poniedziałek, 28 lipca 2014

Przekreślenie Perejasławia

Dzisiaj, 28 lipca, obchodzona jest 1026. rocznica chrztu Rusi Kijowskiej. W 988 toku władca Kijowa, święty Włodzimierz Wielki, jako pierwszy spośród książąt wschodniej Słowiańszczyzny przyjął chrzest i uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Faktycznie wiara chrześcijańska była obecna na terytorium dzisiejszego państwa ukraińskiego od samego początku. Święty papież Klemens I Rzymski, wymieniany w Kanonie Rzymskim, był zesłany na Krym i zmarł tam ok. 102 r. Istniejący przynajmniej od V wieku Kijów znajdował się na szlaku handlowym ze Skandynawii do Bizancjum i chrześcijańscy kupcy i duchowni byli w nim regularnie obecni. Jednak z chwilą chrztu Włodzimierza i jego ślubu z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego Ruś oficjalnie weszła do grona państw chrześcijańskich, a Kijów stał się miejscem rozkwitu chrześcijańskiej kultury. Świadectwem tego są zachowane do dzisiaj bizantyjskie świątynie z Soborem św. Sofii na czele, Kronika Nestora oraz inne zabytki kultury materialnej, rękopisy historyczne i liturgiczne.
Rok temu w Kijowie odbywały się uroczyste obchody 1025-lecia chrztu Rusi. Znajdowałam się wtedy na miejscu, spędzając wakacje u moich serdecznych przyjaciół, ukraińskich dominikanów, i patrzyłam, jak Putin z Janukowyczem i metropolitą Cyrylem wykorzystują to wydarzenie do wielkiej politycznej pokazówki zwierzchnictwa Moskwy nad „ruskim światem” sięgającym po Białoruś i Mołdawię. Wszystkich nas mdliło z niesmaku.
Kilka miesięcy później, w grudniu, gadałam na Facebooku z moim znajomym, ukraińskim dominikaninem dwóch obrządków, teologiem wykształconym w Rzymie, świetnie mówiącym chyba pięcioma językami, obdarzonym dużą kulturą, erudycją i wiedzą historyczną (Petro Bałog OP — uśmiechy :) i serduszka <3). Trwał już Majdan, a Piotrek był kapelanem jednej z jego sotni. Rozmawialiśmy o tym przeklętym losie naszych narodów, wciśniętych między Berlin a Moskwę, i o tragicznym, czy też żadnym wyborze między dżumą russkiego mira a cholerą Związku Socjalistycznych Republik Europejskich z przewodnią siłą Niemiec i dyktaturą pederastów, aborterów, eutanazistów i kogo tam jeszcze. Przekonywałam go, że jedyną ucieczką od naszego przeklętego położenia geopolitycznego jest odtworzenie — z wyeliminowaniem popełnionych błędów — Rzeczpospolitej Jagiellonów. (Niekoniecznie nawet w formie jednego państwa; wystarczyłby ścisły sojusz polityczny i gospodarczy). Kiedy Polska i Ukraina (wraz z Białorusią, Litwą, Inflantami, a w pewnym momencie także Czechami i wielkimi Węgrami, obejmującymi Słowację i większą część Bałkanów) działały razem, Rosja i Niemcy się nie liczyły, nie mogły nam zagrozić. Piotrek się upierał, że to rozwiązanie jest absolutnie niemożliwe, że nigdy do tego nie dojdzie, że Rosja nigdy nie wypuści Ukrainy ze swoich łap.
Od tamtych obchodów chrztu Rusi minął rok. Tylko rok. W Kijowie od pół roku nie ma Janukowycza i jego złodziejskiej ekipy. Moskwa utraciła 350-letnią dominację nad rozległymi ziemiami ukraińskimi. W Donbasie trwa wojna, ale jej szala przechyla się na stronę sił ukraińskich. Krym zajęty przez Rosję, ale to panowanie jest bardzo labilne. Rosja staje się coraz bardziej niestabilna. Pogrąża się w autorytaryzmie wobec własnych obywateli i coraz silniejszych tendencjach odśrodkowych, które już wkrótce mogą rozerwać łańcuchy „więzienia narodów”.
Na naszych oczach tworzy się nowy porządek geopolityczny Europy, unieważniający ten, który przez ostatnie 300–400 lat dławił narody środkowej Europy, w tym Polaków, w jarzmie imperium rosyjskiego (carskiego/radzieckiego), okresowo w sojuszu z podobnym imperium niemieckim, i umieszczając Warszawę w przeklętych kleszczach Berlina i Moskwy. Jego elementem konstytucyjnym była ugoda perejasławska z 1654 roku.
Nie można zanegować, że pozostają poważne bariery dzielące nas. Krew pomordowanych Polaków woła z ziemi Wołynia i Podola. Woła też krew pomordowanych Ukraińców i ruiny zburzonych cerkwi. O pierwszej mówi się w Polsce, a drugich — na Ukrainie. I nadal próby stworzenia z tych dwóch narracji jednej, i znalezienia pojednania, są w powijakach.
Przez cały okres Majdanu i wojny z Rosją stoję przy moich ukraińskich przyjaciołach i popieram ich walkę o wolność i niepodległość, ale jednocześnie widzę w tym rodzaj jakiejś sprawiedliwości dziejowej — dziejów tego świata, a nie Bożych, oczywiście. Teraz Ukraińcy wiedzą, jak się czuli Polacy we wrześniu ’39. Rosja na Krymie i w Donbasie powtórzyła to, co zrobił ZSRR ze wschodnimi terenami Rzeczypospolitej Polskiej 17 września ’39 i potem. Nie neguję, że z punktu widzenia etnicznego te tereny były ukraińskie, białoruskie i litewskie, a Polacy byli na nich osiedleńcami, ludnością napływową (co prawda przez bite 600 lat mieszkali na tej ziemi, więc zdobyli już chyba sobie prawo obywatelstwa?) — Jednak jest jakąś schizofrenią uważać, że tamto zajęcie siłą (korzystając z jednoczesnego ataku przez Niemcy na Polskę) polskich Kresów przez ZSRR, przyklepane przez społeczność międzynarodową w ’45, było w porządku i się należało, a teraz jest zbrodnia i napaść. Jedno i drugie jest zbrodnią i napaścią, i Polacy doskonale sobie z tego zdają sprawę, choć w swojej masie umieli wybaczyć i wspierają obecnie Ukraińców w ich walce.
Ale mam nadzieję, że jak już Ukraina wygra tę wojnę i obroni swoje terytorium, to refleksja na temat podobieństwa tych dwóch sytuacji się zacznie. Owszem, zwłaszcza dla Litwy posiadanie Wilna jest być albo nie być, o wiele ważniejszym niż Lwów dla Ukrainy. Chodzi jednak o to, aby zmienić narrację i nie pochwalać tego, co się wtedy stało, tzn. mieć świadomość, że tamto również było przestępstwem międzynarodowym. Przy zachowaniu zasady nienaruszalności aktualnych granic państwowych. Polsce również nie opłaca się ruszać granic — bo w takim wypadku nieuchronnie pojawiłaby się kwestia granicy zachodniej i północnej. Można więcej stracić niż zyskać. Mam po prostu nadzieję, że zdążę dożyć tego, że do Lwowa i Stanisławowa, a kiedyś także Grodna i Pińska, będzie się jeździło tak, jak teraz się jeździ na Słowację czy do Niemiec, jak Niemcy mogą jeździć do Wrocławia czy Olsztyna: mijana z boku drogi tabliczka informacyjna, że inne państwo, jak z nazwą rzeki czy miasta. To rozwiąże problem wszelkich rewanżyzmów.
Oczywiście, w tej chwili te wszystkie sprawy trzeba odłożyć na bok. Jeśli Ukraina nie zatrzyma ruskich sołdatów w Donbasie, to za kilka lat będziemy mieli ruskie tanki w Olsztynie i Gdańsku, bo następnym krokiem będzie „przywrócenie sprawiedliwości dziejowej” w odniesieniu do Prus Wschodnich (być może w porozumieniu z Niemcami). A może „ochrona praw ludności rosyjskiej” przebywającej na tych terenach? (Rosjan przebywających z różnych względów w Polsce wcale nie jest w końcu tak mało). Władza w Rosji jest niestabilna i co kilka lat potrzebuje wygranych wojen, by się utrzymać.
Po wtargnięciu Rosji na Krym i do Donbasu uświadomiłam sobie na nowo, że ZSRR = Rosja i to to imperium zła, niezmienne, należy winić za wrzesień ’39. Owszem, lokalna ludność ukraińska i białoruska witała (choć nie cała) „wyzwolicieli” z radością (by wkrótce paść ofiarą stalinowskiego terroru), ale gdyby nie wkroczenie Sowietów, dowodzonych z Moskwy, sama by tych terenów od Polski nie oderwała.
W 2014 roku, 1026 lat po przyjęciu chrztu z Bizancjum, Ruś Kijowska przestaje być częścią Mordoru, cywilizacji turańskiej profesora Konecznego, i wraca do kręgu kultury europejskiej, której zawsze była częścią. Święty Jan Paweł II przypomniał, że Europa oddycha dwoma płucami i bez kultury chrześcijańskiego Wschodu, wywodzącej się od Bizancjum, jej tożsamość i duchowość będą zawsze niepełne. W natłoku obecnych wydarzeń nie od rzeczy będzie poświęcenie godzinki na przypomnienie sobie encykliki Slavorum Apostoli.
Pozostaje jeszcze temat Rosji. Nie jestem wrogiem Rosji. Wysoko cenię rosyjską kulturę, mam przyjaciela Rosjanina i dobrych znajomych Rosjan. Putin i jego agresywna imperialna polityka jest nieszczęściem przede wszystkim dla samych obywateli tego kraju. To Rosjanie pierwsi padają jego ofiarą, podobnie jak Stalin mordował najpierw obywateli ZSRR, a dopiero potem innych. Ustroje się zmieniają, a władze na Kremlu nie. Z całego serca życzę „przyjaciołom moskalom” prawdziwej wolności, w której nie będzie groziło pięć lat więzienia za uczestnictwo w demonstracji, a dochody z bogactw naturalnych będą szły na szkoły, szpitale i drogi, nie na nienasyconą armię. W której poziom życia (nie tylko u wąskiej kasty oligarchów i złodziei u władzy) i rozwój infrastruktury dopędzi choćby Polskę. Obywatele Federacji Rosyjskiej — sto różnych narodów, a nie tylko Rosjanie — zasługują na umiejętne i uczciwe władze, dbające o prawdziwe dobro swego społeczeństwa, a nie pozostawiające po sobie nędzę, krew i trupy.

W kwestii zakończenia epoki Perejasławia i odwrócenia losów Europy bardzo dobry komentarz dał Grzegorz Górny (wpolityce.pl):

Przekreślenie Perejesławia. Taka szansa, przed jaką stoją dziś Ukraińcy, pojawia się raz na dziesięciolecia


Grzegorz Górny

To, co dzieje się na Ukrainie od listopada zeszłego roku, wciąż ogniskuje uwagę Polaków. Krwawe starcia na kijowskim Majdanie, ucieczka prezydenta Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję, konflikt zbrojny w Donbasie, wybór Petra Poroszenki na nowego prezydenta, zestrzelenie malezyjskiego samolotu — w kalejdoskopie tych wydarzeń łatwo umknąć może jednak pewien historyczny proces, który właśnie obserwujemy.
Jesteśmy bowiem świadkami przekreślenia Perejesławia, czyli odwrócenia trendu dziejowego, zapoczątkowanego w 1654 roku. To właśnie wówczas Kozacy pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego podpisali tzw. ugodę perejesławską z Moskwą. Od tego czasu Ukraina znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. Mitem założycielskim nowej konstelacji geopolitycznej stało się powstanie Chmielnickiego, które wykopało przepaść między dwoma narodami Pierwszej Rzeczpospolitej. Antidotum na to miał być sojusz Kozaków z Moskwą, oparty na wspólnej tożsamości słowiańsko-prawosławnej.
Nic przez wieki nie było w stanie tego zmienić, żaden wrogi akt ze strony Rosji — ani likwidacja Siczy Zaporoskiej w 1775 roku, ani Wielki Głód w 1933 roku. Wszelkie próby odwrócenia sojuszy, począwszy od unii w Hadziaczu w 1658 roku, a skończywszy na układzie Petlura-Piłsudski w 1920 roku, kończyły się niepowodzeniem. Zawsze brakowało pewnej masy krytycznej, zdolnej odwrócić koło historii. W umysły Ukraińców zbyt silnie było bowiem wdrukowane przeświadczenie o braterskich więzach łączących ich z Rosjanami. Nawet jeśli relacje między nimi były niesprawiedliwe, to nadal pozostawały braterskie. W końcu w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia i kłótnie. Dla wielu Ukraińców niewyobrażalna była wręcz nawet hipotetyczna możliwość zerwania z Rosjanami, tak bliskimi im etnicznie, językowo, kulturowo i religijnie.
Obecne wydarzenia przynoszą zmianę tej sytuacji. Im bardziej Rosjanie eskalują konflikt, tym mocniej wpływają na kształtowanie się świadomości narodowej Ukraińców, w której komponent antyrosyjski odgrywa coraz ważniejszą rolę. Obraz starszego brata zastąpiony zostaje obrazem mordercy i agresora. Sprzeciw wobec Rosji utożsamiony zostaje ze sprzeciwem wobec nieludzkiego reżimu, z walką o wolność i godność, a na dodatek przypieczętowany przelaną krwią. Na naszych oczach powstaje nowy mit założycielski współczesnej Ukrainy, który wykuwa się w krwawych bojach z moskiewską satrapią.
Niepodległościowe elity ukraińskie zdają sobie sprawę, że stanęły przed szansą, jaka zdarza się raz na dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Wystarczy przejrzeć ofertę ukraińskich kanałów telewizyjnych, które wciąż pokazują filmy dokumentalne o zbrodniach rosyjskich, sowieckich i komunistycznych. Jeszcze niedawno, za prezydentury Janukowycza, takich obrazów niemal w ogóle nie pokazywano, preferując raczej lekkie rosyjskie komedie lub filmy akcji. Teraz dominuje inny przekaz: zbyt wiele Moskwa wyrządziła nam krzywd, byśmy mogli razem planować wspólną przyszłość. Musimy być niezależni od Rosji.
W tym kontekście do rangi symbolu urasta fakt aneksji Krymu przez Putina. Przecież półwysep ten został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej w 1954 roku — a więc w 300. rocznicę ugody perejesławskiej — jako znak wiecznego sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Zabranie go teraz przez Rosję to jakby unieważnienie Perejesławia, przekreślenie tej relacji.
Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to proces niezwykle korzystny. Powinniśmy wspomagać Ukraińców, by wyrwali się z rosyjskiej strefy wpływów.
25 lipca 2014

http://wpolityce.pl/polityka/206517-przekreslenie-perejeslawia-taka-szansa-przed-jaka-stoja-dzis-ukraincy-pojawia-sie-raz-na-dziesieciolecia

niedziela, 27 lipca 2014

Kim jest dominikanin


Dominikanin jest »liturgiem« nie tylko przy ołtarzu, ale mocą kapłaństwa, a zwłaszcza mocą profesji solemnej i stanu zakonnego. Zawsze chodzi w stroju liturgicznym, bezustannie jest na szczególnej służbie Bożej; na służbie Ciała Mistycznego Chrystusa”.

bł. Michał Czartoryski OP, Zapiski duchowe, nr 14.


15 VIII 1944, uroczystość Wniebowzięcia. Msza polowa na warszawskim Powiślu podczas Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie ostatnie zachowane zdjęcie bł. ojca Michała.

wtorek, 22 lipca 2014

Magdalena Smoleńska

Spojrzała i od razu zobaczyła, że ciało zostało zabrane. Nie ujrzała żadnego anioła, ponieważ Jezus sam chciał ją zawiadomić. Strwożona i zaniepokojona, obawiając się, żeby ukochane ciało Jezusa nie zostało zbezczeszczone, poszła z pośpiechem do Szymona Piotra i drugiego ucznia, którego Jezus kochał. Mówi im, co ją niepokoi: »Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono«. [...]
Ponownie się nachyliwszy, powraca, aby szukać gdzie indziej. Wtem widzi Jezusa i Go nie poznaje, ponieważ troszczy się jedynie o ukochane ciało, które chciała namaścić drogocennym olejkiem, a które jest w świętokradczych rękach
”.
Z komentarza do Ewangelii br. Marii Józefa Lagrange’a OP, prezbitera

Myślę o tych wszystkich płaczących Mariach Magdalenach: Polakach, Holendrach, Malezyjczykach, Australijczykach, Filipińczykach, Anglikach, Belgach, Kanadyjczykach, których najbliżsi zostali zamordowani, ich rozkawałkowane ciała zbezczeszczone, przerzucane łopatami z miejsca na miejsce i z ciężarówki na ciężarówkę, pierścionki i obrączki zdjęte z martwych palców, pieniądze wyjęte z portfeli, karty kredytowe oczyszczone. A dowody zbrodni zacierane.
Myślę o tych wszystkich moich własnych znajomych, wydawało się, przyzwoitych ludziach — niektórzy z nich to niestety księża i ich postępowaniem i językiem jestem po prostu wciąż i nadal zgorszona, zgorszona, zgorszona — którzy cztery lata temu wyśmiewali się z „zimnego Lecha” i z nienawiścią i pogardą w głosie i słowach krzyczeli, że bardzo PiS-owcom tak dobrze; i że ci, co twierdzą, że Kaczyński nie kazał lądować, Błasik nie stał pijany w kabinie pilotów, a pilot nie był buńczuczny, brawurowy i nieumiejętny, jak to ZAWSZE Polacy — są chorzy psychicznie i nie ma dla nich w Polsce miejsca (sic).
Te dwie katastrofy są do siebie uderzająco podobne i ofiary tej dzisiejszej, donieckiej, oskarżają tych, którzy zakłamywali i przykrywali dywanem smoleńską. Zło, które nie doznaje sprzeciwu, rozprzestrzenia się i rozpowszechnia — dopóki ktoś go nie zatrzyma. To należy do samej natury zła. 
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć (1 P 5,8).
Myślę, że święta Maria Magdalena jest szczególną patronką tych płaczących żałobników — zarówno tych dzisiejszych, którzy spotykają się ze współczuciem całego cywilizowanego świata, jak i tych sprzed czterech lat: wyszydzonych, wyśmianych, obnażonych przez własnych współplemieńców i współbraci w Chrystusie, jak sam Chrystus u kolumny biczowania i przed pałacem Piłata.
Myślę też, że teraz, po katastrofie donieckiej, prawda o katastrofie smoleńskiej wyjdzie na jaw. Bo teraz zginęli Holendrzy i przedstawiciele innych państw, które dbają o życie i godność swoich obywateli, i samego państwa. I teraz będzie, mimo wysiłków Kremla i jego najemników rosyjskiej i nierosyjskiej narodowości, którzy tak jak wtedy niszczą i ukrywają dowody, przeprowadzone rzetelne międzynarodowe śledztwo. A wtedy świat przypomni sobie o Smoleńsku (już sobie przypomina...) i bliźniacze podobieństwa staną się widoczne dla każdego.
Przypomni sobie też o wypędzonych i pomordowanych Gruzinach, których niepodległość podczas poprzedniej inwazji Kremla na swego sąsiada ocalił — jak można przypuszczać — zmarły prezydent RP. Za cenę własnego życia, jak się okazało. I 95 innych.
Święta Maria Magdalena, Równa Apostołom, wyprasza zbawienie dla ofiar, pociechę dla ich bliskich, nawrócenie dla zbrodniarzy, ich pomocników i gloryfikatorów.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Człowiek i jego roszczenia

Z komentarza Pawła Lisickiego w „Do Rzeczy”: „Jeszcze Kościół nie zginął” do wyników ostatniego liczenia wiernych:

(Tutaj przy okazji wtrąćmy, że sam pomysł liczenia wiernych jest głęboko sprzeczny z Bożym planem — przypomnijmy sobie, co spotkało Dawida za pomysł policzenia Izraela. I nie wątpię, że „światowa” moda na liczenie wiernych w polskim Kościele przynosi podobne owoce, bo Bóg jest wierny i konsekwentny).
Nie jest prawdą, że główną bolączką polskiego Kościoła jest zaangażowanie w politykę lub zbyt powolne dostosowanie się do oczekiwań liberalnej cywilizacji. Większość społeczności chrześcijańskich na Zachodzie dawno już straciła wpływ na politykę. Wspólnoty protestanckie w pełni niemal pogodziły się z rewolucją obyczajową, czego dowodem jest coraz częstsza akceptacja związków homoseksualnych, biskupi katoliccy ograniczają się zwykle do rytualnych sprzeciwów. A mimo tego skala dechrystianizacji i tempo, w jakim wierni odwracają się od chrześcijaństwa, są tam znacznie większe niż w Polsce. Na tle Zachodu Polska pozostaje krajem chrześcijańskim. Nie ma oczywiście jednego czynnika, który tłumaczyłby tak skomplikowane zjawisko społeczne, jakim jest zanik praktyk religijnych. Jednak gdybym sam starał się znaleźć główny powód, to szukałbym go — inaczej niż większość specjalistów — w osłabieniu religijnego przesłania chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie. Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga. Inaczej za kilka lat Polska będzie przypominać Irlandię, Hiszpanię czy Belgię, kraje niegdyś katolickie.
Święte słowa red. Pawła Lisickiego. Zachęcam do przeczytania całego komentarza (podlinkowałam na początku). I trzeba grubym drukiem podkreślić, że zdanie „Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie” pasuje również do liturgii. A nawet w pierwszej kolejności odnosi się do liturgii. Liturgia jest szkołą wiary i życia. Od dostosowywania przez liberalny, modernizujący kler liturgii do „potrzeb współczesnego człowieka” zaczął się szybki upadek wiary na Zachodzie. Owszem, wiara słabła już wcześniej; ale działania obłąkanych kościelnych „rewolucjonistów ’68 roku” na Zachodzie spowodowały gwałtowne przyśpieszenie tej utraty wiary. Zmiana była jakościowa, nie ilościowa. Oczywiście intencje były szczytne; ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Drzewo poznaje się po owocach.
Zachęcam do refleksji nad tym, co w ostatnich dziesiątkach lat dzieje się w liturgii katolickiej w Polsce. Jeśli nie zatrzyma się procesu „ufajniania” liturgii, już za jedno pokolenie będzie tak, jak na Zachodzie. To liturgia ma przenosić w pierwszym rzędzie do tego nadprzyrodzonego, o którym red. Lisicki pisze...
Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga”.
I teraz proszę porównać to, co wyprodukowano w tzw. „reformie soborowej” (w rzeczywistości nie mającej z Soborem Watykańskim II wiele wspólnego, a nawet sprzecznej z jego Konstytucją o liturgii Sacrosanctum concilium), z mszą w klasycznym rycie rzymskim oraz liturgiami Kościołów wschodnich. Dlaczego ludzie (katolicy) mówią, że w cerkwi na nabożeństwach jest duch, duchowość, że lepiej się tam modli?
Oczywiście nowa msza jest ważna, jest Ofiarą Eucharystii w sensie teologicznym, sakramentalnym. I nie mówię, że nie ma zalet... Wiele osób mi mówi, że zaspokaja ona ich potrzebę poczucia się wspólnotą, że dobrze się na niej czują, jako „sprawcy”, „uczestnicy”, a nie „widzowie”, że jest dla nich ważne, że mogą sobie śpiewać wesołe, skoczne piosenki, że to poprawia im nastrój. „Dzięki temu lepiej nam się modli, czujemy, że się dobrze modliliśmy”.
Tak, takie są nasze ziemskie, doczesne, zmysłowe potrzeby ludzkie.

Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia”.

Ps. Właśnie wczoraj odkryłam, że nawet liturgiczna ceremonia złożenia ślubów przez mniszkę w klasztorze benedyktynek nie może obejść się bez gitarry. Dziękuję, postoję. Jeśli która chętna na mniszkę — odradzam taki klasztor. Nie ma życia mniszego bez wyciszenia i pokoju wewnętrznego; bez ascezy zmysłów i pozostawienia pewnej pustki, którą będzie mógł zająć Niepomieszczony. A krzykliwe i nerwowe dźwięki gitary używanej na sposób ogniskowo-łupiący (a nie klasyczno-wirtuozowski w stylu muzyki dawnej; sam instrument nic nie winien), pozostawanie w hałasie naszej rozwrzeszczanej i neurotycznej epoki raczej temu nie sprzyja...

niedziela, 20 lipca 2014

Z dziejów obłudy

Od czasu do czasu dochodzą do mnie wieści o podejmowaniu przez różne kapituły zakonne mniej lub bardziej formalnych uchwał, sprzecznych z dokumentami Stolicy Apostolskiej (czy też innymi oficjalnymi dokumentami Kościoła, na szczeblu Stolicy Apostolskiej lub lokalnej diecezji). Zdarzało mi się również czytać w Internecie, lub słuchać w realu, buńczuczne wypowiedzi zakonników, którzy publicznie zapowiadali, że takie uchwały „sobie” podejmą.
W takich sytuacjach milczę, bo i cóż można na takie dicta powiedzieć.
A dzisiaj liturgia Kościoła przynosi na takie postępowanie odpowiedź:
Przeto dla chwały Tego, który nas umiłował, należy zachować posłuszeństwo bez jakiegokolwiek udawania; bo nie widzialnego biskupa się okłamuje, ale usiłuje się wprowadzić w błąd niewidzialnego. Sprawy te nie dotyczą tylko człowieka, ale Boga, który zna rzeczy ukryte. Trzeba więc nie tylko nazywać się chrześcijaninem, ale być nim w rzeczywistości. Tymczasem istnieją tacy, którzy się powołują wprawdzie na biskupa, ale wszystko czynią bez niego. Tacy nie mogą mieć dobrego sumienia, a ich zgromadzenia nie są ważne ani zgodne z przykazaniem Pana. Wszystko bowiem ma swój koniec i dwie rzeczy stoją przed nami: »śmierć i życie«, a każdy pójdzie na »swoje miejsce«”.
Św. Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik, List do Magnezjan, godzina czytań, XVI niedziela zwykła A

Jak wielu jest wokoło fałszywych proroków z narzuconą dla niepoznaki białą, owczą skórą. Mogą się ukryć przed człowiekiem, mogą go nawet zastraszyć i zmusić do milczenia, ale przed Bogiem się nie ukryją.
Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują! Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi?” (Mt 7,14-16)

W mojej opinii u podstaw posoborowego kryzysu Kościoła, gdzieś bardzo głęboko, znajduje się przede wszystkim odrzucenie prawdziwego posłuszeństwa Kościołowi; nie tylko wśród wiernych, lecz także kleru i zakonników. Jest to wynik zaniku autentycznej wiary, podminowanej racjonalizmem i liberalizmem, podważenia roli Kościoła i jego Tradycji oraz upadku chrześcijańskiej formacji ascetycznej. Z tym problemem trzeba się uporać, jeśli chcemy, aby nasz Kościół odzyskał ewangeliczny blask i rozkwitł na nowo, przyciągając do siebie wszystkich szukających zbawienia.

Ps. Między nami mówiąc, powiało przed chwilą troszeczkę zapaszkiem reformacji protestanckiej, czyż nie?

poniedziałek, 7 lipca 2014

Bez wiernych — też pięknie


Czy wyobrażacie sobie księdza, który w katolickiej gazecie publikuje felieton na temat:
„Bez oazy — też można wychowywać młodzież”
„Bez neokatechumenatu — też można mieć powołania kapłańskie”
„Bez Odnowy w Duchu Świętym — też można się modlić o uzdrowienie”
„Bez Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci — też można odmawiać różaniec”
„Bez pań z koła Caritas — też się pomaga potrzebującym”

A „Bez tradsów — też pięknie” można.
Można analizować cały felieton zdanie po zdaniu, wykazując, że głoszone przez ks. Romana Tomaszczuka opinie o tym, co jego zdaniem robią, mówią i uważają wierni przywiązani do tradycyjnej liturgii katolickiej, nie mają pokrycia w rzeczywistości, lecz są wyłącznie powtarzaniem typowych, dyżurnych zarzutów używanych przez duchowieństwo i wiernych świeckich, zwalczających swoich współbraci katolików, którzy są od nich „inni”, i produktem wyobraźni swoich autorów; czasami nawet mam wrażenie, że wręcz jakąś emanacją nieuświadomionych urazów, negatywnych fantazji, projekcji cienia, używając terminologii jungowskiej. Zbliżony katalog można przeczytać w wywiadzie na temat tradycjonalistów, którego rok czy dwa lata temu miesięcznikowi Polskiej Prowincji Dominikanów „W Drodze” udzielili ojcowie Józef Puciłowski i Jan Andrzej Kłoczowski OP. (Nawiasem mówiąc, pękałam ze śmiechu, czytając ten wywiad, bo wiedziałam, że traktuje też o mnie i o moim środowisku, i widziałam, że należy go czytać „odwrotnie”, jak PRL-owskie gazety: zamiast nieliczne emerytki — wielu studentów itd., a wszystko będzie się zgadzało).
Można powiedzieć, że to zwykły błąd, skutek tego, że autor mówi o środowiskach i wydarzeniach, w których nie brał nigdy osobiście udziału i wypowiada się na podstawie głębokiej nieznajomości tematu. Ale nie, to coś więcej. Omawiane zarzuty mają wszelkie cechy typowych, stałych katalogów używanych jako broń przeciwko nie akceptowanej mniejszości. Katalogów, które używane są jako uzasadnienie dla prześladowań. (Oczywiście, ich skala w poszczególnych wypadkach może być różna, nie zawsze kończy się trupami). Chrześcijanom w starożytnym Rzymie zarzucano nienawiść rodzaju ludzkiego, orgie seksualne i jedzenie ludzi; Żydom — zabijanie dzieci na macę, zatruwanie studni, roznoszenie wszy i tyfusu, itd. Nikt nie sprawdza, nie zastanawia się, czy zarzuty są prawdziwe. Chodzi o to, żeby wywoływały lęk i odrazę w społeczności, w której istnieje dana mniejszość, tak aby podburzona nimi większość zwróciła się przeciw mniejszości. Dlatego preparuje się takie zarzuty, jakie zarzucającemu wydają się najbardziej bulwersujące.
Warto prześledzić zarzuty „łowców tradsów” pod tym kątem; zobaczycie, że po odwróceniu znaku każdy z nich stanowi egzemplifikację tego, co dla zagorzałego zwolennika posoborowej reformy liturgicznej wydaje się najcenniejsze i najbardziej centralne; i właśnie dlatego nierzadko zarzuty trafiają kulą w płot, bo trads by o danej rzeczy nawet nie pomyślał.
Inny znany sposób, oprócz powtarzania (metodą goebbelsowską — kłamstwo powtórzone wystarczająco dużo razy staje się prawdą) ustalonych katalogów zarzutów, jest oskarżanie atakowanej przez nas mniejszości, że to ona nas atakuje, pozbawia nas czegoś, zastrasza nas; innymi słowy projekcja (przeniesienie) na nasze ofiary zachowania, które faktycznie my podejmujemy wobec nich. Metodę tę stosuje obecnie Putin w stosunku do Ukraińców, ale jest ona dobrze znana z historii. Na przykład dyżurnym zarzutem wobec tradsów jest to, że usiłują doprowadzić do likwidacji NOM-u czy też uniemożliwienia uczestniczenia przez osoby X czy Y we mszy NOM. Oczywiście jest odwrotnie — to strona stawiająca zarzut usiłuje doprowadzić do likwidacji mszy tzw. trydenckiej, w rycie dominikańskim czy jakimś innym tradycyjnym rycie lokalnym lub zakonnym (por. nr 4 konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium), to ona staje na głowie, by uniemożliwić tradsom uczestniczenie we mszy w starym rycie, na którym im zależy. Ja nie zabraniam nikomu uczestniczyć w mszy NOM i nie podważam ich sensu i prawomocności; to ktoś cały czas stara się nie dopuścić, abym ja mogła uczestniczyć we mszy w starym rycie.
Prostym sposobem zweryfikowania, kto naprawdę komu zagraża i kto komu usiłuje zabraniać, jest porównanie liczby mszy niedzielnych w nowym i starym rycie. Mszy NOM każdej niedzieli odprawia się dziesiątki tysięcy w tysiącach kościołów; msza w starym rycie jest w 28 miejscach w Polsce w każdą niedzielę i w kolejnych około 20 raz na miesiąc. Mszy w rycie dominikańskim nie ma ani jednej.
Po tragedii i szoku Holokaustu mechanizmy powstawania w danej społeczności agresji przeciw mniejszości (człowiekowi „innemu niż my”), manipulowania emocjami tłumu, konstruowania typowych toposów propagandowych stały się ważnym tematem badawczym socjologów i historyków mentalności. Pozwoliło to sformułować ogólne prawa kierujące procesami prowadzącymi do prześladowań i pogromów. W wypadku sporów o liturgię nie spodziewam się oczywiście pogromu; ale ciekawie jest zauważyć, że w działaniach środowisk antytradsowskich można zaobserwować typowe, ogólne mechanizmy działań przeciwko mniejszościom.
W felietonie ks. Tomaszczuka są też zwykłe kłamstwa, powtarzane przez antytrydenckie środowiska, np. „To nieprawda, że jeśli nie zdradzimy ostatniego soboru, jesteśmy skazani na karykaturę liturgii”. W którym to dokumencie ostatni sobór nakazał przejść w całości na języki narodowe, odwrócić księdza przodem do ludu itd.? Chętnie się dowiem. Niektórzy wciąż, mimo ciągłego nauczania papieży, i to już od Pawła VI, mylą „ducha soboru” z samym soborem.
Ale tym też nie będę się tu zajmować. Chcę zwrócić uwagę na co innego: na brak miłości do innych ludzi, jaki zdradzają tego rodzaju wypowiedzi. Myślę, że większość czytelników tego bloga zna nauczanie Jezusa Chrystusa, św. Pawła, św. Jana, całego Nowego Testamentu, na temat miłości bliźniego. Czy człowiek, który naprawdę kocha innych ludzi, naprawdę nosi ich w sercu, używa takiego języka? Czy ksiądz przeniknięty duchem ofiary i służby będzie mówił wiernym, jakimkolwiek wiernym: „My was tu nie potrzebujemy, nie chcemy tu ...”? Ja to, z „tradycjonalistami” zamiast wielokropka, usłyszałam od konkretnych kapłanów, ale pod „tradycjonalistów” można równie dobrze wstawić neonowców czy odnowowców — mam znajomych z tych środowisk i wiem, że oni także nadal niekiedy się spotykają z podobną niechęcią kapłanów, którzy podejmują decyzje będące dla nich być albo nie być.
Daj mi Panie Boże żyć jeszcze troszeczkę, ponieważ jeszcze nie jestem do końca ochrzczony.
Woda chrzcielna jeszcze nie dotarła wszędzie, gdzie dotrzeć powinna.
Jeszcze we mnie jest dużo starego poganina

(fragment wiersza o. Kaliksta Suszyło OP)

Cały felieton ks. Romana Tomaszczuka (ma już kilka miesięcy, ale wciąż jest dostępny w Sieci i linkowany) można przeczytać pod adresem:
http://swidnica.gosc.pl/doc/1718172.Bez-tradsow-tez-pieknie

Na koniec jeszcze jeden obrazek, aby można było się pocieszyć, że w Kościele jest też obecny inny język, inny stosunek do mniejszości, i przypomnieć, że właśnie minęła już 7. rocznica opublikowania motu proprio Summorum Pontificum.


Ps. Pominęłam w tym wpisie kwestię nieposłuszeństwa dokumentom Stolicy Apostolskiej, bo zamierzam ją omówić oddzielnie.

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty ikon, czyli trydent w cerkwi

Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.

1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232

2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)