piątek, 15 sierpnia 2014

Moje ulubione święto :)


Matko Niebieskiego Pana,
Ślicznaś i Niepokalana,
Jakie wieki, czas daleki;
Czas nie mały, i świat cały
Nie słyszał.

Wszystkie skarby, co są w niebie,
Bóg wydał Panno dla Ciebie:
Jak bogata z słońca szata,
Z gwiazd korona upleciona
Na głowie.

Miesiąc swe ogniste rogi
Skłonił pod Twe święte nogi;
Gwiazdy wszystkie asystują,
Bo królową w niebie czują
Nad sobą.

Przez Twą poważną przyczynę,
Niech nam Bóg odpuści winę.
Uproś pokój, Panno święta,
Boś bez zmazy jest poczęta
Maryjo!

Do Ciebie się uciekamy,
Twej łaski świętej błagamy,
Rozbrój gniew Syna Swojego,
By nie karał ludu swego
Maryjo!

Wszak tylko za Twą przyczyną
Kary za grzechy przeminą!
Przedstaw pokutę Synowi,
Naszemu Zbawicielowi
O Matko!

sobota, 9 sierpnia 2014

Żeńskie oddziały specjalne


Myśli zawarte w tym tekście były pierwotnie wypowiedziami w dyskusji na FB, ale pomyślałam, że warto je uporządkować i tu opublikować.
Najpierw komentarz do infografiki, od której ta dyskusja się zaczęła. Wiem, z racji zawodowych, jak wyglądał kryzys zakonów w XVI wieku. Rozprzężenie powodowało brak powołań, odejścia i wymieranie, natomiast przywrócenie pierwotnych, a przynajmniej surowych i autentycznych obserwancji zakonnych — zawsze po ciężkiej walce wytaczanej przez współzakonników zeświecczonych, pardon: „humanistycznych” i „nowoczesnych” — napływ tłumów cisnących się za kratę. Tak było nie tylko z karmelitami bosymi obu płci (casus najsławniejszy), ale i np. z naszą polską reformą chełmińską benedyktynek. Teresa od Jezusa musiała odmawiać bardzo dobrym kandydatkom, bo nie mogła ich przyjąć, Magdalena Mortęska nie miała gdzie umieścić swoich mniszek. Jak się jezuici rozrastali na początku — wiadomo. I gdzie nie spojrzeć, tak jest. Także w przypadku dominikanów w XIII wieku, w porównaniu z wcześniejszymi, spasionymi już zakonami, tak było. Po prostu te same procesy uruchamiają się w tych samych okolicznościach.
A obecny czas w Kościele, ostatnie 50 lat, coraz bardziej i bardziej przypomina mi wiek XVI (znaczy raczej jego pierwszą połowę...); im głębiej siedzę w tych sprawach liturgicznych i duchowościowo-zakonnych, tym bardziej. Upadły człowiek ciągle chce naraz mieć ciastko i je zjeść — nawet jeśli widzi, że jego bicie głową w mur nie działa i już. Efekty są takie jak w przypadku nieszczęsnych franciszkanów Niepokalanej. Nihil novi sub sole. Myślę, że w ich wypadku konflikt o ryt był tylko pretekstem, a chodziło naprawdę o to, że nic tak bardzo nie wkurza zdemoralizowanego, spasłego i rozleniwiałego zakonnika jak jego chudy, ascetyczny, gorliwie zachowujący obserwancje zakonne współbrat. Podobnie jak nic tak nie wkurza pijącego alkoholika, jak spotkanie alkoholika trzeźwiejącego. Jestem pewna, na podstawie doświadczeń z historii Kościoła, że w końcowym rozrachunku zachowujący obserwancje franciszkanie Niepokalanej okażą się zwycięzcami. Nawet jeśli będą musieli założyć nowy zakon. Ale prędzej czy później skończy się cichym przyznaniem „reformatorów” do winy i beatyfikacjami.
Teraz, szerzej, kwestia żeńskich zakonów czynnych. Moim zdaniem obserwowany w ostatnim 50-leciu gwałtowny spadek liczby powołań do tych instytutów zakonnych ma głębsze przyczyny niż tylko „deforma” posoborowa, zeświecczenie itp. zjawiska cyklicznie występujące w historii. Spójrzmy na dzieje tego typu zgromadzeń.
Samo zjawisko kobiet opiekujących się chorymi, biednymi, uczących dzieci itp. istniało zapewne „od zawsze”. Tego rodzaju „zakonem czynnym” były np. mantellatae, do których należała Katarzyna Sieneńska. Jeszcze w XIV wieku w wielu klasztorach żeńskich nie było ścisłej klauzury, a nawet w XVI wieku siostry często wychodziły na miasto z wielu różnych przyczyn. Jednakże zarówno w XIV, jak i XVI wieku skarżono się, że to rozbija życie zakonne i duchowe, uniemożliwiając skupienie (bł. Henryk Suzo, św. Teresa od Jezusa). Po soborze trydenckim św. Franciszek Salezy bez powodzenia usiłował zorganizować wizytki jako taki zakon, ale udało się dopiero Wincentemu a Paulo (szarytki). Pełne uznanie żeńskich zakonów czynnych jako takich to dopiero wiek XIX. Owszem, także wcześniej pobożne kobiety, często mieszkające razem i składające ślub czystości, zajmowały się opieką nad chorymi, uczeniem dzieci itp., ale nie uważano ich zgromadzeń za zakony, bo to wymagało klauzury i spełnienia innych wymogów prawnych i faktycznych.
Oczywiście mniszki często prowadziły w swoich klasztorach szkoły, szpitale, przytułki itp. Np. benedyktynki staniąteckie prowadziły elitarną szkołę dla dziewcząt, dopóki komuna jej nie zamknęła. Nigdy nie było tak, że mniszki mają się tylko modlić. Poza tym przy klasztorach mniszych mieszkały często „posłusznice” i również one zajmowały się takimi rzeczami w imieniu klasztoru. Jednak uznanie, że istnieją żeńskie zakony, które z założenia mają się zajmować czynną pracą charytatywną i społeczną, wychodzić z klasztoru itp., jest stosunkowo niedawne. Spowodowane to było okolicznościami zewnętrznymi, takimi jak prześladowania Kościoła, pogorszenie się sytuacji społecznej po rewolucji francuskiej oraz rewolucji przemysłowej, a nawet tak prozaicznym czynnikiem, jak zwiększenie bezpieczeństwa, przynajmniej w miastach, tak że w drugiej połowie XIX wieku kobiety mogły już normalnie same chodzić po ulicach, co wcześniej było nie do pomyślenia z zupełnie racjonalnych przyczyn.
Dlatego osobiście uważam zakony czynne za swego rodzaju „produkt” rewolucji przemysłowej — nie ma w tym nic lekceważącego, założyciele zakonów zawsze starają się odpowiadać na aktualne zapotrzebowania ludzi, wśród których żyją, to normalne i godne pochwały — i nie uznaję za przypadek tego, iż to na nie przypada obecnie najgłębszy kryzys powołań, podczas gdy mniszki lepiej się przed nim bronią. Po prostu służba zdrowia jest, przedszkola są, szkoły są, emerytury są... Oczywiście, kiedy zajmują się tym zakonnice, to jest lepiej. Ale nie jest tak, że są one JEDYNYM ratunkiem, istnieje bowiem alternatywa państwowa czy świeckiego sektora pozarządowego. A z drugiej strony, nie trzeba dziś iść do zakonu, jeśli chce się pracować w tego rodzaju zawodach. Można to czynić, żyjąc w małżeństwie, podczas gdy jeszcze sto lat temu było to praktycznie wykluczone. Dlatego prognozuję, że jeśli tylko systemy zabezpieczenia socjalnego całkiem nie padną, to w ciągu jakichś 50 lat obecna olbrzymia przewaga liczbowa zakonów czynnych nad mniszkami — sytuacja powstała zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu — zaniknie.
Pojawia się za to inne, bardzo interesujące zjawisko, będące nowością w historii Kościoła: siostry czynne zajmujące się nie pracą socjalną, lecz aktywnym głoszeniem Słowa. Jest to skutek przemian obyczajowych ostatnich dziesiątków lat.
Dawniej praca misyjna kobiet mogła polegać wyłącznie na modlitwie za misjonarzy. Św. Dominik i bł. Jordan z Saksonii takie zadanie przeznaczyli specjalnie powołanym w tym celu mniszkom dominikańskim; oprócz tego na początku miały one jeszcze przyjmować wędrujących braci na noclegi, opierać ich, karmić itd. Dokładnie ten sam wniosek można wyciągnąć z kilkaset lat późniejszej korespondencji św. Teresy od Dzieciątka Jezus z księżmi misjonarzami Roulland i Bellière, jej duchowymi braćmi. A dzisiaj, o tempora, o mores :), kobiety zaczynają (poza kontekstem liturgicznym) głosić Słowo na równi z mężczyznami. Robią doktoraty z teologii, głoszą rekolekcje itd. I nie dziwię się, jeśli już wkrótce zaczną na szerszą skalę powstawać nowe zakony z takim właśnie charyzmatem (Rodzina Dominikańska aż się prosi o taki zakon), a stare czynne zakony żeńskie częściowo do niego przeorbitują. W Polsce już zresztą mamy jeden taki zakon: jadwiżanki wawelskie.
Piszę to wszystko w święto św. Teresy Benedykty od Krzyża, Edyty Stein, filozofa, karmelitanki bosej i patronki Europy. Karmelitanki bose rulez, one zawsze będą miały powołania :) Ale i o innych mniszkach nie zapominajmy. Niestety, również środowiska aktywnie, konserwatywnie czy tradycyjnie katolickie zdaje się trapić choroba „singlostwa” — odwlekania w nieskończoność decyzji o konkretnym wyborze drogi życiowej zakon/małżeństwo. Owszem, dzisiejsza patronka pokazuje, że lepiej późno niż wcale. Ale akurat pod tym względem nie trzeba jej naśladować :) Dziewczyny, odważcie się podjąć tę decyzję już, zaraz. Potrzebujemy i nowych mniszek, i nowych zakonnic: opiekunek, nauczycielek, misjonarek i teologów — i matek rodzących dzieci.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dzikość kobiety

Ignacy — geniusz! Dedykuję ten wpis wszystkim jezuitom z okazji uroczystości liturgicznej ich założyciela, jaka przypadła kilka dni temu :)

Z reguł rozeznawania duchów (Ćwiczenia duchowne nr 325):
„Reguła 12. Nieprzyjaciel w zachowaniu się podobny jest do kobiety, w tym mianowicie, że siły ma słabe, ale chęć szkodzenia mocną. Bo właściwością kobiety w czasie sprzeczki z jakimś mężczyzną jest tracić odwagę i uciekać, jeśli mężczyzna stawia jej dzielnie czoła; a przeciwnie, jeżeli mężczyzna zaczyna uciekać tracąc odwagę, wtedy gniew, mściwość i dzikość kobiety nie zna granic, ni miary”.

A już bardziej poważnie: Dzisiaj przypada 90. rocznica święceń kapłańskich Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego, jednocześnie 113. rocznica jego urodzin oraz imieniny. Pamiętajmy o dziękczynieniu Bogu za jego życie i działanie, jakie z łaski Opatrzności wspierały Polskę w chwili zagrożenia jej bytu przez komunizm, oraz o modlitwie o jego rychłą beatyfikację!

„Nie wystarczy w Boga wierzyć, trzeba jeszcze Bogu zawierzyć”.
„Zamiast oczekiwać na dobroć innych, sami napełniajmy codziennie życie dobrocią”.
„Nie musisz wszystkiego rozumieć, wystarczy, że kochasz wszystko, co Bóg daje”.
„Człowiek Boży zawsze budzi nadzieję! w ludziach smutnych, zgorzkniałych i zwątpiałych pogłębia wiarę w Bożą opatrzność”.

sobota, 2 sierpnia 2014

Komentarz do ostatnich dyskusji na Facebooku

„Jeśli spytasz Mnie, dlaczego grzech tych, co prześladują święty Kościół, jest cięższy, niż wszystkie inne, i czemu mimo grzechów mych kapłanów nie chcę, by cześć dla nich się umniejszała, odpowiem: Bo wszelką cześć, jaką się im świadczy, oddaje się nie im, lecz Mnie, przez moc Krwi, którą im powierzyłem do rozdawania. Bez tego, mielibyście tyle czci dla nich, co dla innych ludzi, nie więcej. Z powodu tej służby, którą spełniają, winniście ich szanować. I jesteście zmuszeni przychodzić do ich rąk, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą poruczyłem im, jeśli chcecie przyjmować święte sakramenty Kościoła; i jeśli mogąc je przyjąć, nie chcecie tego uczynić, będziecie i umrzecie w stanie potępienia.

Więc nie im, lecz Mnie oddaje się tę cześć i tej chwalebnej Krwi (która jest jednym ze Mną, przez zjednoczenie natury boskiej i natury ludzkiej). Jeżeli ku Mnie zwraca się cześć, tak samo Mnie dotyczy brak czci. Jak ci już rzekłem, winniście ich szanować, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą im dałem. Podobnież obrażając ich, obrażacie nie ich, lecz Mnie. Zabroniłem tego słowami: Nie tykajcie moich pomazańców. Nie chcę tego.

Niech nikt nie tłumaczy się, mówiąc: »Nie znieważam świętego Kościoła, nie buntuję się przeciwko niemu, powstaję tylko przeciw grzechom złych pasterzy«. Kto tak mówi, kłamie wierutnie. Miłość własna zaślepia go i nie pozwala mu widzieć jasno, lub raczej, on widzi, lecz udaje, że nie widzi, aby zgłuszyć wyrzut sumienia. Gdyby był szczery, widziałby i nawet widzi, że prześladuje nie ludzi, lecz krew Syna mego. Moja jest obraza, jak moja jest cześć. I moje też są wszystkie szkody, obelgi, zniewagi, hańby i nagany, czynione moim kapłanom. Uważam za wyrządzone Mnie wszystko, co im się wyrządza, gdyż rzekłem i powtarzam: Nie chcę, aby tykano moich pomazańców! Ja sam mam ich karać, nikt inny”.

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności, nr CXVI

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przekreślenie Perejasławia

Dzisiaj, 28 lipca, obchodzona jest 1026. rocznica chrztu Rusi Kijowskiej. W 988 toku władca Kijowa, święty Włodzimierz Wielki, jako pierwszy spośród książąt wschodniej Słowiańszczyzny przyjął chrzest i uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Faktycznie wiara chrześcijańska była obecna na terytorium dzisiejszego państwa ukraińskiego od samego początku. Święty papież Klemens I Rzymski, wymieniany w Kanonie Rzymskim, był zesłany na Krym i zmarł tam ok. 102 r. Istniejący przynajmniej od V wieku Kijów znajdował się na szlaku handlowym ze Skandynawii do Bizancjum i chrześcijańscy kupcy i duchowni byli w nim regularnie obecni. Jednak z chwilą chrztu Włodzimierza i jego ślubu z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego Ruś oficjalnie weszła do grona państw chrześcijańskich, a Kijów stał się miejscem rozkwitu chrześcijańskiej kultury. Świadectwem tego są zachowane do dzisiaj bizantyjskie świątynie z Soborem św. Sofii na czele, Kronika Nestora oraz inne zabytki kultury materialnej, rękopisy historyczne i liturgiczne.
Rok temu w Kijowie odbywały się uroczyste obchody 1025-lecia chrztu Rusi. Znajdowałam się wtedy na miejscu, spędzając wakacje u moich serdecznych przyjaciół, ukraińskich dominikanów, i patrzyłam, jak Putin z Janukowyczem i metropolitą Cyrylem wykorzystują to wydarzenie do wielkiej politycznej pokazówki zwierzchnictwa Moskwy nad „ruskim światem” sięgającym po Białoruś i Mołdawię. Wszystkich nas mdliło z niesmaku.
Kilka miesięcy później, w grudniu, gadałam na Facebooku z moim znajomym, ukraińskim dominikaninem dwóch obrządków, teologiem wykształconym w Rzymie, świetnie mówiącym chyba pięcioma językami, obdarzonym dużą kulturą, erudycją i wiedzą historyczną (Petro Bałog OP — uśmiechy :) i serduszka <3). Trwał już Majdan, a Piotrek był kapelanem jednej z jego sotni. Rozmawialiśmy o tym przeklętym losie naszych narodów, wciśniętych między Berlin a Moskwę, i o tragicznym, czy też żadnym wyborze między dżumą russkiego mira a cholerą Związku Socjalistycznych Republik Europejskich z przewodnią siłą Niemiec i dyktaturą pederastów, aborterów, eutanazistów i kogo tam jeszcze. Przekonywałam go, że jedyną ucieczką od naszego przeklętego położenia geopolitycznego jest odtworzenie — z wyeliminowaniem popełnionych błędów — Rzeczpospolitej Jagiellonów. (Niekoniecznie nawet w formie jednego państwa; wystarczyłby ścisły sojusz polityczny i gospodarczy). Kiedy Polska i Ukraina (wraz z Białorusią, Litwą, Inflantami, a w pewnym momencie także Czechami i wielkimi Węgrami, obejmującymi Słowację i większą część Bałkanów) działały razem, Rosja i Niemcy się nie liczyły, nie mogły nam zagrozić. Piotrek się upierał, że to rozwiązanie jest absolutnie niemożliwe, że nigdy do tego nie dojdzie, że Rosja nigdy nie wypuści Ukrainy ze swoich łap.
Od tamtych obchodów chrztu Rusi minął rok. Tylko rok. W Kijowie od pół roku nie ma Janukowycza i jego złodziejskiej ekipy. Moskwa utraciła 350-letnią dominację nad rozległymi ziemiami ukraińskimi. W Donbasie trwa wojna, ale jej szala przechyla się na stronę sił ukraińskich. Krym zajęty przez Rosję, ale to panowanie jest bardzo labilne. Rosja staje się coraz bardziej niestabilna. Pogrąża się w autorytaryzmie wobec własnych obywateli i coraz silniejszych tendencjach odśrodkowych, które już wkrótce mogą rozerwać łańcuchy „więzienia narodów”.
Na naszych oczach tworzy się nowy porządek geopolityczny Europy, unieważniający ten, który przez ostatnie 300–400 lat dławił narody środkowej Europy, w tym Polaków, w jarzmie imperium rosyjskiego (carskiego/radzieckiego), okresowo w sojuszu z podobnym imperium niemieckim, i umieszczając Warszawę w przeklętych kleszczach Berlina i Moskwy. Jego elementem konstytucyjnym była ugoda perejasławska z 1654 roku.
Nie można zanegować, że pozostają poważne bariery dzielące nas. Krew pomordowanych Polaków woła z ziemi Wołynia i Podola. Woła też krew pomordowanych Ukraińców i ruiny zburzonych cerkwi. O pierwszej mówi się w Polsce, a drugich — na Ukrainie. I nadal próby stworzenia z tych dwóch narracji jednej, i znalezienia pojednania, są w powijakach.
Przez cały okres Majdanu i wojny z Rosją stoję przy moich ukraińskich przyjaciołach i popieram ich walkę o wolność i niepodległość, ale jednocześnie widzę w tym rodzaj jakiejś sprawiedliwości dziejowej — dziejów tego świata, a nie Bożych, oczywiście. Teraz Ukraińcy wiedzą, jak się czuli Polacy we wrześniu ’39. Rosja na Krymie i w Donbasie powtórzyła to, co zrobił ZSRR ze wschodnimi terenami Rzeczypospolitej Polskiej 17 września ’39 i potem. Nie neguję, że z punktu widzenia etnicznego te tereny były ukraińskie, białoruskie i litewskie, a Polacy byli na nich osiedleńcami, ludnością napływową (co prawda przez bite 600 lat mieszkali na tej ziemi, więc zdobyli już chyba sobie prawo obywatelstwa?) — Jednak jest jakąś schizofrenią uważać, że tamto zajęcie siłą (korzystając z jednoczesnego ataku przez Niemcy na Polskę) polskich Kresów przez ZSRR, przyklepane przez społeczność międzynarodową w ’45, było w porządku i się należało, a teraz jest zbrodnia i napaść. Jedno i drugie jest zbrodnią i napaścią, i Polacy doskonale sobie z tego zdają sprawę, choć w swojej masie umieli wybaczyć i wspierają obecnie Ukraińców w ich walce.
Ale mam nadzieję, że jak już Ukraina wygra tę wojnę i obroni swoje terytorium, to refleksja na temat podobieństwa tych dwóch sytuacji się zacznie. Owszem, zwłaszcza dla Litwy posiadanie Wilna jest być albo nie być, o wiele ważniejszym niż Lwów dla Ukrainy. Chodzi jednak o to, aby zmienić narrację i nie pochwalać tego, co się wtedy stało, tzn. mieć świadomość, że tamto również było przestępstwem międzynarodowym. Przy zachowaniu zasady nienaruszalności aktualnych granic państwowych. Polsce również nie opłaca się ruszać granic — bo w takim wypadku nieuchronnie pojawiłaby się kwestia granicy zachodniej i północnej. Można więcej stracić niż zyskać. Mam po prostu nadzieję, że zdążę dożyć tego, że do Lwowa i Stanisławowa, a kiedyś także Grodna i Pińska, będzie się jeździło tak, jak teraz się jeździ na Słowację czy do Niemiec, jak Niemcy mogą jeździć do Wrocławia czy Olsztyna: mijana z boku drogi tabliczka informacyjna, że inne państwo, jak z nazwą rzeki czy miasta. To rozwiąże problem wszelkich rewanżyzmów.
Oczywiście, w tej chwili te wszystkie sprawy trzeba odłożyć na bok. Jeśli Ukraina nie zatrzyma ruskich sołdatów w Donbasie, to za kilka lat będziemy mieli ruskie tanki w Olsztynie i Gdańsku, bo następnym krokiem będzie „przywrócenie sprawiedliwości dziejowej” w odniesieniu do Prus Wschodnich (być może w porozumieniu z Niemcami). A może „ochrona praw ludności rosyjskiej” przebywającej na tych terenach? (Rosjan przebywających z różnych względów w Polsce wcale nie jest w końcu tak mało). Władza w Rosji jest niestabilna i co kilka lat potrzebuje wygranych wojen, by się utrzymać.
Po wtargnięciu Rosji na Krym i do Donbasu uświadomiłam sobie na nowo, że ZSRR = Rosja i to to imperium zła, niezmienne, należy winić za wrzesień ’39. Owszem, lokalna ludność ukraińska i białoruska witała (choć nie cała) „wyzwolicieli” z radością (by wkrótce paść ofiarą stalinowskiego terroru), ale gdyby nie wkroczenie Sowietów, dowodzonych z Moskwy, sama by tych terenów od Polski nie oderwała.
W 2014 roku, 1026 lat po przyjęciu chrztu z Bizancjum, Ruś Kijowska przestaje być częścią Mordoru, cywilizacji turańskiej profesora Konecznego, i wraca do kręgu kultury europejskiej, której zawsze była częścią. Święty Jan Paweł II przypomniał, że Europa oddycha dwoma płucami i bez kultury chrześcijańskiego Wschodu, wywodzącej się od Bizancjum, jej tożsamość i duchowość będą zawsze niepełne. W natłoku obecnych wydarzeń nie od rzeczy będzie poświęcenie godzinki na przypomnienie sobie encykliki Slavorum Apostoli.
Pozostaje jeszcze temat Rosji. Nie jestem wrogiem Rosji. Wysoko cenię rosyjską kulturę, mam przyjaciela Rosjanina i dobrych znajomych Rosjan. Putin i jego agresywna imperialna polityka jest nieszczęściem przede wszystkim dla samych obywateli tego kraju. To Rosjanie pierwsi padają jego ofiarą, podobnie jak Stalin mordował najpierw obywateli ZSRR, a dopiero potem innych. Ustroje się zmieniają, a władze na Kremlu nie. Z całego serca życzę „przyjaciołom moskalom” prawdziwej wolności, w której nie będzie groziło pięć lat więzienia za uczestnictwo w demonstracji, a dochody z bogactw naturalnych będą szły na szkoły, szpitale i drogi, nie na nienasyconą armię. W której poziom życia (nie tylko u wąskiej kasty oligarchów i złodziei u władzy) i rozwój infrastruktury dopędzi choćby Polskę. Obywatele Federacji Rosyjskiej — sto różnych narodów, a nie tylko Rosjanie — zasługują na umiejętne i uczciwe władze, dbające o prawdziwe dobro swego społeczeństwa, a nie pozostawiające po sobie nędzę, krew i trupy.

W kwestii zakończenia epoki Perejasławia i odwrócenia losów Europy bardzo dobry komentarz dał Grzegorz Górny (wpolityce.pl):

Przekreślenie Perejesławia. Taka szansa, przed jaką stoją dziś Ukraińcy, pojawia się raz na dziesięciolecia


Grzegorz Górny

To, co dzieje się na Ukrainie od listopada zeszłego roku, wciąż ogniskuje uwagę Polaków. Krwawe starcia na kijowskim Majdanie, ucieczka prezydenta Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję, konflikt zbrojny w Donbasie, wybór Petra Poroszenki na nowego prezydenta, zestrzelenie malezyjskiego samolotu — w kalejdoskopie tych wydarzeń łatwo umknąć może jednak pewien historyczny proces, który właśnie obserwujemy.
Jesteśmy bowiem świadkami przekreślenia Perejesławia, czyli odwrócenia trendu dziejowego, zapoczątkowanego w 1654 roku. To właśnie wówczas Kozacy pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego podpisali tzw. ugodę perejesławską z Moskwą. Od tego czasu Ukraina znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. Mitem założycielskim nowej konstelacji geopolitycznej stało się powstanie Chmielnickiego, które wykopało przepaść między dwoma narodami Pierwszej Rzeczpospolitej. Antidotum na to miał być sojusz Kozaków z Moskwą, oparty na wspólnej tożsamości słowiańsko-prawosławnej.
Nic przez wieki nie było w stanie tego zmienić, żaden wrogi akt ze strony Rosji — ani likwidacja Siczy Zaporoskiej w 1775 roku, ani Wielki Głód w 1933 roku. Wszelkie próby odwrócenia sojuszy, począwszy od unii w Hadziaczu w 1658 roku, a skończywszy na układzie Petlura-Piłsudski w 1920 roku, kończyły się niepowodzeniem. Zawsze brakowało pewnej masy krytycznej, zdolnej odwrócić koło historii. W umysły Ukraińców zbyt silnie było bowiem wdrukowane przeświadczenie o braterskich więzach łączących ich z Rosjanami. Nawet jeśli relacje między nimi były niesprawiedliwe, to nadal pozostawały braterskie. W końcu w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia i kłótnie. Dla wielu Ukraińców niewyobrażalna była wręcz nawet hipotetyczna możliwość zerwania z Rosjanami, tak bliskimi im etnicznie, językowo, kulturowo i religijnie.
Obecne wydarzenia przynoszą zmianę tej sytuacji. Im bardziej Rosjanie eskalują konflikt, tym mocniej wpływają na kształtowanie się świadomości narodowej Ukraińców, w której komponent antyrosyjski odgrywa coraz ważniejszą rolę. Obraz starszego brata zastąpiony zostaje obrazem mordercy i agresora. Sprzeciw wobec Rosji utożsamiony zostaje ze sprzeciwem wobec nieludzkiego reżimu, z walką o wolność i godność, a na dodatek przypieczętowany przelaną krwią. Na naszych oczach powstaje nowy mit założycielski współczesnej Ukrainy, który wykuwa się w krwawych bojach z moskiewską satrapią.
Niepodległościowe elity ukraińskie zdają sobie sprawę, że stanęły przed szansą, jaka zdarza się raz na dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Wystarczy przejrzeć ofertę ukraińskich kanałów telewizyjnych, które wciąż pokazują filmy dokumentalne o zbrodniach rosyjskich, sowieckich i komunistycznych. Jeszcze niedawno, za prezydentury Janukowycza, takich obrazów niemal w ogóle nie pokazywano, preferując raczej lekkie rosyjskie komedie lub filmy akcji. Teraz dominuje inny przekaz: zbyt wiele Moskwa wyrządziła nam krzywd, byśmy mogli razem planować wspólną przyszłość. Musimy być niezależni od Rosji.
W tym kontekście do rangi symbolu urasta fakt aneksji Krymu przez Putina. Przecież półwysep ten został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej w 1954 roku — a więc w 300. rocznicę ugody perejesławskiej — jako znak wiecznego sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Zabranie go teraz przez Rosję to jakby unieważnienie Perejesławia, przekreślenie tej relacji.
Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to proces niezwykle korzystny. Powinniśmy wspomagać Ukraińców, by wyrwali się z rosyjskiej strefy wpływów.
25 lipca 2014

http://wpolityce.pl/polityka/206517-przekreslenie-perejeslawia-taka-szansa-przed-jaka-stoja-dzis-ukraincy-pojawia-sie-raz-na-dziesieciolecia

niedziela, 27 lipca 2014

Kim jest dominikanin


Dominikanin jest »liturgiem« nie tylko przy ołtarzu, ale mocą kapłaństwa, a zwłaszcza mocą profesji solemnej i stanu zakonnego. Zawsze chodzi w stroju liturgicznym, bezustannie jest na szczególnej służbie Bożej; na służbie Ciała Mistycznego Chrystusa”.

bł. Michał Czartoryski OP, Zapiski duchowe, nr 14.


15 VIII 1944, uroczystość Wniebowzięcia. Msza polowa na warszawskim Powiślu podczas Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie ostatnie zachowane zdjęcie bł. ojca Michała.

wtorek, 22 lipca 2014

Magdalena Smoleńska

Spojrzała i od razu zobaczyła, że ciało zostało zabrane. Nie ujrzała żadnego anioła, ponieważ Jezus sam chciał ją zawiadomić. Strwożona i zaniepokojona, obawiając się, żeby ukochane ciało Jezusa nie zostało zbezczeszczone, poszła z pośpiechem do Szymona Piotra i drugiego ucznia, którego Jezus kochał. Mówi im, co ją niepokoi: »Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono«. [...]
Ponownie się nachyliwszy, powraca, aby szukać gdzie indziej. Wtem widzi Jezusa i Go nie poznaje, ponieważ troszczy się jedynie o ukochane ciało, które chciała namaścić drogocennym olejkiem, a które jest w świętokradczych rękach
”.
Z komentarza do Ewangelii br. Marii Józefa Lagrange’a OP, prezbitera

Myślę o tych wszystkich płaczących Mariach Magdalenach: Polakach, Holendrach, Malezyjczykach, Australijczykach, Filipińczykach, Anglikach, Belgach, Kanadyjczykach, których najbliżsi zostali zamordowani, ich rozkawałkowane ciała zbezczeszczone, przerzucane łopatami z miejsca na miejsce i z ciężarówki na ciężarówkę, pierścionki i obrączki zdjęte z martwych palców, pieniądze wyjęte z portfeli, karty kredytowe oczyszczone. A dowody zbrodni zacierane.
Myślę o tych wszystkich moich własnych znajomych, wydawało się, przyzwoitych ludziach — niektórzy z nich to niestety księża i ich postępowaniem i językiem jestem po prostu wciąż i nadal zgorszona, zgorszona, zgorszona — którzy cztery lata temu wyśmiewali się z „zimnego Lecha” i z nienawiścią i pogardą w głosie i słowach krzyczeli, że bardzo PiS-owcom tak dobrze; i że ci, co twierdzą, że Kaczyński nie kazał lądować, Błasik nie stał pijany w kabinie pilotów, a pilot nie był buńczuczny, brawurowy i nieumiejętny, jak to ZAWSZE Polacy — są chorzy psychicznie i nie ma dla nich w Polsce miejsca (sic).
Te dwie katastrofy są do siebie uderzająco podobne i ofiary tej dzisiejszej, donieckiej, oskarżają tych, którzy zakłamywali i przykrywali dywanem smoleńską. Zło, które nie doznaje sprzeciwu, rozprzestrzenia się i rozpowszechnia — dopóki ktoś go nie zatrzyma. To należy do samej natury zła. 
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć (1 P 5,8).
Myślę, że święta Maria Magdalena jest szczególną patronką tych płaczących żałobników — zarówno tych dzisiejszych, którzy spotykają się ze współczuciem całego cywilizowanego świata, jak i tych sprzed czterech lat: wyszydzonych, wyśmianych, obnażonych przez własnych współplemieńców i współbraci w Chrystusie, jak sam Chrystus u kolumny biczowania i przed pałacem Piłata.
Myślę też, że teraz, po katastrofie donieckiej, prawda o katastrofie smoleńskiej wyjdzie na jaw. Bo teraz zginęli Holendrzy i przedstawiciele innych państw, które dbają o życie i godność swoich obywateli, i samego państwa. I teraz będzie, mimo wysiłków Kremla i jego najemników rosyjskiej i nierosyjskiej narodowości, którzy tak jak wtedy niszczą i ukrywają dowody, przeprowadzone rzetelne międzynarodowe śledztwo. A wtedy świat przypomni sobie o Smoleńsku (już sobie przypomina...) i bliźniacze podobieństwa staną się widoczne dla każdego.
Przypomni sobie też o wypędzonych i pomordowanych Gruzinach, których niepodległość podczas poprzedniej inwazji Kremla na swego sąsiada ocalił — jak można przypuszczać — zmarły prezydent RP. Za cenę własnego życia, jak się okazało. I 95 innych.
Święta Maria Magdalena, Równa Apostołom, wyprasza zbawienie dla ofiar, pociechę dla ich bliskich, nawrócenie dla zbrodniarzy, ich pomocników i gloryfikatorów.