwa brytyjskiego), ani swojej krytyki tych zjawisk i głębokiego smutku. Książki Christie nie są teoretycznymi traktatami intelektualistów, ale opisują tę rzeczywistość równie skutecznie jak one; krytyka zawarta jest w opisie postaci, ich dialogach, charakterystykach miejsc i ludzi, doborze faktów do fabuły i ogólnych wnioskach płynących z treści książek (na przykład, jeśli kto chce mieć trafną analizę tego, jak i dlaczego są dzisiaj traktowani na Zachodzie przestępcy-imigranci, a jak ich ofiary, niech sięgnie po Strzały w Stonygates).
Louis de Funès, podobna historia. Mój ulubiony aktor, na którego komediach zarykiwałam się ze śmiechu. Dopiero w ostatnich latach zaczęłam dostrzegać, że był postacią równie tragiczną jak Christie, to samo przyszło mu przeżywać i w swoich filmach ostrzegał przed niszczeniem cywilizacji europejskiej przez lewactwo podobnie jak Christie w książkach. Tragedia, którą przeżywał jako wierny katolik, i jego pomoc dla arcybiskupa Marcela Lefebvre’a są dobrze znane. Podobnie jak fakt, że także Christie, chociaż anglikanka, protestowała przeciwko likwidacji przez Watykan autentycznego, organicznie rozwijającego się przez wieki rytu rzymskiego i przenoszonych przez niego wartości kulturowych. Ludzie kultury dostrzegają to, czego nie widzą technokraci na stołkach.
Od lat nie ukrywałam, że mój stosunek do Europy Zachodniej to zaorać. Remontowanie tej ruiny, w którą przez kilkadziesiąt lat zamieniło ją tamtejsze liberalne lewactwo, cywilne i kościelne, to zlecenie dla Herkulesa. Łatwiej wpuścić buldożer, a potem zacząć od nowa. A poza tym tamte społeczeństwa wcale sobie tego nie życzą, z wyjątkiem jednostek. Im się to podoba, a my się mamy mieszać wbrew ich woli?
Pierwszą osobą, która usiłowała mnie przekonywać, że tę „Europę” jednak warto ratować, był ojciec Andrzej Bielat, dominikanin, autor rewelacyjnej książki Ocalić Europę. Ojciec Andrzej powoływał się przy tym na Sienkiewicza, stanowiącego dla mnie niepodważalny autorytet. (Polecam mój wywiad z ojcem Bielatem, w którym on to wszystko wykłada: Z niego wyrastamy). Próba ta nie była jednak bardzo udana, zwłaszcza że potem poznałam trochę osób z Europy Zachodniej i przekonałam się, że ich mózgi są nieodwołalnie zlasowane przez lewacką propagandę. Goebbels się chowa. Dla własnego bezpieczeństwa uciekać od tej niebezpiecznej zarazy i wystawić na zachodnich granicach Grupy Wyszehradzkiej kontrolę sanitarną.
Ale kilka dni temu obejrzałam — żeby było śmieszniej po słowacku, w słowackiej telewizji, w słowacko-węgierskim miasteczku na granicy słowacko-węgierskiej — Oscara, jeden z najlepiej zaplanowanych i zrealizowanych filmów de Funèsa. A dzisiaj podeszłam do regału z kryminałami (mam cały regał, a nie półkę :D), żeby wyszukać do czytania jakąś Agatkę. I nagle poczułam ściśnięcie w sercu. Mimo wszystko, trzeba próbować ratować Europę, jej historyczne tradycje, duchowość i cywilizację. Jeśli nawet nie z innego powodu, to dlatego, że jesteśmy to winni Agacie Christie i de Funèsowi, i kilku innym takim jak oni. Żeby odwdzięczyć się im za to wszystko, czym nas od kilkudziesięciu lat obdarzają.

wtorek, 29 grudnia 2015

Cholerne partnerstwo czy promieniowanie ojcostwa?

„To cholerne partnerstwo demokratyczne, które nie zna autorytetu ojca, jest ogromnie smutne i samotne. Rodzi relacje poziome, a przede wszystkim blokuje rozwój. Wszyscy są równi, wszyscy kolesie, sami bracia. Nie ma tatusia, same sieroty. Każdy ma jeden tylko głos – głupi czy mądry. Taki sam. Tymczasem głosów nie trzeba liczyć, trzeba ważyć. To bardzo niedemokratyczna postawa. Od kolegi nie można wymagać, bo powie: »Zjeżdżaj«. A ojciec ma prawo wymagać. Stąd też kształty mojej miłości do młodych to stawianie wymagań. A oni odwzajemniają mi się z nawiązką”.
To są słowa ojca Jana Góry z jego ostatniej książki ...znaczy ksiądz. Zacytował je arcybiskup Damian Zimoń we wspomnieniu o ojcu Janie: „Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, kończyłem lekturę tej książki. I podkreśliłem fragment, który moim zdaniem jest kluczowy – Góra odpowiada na pytanie, jak rozumie sens i promieniowanie ojcostwa, to jest jak testament”.
Nie czytałam jeszcze tej książki, ale pierwsza książka ojca Góry, Mój dom, wywarła na mnie podobnie silne wrażenie, jak ostatnia na arcybiskupie Zimoniu. Uczyłam się z niej tradycyjnej, polskiej pobożności, której dotknęłam w dzieciństwie w podwarszawskiej parafii, ale później zapomniałam pod wpływem różnych oaz i dominikanów. Nie byłabym tu, gdzie jestem, bez tej książki, a być może w ogóle odeszłabym od wiary.
Ojciec Góra do końca życia celebrował wyłącznie nowy ryt rzymski, ale z tego, co wiem, do naszych wysiłków na rzecz przywrócenia Mszy św. w rycie dominikańskim odnosił się z życzliwym zainteresowaniem. Szanował tradycję i rozumiał jej znaczenie dla przetrwania wiary.
Jak mało kto rozumiał też ojcostwo. Był prawdziwym, mądrym i hojnym ojcem.

piątek, 25 września 2015

Kościół Katolicki Spółka Akcyjna

W ostatnich dniach tak zwykli ludzie, jak i część grafików, dziennikarzy i specjalistów od komunikacji publicznej (z wyjątkiem tych mainstreamowo-liberalnych, ma się rozumieć), pastwi się nad nowym logo Konferencji Episkopatu Polski:


Oprócz podobieństwa do innych logo, np. sieci aptek, oraz ubóstwa kreacyjnego, zwraca się uwagę na postępującą laicyzację przekazu kierowanego do sfery publicznej przez Kościół katolicki (i tu mamy odpowiedź na nie zadane wyżej pytanie, dlaczego akurat media mainstreamowo-liberalne pomysł z nowym logiem KEP chwalą). Proces taki rzeczywiście, w mojej opinii, zachodzi, i sprawa logo KEP jest tylko jego emblematyczną ilustracją. Niedawno podobną operację przeprowadziła na przykład Polska Prowincja Dominikanów. Oto przyjęte przez nią i szeroko reklamowane logo jubileuszu 800-lecia Zakonu, obowiązujące w Polsce:


Znowu, nie komentuję „garażowego” wzornictwa i błędów projektowych, na które zwrócili już w Internecie uwagę graficy. Chcę się skupić na innym fakcie: demontowania przez samą hierarchię katolicką religijnego wizerunku Kościoła, stopniowego, acz konsekwentnego usuwania wszystkiego, co się kojarzy z wiarą, pobożnością, aktami religijnymi, zbawieniem wysłużonym przez Chrystusa na Kalwarii... Proces ten trwa od kilkudziesięciu lat (w Polsce — według mnie — od dziesięciu, od śmierci Jana Pawła II) i ostatnio gwałtownie przyspieszył. Jest on oczywiście bliźniaczym odpowiednikiem konsekwentnego wypłukiwania przestrzeni społecznej z chrześcijaństwa w Europie. Mianowicie oryginalny herb Zakonu Dominikańskiego, z którego polskie logo jubileuszu ewidentnie czerpie, wygląda tak:

Przedstawia krzyż, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Z ramionami zakończonymi liliami Andegawenów, bo takie są uwarunkowania historyczne, biało-czarny ze względu na oficjalne kolory Zakonu, ale krzyż. Stat Crux dum volvitur orbis.
Ten krzyż, żeby nie uderzał, nie raził, nie zmuszał do myślenia, został przerobiony na plusik z kolorowymi przecinkami i wmontowany w inne elementy graficzne, żeby zanikł na ich tle.
Dla porównania kilka zagranicznych logo opracowanych przez zagraniczne struktury Zakonu na jubileusz 800-lecia. Wszystkie pochodzą ze zlaicyzowanego Zachodu!








Na Zachodzie znalazłam jeden przykład zlaicyzowanego logo jubileuszu. W tym wypadku jest ono wkomponowane w większą ilustrację, mającą ewidentnie religijny charakter. Samo logo ma wygląd zupełnie świecki i jest, nawiasem mówiąc, podobne do znaku graficznego warszawskich Domów Centrum. Mimo to, w proporcjach liczbowych zachodnie prowincje Zakonu wypadają znacznie lepiej od polskiej.


Proces świadomego i dobrowolnego zastępowania przez hierarchię kościelną religijnych oficjalnych przekazów graficznych świeckimi burzy niesmak i oburzenie, wszyscy oczywiście wiemy, czego jest on świadectwem i jak się to skończy (vide hasło, które powtarzam jak Katon: „Kościół posoborowy zdemontuje się sam”). Jego pierwowzorem jest usuwanie symboli religijnych z elementów identyfikacji wizualnej przez firmy i instytucje świeckie. Takim znanym przykładem jest korporacja ubezpieczeniowa Norwich Union. Przez wiele lat jej symbolem była wieża katedry w Norwich, najsłynniejszego zabytku miasta:



Później została ona zredukowana do znaku w kolorystyce kreskówek, ale jeszcze dość czytelnego:


Kilka lat temu na fali gwałtownych ataków liberalnych na chrześcijaństwo i obecność symboli religijnych w życiu publicznym wieża katedry została zredukowana do:


Tak aby niczego już nie przypominała. Cały proces (później doszła jeszcze zmiana właściciela i nazwy) wyglądał tak:


Nie dziwię się, że dominikanie i Episkopat podążają tą samą drogą. Już wielu komentatorów stwierdziło, że w Kościele katolickim w Europie zachodzi proces korporatyzacji, czyli po prostu zamiany w korpo, przyjęcia kultury organizacyjnej typowej dla wielkich organizacji komercyjnych, wraz z technokratycznym wzorcem zarządzania — opartym na sukcesie i zysku, a nie wartościach. Na pojawienie się tego zjawiska w Polsce skarżyło mi się już kilku znajomych księży, w tym dominikanie (w odniesieniu tak do całego Kościoła, jak i własnego zakonnego podwórka). Pojawiło się pokolenie księży zafascynowanych kulturą korpo i naśladujących ją. Dopóki chodzi tylko o małpowanie korporacyjnego stylu zebrań i język nasycony słówkami typu flipczart, promo kontentu, target itd. (takim czymś mnie poczęstowano na prezentacji biura Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, a kontentem była Ewangelia, którą się teraz promuje, a nie głosi), jest jeszcze śmiesznie, choć zarazem żałośnie (w sumie jest to tylko nowa odsłona lukania bez łindoły niewykształconych galicyjskich imigrantów w Ameryce). Przechodzimy jednak do strachu i przerażenia (phobos kai deimos), kiedy zaczynają do nas docierać opowiastki takie jak następująca (zaręczam, że niestety autentyczna):
Kilka lat temu mój znajomy ksiądz był na zebraniu dla księży zwołanym przez kierownictwo kurii dużej polskiej diecezji. Po zebraniu gadka szmatka. Wysoki urzędnik kurii chwali się, że udało się podpisać korzystną umowę spółki z komercyjnym partnerem zewnętrznym na budowę komercyjnego biurowca na wynajem na cennym gruncie w centrum miasta, uzyskanym od skarbu państwa w ramach odszkodowań dla Kościoła katolickiego. — Po co wam komercyjny biurowiec? — zapytał mój idealistycznie nastawiony znajomy ksiądz. — Jak to po co? Żebyśmy mieli się z czego utrzymywać, gdy wierni odejdą.
Kurtyna.
Autentyk, naprawdę.
Kościół posoborowy zdemontuje się sam.
A wtedy zaczniemy od początku, jak w dowcipie powtarzanym w mojej rodzinie:
Skończyła się III Wojna Światowa. Przeżyło ją dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Mężczyźni pobili się o kobietę i wzajemnie się pozabijali. Wtedy z lasu wychodzi goryl, kładzie jej łapę na ramieniu i mówi: — Skończyła się IV Wojna Światowa. Chodź, zaczniemy od początku.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Obrony wrogów Kościoła ciąg dalszy

Dyskutowałam ostatnio z pewnym Hiszpanem, człowiekiem wielkiej kultury, przedstawicielem tzw. kultury wysokiej i to w najlepszym wydaniu. Opowiadał mi, jak Kościół się zachowywał w ostatnich latach przed wybuchem antyklerykalizmu w społeczeństwie hiszpańskim i jego masowym odejściem od wiary. Z wielu podobnych historii utkwiła mi jedna. Tradycyjnie w hiszpańskich wsiach i miastach były nieruchomości będące własnością wspólnoty, gminy. Lokalna społeczność mogła je wykorzystywać dla różnych celów, takich jak zebrania, kultura czy rozrywka. Także dla celów religijnych. Rząd hiszpański w pewnym momencie przekazał te wszystkie nieruchomości Kościołowi. A Kościół uznał je za swoją prywatną własność. Jedne zostały sprzedane na komercyjne cele, inne po prostu zamknięto. Uniemożliwiono korzystanie z nich społecznościom, które kiedyś przed wiekami je wybudowały dla wspólnego pożytku. W miejscowości znanej mojemu rozmówcy taki domek służył do noclegu uczestnikom pieszych pielgrzymek religijnych. Domek przejął ksiądz i wyrzucił pielgrzymów, zamieniając go na komercyjny interes. Mój hiszpański znajomy, prywatnie ateista, był, delikatnie rzecz biorąc, z lekka zgorszony takim sposobem traktowania wiernych przez księży. Po wysłuchaniu tych opowieści stwierdziłam, że zachowanie Hiszpanów, którzy gremialnie poparli demontaż chrześcijańskiej formy państwa i społeczeństwa przez premiera Zapatero, było absolutnie racjonalne i zrozumiałe.

I tak sobie myślę, że ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu w sprawie in vitro oraz skutków podpisania ustawy o nim przez prezydenta Komorowskiego dla jego bycia w Kościele są kolejnym dowodem na moją tezę, że zapateryzm w żadnym katolickim kraju nie wygrywa bez współdziałania Kościoła. Wszędzie w Europie, gdzie społeczeństwa odeszły od wiary i zwyciężyła cywilizacja śmierci, Kościół na to po prostu zapracował. Skargi na wrednych lewicowców i złe społeczeństwo są krzywdzące i niesłuszne, jest to mechanizm obronny służący odwróceniu uwagi i zdjęciu odpowiedzialności. Ludzie zachowują się racjonalnie i postępują zgodnie z wzorcami, które widzą, kierując się wewnętrznym głosem sumienia. Ateiści i antyklerykałowie też mają sumienie i też mają rozum. Wartości, które się werbalnie głosi, ale których się nie broni w działaniu, nie mają mocy pociągania. Verba volant, exempla trahunt.

To nie tylko lewica, Kopacz, Grodzka ani Platforma jest winna, że w arcykatolickim kraju, jakim jest Polska, gdzie Kościół katolicki po dwustu latach zaborów i walki o wolność cieszył się najwyższym szacunkiem i zaufaniem społecznym nie tylko katolików, ustawodawstwo dosłownie w ciągu miesięcy ze względnie moralnego, względnie przyjaznego życiu i rodzinie, przekształca się w jedno z najbardziej libertyńskich i zabójczych praw w Europie. I nie duch Brukseli jest winien. Nie ma ducha Brukseli, tak samo jak nie ma ducha soboru. Są za to konkretni ludzie kierujący Kościołem i ich decyzje, otwierające pole do takich albo innych działań politycznych i moralnych oponentów. W tym momencie poszedł silny sygnał: Róbcie, co chcecie, wprowadzajcie zabijanie nadmiarowych dzieci poczętych metodą in vitro wraz z całą resztą cywilizacji śmierci, my dla porządku chwileczkę pokrzyczymy [bo krzyk był, nawet głośny, tylko krótki jak życie swobodnego kwarka], ale to nie będzie na poważnie i będziemy trwali w wygodnej symbiozie tronu z ołtarzem, jak do tej pory, cokolwiek zrobicie. Bo to się obu stronom po prostu opłaca.
Ciekawe, że tę symbiozę tronu z ołtarzem, trwającą w Polsce od lat 90., oprócz wiernie stojących przy ortodoksji chrześcijańskiej katolików dostrzegają też skrajni antyklerykałowie, i również oni uważają ją za bardzo szkodliwą. Oni — dla państwa, ja — w pierwszym rzędzie dla Kościoła, ale jest to kolejny punkt, w którym ja i moi znajomi z drugiego końca spektrum poglądów szczerze się zgadzamy.

Katolicka Agencja Informacyjna podała najnowsze oficjalne wypowiedzi przedstawiciela Konferencji Episkopatu Polski w tej sprawie. Uważam, że ich słowne sformułowanie to najwyższe mistrzostwo godne prawdziwego podziwu:
Bp Andrzej Dzięga — Przewodniczący Rady Prawnej KEP:
Poprzez głosowanie za ustawą dopuszczającą in vitro lub jej podpisanie nie zaciąga się automatycznie ekskomuniki. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego takową ma prawo nałożyć ordynariusz po dokładnym zbadaniu danej sprawy. [...]
Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie opowiedział się przeciw godności człowieka przez głosowanie lub podpisanie ustawy legalizującej procedurę in vitro, a chciałby przystępować do Komunii świętej, najpierw powinien pojednać się z Bogiem i wspólnotą Kościoła przez sakrament pojednania, wyrazić żal za popełniony grzech, postanowić poprawę i dokonać zadośćuczynienia. W tym przypadku musi być pewność, że dana osoba zmieniła opinię i przyznaje się do popełnionego błędu. W omawianym przypadku trzeba pamiętać, że grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia. Z tej racji, taka osoba powinna ze swej strony powstrzymać się od przystępowania do Komunii świętej, dopóki nie zmieni publicznie swego stanowiska.

Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. Mleko się rozlało, ale szklanka jest pełna.

Kościół katolicki w Europie i w każdym społeczeństwie znaczy tyle, ile sam sobie wypracuje. Tak samo jak od zachowania każdego indywidualnego człowieka zależy, czy inni go szanują, czy nie. Nie od zewnętrznych okoliczności, nastrojów, systemów poglądów, wagi argumentów itd. Lecz od tego, czy on sam siebie szanuje. Stąd biorą się tzw. giganci ducha oraz kolosy na glinianych nogach, walące się za dotknięciem palca. Inni traktują nas tak, jak na to pozwalamy. Kijem tego, kto nie pilnuje swego. Klucz do tego, czy inni się z nami liczą, czy przejmują nasze wartości, czy przestrzegają przyznanych nam praw i wolności, leży w naszych rękach.

Ps. Dla jasności, pan prezydent cały czas publicznie przyjmuje Komunię św. i to z najczcigodniejszych rąk. I nie widać objawów, żeby zmienił opinię w sprawie podpisania ustawy o in vitro albo uznał swoją winę. A jeśli grzech jest publiczny, to publicznie też należy wyrazić skruchę. Faktycznie zaczynam uważać, że dla Kościoła katolickiego jedynymi czarnymi owcami, które od udziału we wspólnocie eucharystycznej są wyłączone, są rozwodnicy, którzy zawarli nowy związek. Biedacy, są osobami prywatnymi i nikt się z nimi nie liczy. W tym kontekście chyba rzeczywiście jesienny synod powinien wprowadzić jakieś poluzowanie praktyki duszpasterskiej.