poniedziałek, 22 grudnia 2014

798. rocznica zatwierdzenia Zakonu

Dzisiaj obchodzimy 798. rocznicę zatwierdzenia Zakonu Braci Kaznodziejów. 22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III bullą Religiosam Vitam zatwierdził i ustanowił nowy zakon: „Zarządzamy, aby zakon kanoników, który jak wiadomo, został założony przy tym samym kościele [świętego Romana]… był uznawany bez naruszenia przez wszystkie przyszłe czasy”. Pierwsze konstytucje Zakonu, Liber Consuetudinum, zaczynały się od słów: „Ponieważ zgodnie z nakazem Reguły mamy mieć jedno serce i jedną duszę w Panu, jest rzeczą słuszną, abyśmy żyjąc wedle jednej reguły… zachowali jednolitą kanoniczną obserwancję zakonną”. Kanoniczną, to znaczy opartą na pełnym, chórowym oficjum liturgicznym. Dlaczego? Ojciec William Bonniwell OP pisze w książce Historia liturgii dominikańskiej:
„Liturgia przywraca równowagę między życiem intelektualnym i afektywnym; nie jest przeszkodą, lecz wzmacnia studium i nadaje mu owocność. Podczas zgromadzeń wokół ołtarza dusza przyswaja owoc swojej pracy, a prawda, zstępując z umysłu do serca, zapala ją żarliwością. I właśnie po to, aby zabezpieczyć osobiste uświęcanie się swoich uczniów, święty Dominik pragnął, aby byli kanonikami regularnymi. Jego decyzja miała też inną, istotną przyczynę. Studium miało być tylko środkiem do celu, a celem tym było głoszenie. Święty w pełni zdawał sobie sprawę, że aby kaznodziejstwo braci było owocne, musi je podtrzymywać i ożywiać modlitwa. Nie wierzył, że wystarczy polegać tylko na prywatnej modlitwie pojedynczego kaznodziei, bo taka modlitwa może osłabnąć, a nawet zaniknąć; wolał złożyć ufność w uroczystej oficjalnej modlitwie wspólnoty, zbierającej się codziennie przed ołtarzem Boga. Jako człowiek intensywnej modlitwy, namiętnie kochający liturgię, święty Dominik wiedział, że jego zakon może kwitnąć tylko tak długo, jak długo będzie nocą i dniem wznosił ku Bogu niekończące się, uroczyste błaganie liturgii — tej oficjalnej modlitwy Chrystusowego Kościoła — aby sprowadzać Boże błogosławieństwo na nauczanie i głoszenie braci”.
Dzisiaj, w dniu 798. rocznicy zatwierdzenia Zakonu Dominikańskiego, życzmy braciom dominikanom autentycznego i wiernego wypełniania charyzmatu dominikańskiego. Oby zawsze pamiętali o podstawowym znaczeniu modlitwy liturgicznej dla ich duchowości i pracy apostolskiej oraz stale nawracali się do naśladowania Jezusa Chrystusa i jego gorliwego naśladowcy — św. Dominika Guzmana.
Bulla papieża Honoriusza

piątek, 7 listopada 2014

Dostałam moskalika :)))

Pan Piotr J. Ochwał napisał na moją cześć moskalika. Jest mi bardzo miło :) Oto on:

Rzeknij: pani Dominika
Nie zna się na starym mszale!
Wnet oberwie twoja grdyka
W nawie, przy konfesjonale.

Piotr Ochwał, oprócz tego iż jak pies gończy zapamiętale ściga w Internecie wszelkich bajzelarzy, kryptoheretyków i demoralizatorów niszczących liturgię i Kościół katolicki, szczególnie jeśli są posiadaczami celebretów, czyli osobami bardziej niż inne powołanymi do troski o Kościół i dawania dobrego przykładu, przejawia nieprzeciętny talent poetycki. Jestem naprawdę pod wrażeniem :)
A oto dwa inne przykłady spośród wielu, które zaprezentował w ciągu zaledwie kilkunastu minut w jednej fejsbukowej dyskusji; pierwszy to znowu moskalik, drugi — klasyczny limeryk:

Mówisz, że kardynał Burke
Złamał posłuszeństwa słowo?
Czekaj, dorwę ja dwururkę,
Spadnie łeb twój. Odpustowo.
Raz ojciec Bergoglio majonez
Przemycić chciał na Peloponez.
Lecz zjadł go po drodze,
Przestraszył się srodze,
Po prostu: zabrakło cojones...

Ponieważ mnie też bardzo bawi składanie limeryków (a także poematów trzynastozgłoskowcem), przy okazji po raz pierwszy publikuję dwa moje limeryki, napisane przed laty na cześć znajomych dominikanów:

Prosiła raz Olga Gałuszkę,
By pomógł jej pielić pietruszkę.
„Nie mogę — tak rzecze,
Wszak lata już nie te”.
Więc biedna wciąż płacze w poduszkę.
Z Dawidem pojeździć na rolkach
Pragnęła gorąco Mariolka.
Lecz chętnych zbyt wiele
Jest w każdą niedzielę,
Została jej tylko więc scholka.

Wszystkich was zachęcam do zabawy w pisanie limeryków i moskalików. Świetna rozrywka :))) Więcej informacji np.:
Moskalik (Wikipedia)
Limeryk (Wikipedia)
Polska Strona Limerykowa

niedziela, 2 listopada 2014

Prekursorzy aggiornamento

Na większą cześć i chwałę Pana Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, a nam na pożytek nasz zbawienny czyta nam dzisiaj Kościół Święty, Matka nasza:
„W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: »Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili«. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i im się zaprzedali, aby robić to, co złe”.
1 Księga Machabejska, drugie czytanie w Godzinie Czytań
Spójrzcie. Przecież „Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili” to jest dokładnie motywacja kościelnego aggiornamento. Upodobnienie się do zeświecczałych obyczajów świata zachodniego i likwidacja prawdziwego łacińskiego rytu liturgicznego, rozluźnienie obserwancji zakonnych, odgórne zniesienie wielu dobrze zakorzenionych zwyczajów pobożnościowych miały ocalić Kościół rzymski przed utratą wiernych, spadkiem liczby powołań kapłańskich i zakonnych oraz innymi katastrofami rodem ze świata okrutnych bożków statystyki. I co, ocaliły? Dzisiaj, po 50 latach, już widać, że Kościół, owszem, w miarę ocalał, ale tam, gdzie te postępowe reformy wprowadzono w minimalnym możliwym zakresie. Tam zaś, gdzie wszystko ochoczo wdrożono (jak to wyglądało w realu, opisywałam w tekście: „Koniec rewolucji kulturalnej, czyli demitologizacja”; jest to autentyczne świadectwo mojej śp. krewnej), jest postchrześcijańska, postkapłańska, postzakonna pustynia.
Powiedzmy szczerze — opis Judei w czasach Antiocha Epifanesa to wierny obraz dzisiejszego Kościoła katolickiego w świecie zachodnim. Zamieńmy tylko znak obrzezania na znak stroju duchownego, a resztę czytajmy w kluczu akceptacji dla powtórnych małżeństw, stosunków homoseksualnych, przyjęcia przez zakonników świeckich obyczajów itd., itp. Czyż zdanie „Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre” nie stanowi trafnej charakterystyki poczynań kardynała Kaspera i spółki, a na naszym rodzimym poletku „Neo-PAX-u”, którego troskliwie przykryte pięknymi hasłami o realizowaniu odnowy soborowej korzenie światopoglądowe możemy w rzeczywistości wyśledzić u protagonistów francuskiej lewicy laickiej (ideowych mistrzów środowiska „Gazety Wyborczej”) i/lub dawnych kontaktów z ulicy Rakowieckiej*?
„Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12). Natchnione Słowo Boże odsłania prawdziwe motywacje wszystkich heroldów różnych aggiornamento w historii. Gdy się poszczególnym casusom starannie przyjrzymy, łatwo odkryjemy, że słowa o dobrym celu reform, mających pozwolić na uniknięcie utraty wiary i dobrych obyczajów, są tylko przykrywką. W rzeczywistości ludzie, którzy takie reformy usiłują wprowadzać, JUŻ są zeświecczeni, JUŻ utracili pobożność i religijne obyczaje, JUŻ zafascynowali się cudzą, wrogą własnej religii i tożsamości kulturowej cywilizacją, i chcą całą swoją społeczność przerobić na swoje.
(Drugi papierek lakmusowy, zdradzający takich „reformatorów”, to częsty element przymusu, siły, podstępu, inżynierii społecznej, psychomanipulacji, korzystania z aparatu władzy zewnętrznej; jest on dobrze widoczny i w sposobie wprowadzenia posoborowej reformy mszału, i obecnie w poczynaniach kardynała Kaspera).
„Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach”.
Mt 7,15-20
Czyż nie obserwujemy właśnie tych owoców w Kościele zachodnim? Ale z dzisiejszego Słowa Bożego płynie także dobra wiadomość. Przeciw destrukcyjnym działaniom „reformatorów” prędzej czy później zawsze występują jacyś Machabeusze. I to jest widoczne już także dzisiaj: powstaje Francja, liczba tradycjonalistów katolickich (nie tylko w aspekcie liturgicznym, lecz także szerzej pojętej pobożności, ortodoksji, obserwancji, wręcz kultury katolickiej) gwałtownie rośnie w całej Europie, świeccy coraz głośniej domagają się od duchownych i zakonników zachowywania obowiązujących ich przepisów i obserwancji, a ustawka kardynała Kaspera wywołała prawdziwy bunt na pokładzie — tym razem już nie tylko świeckich, lecz także hierarchów.
Bo religia, czy szerzej kultura, pozbawiona zasad i związanej z nimi tożsamości naprawdę nie jest dla nikogo atrakcyjna. Grupy, które rezygnują z przestrzegania zasad i własnej tożsamości, które się „modernizują” i upodabniają do narodów ościennych — po prostu z czasem zanikają. O tym, jak to się odbywa, napiszę kiedyś oddzielny tekst, na przykładzie historii starożytnego Izraela. Wiele lat temu przygotowywałam na ten temat rozprawę doktorską u ks. prof. Waldemara Chrostowskiego; i choć z przyczyn losowych nie zdołałam jej ukończyć, wiele się dzięki niej nauczyłam.

* Wyjaśnienie dla młodzieży i niewarszawiaków: przy ul. Rakowieckiej w czasach komunistycznych mieściła się siedziba resortów siłowych. Stąd krążył dowcip, że najdłuższa ulica w Warszawie to Rakowiecka: zaczyna się Moskwą (chodzi o zburzone później kino Moskwa), dalej jest jednostka wojskowa, MSW, sierociniec i areszt, a kończy się kościołem i cmentarzem.



piątek, 24 października 2014

Ważne stwierdzenia abp. Pozzo nt. dokumentów Soboru Watykańskiego II

Arcybiskup Guido Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, udzielił poważnemu francuskiemu tygodnikowi „Famille Chrétienne” wywiadu, w którym zawarł ważne uwagi nt. różnej wagi poszczególnych dokumentów Soboru Watykańskiego II. Co jeszcze istotniejsze, informacje te podał serwis oficjalnej rozgłośni radiowej Watykanu. Generalnie w tym, co mówi abp Pozzo, nie ma nic odkrywczego; ważne znaczenie ma natomiast to, że wykładnia ta pada z ust wysokiego przedstawiciela Stolicy Apostolskiej. Budzi to nadzieję nie tylko na ostateczne uporządkowanie statusu kanonicznego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X (lefebrystów), lecz także na zapewnienie jakichś „miejsc ucieczki” dla wiernych trwających przy prawdziwej doktrynie katolickiej po — obawiam się — nieuniknionej zmianie nauczania moralnego Kościoła przez przyszłoroczny synod biskupów.
(Niemcy nie po raz pierwszy wprowadzają herezję do Kościoła i sądzę, że tym razem, w warunkach narastającego chaosu w polityce informacyjnej i wizerunkowej Kościoła, jaki wybuchnął wraz z obecnym pontyfikatem, znowu odniosą sukces; dopiero potem, za kilkadziesiąt lat, Kościół będzie płakał nad rozlanym mlekiem. Nie wątpię też, że wraz z tym zwycięstwem rozpoczną się miękkie lub mniej miękkie prześladowania wiernych katolików; podobne zjawiska, i szerzej cały sposób postępowania frakcji reformatorskiej — czy mówiąc wprost, modernistycznej, miały już miejsce choćby przy wprowadzaniu Novus Ordo Missae w końcu lat 6o. XX wieku).
W oczekiwaniu na ten prawdopodobny w mojej ocenie rozwój wypadków tym ważniejsze staje się uporządkowanie sytuacji eklezjalnej, okrzepnięcie wewnętrzne oraz wzmocnienie jedności wszystkich środowisk, które bronią ortodoksyjnego nauczania Kościoła katolickiego, chronionego przez jego Tradycję — nawet jeśli są między nimi różnice poglądów co do innych zagadnień.
Wypowiedzi arcybiskupa Pozzo wspierają też pracę nad oczyszczeniem powszechnego odbioru dokumentów Soboru Watykańskiego z fałszywych interpretacji narzuconych przez, działających od 50 lat w równie hucpiarski sposób jak obecnie kard. Kasper i spółka, wyznawców tzw. Ducha Soboru. Odkłamanie nauczania ostatniego soboru to najpilniejsze dzisiaj zadanie dla wszystkich ortodoksyjnych katolików. Jest to konieczne, aby uchronić Kościół katolicki przed kolejnym nieszczęściem takim jak rewolucja protestancka, i to podobnych rozmiarów.
Moderniści są jak agresywne imperium w rodzaju rosyjskiego czy prusko-hitlerowskiego; będą jak walec parli do przodu aż do chwili, gdy zostaną zatrzymani. (Inna paralela to świetnie znana z teorii rewolucji zasada ruchomego horyzontu). Im szybciej się to uda zrobić, tym mniej będzie ofiar. A teraz chodzi już nie o księgi, śpiewy i zwyczaje liturgiczne, choćby najświętsze i najpiękniejsze, lecz o zagrożone życie tych najbardziej bezbronnych, dzieci — cierpiących z powodu rozbicia rodzin i utraty rodziców oraz oddawanych homoseksualistom na zabawki seksualne pod pozorem adopcji (żadna tajemnica, są już badania psychologów amerykańskich).
Abp Pozzo zaznaczył jednak, że przezwyciężenie trudności o charakterze doktrynalnym nie oznacza, że Bractwo musi się wycofać ze swych zastrzeżeń czy poglądów na temat niektórych aspektów, które nie dotyczą wiary, lecz zagadnień duszpasterskich lub niedefinitywnego nauczania Magisterium. W ramach tego, co nie podlega negocjacji wymienił Professio fidei — wyznanie wiary oraz uznanie zasady, że jedynie Magisterium Kościoła została powierzona władza autentycznej interpretacji Słowa Bożego. Jest to doktryna katolicka przypomniana przez Sobór Watykański II, ale nauczana już przez Piusa XII w encyklice Humani generis. W konsekwencji, choć istnieją różne stopnie władzy i posłuszeństwa wiernych jego nauczaniu, niczego nie można stawiać ponad Magisterium.

Abp Pozzo wyraził nadzieję, że na tak określonych warunkach doktrynalnych uda się ustalić punkty wspólne i dojść do porozumienia. Stolica Apostolska pozostawia bowiem pole do refleksji nad zastrzeżeniami do pewnych aspektów i sformułowań dokumentów soborowych, a także do niektórych posoborowych reform, które nie dotyczą kwestii dogmatycznych i nie podlegających dyskusji.

Watykański hierarcha potwierdził też, że dokumenty Vaticanum II w różnym stopniu angażują władzę Kościoła i w konsekwencji w różnym stopniu są wiążące dla wiernych. Na przykład konstytucje Lumen gentium o Kościele i Dei Verbum o Objawieniu Bożym mają charakter deklaracji doktrynalnej, choć nie zawierają definicji dogmatycznej. Natomiast deklaracje o wolności religijnej i religiach niechrześcijańskich, a także dekret o ekumenizmie mają inny i mniej wiążący charakter — zaznaczył sekretarz papieskiej komisji.

Cała informacja: Stolica Apostolska nie chce od lefebrystów kapitulacji
(tytuł, rodem z tabloidu, oryginalny)

piątek, 17 października 2014

Książę tego świata chce mnie porwać

Na większą cześć i chwałę Pana Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego, a nam na pożytek nasz zbawienny czyta nam dzisiaj Kościół Święty, Matka nasza:

Z dzisiejszej godziny czytań, Księga proroka Malachiasza, cytat nr 1:
„Syn powinien czcić ojca, a sługa swego pana. Lecz skoro Ja jestem Ojcem, gdzież jest cześć moja, a skoro Ja jestem Panem, gdzie szacunek dla Mnie? To mówi Pan Zastępów do was, o kapłani: Lekceważycie imię moje, a jednak pytacie: Czym to okazaliśmy lekceważenie Twemu imieniu? Oto przynosicie na mój ołtarz potrawy skażone, a pytacie: Czym go skaziliśmy? Tym, że przynosząc je, niejako powiadacie: Oto stół Pański jest w pogardzie! Gdy bowiem przynosicie ślepe zwierzę na ofiarę, czyż nie jest to rzeczą złą? Albo gdy przynosicie chrome i chore, czyż to nic złego? Ofiarujże to twemu namiestnikowi! — Czy będzie mu miłe i czy życzliwie cię przyjmie? — mówi Pan Zastępów... Wy zaś bezcześcicie je [moje imię], mówiąc: Stół Pański jest splugawiony, bo składane na nim ofiary są miernej wartości. Powiadacie też: Cóż to za umęczenie! — I tak pogardzacie nim, mówi Pan Zastępów, a przynosicie zwierzę skażone: chrome i chore — i składacie na ofiarę. Czy mam to przyjąć z upodobaniem z ręki waszej? — pyta Pan. Dlatego niech będzie przeklęty oszust, który mając w swej trzodzie samca, ślubuje złożyć go na ofiarę, a potem składa Panu zwierzę skażone; gdyż Ja jestem potężnym Królem, a imię moje będzie wzbudzać lęk między narodami”.

Dzisiaj zamiast chorych i ślepych zwierząt są plastikowe rury zamiast świec oraz nylonowe firanki zamiast ornatów i bielizny ołtarzowej. Ciekawe, czy wtedy też kapłani powoływali się na obłudne judaszowe argumenty, że tak jest taniej, a pieniądze zaoszczędzone na kulcie Bożym można przekazać na biednych. (BTW, czy ktoś z was słyszał o kościele, w którym różnice między kosztem prawdziwych świec i diesli są naprawdę przekazywane na biednych?)

Cytat nr 2, ze specjalną dedykacją dla ojców z synodu biskupów ds. (rozbijania) rodziny (niepotrzebne skreślić):
„Sprawiliście też, że łzami, płaczem i jękami okryto ołtarz Pana, tak że On więcej nie popatrzy na dar ani nie przyjmie z ręki waszej ofiary, której by pragnął. A wy się pytacie: Dlaczegóż to tak? Dlatego że Pan był świadkiem pomiędzy tobą a żoną twojej młodości, którą przeniewierczo opuściłeś! Ona była twoją towarzyszką i żoną twojego przymierza. [...] Strzeżcie się więc w duchu waszym: wobec żony młodości twojej nie postępuj zdradliwie! Jeśli kto nienawidząc oddalił żonę swoją - mówi Pan, Bóg Izraela — wtedy gwałt pokrywał swoją szatą. Mówi Pan Zastępów: Strzeżcie się więc w duchu waszym i nie postępujcie zdradliwie!”

Po Malachiaszu poprawia święty męczennik, biskup Ignacy Antiocheński, jeden z tzw. ojców apostolskich:
„Książę tego świata chce mnie porwać i przeszkodzić memu dążeniu do Boga. Niechaj go nikt z was nie wspomaga. Bądźcie raczej po mojej stronie, to jest po stronie Boga. Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata”.

Ci panowie zrobili mi dzień.
I jeszcze święta Ewangelia:
„Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!”

Wypisz, wymaluj, komentarz do ostatnich poczynań kardynała Kaspera i spółki (zarówno sprawy wywiadu ze słowami nt. afrykańskich hierarchów, jak i prób ukrycia, że większość ojców synodalnych miała inne zdanie niż oni). Doprawdy, nie mogę się oprzeć zachwytowi, jak Duch Święty dobiera czytania w imieniu Kościoła.

A na koniec w ramach ogłoszeń duszpasterskich kącik humoru, z ostatniej chwili (źródło: Katolickie memy):



niedziela, 12 października 2014

Do kursu tańca gender gratis

Taka sobie bajeczka” ma dopiero tydzień, a tymczasem archiwa jej autorki pęcznieją w takim tempie, że niedługo trzeba będzie założyć sajt w rodzaju „Młodych wykształconych i z wielkich ośrodków” (przy okazji: podziękowania za inspirację do stroju trzech Budrysów udających się do kawiarni „Wesoły kot” na spotkanie z modnym warszawskim literatem). „ASZdziennik” wysiądzie, bo w Pikutkowie wszystko prawdziwe. Nie będę palić wszystkich historyjek, ale jedną wrzucam na podniesienie apetytu.

Jak pamiętamy, niedawno przez media przetoczyła się wieść, że pewien proboszcz w Gliwicach dał dyspensę na jedzenie mięsa w piątek klientom jednego, konkretnego sklepu, i zostało to publicznie ogłoszone razem z nazwą sklepu. A dzisiaj dominikanie z klasztoru we Wrocławiu zachęcają na swojej stronie do zapisywania się do jednej konkretnej szkoły tańca towarzyskiego, używając sformułowania: „Zapraszamy do szkoły tańca, która wyewoluowała z kursów prowadzonych przy naszym duszpasterstwie akademickim”. W dzisiejszej rzeczywistości w kraju. I niech mi teraz ktoś próbuje udowadniać, że księża nie spadają z księżyca. Konkordat nie obejmuje chyba wyłączenia działania ustaw o nieuczciwej konkurencji, wychowaniu w trzeźwości itp.?


Widzę, że po okresie namawiania w kościołach do głosowania na kandydatów prawicy, z którym mieliśmy do czynienia kilkanaście lat temu, ale która do tej pory odbija się czkawką i fatalnie psuje Kościołowi opinię i układy w kraju, zaczyna wzbierać nowa fala ogłoszeń duszpasterskich: „Najlepsze wiązanki kwiatowe w firmie X”; „Sklep Y daje jutro zniżki każdemu co trzeciemu klientowi”; „Najlepsze nakrętki i śruby sprzedaje sklep Iksiński i Igrekowski, ulica Zielna”; „Dla uczestniczących we mszy św. o godz. 11 ciastko w kawiarni Abackiego na Morelowej gratis; dla tych, co przyjęli komunię św. — dwa ciastka!”
Straciłam nadzieję, że księża są reformowalni. Niczego się nie nauczyli.
Serdecznie polecam zapoznanie się z ogłoszeniem u dominikanów wrocławskich wszystkim firmom, prowadzącym we Wrocławiu kursy tańca.
A swoją drogą, dominikanie najwyraźniej zaczynają się specjalizować w coraz to nowych dziedzinach tego świata. Po kursach gender przyszedł czas na taniec (co prawda, już wolę taniec niż gender czy organizowanie spotkania z działaczką proaborcyjną). Dlatego opracowałam małe ogłoszenie:
Dominikanie we Wrocławiu zapraszają do szkoły tańca towarzyskiego, którą zainicjowali. Nauką tańca towarzyskiego zajmują się też w duszpasterstwie prowadzonym przez dominikanów w Krakowie. Serdecznie zapraszam zainteresowanych nauką tańca do szerokiego propagowania tej informacji. Na razie Wrocław i Kraków, ale być może nauka tańca towarzyskiego jest możliwa także w innych klasztorach polskiej prowincji dominikanów. Spis klasztorów oraz informacje kontaktowe są dostępne na stronie prowincji: dominikanie.pl
Uwaga! Ta reklama jest za friko, wyłącznie z sympatii i po znajomości. Braci dominikanów zachęcam do przysyłania mi informacji o wszelkich nowych inicjowanych przez nich kursach: jazdy na deskorolce, gotowania, modelarstwa, wizażu... A niechby nawet kamasutry. Na „Myślach spod chustki” reklamy dla Polskiej Prowincji Dominikanów będą zawsze za darmo!

Swoją drogą, odnoszę niestety wrażenie, że wielu księży z niecierpliwością oczekuje, aby autor słów:
„Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego... Aby przeciwstawić się pokusom relatywizmu i permisywizmu nie jest wcale konieczne, aby kapłan był zorientowany we wszystkich aktualnych, zmiennych trendach; wierni oczekują od niego, że będzie raczej świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa”
odszedł do Domu Ojca po zasłużoną nagrodę. Wtedy będzie można już bez przeszkód budować nowy, wspaniały Kościół z kursami gender, lesbijkami wychowującymi dzieci, kursami tańca, rozgrzeszaniem par żyjących na kocią łapę i komunią dla rozwodników w związkach niesakramentalnych.
A Reszcie pozostanie albo FSSPX — dokąd po ostatnich doniesieniach dotyczących komunii dla rozwodników zaczyna się zbierać jeden mój znajomy, bardzo gorliwy, młody kapłan; albo prawosławie — dokąd trafiła niedawno inna moja znajoma, dziewczyna, którą dominikanie tak dobrze nauczyli swymi słowami miłości i poszanowania do liturgii, że przestała się mieścić w rzeczywistości czynów.
Ja trwam — przysięga doktora teologii katolickiej daje z pewnością jakąś specjalną łaskę — ale żeby nie zwariować, cały czas utrzymuję ciepłe kontakty z braćmi schizmatykami ze Wschodu. I powtarzam za Herbertem:
„Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
...
Bądź wierny Idź”
Mam jednak nadzieję, że nastąpi cud, tak jak było już wiele razy w historii. „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Pan Bóg i tym razem nie zaniedba przysłania nowego Jana Chrzciciela, Katarzyny Sieneńskiej, Piotra Skargi, Ezechiela. Choćby trzeba było przejść przez nowe wygnanie babilońskie, Reszta powróci.

Ps. Kuzyn z Podkarpacia właśnie dosłał dodatkowe informacje: „pierwszy był tak naprawdę Rzeszów tu w klasztorze jest bogata oferta: tańce dla nowożeńców, tańce towarzyskie, tańce etniczne”
Ps 2. Istnieje Polska Federacja Tańca grupująca instytucje, organizacje i zawodników z tej branży. Sądzę, że jeśli polscy dominikanie wstąpią do niej jako Polska Prowincja Dominikanów, a nie każdy klasztor oddzielnie, mogą dostać zniżkę od składki członkowskiej.

niedziela, 5 października 2014

Taka sobie bajeczka

Cała historia zaczęła się jakoś w połowie Wielkiego Postu, w poniedziałek rano, gdy do klasztoru braci propinatorów w Pikutkowie, pięknego i cieszącego się wielką historią miasta w Kraju Sarmatów, przybyli bracia Kosma i Damian z innego klasztoru należącego do prowincji sarmackiej Zakonu Braci Propinatorów. Mieli zatrzymać się przez tydzień, żeby załatwić jakieś sprawy. Po przyjeździe do klasztoru bracia udali się do igumena, brata Hilperyka, i Kosma bez zmrużenia oka w imieniu obydwu zakonników poprosił go o zgodę na założenie czarnych spodenek w białe wieloryby. Była to jawna bezczelność, bo na ostatniej kapitule prowincji sarmackiej braci propinatorów jednomyślnie uchwalono, że dla zachowania braterskiej jedności i miłości żadnemu z braci nie wolno zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby; mogą nosić wyłącznie legginsy w żyrafy. Nie był to wprawdzie oficjalny dokument, tylko ustne ustalenia kuluarowe, ale w Zakonie Braci Propinatorów te dwa sposoby procedowania posiadały równie ważkie skutki prawne. Dlatego wszelkie przejawy niezdrowego zainteresowania spodenkami i wielorybami spotykały się z gwałtownym ostracyzmem opinii publicznej braci i zdecydowanym przeciwdziałaniem przełożonych.
Sprawa spodenek w wieloryby była strasznie śliska. W ostatnich latach do pikutkowskich propinatorów docierało coraz więcej plotek o tym, że wierni świeccy zbierają informacje o czarnych spodenkach w białe wieloryby, a nawet składają pisma z prośbą, by mogli je obejrzeć. Powołują się przy tym na jakiś art. 4 Konstytucji o bieliźnie Soboru Watykańskiego II, twierdzący rzekomo, że „Matka Kościół uznaje za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane spodenki w wieloryby i chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszelki rozwój”. Bracia propinatorzy doskonale znali nauczanie soborowe i gorliwie propagowali je wśród wiernych; dlatego Hilperyk świetnie wiedział, że takiego artykułu nie ma i być nie może. Co więcej, Sobór Watykański II jawnie zakazał używania wszelkich spodenek w wieloryby i nakazał noszenie wyłącznie legginsów w żyrafy. Nauczono go tego w seminarium propinatorskim. Pyskaci wierni powoływali się na jakąś encyklikę papieża Bożywoja XIV i wywoływali ciągłe kłótnie w Internecie. Było to uciążliwe i męczące; na szczęście pewnego razu jeden z najlepiej wykształconych współbraci Hilperyka rzetelnie odpłacił im pięknym za nadobne. Przedstawił się na poczytnym katolickim forum internetowym jako doktor teologii i wykładowca seminarium duchownego braci propinatorów, a następnie wypalił, że nawet jeśli Bożywój napisał taką encyklikę, bracia propinatorzy i tak zrobią to, co sami postanowią. Tym stwierdzeniem przeciął nużące przepychanki ze świeckimi jak Aleksander węzeł gordyjski. Pismo, które wierni przynieśli Hilperykowi, powołując się na art. 5 encykliki Bożywoja, igumen schował do szuflady i myślał, że będzie miał spokój; problem czarnych spodenek w białe wieloryby w Pikutkowie wydawał się trwale rozwiązany. Aż tu nagle zjawili się ci cholerni Kosma i Damian, którym przecież już w ich własnym klasztorze wielokrotnie zakazywano noszenia spodenek w wieloryby, i zepsuli miłą atmosferę jednomyślnej miłości braterskiej!

***

Brat Symplicjan, liturgista klasztoru, był mocno zasępiony. Tak mocno, że przestała mu smakować wyborna kawa z wysokiej klasy ekspresu w sali telewizyjnej, z której smaku klasztory propinatorów były znane w całym sarmackim Kościele. Profesjonalny ekspres dostępny wyłącznie dla branży HoReCa zdobył jeden z braci dzięki koneksjom rodzinnym. Jednak tego popołudnia do Symplicjana przyszła delegacja wiernych i zgłosiła niezrozumiałe żądanie, by prezbiterzy zakładali stułę pod ornat, a nie nosili ją na nim. Było to jednak tylko hors d’oeuvre, przygotowanie artyleryjskie; bo zaraz w drugim zdaniu, powołując się na stos dokumentów i paragrafów, wierni świeccy poprosili z naciskiem, by usunął z grona ministrantów Zuzię i Franię. W Pikutkowie nie wolno było powoływać kobiet na ministrantów; nie było indultu papieskiego obejmującego diecezję pikutkowską, a te, który istniały, przewidywały, że można to czynić tylko w razie konieczności — gdy brakuje mężczyzn. Trudno było uznać, że jest to wypadek klasztoru propinatorów, gdzie do dyspozycji było codziennie kilkudziesięciu braci oraz kilkuset wiernych świeckich płci męskiej. Propinatorzy nie mieli również dyspensy biskupiej, a co więcej, znając poglądy biskupa, można było z góry oczekiwać, że jej nie otrzymają, nawet gdyby o nią wystąpili. Brat Symplicjan wiedział o tym wszystkim równie dobrze jak delegacja wiernych. „Psiakość, przegrana sprawa” — pomyślał z goryczą i zrobiło mu się jeszcze smutniej. Zuzia i Frania, dwie urocze i dobrze rozwinięte czternastolatki, były protegowanymi brata Ildefonsa. W tym czcigodnym starcze, sławnym propagatorze nauczania Soboru Watykańskiego II i Świętego Papieża Polaka Jana Pawła II, wiele lat wcześniej „Salon”, zwany też Grupą Trzymającą Władzę (nieformalna struktura posiadająca rzeczywisty rząd dusz w Zakonie Braci Propinatorów) rozpoznał Inkarnację Ducha Soboru. Od tej pory brat Ildefons był nie do ruszenia; jego słowo było prawem i stało ponad wszelkimi innymi prawami i zasadami.
Ale następnego dnia rano Symplicjan miał na uniwersytecie w sąsiednim mieście wygłosić przed kilkusetosobowym audytorium liturgistów, teologów i innych kościelnych profesjonalistów kolejny wykład z cyklu „Zasługi braci propinatorów dla podnoszenia jakości liturgii w Kraju Sarmatów”. (Bracia propinatorzy byli gorliwymi propagatorami dobrej liturgii; jeździli po kraju z warsztatami dla księży diecezjalnych i świeckich aktywistów kościelnych, i uświadamiali wszystkich chętnych, ile nadużyć liturgicznych panuje w ich kościołach, a następnie uczyli odprawiania właściwie — z elegancką prostotą, zgodnie z przepisami i w pełnym poszanowaniu dla sacrum). Z tego właśnie powodu, mimo przekonania, że jego wysiłek zda się psu na budę, postanowił jednak poruszyć sprawę Zuzi i Frani na radzie współbraci.
A jednak, wbrew wszelkim przewidywaniom, interwencja Symplicjana odniosła skutek!
Na żądanie zranionego do głębi serca brata Ildefonsa bracia ochoczo przegłosowali, że od tej pory Zuzia i Frania będą stały bliżej ołtarza, a także mają rozpuścić włosy i co kilka minut ostentacyjnie potrząsać grzywami jak rasowi heavymetalowcy na koncercie, tak by wierni mogli łatwiej zrozumieć, jak bardzo grzeszą, gdy występują przeciw świętym prawom równouprawnienia i feminizmu.

***

Delegacja zdążająca do brata Symplicjana zjawiła się u propinatorów w porze, gdy w kościele klasztornym miały się właśnie zacząć publicznie celebrowane nieszpory wspólnoty propinatorskiej. Były one obowiązkowe dla wszystkich braci z wyjątkiem tych, którzy uzyskali od przełożonego dyspensę ze względu na wykonywanie w tym czasie obowiązków duszpasterskich i tym podobnych. Była to rzecz oczywista i zrozumiała — o tym, że dla świadczenia miłosierdzia i służby bliźnim można, a nawet powinno się przerwać modlitwę, nauczali przecież Wincenty a Paulo, Katarzyna Sieneńska, Henryk Suzo oraz wielu innych znanych świętych.
Wierni pragnęli pobożnie pomodlić się na nieszporach przed rozmową z Symplicjanem i dlatego wybrali tę porę. Na furcie klasztornej minęli rozluźnionych i dowcipkujących braci Pankracego, Serwacego i Bonifacego w rurkach, tiszertach ze zdjęciem Lady Gaga i rejbanach. Zmierzali oni właśnie do modnej kawiarni „Wesoły kot”, by przy piwerku i cafe latte z mlekiem sojowym wziąć udział w spotkaniu z szybko zdobywającym popularność młodym warszawskim literatem, laureatem ubiegłorocznej Nagrody Nike i najnowszym bożyszczem sarmackich salonów celebryckich. Zaraz za nimi przemknął w wygodnym dresie wielki miłośnik joggingu, brat Prudencjusz. O Prudencjuszu, który dzięki joggingowi mimo upływu lat wciąż zachowywał nienaganną figurę, krążyły opowieści, że gdy jakiś wierny prosi go o spotkanie i rozmowę, odmawia zawstydzony i pełen winy, tłumacząc się, iż z powodu ostatniego nawału obowiązków zakonnych zawalił modlitwę i musi ją teraz nadrobić. Przyjmowano to ze zrozumieniem — wszyscy bowiem wiedzieli, że na modlitwach klasztornych Prudencjusza niemal nigdy się nie widuje; niewątpliwie ma więc co nadrabiać.
Delegacja wiernych, znająca na pamięć i na wyrywki Kodeks prawa kanonicznego, dokumenty Soboru Watykańskiego II, wszystkie encykliki, adhortacje, konstytucje i motu propria ostatnich trzech papieży, Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego, a nawet „Reguły i zasady braci propinatorów” (które były co prawda dokumentem o charakterze ściśle wewnętrznym, ale ktoś je kiedyś wystawił na Allegro, więc wierny laikat propinacki bez zważania na cenę natychmiast je wykupił), wiedziała doskonale, że propinatorzy jako kapłani powinni pokazywać się publicznie w stroju duchownym, a jeśli nawet nie, to mają obowiązek przypinania do świeckiego stroju godła zakonu lub innego znaku świadczącego o tym, że należą do Zakonu Braci Propinatorów. Sama jednak była zdania, że przypinanie godła zakonu do wcale fikuśnego i mocno atrakcyjnego (czemu nikt nie mógł zaprzeczyć) zdjęcia Lady Gaga nie byłoby najlepszym pomysłem. Z rurkami, rejbanami i dresem komponowałoby się ono niewiele lepiej. Sprawa została więc pominięta milczeniem, zwłaszcza że ze względu na naturalne prawidła ludzkiej psychiki i komunikacji międzyosobowej po Pikutkowie z prędkością fali uderzeniowej z ust do ust rozchodziła się raczej informacja o tym, że jakiś propinator został napotkany w stroju duchownym, a nie o tym, że był po cywilu.

***

Brat Damazy, ekonom klasztoru, uśmiechał się do siebie. Był naprawdę zadowolony. Właśnie podpisał umowę na wynajem lokalu pod nowy sklep z alkoholami. Oczyma duszy widział szybko zmieniające się cyferki na koncie bankowym klasztoru. Co prawda sklep miał się znajdować tylko jakieś 10 metrów od narożnika kościoła braci propinatorów, a Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu skutkom alkoholizmu zabraniała sprzedawania alkoholu w odległości mniejszej niż 100 metrów od budynku kultu, Damazy jednak wiedział z doświadczenia, że nie musi się niczego obawiać. W ostatnich latach wynajął już pod sprzedaż lub wyszynk alkoholu sporo innych należących do braci propinatorów lokali, mieszczących się w odzyskanych przez nich kamienicach otaczających kościół i klasztor. Wcześniej mieściły one cukiernię z najlepszymi ciastami w Pikutkowie, jadłodajnię dla studentów, księgarnię, kwiaciarnię, fryzjera i biuro podróży; ale właściciele tych handli nie byli w stanie sprostać regularnie podnoszonym przez propinatorów czynszom, gdyż w kraju panował kryzys. Wystarczające przychody można było osiągnąć tylko na hazardzie, alkoholu i prostytucji, a trudno było przecież oczekiwać, by zakonnicy tolerowali u siebie hazard i prostytucję. I nigdy nie przyszła żadna inspekcja ani żadna gazeta o tym nie pisnęła, nawet antyklerykalna. A choćby nawet, to grzywna za łamanie ustawy o wychowaniu w trzeźwości wynosiła najwyżej ćwierć miesięcznego wpływu za jeden lokal. Tak, Damazy był zadowolony. Był naprawdę gorliwym i troszczącym się o klasztor ekonomem.

***

W ciepły mimo wczesnej wiosny, sobotni wieczór brat Ildefons wertował książkę z wypowiedziami Wielkiego Papieża Polaka. Szykował kazanie na niedzielną mszę i szukał pomysłów. Niewidzącym wzrokiem przeleciał stronę z wypowiedzią, w której Jan Paweł II ze wzruszeniem mówił o latach, gdy wraz z kolegami służył przy ołtarzu na wzór kolegium Apostołów, oraz o wielkim znaczeniu posługi ministranckiej młodych chłopców dla budzenia powołań kapłańskich. Na kolejnej stronie przeczytał: „W dziedzinie wiary i moralności propaguje się prawdziwe herezje, wywołując wątpliwości, zamieszanie i bunt. Nawet liturgia została poddana manipulacjom, pogrążona w intelektualnym i moralnym relatywizmie, aż do permisywizmu włącznie, w którym wszystko jest dozwolone”. Z roztargnieniem przewracał kartki; wszystko przecież już kiedyś czytał. W końcu jednak znalazł coś ciekawego: przemówienie do naukowców zachęcające do zapobiegania katastrofie ekologicznej. Następnego dnia bez trudu wygłosił porywające i poruszające kazanie o wierności nauczaniu Świętego Papieża Polaka, przejawiającej się w segregowaniu śmieci. Ogłoszenia duszpasterskie czytał na jego mszy sam igumen, brat Hilperyk; i tym razem, jak zwykle, Hilperyk napomniał wiernych, by nie ważyli się sprzeciwiać nauczaniu Soboru Watykańskiego II i rozbijać tym samym jedności Kościoła (jak pamiętamy, propagowanie nauczania Soboru było drugim konikiem braci propinatorów oprócz nakłaniania kleru diecezjalnego do podnoszenia jakości liturgii). Z tym rozbijaniem jedności było dobre; poprzedniego dnia Hilperyk przeczytał, że argumentu tego użyli liberalni teolodzy zachodni, którzy usiłowali zablokować ogłoszenie przez Pawła VI encykliki Humanae vitae, i pomyślał, że świetnie się nada także w innych kontekstach. Na koniec zaś igumen tradycyjnie dodał, że nauczania Kościoła nie można traktować jak hipermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam się podoba, a resztę odrzucamy.
Wierni cierpliwie wysłuchali swoich pasterzy (naprawdę szczerze ich lubili). Potem jednak wyszli z kościoła i powiesili na jego frontonie transparent z napisem „Czyńcie, co wam mówią, ale uczynków ich nie naśladujcie, bo sami nie czynią tego, co mówią”. Następnie zaczęli myszkować po pobliskich uliczkach. W promieniu kilkuset metrów od klasztoru braci propinatorów stało ze dwadzieścia innych kościołów. O tym, że Jego Świątobliwość papież Bożywój XIV w wydanej kilka lat wcześniej encyklice napisał, że spodenki w wieloryby mają wielkie znaczenie dla Kościoła i nigdy nie zakazano ich noszenia, a co więcej, taki zakaz byłby nieważny prawnie, i dlatego każdemu kapłanowi wolno to swobodnie czynić, wiedzieli generalnie wszyscy w branży — także ci, którzy sami nosili legginsy w żyrafy. Dlatego, chociaż z powodu zmiany trendów w modzie spodenki w wieloryby nie cieszyły się specjalną popularnością, nikt jednak nie robił trudności z ich zakładaniem, jeśli ktoś przyszedł i o to poprosił; wystarczyło tylko, że pokazał celebret.
Laikat propinatorski był naprawdę dobrze uformowany przez swoich braci. Nie tylko znał na pamięć wszystkie dokumenty i przepisy kościelne, lecz nawet wiedział o istnieniu strasznie sławnego i mądrego propinatora, który kiedyś napisał, że nie we wszystkim należy słuchać przełożonych, gdyż niekiedy polecenia przełożonych są sprzeczne z przykazaniami Bożymi. Podwładni zaś nie podlegają przełożonym we wszystkim, lecz tylko w odniesieniu do jawnych, określonych spraw i gdy takie posłuszeństwo nie sprzeciwia się rozkazowi wyższej władzy.
Kurtyna.

***

A nie, to jeszcze nie był koniec.
Jak łatwo się domyślić, to samo, co wiernym, przyszło do głowy bratu Hilperykowi. „Nie będzie Kosma pluł nam w twarz” — pomyślał z zaciśniętymi zębami igumen i zaraz wpadł na pomysł, że przecież może obdzwonić rektorów wszystkich kościołów w Pikutkowie i ostrzec ich przed Kosmą i Damianem. „Wpłynę na nich, aby pod żadnym pozorem nie pozwalali im nigdy zakładać w swoich kościołach czarnych spodenek w białe wieloryby” — stwierdził.
Przechodząc od razu od słów do czynów, Hilperyk zajrzał do książki telefonicznej. W Pikutkowie i okolicach było około dwustu kaplic i kościołów. Czekało go ciężkie popołudnie. Mimo to nie zaniedbał telefonu do brata Hermenegilda, igumena Kosmy i Damiana. Opisał mu szczegółowo ich zachowanie w Pikutkowie i na wszelki wypadek jeszcze raz go zaklął, by pod żadnym pozorem nie pozwalał im zakładać czarnych spodenek w białe wieloryby.
„Taką sobie bajeczkę” odnalazł w Internecie brat Histrion i dostał histerii. Czuł, jak zalewają go fale palącego, gorzkiego gniewu. Miotał się po celi jak Marek po piekle, bo ciśnienie skoczyło mu do dwustu pięćdziesięciu. Rozjuszony, wysłał do autorki długi i skrajnie emocjonalny list, w którym oskarżył ją, że ma podły charakter, nienawidzi Zakonu Braci Propinatorów i pragnie go zniszczyć. Następnie zrobił wokół sprawy wielką chryję na wewnętrznej liście dyskusyjnej braci propinatorów i wraz z kilkoma innymi najbardziej rozwścieczonymi ustalił, że w celu należytego ukarania winnej i uświadomienia jej rozmiaru jej występku wszyscy bracia propinatorzy wyrzucą ją ze znajomych na Facebooku i od tej pory pod żadnym pozorem nie będą komentować jej wpisów na forach internetowych. „Kara godna prawdziwego gimnazjalisty” — pomyślał Histrion z dumą i satysfakcją.
Co prawda autorkę „Bajeczki” wyrzuciło ze znajomych tylko dwóch propinatorów: on sam i brat Chryzopraz posługujący w Trapezfiku, ale i to wystarczyło, by zrobiło mu się lepiej.
W tym samym czasie Święty Ojciec Propinat, Założyciel Braci Propinatorów cieszący się zasłużonym odpoczynkiem w niebie, siedział na wygodnej, miękkiej chmurce i drapał się po głowie. Zastanawiał się, jak mógłby przekazać swym duchowym synom przebywającym jeszcze na tym doczesnym padole, że powierzając im swą wolę, aby „Reguły i zasady braci propinatorów” nie obowiązywały pod grzechem, pragnął ich wychować do zachowywania ich z miłości synowskiej, a nie niewolniczego lęku — nie zaś do przekonania, że nie trzeba ich wcale przestrzegać.
Jakiś czas później Zuzia zaciążyła z bratem Gerwazym, a Frania z Protazym. Zdaje się, że był to owoc prób asysty liturgicznej do jakiejś szczególnie podniosłej celebry. Brat Ildefons ucieszył się, że udało się tak pięknie wypełnić nakaz Pana o czynieniu sobie ziemi poddaną i podarować Kościołowi nowych członków. Dzięki swoim znajomościom bez trudu załatwił w Watykanie dyspensę od święceń i wyprawił swym owieczkom piękną ślubną ceremonię. Patrzył na zaokrąglony brzuszek Zuzi i myślał z rozrzewnieniem o kruszynie, która rozwijała się pod jej sercem. „Kto wie, może będzie chłopiec... I może... może w przyszłości wstąpi do braci propinatorów!” — uśmiechał się z rozrzewnieniem. „A może się nawet okaże, że będzie nową Inkarnacją Ducha Soboru? Pan Bóg łaskaw!” — przemknęło przez głowę brata Ildefonsa. Jego serce zalała niebiańska radość.

Na weselu byłam,
miód i wino piłam,
i w stanie upojenia
wszystko to zmyśliłam.

środa, 1 października 2014

Św. Teresa o złych kapłanach

Dzisiaj obchodzimy wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus — dziewicy, zakonnicy, doktora Kościoła. Wiele osób ma ugrzeczniony, zinfantylizowany wizerunek św. Teresy. Inni z kolei są świadomi jej głębi duchowej i wielkiej mądrości teologicznej, natomiast uważają, że jako mieszkająca najpierw w świętej rodzinie i internacie zakonnym, a od 15. roku życia w klauzurowym klasztorze, była oderwana od świata i jego brudu. W rzeczywistości Teresa świetnie orientowała się w brudach tego świata, a co więcej, także brudach Kościoła. Najważniejszym powołaniem karmelitanek bosych było modlić się za kapłanów. Takie zadanie dała im św. Teresa Wielka, która na własne oczy oglądała wiele zła w Kościele. Jej listy, Księga życia i Księga fundacji to nie są lektury dla osób łatwo się gorszących, które nie chcą utracić swojej naiwnej wiary w Kościół.
Jeśli myślimy, że niegodziwości, oziębłość, zeświecczenie, zdrada, łamanie prawa kościelnego i moralnego oraz podżeganie do herezji przez kapłanów katolickich to wynalazki reformatorów posoborowych, to bardzo się mylimy. Wiadomości o tego rodzaju godnych pożałowania postępkach regularnie dochodziły za kraty klasztoru w Lisieux i żadna z sióstr naiwnej świętoszki nie udawała. Wiedziały o tych faktach doskonale — i reagowały na nie właściwie, tzn. bezustanną modlitwą, niezliczonymi wyrzeczeniami na każdym kroku i ofiarą z własnego życia w intencji ich nawrócenia.
Mamy prawo być zgorszeni, gdy czytamy, co obecnie wyprawiają niektórzy kapłani, a nawet kardynałowie. W Polsce nazwiska kilku kapłanów i zakonników, którzy sprzeniewierzyli się Kościołowi, wstępując de facto w szeregi radykalnej i laksystycznej moralnie lewicy laickiej, bezlitośnie zwalczającej Kościół i religię, powtarzają się w środkach przekazu tak często, że wszyscy znają je na pamięć i zachodzą w głowę, dlaczego ich przełożeni wciąż nie reagują (albo dlaczego tak późno). Mamy prawo być zgorszeni, mamy prawo się burzyć przeciw milczącemu przyzwalaniu władz kościelnych na niszczenie przez złych kapłanów Kościoła i zabijanie dusz wiernych świeckich niszczeniem ich wiary swoim złym przykładem. Ale reagujmy tak, jak św. Teresa i jej siostry. Co ja dziś zrobiłam, żeby publiczny gorszyciel, ksiądz L..., G..., B..., D..., się nawrócił? Ile się modliłam, czego się wyrzekłam, w jaki sposób umarłam sobie w ofierze na jego intencję?
Zamieszczam dwa fragmenty z listów św. Teresy do jej siostry Celiny (później matki Genowefy), w których pokazuje ona bardzo wyraźnie, jak wstrząsające skutki pociąga za sobą zło popełniane przez kapłanów, i jak konieczna jest gorliwa modlitwa o ich nawrócenie. Zatrzymajmy się nad tymi tekstami — i my, świeccy, a przede wszystkim kapłani, którzy czytają ten post.

Celino, podczas tych KRÓTKICH CHWIL pozostawionych nam jeszcze, nie traćmy czasu... zbawiajmy dusze... dusze „giną jak płatki śniegu”, Jezus płacze, a my... a my myślimy o własnych cierpieniach, zamiast pocieszać naszego Oblubieńca! och! Celino moja, żyjmy dla dusz, bądźmy apostołkami, ratujmy zwłaszcza dusze kapłanów, one powinny być przezroczystsze od kryształu... Niestety! iluż złych księży, księży, którzy nie są dostatecznie święci! Módlmy się, cierpmy za nich, a Jezus w dniu ostatecznym jakże będzie wdzięczny. Damy Mu dusze!

Celino kochana, zawsze to samo Ci mówię: ach! módlmy się za kapłanów... każdy dzień wykazuje, jak niewielu Jezus ma przyjaciół. Zdaje mi się, że właśnie niewdzięczność odczuwa On najdotkliwiej. Zwłaszcza gdy widzi, że dusze Jemu poświęcone oddają innym serce, które należy do Niego w tak absolutny sposób.

Rozważania na portalu Stacja 7

Od kilku miesięcy portal Stacja 7 publikuje moje rozważania biblijne. Ukazują się one pod adresem komentarze.twojabiblia.pl w dwóch działach: Medytacje i Do wykucia (dostępnych po najechaniu na menu „Biblia na co dzień”).
Oto niektóre z nich:
Prawda i Istina
Gdzie ład, tam pożytek
Pan liczy
Obraz wieczności
Wyginęły zwierzęta i ptaki
Niech użycza z dóbr
Wytrwałość albo śmierć

A przez cały październik na portalu Stacja 7 będą ukazywać się moje rozważania różańcowe. Dzisiaj ukazało się pierwsze, poświęcone tajemnicy Zwiastowania:
Błogosławiona, która uwierzyła

Zachęcam do lektury i modlitwy. Proszę także o przekazywanie tej informacji dalej :)

poniedziałek, 29 września 2014

W obronie naturalnej żywności

Nie pisałam o tym do tej pory, więc najwyższy czas nadrobić: wśród moich zainteresowań poczesne miejsce zajmuje kwestia naturalnego żywienia oraz szerzej, zdrowego trybu życia. Tak, tak, te wszystkie rady, żeby nie jeść wysoko przetworzonej żywności zawierającej chemikalia i konserwanty, nie faszerować się trującymi i uzależniającymi lekarstwami, gdy nie można zasnąć, tylko wyłączyć dwie godziny wcześniej komputery i telewizory i przejść się na spacer, itd., itp.
Kiedyś uważałam to za głupoty, ale potem zmusił mnie do stosowania tych zasad pogarszający się stan zdrowia i wtedy przekonałam się, że to wszystko naprawdę ma sens.
Do tego dochodzi kwestia niszczenia naszej gospodarki i środowiska naturalnego przez globalne korporacje mające na celu wyłącznie własny zysk, wywierające przemożny wpływ na rządy i polityków, i załatwiające dla siebie ułatwienia finansowe i korzystne przepisy, ze stratą dla gospodarki i społeczeństw tych państw (pracowałam przez kilkanaście lat dla korporacji amerykańskich i wiem coś nie coś, jak to wygląda).
O wielu z tych rzeczy mowa jest w petycji, którą zamieszczam. Autorka tłumaczy rzecz lepiej, niż ja bym potrafiła, więc zamiast próbować ją nieudolnie naśladować, publikuję samą petycję.
Uważam, że to wszystko wiąże się w jakiś sposób z wiarą. W jaki, pisuje m.in. o. Stanisław Jaromi, franciszkanin, oraz ruch chrześcijańskich ekologów: http://swietostworzenia.pl/.

W obronie naturalnego pożywienia


Szanowny Czytelniku,

koncerny spożywcze zapewniają w reklamach, że dzięki ich produktom będziesz zdrowszy i szczęśliwszy. Jednak prawda jest inna: w tych produktach większość zdrowych i naturalnych składników została zastąpiona szkodliwymi substancjami chemicznymi.

Weźmy na przykład parówki. Oprócz mięsa, zmielonych skór i tłuszczu znajdziesz w nich szereg konserwantów, wzmacniaczy smaków i zagęstników, takich jak: azotyn sodu E250, azotyn potasu E249, guma konjac E425, skrobia modyfikowana E 1404, inozynian disodowy E 631 czy glutaminian sodu E 621.

Substancje te są potencjalnie rakotwórcze. Wywołują też pokrzywkę, astmę, reakcje alergiczne i migreny. Mogą również podrażniać przewód pokarmowy i oddechowy.

Czy wiesz o tym, że do gotowej pizzy czy zapiekanek zamiast żółtego sera dodaje się ser analogowy? Składa się on z wody, tłuszczów roślinnych, substancji aromatycznych, barwników oraz polepszaczy. Nie ma w nim odrobiny mleka! Oczywiście jest on o wiele tańszy od naturalnego.

Takich przykładów jest o wiele, wiele więcej.

W mięsie jest coraz mniej mięsa, ponieważ jest ono pełne chemii. Dosłownie!

Wędzone wędliny nie są już wędzone dymem pochodzącym ze spalania drewna liściastego, lecz koncentratem dymu wędzarniczego w postaci płynu, który wstrzykuje się do mięsa. Po takim procesie waga gotowej szynki zamiast maleć – jak przy tradycyjnym wędzeniu – wzrasta, ku uciesze producentów.

Nawet owoce i warzywa nie są już tak zdrowe jak kiedyś. Podczas wzrostu wielokrotnie spryskuje się je pestycydami, a po zbiorze – substancjami konserwującymi, aby na dłużej zachowały świeżość i atrakcyjny wygląd. Substancje te są rakotwórcze, mutagenne i mogą prowadzić do wad rozwojowych.

Jedynym ratunkiem, aby zdrowo się odżywiać jest powrót do produktów naturalnych, które możesz kupić na przykład bezpośrednio od zaufanych rolników i drobnych wytwórców.

Tylko dzięki takiemu zdrowemu pożywieniu możesz zapewnić organizmowi prawidłowy rozwój i uniknąć wielu chorób cywilizacyjnych.

Na szczęście żywność kupowana na bazarkach czy rynkach cieszy się nadal ogromną popularnością. Lokalni rolnicy oferują na nich wiele tanich i zdrowych przysmaków.
Koniec z tradycyjną żywnością?

I tu sielanka się kończy.

Wyobraź teraz sobie, że sprzedaż takich produktów bezpośrednio przez wytwarzających je rolników jest zakazana. Że już nigdy nie kupisz świeżego mleka, powideł domowych czy wędzonej kiełbasy wprost od drobnego wytwórcy.

W takiej sytuacji pozostanie Ci już tylko żywność pełna chemii, która prędzej czy później zrujnuje zdrowie Twoje i Twoich najbliższych. Albo drogie sklepy ekologiczne, w których sprzedawane są produkty nie koniecznie z Polski. Jeśli nie masz warunków, aby samemu uprawiać warzywa i owoce oraz hodować zwierzęta, to nie będziesz mieć wyboru!

Okazuje się, że zgodnie z obowiązującym obecnie prawem (Rozporządzenie Komisji Europejskiej WE 852/2004 w sprawie higieny środków spożywczych, Sprzedaż bezpośrednia – Rozporządzenie 1393 Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Warunki działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej (MOL) – Rozporządzenie 753 Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi) nie możesz kupić bezpośrednio od rolnika-wytwórcy, który nie prowadzi firmy, takich produktów jak:

dżemy, konfitury, soki;
przetwory domowe, przeciery;
mąki, kasze;
mięsa surowe (poza drobiem, zajęczakami i dziczyzną);
wędliny, pasztety;
oleje;
przetwory mleczne;
domowy chleb;
domowe nalewki, cydry, wina.

Prawo, które wydaje się zbyt absurdalne, aby zostało wprowadzone w życie, zawitało do naszego kraju.

W innych krajach istnieją ułatwienia

Warto zaznaczyć, że w zdecydowanej większości krajów Unii Europejskiej, jak np. we Francji, Słowacji, Włoszech czy Hiszpanii, takie wyroby są legalne! Istnieją tam wręcz ułatwienia dla rolników: prawne, proceduralne i finansowe, wspierające taką działalność.

Jest to korzystne również dla nas, konsumentów, ze względu na niższą cenę produktów kupowanych bezpośrednio od rolników, ich świeżość i o wiele wyższą jakość.

Rolnicy posiadający małe gospodarstwa, często mają przecież nadwyżki produkcyjne. Na przykład ktoś handlujący świeżymi truskawkami, nadwyżki owoców przerabia na konfitury, aby potem je sprzedać. Jest to logiczne!

Ale według dzisiejszego prawa takie działanie jest już nielegalne. Co więcej, usunięcie szypułek z truskawek również zalicza się do żywności przetworzonej – czyli nielegalnej w sprzedaży bezpośredniej.

Jednocześnie sprzedaż z pierwszej ręki wszystkich produktów żywnościowych – czy to płodów rolnych, czy przetworów owocowych, czy zwierzęcych – jest prowadzona powszechnie w szarej strefie.

Jest to nie do pomyślenia!

To co kiedyś wydawało się normalne, teraz jest nielegalne w związku z restrykcyjnymi przepisami sanitarno-epidemiologicznymi.

Oczywiście wszystko jest zrobione w celu ochrony konsumentów. Według urzędników sprzedawana żywność pełna konserwantów jest zdrowa i bezpieczna, natomiast wyroby domowe już nie.

Mało tego, spędzając wakacje w gospodarstwie agroturystycznym, możesz skosztować przetworów wytwórstwa właściciela, natomiast kupić ich legalnie już nie.

Czy nie jest to absurdalne?

Jeśli prawo nie zostanie zmienione, możesz zacząć się żegnać z prawdziwym wiejskim chlebem na zakwasie, rozpływającym się w ustach twarogiem, aromatyczną kiełbasą czy zdrowym sokiem owocowym.

Obecnie rolnicy mogą promować lokalne produkty spożywcze tylko wtedy, gdy mają specjalny certyfikat unijny. Jednak jego uzyskanie jest bardzo trudne i czasochłonne. Dlatego z tysięcy polskich, naturalnych smakołyków tylko 36 może być sprzedawanych legalnie!

Specjalna petycja do Ministra Rolnictwa

Instytut Ochrony Zdrowia Naturalnego przygotował specjalną petycję w obronie prawa dostępu do naturalnego pożywienia.

Uważamy, że te absurdalne na pozór przepisy zostały wymyślone tylko po to, aby jeszcze bardziej wzmocnić koncerny spożywcze, a uprzykrzyć życie konsumentom i właścicielom małych gospodarstw. Aby móc produkować żywność przetworzoną, np. dżemy czy sery rolnik musiałby otworzyć zakład produkcyjny, a to nie byłoby wówczas dla niego w ogóle opłacalne.

Dziś tylko duże firmy mogą legalnie produkować takie przetwory, które potem trafiają do sklepów na półki z ekożywnością. A ich ceny mrożą krew w żyłach...

Na skutek narzucenia rolnikom tak restrykcyjnych przepisów jak obecne, wkrótce przestaną być dostępne produkty przystępne cenowo i pochodzące z małych gospodarstw.

To, co kiedyś było tanie i powszechnie dostępne, teraz jest drogie, mało dostępne a do tego nielegalne!

Jeśli Tobie także zależy na tej sprawie, wspomóż nas w działaniach, abyśmy mieli szansę odżywiać się zdrowo i naturalnie. Podpisz tę petycję, bo masz wpływ na zmianę sytuacji!

Nasze postulaty

1. Apelujemy, aby regulacje prawne były dostosowane dla mikrogospodarstw, małych przedsiębiorców i właścicieli gospodarstw.

2. Wzorując się na innych krajach Unii Europejskiej domagamy się, aby sprzedaż bezpośrednia produktów nieprzetworzonych i przetworzonych przez rolników była legalna (w określonych ilościach).

3. Wspieramy każdą inicjatywę, która doprowadzi do tego, że żywność lokalna pochodząca z naszego kraju – która jest naszą chlubą – będzie zawsze LEGALNA!

4. Apelujemy o kupowanie produktów bezpośrednio od lokalnych rolników – w ten sposób wyrazisz czynne poparcie dla inicjatywy dążącej do zalegalizowania bezpośredniej sprzedaży żywności lokalnej.

Wykonaj ten gest i zostaw swój podpis pod tą ważną petycją.

Po podpisaniu petycji przekaż tę wiadomość wszystkim swoim znajomym.

Powiedz im, że trzeba działać! Nie ma czasu do stracenia!

Z góry dziękuję,

Faustyna Guzowska
Instytut Ochrony Zdrowia Naturalnego
kontakt@iozn.pl



piątek, 26 września 2014

Ireneusz Dudek o swojej wierze

Podziwiam ludzi, którzy potrafią osiągnąć taką mądrość życiową i dojrzałość wiary, często w naprawdę niesprzyjających skupieniu duchowemu zawodach i środowiskach. Mimo narastających szyderstw i ataków wobec katolików coraz więcej znanych osób odważa się jawnie świadczyć o swojej wierze. Wciąż mnie to zaskakuje, bo w stosunku do mojego dzieciństwa za komuny jest to ogromna zmiana. Wtedy obowiązywała zmowa milczenia. Szacun dla Shakin'a Dudi.

Irek Dudek: dźwigam swój krzyż z uśmiechem (Onet)


Nie sposób tu nie przypomnieć przejmującego „Bluesa dla Dorotki”. Jak Panu udało się poradzić z przedwczesną śmiercią córki?

Przede wszystkim pomógł Bóg. Jestem bardzo wierzącym katolikiem. Podobnie zresztą jak cała moja rodzina. Otrzymałem wiarę od rodziców — i gdyby nie wiara, pewnie bym się wtedy załamał. Bo inaczej jest, kiedy odchodzą rodzice, to jest coś naturalnego, a inaczej — kiedy umiera dziecko. Tym bardziej że śmierć Dorotki była dla nas zaskoczeniem. Ona była chora od urodzenia, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Może na szczęście — bo dzięki temu osiem lat z Dorotką były świetne. Kiedy niedawno stanąłem nad jej grobem – uświadomiłem sobie, że kiedyś kres przyjedzie też na mnie. To było coś nowego, bo wcześniej jakoś o tym nie myślałem. Na tym polega fenomen ludzkiego życia zaplanowanego przez Boga — że mimo świadomości śmierci, nikt się nad tym nie zastanawia i nie załamuje się tym. „Czyńcie sobie ziemię poddaną” – powiedział Bóg i to oznacza, że trzeba pracować i realizować się na tym świecie, ale szukać szczęścia wiekuistego.

No właśnie: kiedyś powiedział Pan: „Chcę sobie zasłużyć na zbawienie”. A jak wiemy z własnego doświadczenia – to nie jest wcale takie łatwe. Co dla Pana jest największą przeszkodą na tej drodze?

Człowiek rodzi się z piętnem grzechu pierworodnego. I on zawsze daje o sobie znać. Dopiero, gdy zdamy sobie z tego sprawę, że jesteśmy istotami grzesznymi, możemy zacząć z tym walczyć i nad tym pracować. Chodzę więc do spowiedzi i przystępuję do sakramentów. Gorzej by było, gdybym mówił: „A z czego ja się mam spowiadać?". To byłoby poważne niebezpieczeństwo. Zresztą tak samo jest w muzyce — mam przestać ćwiczyć, bo jestem już takim wspaniałym muzykiem, że tego nie potrzebuję? Nie — cały czas trzeba pracować. Dlatego wstaję codziennie rano, modlę się, a potem wykonuję swoje obowiązki. Wieczorem z kolei robię sobie mały rachunek sumienia – i wtedy wyskakują te małe grzeszki. Bardzo istotnym jest, aby na nie zwracać uwagę. Bo jak się je zlekceważy, to nawet się nie spostrzeżemy, kiedy przerodzą się w wielkie. [...]

Polski blues był kiedyś mocno nasiąknięty alkoholem i narkotykami — wystarczy choćby przypomnieć przypadek Ryśka Riedla. Jak Panu udało się uniknąć tych zagrożeń?

Kiedy zdecydowałem się na ślub kościelny z dziewczyną, z którą chciałem być do końca życia, przysiągłem jej, że nigdy nie wezmę do ust alkoholu. I tak już jest ponad dwadzieścia lat. Znam bowiem swoją żonę — jeśli znowu zacząłbym pić i rozrabiać, odeszłaby ode mnie. A dla mnie rozwód to wielki grzech. „Co związał Bóg na ziemi, będzie związane i w niebie” — to ważna zasada. Czyli paradoksalnie – znów wiara mi pomogła.

Całość: http://muzyka.onet.pl/koncerty/irek-dudek-dzwigam-swoj-krzyz-z-usmiechem

piątek, 15 sierpnia 2014

Moje ulubione święto :)


Matko Niebieskiego Pana,
Ślicznaś i Niepokalana,
Jakie wieki, czas daleki;
Czas nie mały, i świat cały
Nie słyszał.

Wszystkie skarby, co są w niebie,
Bóg wydał Panno dla Ciebie:
Jak bogata z słońca szata,
Z gwiazd korona upleciona
Na głowie.

Miesiąc swe ogniste rogi
Skłonił pod Twe święte nogi;
Gwiazdy wszystkie asystują,
Bo królową w niebie czują
Nad sobą.

Przez Twą poważną przyczynę,
Niech nam Bóg odpuści winę.
Uproś pokój, Panno święta,
Boś bez zmazy jest poczęta
Maryjo!

Do Ciebie się uciekamy,
Twej łaski świętej błagamy,
Rozbrój gniew Syna Swojego,
By nie karał ludu swego
Maryjo!

Wszak tylko za Twą przyczyną
Kary za grzechy przeminą!
Przedstaw pokutę Synowi,
Naszemu Zbawicielowi
O Matko!

sobota, 9 sierpnia 2014

Żeńskie oddziały specjalne


Myśli zawarte w tym tekście były pierwotnie wypowiedziami w dyskusji na FB, ale pomyślałam, że warto je uporządkować i tu opublikować.
Najpierw komentarz do infografiki, od której ta dyskusja się zaczęła. Wiem, z racji zawodowych, jak wyglądał kryzys zakonów w XVI wieku. Rozprzężenie powodowało brak powołań, odejścia i wymieranie, natomiast przywrócenie pierwotnych, a przynajmniej surowych i autentycznych obserwancji zakonnych — zawsze po ciężkiej walce wytaczanej przez współzakonników zeświecczonych, pardon: „humanistycznych” i „nowoczesnych” — napływ tłumów cisnących się za kratę. Tak było nie tylko z karmelitami bosymi obu płci (casus najsławniejszy), ale i np. z naszą polską reformą chełmińską benedyktynek. Teresa od Jezusa musiała odmawiać bardzo dobrym kandydatkom, bo nie mogła ich przyjąć, Magdalena Mortęska nie miała gdzie umieścić swoich mniszek. Jak się jezuici rozrastali na początku — wiadomo. I gdzie nie spojrzeć, tak jest. Także w przypadku dominikanów w XIII wieku, w porównaniu z wcześniejszymi, spasionymi już zakonami, tak było. Po prostu te same procesy uruchamiają się w tych samych okolicznościach.
A obecny czas w Kościele, ostatnie 50 lat, coraz bardziej i bardziej przypomina mi wiek XVI (znaczy raczej jego pierwszą połowę...); im głębiej siedzę w tych sprawach liturgicznych i duchowościowo-zakonnych, tym bardziej. Upadły człowiek ciągle chce naraz mieć ciastko i je zjeść — nawet jeśli widzi, że jego bicie głową w mur nie działa i już. Efekty są takie jak w przypadku nieszczęsnych franciszkanów Niepokalanej. Nihil novi sub sole. Myślę, że w ich wypadku konflikt o ryt był tylko pretekstem, a chodziło naprawdę o to, że nic tak bardzo nie wkurza zdemoralizowanego, spasłego i rozleniwiałego zakonnika jak jego chudy, ascetyczny, gorliwie zachowujący obserwancje zakonne współbrat. Podobnie jak nic tak nie wkurza pijącego alkoholika, jak spotkanie alkoholika trzeźwiejącego. Jestem pewna, na podstawie doświadczeń z historii Kościoła, że w końcowym rozrachunku zachowujący obserwancje franciszkanie Niepokalanej okażą się zwycięzcami. Nawet jeśli będą musieli założyć nowy zakon. Ale prędzej czy później skończy się cichym przyznaniem „reformatorów” do winy i beatyfikacjami.
Teraz, szerzej, kwestia żeńskich zakonów czynnych. Moim zdaniem obserwowany w ostatnim 50-leciu gwałtowny spadek liczby powołań do tych instytutów zakonnych ma głębsze przyczyny niż tylko „deforma” posoborowa, zeświecczenie itp. zjawiska cyklicznie występujące w historii. Spójrzmy na dzieje tego typu zgromadzeń.
Samo zjawisko kobiet opiekujących się chorymi, biednymi, uczących dzieci itp. istniało zapewne „od zawsze”. Tego rodzaju „zakonem czynnym” były np. mantellatae, do których należała Katarzyna Sieneńska. Jeszcze w XIV wieku w wielu klasztorach żeńskich nie było ścisłej klauzury, a nawet w XVI wieku siostry często wychodziły na miasto z wielu różnych przyczyn. Jednakże zarówno w XIV, jak i XVI wieku skarżono się, że to rozbija życie zakonne i duchowe, uniemożliwiając skupienie (bł. Henryk Suzo, św. Teresa od Jezusa). Po soborze trydenckim św. Franciszek Salezy bez powodzenia usiłował zorganizować wizytki jako taki zakon, ale udało się dopiero Wincentemu a Paulo (szarytki). Pełne uznanie żeńskich zakonów czynnych jako takich to dopiero wiek XIX. Owszem, także wcześniej pobożne kobiety, często mieszkające razem i składające ślub czystości, zajmowały się opieką nad chorymi, uczeniem dzieci itp., ale nie uważano ich zgromadzeń za zakony, bo to wymagało klauzury i spełnienia innych wymogów prawnych i faktycznych.
Oczywiście mniszki często prowadziły w swoich klasztorach szkoły, szpitale, przytułki itp. Np. benedyktynki staniąteckie prowadziły elitarną szkołę dla dziewcząt, dopóki komuna jej nie zamknęła. Nigdy nie było tak, że mniszki mają się tylko modlić. Poza tym przy klasztorach mniszych mieszkały często „posłusznice” i również one zajmowały się takimi rzeczami w imieniu klasztoru. Jednak uznanie, że istnieją żeńskie zakony, które z założenia mają się zajmować czynną pracą charytatywną i społeczną, wychodzić z klasztoru itp., jest stosunkowo niedawne. Spowodowane to było okolicznościami zewnętrznymi, takimi jak prześladowania Kościoła, pogorszenie się sytuacji społecznej po rewolucji francuskiej oraz rewolucji przemysłowej, a nawet tak prozaicznym czynnikiem, jak zwiększenie bezpieczeństwa, przynajmniej w miastach, tak że w drugiej połowie XIX wieku kobiety mogły już normalnie same chodzić po ulicach, co wcześniej było nie do pomyślenia z zupełnie racjonalnych przyczyn.
Dlatego osobiście uważam zakony czynne za swego rodzaju „produkt” rewolucji przemysłowej — nie ma w tym nic lekceważącego, założyciele zakonów zawsze starają się odpowiadać na aktualne zapotrzebowania ludzi, wśród których żyją, to normalne i godne pochwały — i nie uznaję za przypadek tego, iż to na nie przypada obecnie najgłębszy kryzys powołań, podczas gdy mniszki lepiej się przed nim bronią. Po prostu służba zdrowia jest, przedszkola są, szkoły są, emerytury są... Oczywiście, kiedy zajmują się tym zakonnice, to jest lepiej. Ale nie jest tak, że są one JEDYNYM ratunkiem, istnieje bowiem alternatywa państwowa czy świeckiego sektora pozarządowego. A z drugiej strony, nie trzeba dziś iść do zakonu, jeśli chce się pracować w tego rodzaju zawodach. Można to czynić, żyjąc w małżeństwie, podczas gdy jeszcze sto lat temu było to praktycznie wykluczone. Dlatego prognozuję, że jeśli tylko systemy zabezpieczenia socjalnego całkiem nie padną, to w ciągu jakichś 50 lat obecna olbrzymia przewaga liczbowa zakonów czynnych nad mniszkami — sytuacja powstała zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu — zaniknie.
Pojawia się za to inne, bardzo interesujące zjawisko, będące nowością w historii Kościoła: siostry czynne zajmujące się nie pracą socjalną, lecz aktywnym głoszeniem Słowa. Jest to skutek przemian obyczajowych ostatnich dziesiątków lat.
Dawniej praca misyjna kobiet mogła polegać wyłącznie na modlitwie za misjonarzy. Św. Dominik i bł. Jordan z Saksonii takie zadanie przeznaczyli specjalnie powołanym w tym celu mniszkom dominikańskim; oprócz tego na początku miały one jeszcze przyjmować wędrujących braci na noclegi, opierać ich, karmić itd. Dokładnie ten sam wniosek można wyciągnąć z kilkaset lat późniejszej korespondencji św. Teresy od Dzieciątka Jezus z księżmi misjonarzami Roulland i Bellière, jej duchowymi braćmi. A dzisiaj, o tempora, o mores :), kobiety zaczynają (poza kontekstem liturgicznym) głosić Słowo na równi z mężczyznami. Robią doktoraty z teologii, głoszą rekolekcje itd. I nie dziwię się, jeśli już wkrótce zaczną na szerszą skalę powstawać nowe zakony z takim właśnie charyzmatem (Rodzina Dominikańska aż się prosi o taki zakon), a stare czynne zakony żeńskie częściowo do niego przeorbitują. W Polsce już zresztą mamy jeden taki zakon: jadwiżanki wawelskie.
Piszę to wszystko w święto św. Teresy Benedykty od Krzyża, Edyty Stein, filozofa, karmelitanki bosej i patronki Europy. Karmelitanki bose rulez, one zawsze będą miały powołania :) Ale i o innych mniszkach nie zapominajmy. Niestety, również środowiska aktywnie, konserwatywnie czy tradycyjnie katolickie zdaje się trapić choroba „singlostwa” — odwlekania w nieskończoność decyzji o konkretnym wyborze drogi życiowej zakon/małżeństwo. Owszem, dzisiejsza patronka pokazuje, że lepiej późno niż wcale. Ale akurat pod tym względem nie trzeba jej naśladować :) Dziewczyny, odważcie się podjąć tę decyzję już, zaraz. Potrzebujemy i nowych mniszek, i nowych zakonnic: opiekunek, nauczycielek, misjonarek i teologów — i matek rodzących dzieci.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dzikość kobiety

Ignacy — geniusz! Dedykuję ten wpis wszystkim jezuitom z okazji uroczystości liturgicznej ich założyciela, jaka przypadła kilka dni temu :)

Z reguł rozeznawania duchów (Ćwiczenia duchowne nr 325):
„Reguła 12. Nieprzyjaciel w zachowaniu się podobny jest do kobiety, w tym mianowicie, że siły ma słabe, ale chęć szkodzenia mocną. Bo właściwością kobiety w czasie sprzeczki z jakimś mężczyzną jest tracić odwagę i uciekać, jeśli mężczyzna stawia jej dzielnie czoła; a przeciwnie, jeżeli mężczyzna zaczyna uciekać tracąc odwagę, wtedy gniew, mściwość i dzikość kobiety nie zna granic, ni miary”.

A już bardziej poważnie: Dzisiaj przypada 90. rocznica święceń kapłańskich Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego, jednocześnie 113. rocznica jego urodzin oraz imieniny. Pamiętajmy o dziękczynieniu Bogu za jego życie i działanie, jakie z łaski Opatrzności wspierały Polskę w chwili zagrożenia jej bytu przez komunizm, oraz o modlitwie o jego rychłą beatyfikację!

„Nie wystarczy w Boga wierzyć, trzeba jeszcze Bogu zawierzyć”.
„Zamiast oczekiwać na dobroć innych, sami napełniajmy codziennie życie dobrocią”.
„Nie musisz wszystkiego rozumieć, wystarczy, że kochasz wszystko, co Bóg daje”.
„Człowiek Boży zawsze budzi nadzieję! w ludziach smutnych, zgorzkniałych i zwątpiałych pogłębia wiarę w Bożą opatrzność”.

sobota, 2 sierpnia 2014

Komentarz do ostatnich dyskusji na Facebooku

„Jeśli spytasz Mnie, dlaczego grzech tych, co prześladują święty Kościół, jest cięższy, niż wszystkie inne, i czemu mimo grzechów mych kapłanów nie chcę, by cześć dla nich się umniejszała, odpowiem: Bo wszelką cześć, jaką się im świadczy, oddaje się nie im, lecz Mnie, przez moc Krwi, którą im powierzyłem do rozdawania. Bez tego, mielibyście tyle czci dla nich, co dla innych ludzi, nie więcej. Z powodu tej służby, którą spełniają, winniście ich szanować. I jesteście zmuszeni przychodzić do ich rąk, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą poruczyłem im, jeśli chcecie przyjmować święte sakramenty Kościoła; i jeśli mogąc je przyjąć, nie chcecie tego uczynić, będziecie i umrzecie w stanie potępienia.

Więc nie im, lecz Mnie oddaje się tę cześć i tej chwalebnej Krwi (która jest jednym ze Mną, przez zjednoczenie natury boskiej i natury ludzkiej). Jeżeli ku Mnie zwraca się cześć, tak samo Mnie dotyczy brak czci. Jak ci już rzekłem, winniście ich szanować, nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą im dałem. Podobnież obrażając ich, obrażacie nie ich, lecz Mnie. Zabroniłem tego słowami: Nie tykajcie moich pomazańców. Nie chcę tego.

Niech nikt nie tłumaczy się, mówiąc: »Nie znieważam świętego Kościoła, nie buntuję się przeciwko niemu, powstaję tylko przeciw grzechom złych pasterzy«. Kto tak mówi, kłamie wierutnie. Miłość własna zaślepia go i nie pozwala mu widzieć jasno, lub raczej, on widzi, lecz udaje, że nie widzi, aby zgłuszyć wyrzut sumienia. Gdyby był szczery, widziałby i nawet widzi, że prześladuje nie ludzi, lecz krew Syna mego. Moja jest obraza, jak moja jest cześć. I moje też są wszystkie szkody, obelgi, zniewagi, hańby i nagany, czynione moim kapłanom. Uważam za wyrządzone Mnie wszystko, co im się wyrządza, gdyż rzekłem i powtarzam: Nie chcę, aby tykano moich pomazańców! Ja sam mam ich karać, nikt inny”.

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności, nr CXVI

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przekreślenie Perejasławia

Dzisiaj, 28 lipca, obchodzona jest 1026. rocznica chrztu Rusi Kijowskiej. W 988 toku władca Kijowa, święty Włodzimierz Wielki, jako pierwszy spośród książąt wschodniej Słowiańszczyzny przyjął chrzest i uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Faktycznie wiara chrześcijańska była obecna na terytorium dzisiejszego państwa ukraińskiego od samego początku. Święty papież Klemens I Rzymski, wymieniany w Kanonie Rzymskim, był zesłany na Krym i zmarł tam ok. 102 r. Istniejący przynajmniej od V wieku Kijów znajdował się na szlaku handlowym ze Skandynawii do Bizancjum i chrześcijańscy kupcy i duchowni byli w nim regularnie obecni. Jednak z chwilą chrztu Włodzimierza i jego ślubu z siostrą cesarza bizantyjskiego Bazylego Ruś oficjalnie weszła do grona państw chrześcijańskich, a Kijów stał się miejscem rozkwitu chrześcijańskiej kultury. Świadectwem tego są zachowane do dzisiaj bizantyjskie świątynie z Soborem św. Sofii na czele, Kronika Nestora oraz inne zabytki kultury materialnej, rękopisy historyczne i liturgiczne.
Rok temu w Kijowie odbywały się uroczyste obchody 1025-lecia chrztu Rusi. Znajdowałam się wtedy na miejscu, spędzając wakacje u moich serdecznych przyjaciół, ukraińskich dominikanów, i patrzyłam, jak Putin z Janukowyczem i metropolitą Cyrylem wykorzystują to wydarzenie do wielkiej politycznej pokazówki zwierzchnictwa Moskwy nad „ruskim światem” sięgającym po Białoruś i Mołdawię. Wszystkich nas mdliło z niesmaku.
Kilka miesięcy później, w grudniu, gadałam na Facebooku z moim znajomym, ukraińskim dominikaninem dwóch obrządków, teologiem wykształconym w Rzymie, świetnie mówiącym chyba pięcioma językami, obdarzonym dużą kulturą, erudycją i wiedzą historyczną (Petro Bałog OP — uśmiechy :) i serduszka <3). Trwał już Majdan, a Piotrek był kapelanem jednej z jego sotni. Rozmawialiśmy o tym przeklętym losie naszych narodów, wciśniętych między Berlin a Moskwę, i o tragicznym, czy też żadnym wyborze między dżumą russkiego mira a cholerą Związku Socjalistycznych Republik Europejskich z przewodnią siłą Niemiec i dyktaturą pederastów, aborterów, eutanazistów i kogo tam jeszcze. Przekonywałam go, że jedyną ucieczką od naszego przeklętego położenia geopolitycznego jest odtworzenie — z wyeliminowaniem popełnionych błędów — Rzeczpospolitej Jagiellonów. (Niekoniecznie nawet w formie jednego państwa; wystarczyłby ścisły sojusz polityczny i gospodarczy). Kiedy Polska i Ukraina (wraz z Białorusią, Litwą, Inflantami, a w pewnym momencie także Czechami i wielkimi Węgrami, obejmującymi Słowację i większą część Bałkanów) działały razem, Rosja i Niemcy się nie liczyły, nie mogły nam zagrozić. Piotrek się upierał, że to rozwiązanie jest absolutnie niemożliwe, że nigdy do tego nie dojdzie, że Rosja nigdy nie wypuści Ukrainy ze swoich łap.
Od tamtych obchodów chrztu Rusi minął rok. Tylko rok. W Kijowie od pół roku nie ma Janukowycza i jego złodziejskiej ekipy. Moskwa utraciła 350-letnią dominację nad rozległymi ziemiami ukraińskimi. W Donbasie trwa wojna, ale jej szala przechyla się na stronę sił ukraińskich. Krym zajęty przez Rosję, ale to panowanie jest bardzo labilne. Rosja staje się coraz bardziej niestabilna. Pogrąża się w autorytaryzmie wobec własnych obywateli i coraz silniejszych tendencjach odśrodkowych, które już wkrótce mogą rozerwać łańcuchy „więzienia narodów”.
Na naszych oczach tworzy się nowy porządek geopolityczny Europy, unieważniający ten, który przez ostatnie 300–400 lat dławił narody środkowej Europy, w tym Polaków, w jarzmie imperium rosyjskiego (carskiego/radzieckiego), okresowo w sojuszu z podobnym imperium niemieckim, i umieszczając Warszawę w przeklętych kleszczach Berlina i Moskwy. Jego elementem konstytucyjnym była ugoda perejasławska z 1654 roku.
Nie można zanegować, że pozostają poważne bariery dzielące nas. Krew pomordowanych Polaków woła z ziemi Wołynia i Podola. Woła też krew pomordowanych Ukraińców i ruiny zburzonych cerkwi. O pierwszej mówi się w Polsce, a drugich — na Ukrainie. I nadal próby stworzenia z tych dwóch narracji jednej, i znalezienia pojednania, są w powijakach.
Przez cały okres Majdanu i wojny z Rosją stoję przy moich ukraińskich przyjaciołach i popieram ich walkę o wolność i niepodległość, ale jednocześnie widzę w tym rodzaj jakiejś sprawiedliwości dziejowej — dziejów tego świata, a nie Bożych, oczywiście. Teraz Ukraińcy wiedzą, jak się czuli Polacy we wrześniu ’39. Rosja na Krymie i w Donbasie powtórzyła to, co zrobił ZSRR ze wschodnimi terenami Rzeczypospolitej Polskiej 17 września ’39 i potem. Nie neguję, że z punktu widzenia etnicznego te tereny były ukraińskie, białoruskie i litewskie, a Polacy byli na nich osiedleńcami, ludnością napływową (co prawda przez bite 600 lat mieszkali na tej ziemi, więc zdobyli już chyba sobie prawo obywatelstwa?) — Jednak jest jakąś schizofrenią uważać, że tamto zajęcie siłą (korzystając z jednoczesnego ataku przez Niemcy na Polskę) polskich Kresów przez ZSRR, przyklepane przez społeczność międzynarodową w ’45, było w porządku i się należało, a teraz jest zbrodnia i napaść. Jedno i drugie jest zbrodnią i napaścią, i Polacy doskonale sobie z tego zdają sprawę, choć w swojej masie umieli wybaczyć i wspierają obecnie Ukraińców w ich walce.
Ale mam nadzieję, że jak już Ukraina wygra tę wojnę i obroni swoje terytorium, to refleksja na temat podobieństwa tych dwóch sytuacji się zacznie. Owszem, zwłaszcza dla Litwy posiadanie Wilna jest być albo nie być, o wiele ważniejszym niż Lwów dla Ukrainy. Chodzi jednak o to, aby zmienić narrację i nie pochwalać tego, co się wtedy stało, tzn. mieć świadomość, że tamto również było przestępstwem międzynarodowym. Przy zachowaniu zasady nienaruszalności aktualnych granic państwowych. Polsce również nie opłaca się ruszać granic — bo w takim wypadku nieuchronnie pojawiłaby się kwestia granicy zachodniej i północnej. Można więcej stracić niż zyskać. Mam po prostu nadzieję, że zdążę dożyć tego, że do Lwowa i Stanisławowa, a kiedyś także Grodna i Pińska, będzie się jeździło tak, jak teraz się jeździ na Słowację czy do Niemiec, jak Niemcy mogą jeździć do Wrocławia czy Olsztyna: mijana z boku drogi tabliczka informacyjna, że inne państwo, jak z nazwą rzeki czy miasta. To rozwiąże problem wszelkich rewanżyzmów.
Oczywiście, w tej chwili te wszystkie sprawy trzeba odłożyć na bok. Jeśli Ukraina nie zatrzyma ruskich sołdatów w Donbasie, to za kilka lat będziemy mieli ruskie tanki w Olsztynie i Gdańsku, bo następnym krokiem będzie „przywrócenie sprawiedliwości dziejowej” w odniesieniu do Prus Wschodnich (być może w porozumieniu z Niemcami). A może „ochrona praw ludności rosyjskiej” przebywającej na tych terenach? (Rosjan przebywających z różnych względów w Polsce wcale nie jest w końcu tak mało). Władza w Rosji jest niestabilna i co kilka lat potrzebuje wygranych wojen, by się utrzymać.
Po wtargnięciu Rosji na Krym i do Donbasu uświadomiłam sobie na nowo, że ZSRR = Rosja i to to imperium zła, niezmienne, należy winić za wrzesień ’39. Owszem, lokalna ludność ukraińska i białoruska witała (choć nie cała) „wyzwolicieli” z radością (by wkrótce paść ofiarą stalinowskiego terroru), ale gdyby nie wkroczenie Sowietów, dowodzonych z Moskwy, sama by tych terenów od Polski nie oderwała.
W 2014 roku, 1026 lat po przyjęciu chrztu z Bizancjum, Ruś Kijowska przestaje być częścią Mordoru, cywilizacji turańskiej profesora Konecznego, i wraca do kręgu kultury europejskiej, której zawsze była częścią. Święty Jan Paweł II przypomniał, że Europa oddycha dwoma płucami i bez kultury chrześcijańskiego Wschodu, wywodzącej się od Bizancjum, jej tożsamość i duchowość będą zawsze niepełne. W natłoku obecnych wydarzeń nie od rzeczy będzie poświęcenie godzinki na przypomnienie sobie encykliki Slavorum Apostoli.
Pozostaje jeszcze temat Rosji. Nie jestem wrogiem Rosji. Wysoko cenię rosyjską kulturę, mam przyjaciela Rosjanina i dobrych znajomych Rosjan. Putin i jego agresywna imperialna polityka jest nieszczęściem przede wszystkim dla samych obywateli tego kraju. To Rosjanie pierwsi padają jego ofiarą, podobnie jak Stalin mordował najpierw obywateli ZSRR, a dopiero potem innych. Ustroje się zmieniają, a władze na Kremlu nie. Z całego serca życzę „przyjaciołom moskalom” prawdziwej wolności, w której nie będzie groziło pięć lat więzienia za uczestnictwo w demonstracji, a dochody z bogactw naturalnych będą szły na szkoły, szpitale i drogi, nie na nienasyconą armię. W której poziom życia (nie tylko u wąskiej kasty oligarchów i złodziei u władzy) i rozwój infrastruktury dopędzi choćby Polskę. Obywatele Federacji Rosyjskiej — sto różnych narodów, a nie tylko Rosjanie — zasługują na umiejętne i uczciwe władze, dbające o prawdziwe dobro swego społeczeństwa, a nie pozostawiające po sobie nędzę, krew i trupy.

W kwestii zakończenia epoki Perejasławia i odwrócenia losów Europy bardzo dobry komentarz dał Grzegorz Górny (wpolityce.pl):

Przekreślenie Perejesławia. Taka szansa, przed jaką stoją dziś Ukraińcy, pojawia się raz na dziesięciolecia


Grzegorz Górny

To, co dzieje się na Ukrainie od listopada zeszłego roku, wciąż ogniskuje uwagę Polaków. Krwawe starcia na kijowskim Majdanie, ucieczka prezydenta Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję, konflikt zbrojny w Donbasie, wybór Petra Poroszenki na nowego prezydenta, zestrzelenie malezyjskiego samolotu — w kalejdoskopie tych wydarzeń łatwo umknąć może jednak pewien historyczny proces, który właśnie obserwujemy.
Jesteśmy bowiem świadkami przekreślenia Perejesławia, czyli odwrócenia trendu dziejowego, zapoczątkowanego w 1654 roku. To właśnie wówczas Kozacy pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego podpisali tzw. ugodę perejesławską z Moskwą. Od tego czasu Ukraina znalazła się w rosyjskiej strefie wpływów. Mitem założycielskim nowej konstelacji geopolitycznej stało się powstanie Chmielnickiego, które wykopało przepaść między dwoma narodami Pierwszej Rzeczpospolitej. Antidotum na to miał być sojusz Kozaków z Moskwą, oparty na wspólnej tożsamości słowiańsko-prawosławnej.
Nic przez wieki nie było w stanie tego zmienić, żaden wrogi akt ze strony Rosji — ani likwidacja Siczy Zaporoskiej w 1775 roku, ani Wielki Głód w 1933 roku. Wszelkie próby odwrócenia sojuszy, począwszy od unii w Hadziaczu w 1658 roku, a skończywszy na układzie Petlura-Piłsudski w 1920 roku, kończyły się niepowodzeniem. Zawsze brakowało pewnej masy krytycznej, zdolnej odwrócić koło historii. W umysły Ukraińców zbyt silnie było bowiem wdrukowane przeświadczenie o braterskich więzach łączących ich z Rosjanami. Nawet jeśli relacje między nimi były niesprawiedliwe, to nadal pozostawały braterskie. W końcu w każdej rodzinie zdarzają się nieporozumienia i kłótnie. Dla wielu Ukraińców niewyobrażalna była wręcz nawet hipotetyczna możliwość zerwania z Rosjanami, tak bliskimi im etnicznie, językowo, kulturowo i religijnie.
Obecne wydarzenia przynoszą zmianę tej sytuacji. Im bardziej Rosjanie eskalują konflikt, tym mocniej wpływają na kształtowanie się świadomości narodowej Ukraińców, w której komponent antyrosyjski odgrywa coraz ważniejszą rolę. Obraz starszego brata zastąpiony zostaje obrazem mordercy i agresora. Sprzeciw wobec Rosji utożsamiony zostaje ze sprzeciwem wobec nieludzkiego reżimu, z walką o wolność i godność, a na dodatek przypieczętowany przelaną krwią. Na naszych oczach powstaje nowy mit założycielski współczesnej Ukrainy, który wykuwa się w krwawych bojach z moskiewską satrapią.
Niepodległościowe elity ukraińskie zdają sobie sprawę, że stanęły przed szansą, jaka zdarza się raz na dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Wystarczy przejrzeć ofertę ukraińskich kanałów telewizyjnych, które wciąż pokazują filmy dokumentalne o zbrodniach rosyjskich, sowieckich i komunistycznych. Jeszcze niedawno, za prezydentury Janukowycza, takich obrazów niemal w ogóle nie pokazywano, preferując raczej lekkie rosyjskie komedie lub filmy akcji. Teraz dominuje inny przekaz: zbyt wiele Moskwa wyrządziła nam krzywd, byśmy mogli razem planować wspólną przyszłość. Musimy być niezależni od Rosji.
W tym kontekście do rangi symbolu urasta fakt aneksji Krymu przez Putina. Przecież półwysep ten został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej w 1954 roku — a więc w 300. rocznicę ugody perejesławskiej — jako znak wiecznego sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Zabranie go teraz przez Rosję to jakby unieważnienie Perejesławia, przekreślenie tej relacji.
Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to proces niezwykle korzystny. Powinniśmy wspomagać Ukraińców, by wyrwali się z rosyjskiej strefy wpływów.
25 lipca 2014

http://wpolityce.pl/polityka/206517-przekreslenie-perejeslawia-taka-szansa-przed-jaka-stoja-dzis-ukraincy-pojawia-sie-raz-na-dziesieciolecia

niedziela, 27 lipca 2014

Kim jest dominikanin


Dominikanin jest »liturgiem« nie tylko przy ołtarzu, ale mocą kapłaństwa, a zwłaszcza mocą profesji solemnej i stanu zakonnego. Zawsze chodzi w stroju liturgicznym, bezustannie jest na szczególnej służbie Bożej; na służbie Ciała Mistycznego Chrystusa”.

bł. Michał Czartoryski OP, Zapiski duchowe, nr 14.


15 VIII 1944, uroczystość Wniebowzięcia. Msza polowa na warszawskim Powiślu podczas Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie ostatnie zachowane zdjęcie bł. ojca Michała.

wtorek, 22 lipca 2014

Magdalena Smoleńska

Spojrzała i od razu zobaczyła, że ciało zostało zabrane. Nie ujrzała żadnego anioła, ponieważ Jezus sam chciał ją zawiadomić. Strwożona i zaniepokojona, obawiając się, żeby ukochane ciało Jezusa nie zostało zbezczeszczone, poszła z pośpiechem do Szymona Piotra i drugiego ucznia, którego Jezus kochał. Mówi im, co ją niepokoi: »Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono«. [...]
Ponownie się nachyliwszy, powraca, aby szukać gdzie indziej. Wtem widzi Jezusa i Go nie poznaje, ponieważ troszczy się jedynie o ukochane ciało, które chciała namaścić drogocennym olejkiem, a które jest w świętokradczych rękach
”.
Z komentarza do Ewangelii br. Marii Józefa Lagrange’a OP, prezbitera

Myślę o tych wszystkich płaczących Mariach Magdalenach: Polakach, Holendrach, Malezyjczykach, Australijczykach, Filipińczykach, Anglikach, Belgach, Kanadyjczykach, których najbliżsi zostali zamordowani, ich rozkawałkowane ciała zbezczeszczone, przerzucane łopatami z miejsca na miejsce i z ciężarówki na ciężarówkę, pierścionki i obrączki zdjęte z martwych palców, pieniądze wyjęte z portfeli, karty kredytowe oczyszczone. A dowody zbrodni zacierane.
Myślę o tych wszystkich moich własnych znajomych, wydawało się, przyzwoitych ludziach — niektórzy z nich to niestety księża i ich postępowaniem i językiem jestem po prostu wciąż i nadal zgorszona, zgorszona, zgorszona — którzy cztery lata temu wyśmiewali się z „zimnego Lecha” i z nienawiścią i pogardą w głosie i słowach krzyczeli, że bardzo PiS-owcom tak dobrze; i że ci, co twierdzą, że Kaczyński nie kazał lądować, Błasik nie stał pijany w kabinie pilotów, a pilot nie był buńczuczny, brawurowy i nieumiejętny, jak to ZAWSZE Polacy — są chorzy psychicznie i nie ma dla nich w Polsce miejsca (sic).
Te dwie katastrofy są do siebie uderzająco podobne i ofiary tej dzisiejszej, donieckiej, oskarżają tych, którzy zakłamywali i przykrywali dywanem smoleńską. Zło, które nie doznaje sprzeciwu, rozprzestrzenia się i rozpowszechnia — dopóki ktoś go nie zatrzyma. To należy do samej natury zła. 
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć (1 P 5,8).
Myślę, że święta Maria Magdalena jest szczególną patronką tych płaczących żałobników — zarówno tych dzisiejszych, którzy spotykają się ze współczuciem całego cywilizowanego świata, jak i tych sprzed czterech lat: wyszydzonych, wyśmianych, obnażonych przez własnych współplemieńców i współbraci w Chrystusie, jak sam Chrystus u kolumny biczowania i przed pałacem Piłata.
Myślę też, że teraz, po katastrofie donieckiej, prawda o katastrofie smoleńskiej wyjdzie na jaw. Bo teraz zginęli Holendrzy i przedstawiciele innych państw, które dbają o życie i godność swoich obywateli, i samego państwa. I teraz będzie, mimo wysiłków Kremla i jego najemników rosyjskiej i nierosyjskiej narodowości, którzy tak jak wtedy niszczą i ukrywają dowody, przeprowadzone rzetelne międzynarodowe śledztwo. A wtedy świat przypomni sobie o Smoleńsku (już sobie przypomina...) i bliźniacze podobieństwa staną się widoczne dla każdego.
Przypomni sobie też o wypędzonych i pomordowanych Gruzinach, których niepodległość podczas poprzedniej inwazji Kremla na swego sąsiada ocalił — jak można przypuszczać — zmarły prezydent RP. Za cenę własnego życia, jak się okazało. I 95 innych.
Święta Maria Magdalena, Równa Apostołom, wyprasza zbawienie dla ofiar, pociechę dla ich bliskich, nawrócenie dla zbrodniarzy, ich pomocników i gloryfikatorów.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Człowiek i jego roszczenia

Z komentarza Pawła Lisickiego w „Do Rzeczy”: „Jeszcze Kościół nie zginął” do wyników ostatniego liczenia wiernych:

(Tutaj przy okazji wtrąćmy, że sam pomysł liczenia wiernych jest głęboko sprzeczny z Bożym planem — przypomnijmy sobie, co spotkało Dawida za pomysł policzenia Izraela. I nie wątpię, że „światowa” moda na liczenie wiernych w polskim Kościele przynosi podobne owoce, bo Bóg jest wierny i konsekwentny).
Nie jest prawdą, że główną bolączką polskiego Kościoła jest zaangażowanie w politykę lub zbyt powolne dostosowanie się do oczekiwań liberalnej cywilizacji. Większość społeczności chrześcijańskich na Zachodzie dawno już straciła wpływ na politykę. Wspólnoty protestanckie w pełni niemal pogodziły się z rewolucją obyczajową, czego dowodem jest coraz częstsza akceptacja związków homoseksualnych, biskupi katoliccy ograniczają się zwykle do rytualnych sprzeciwów. A mimo tego skala dechrystianizacji i tempo, w jakim wierni odwracają się od chrześcijaństwa, są tam znacznie większe niż w Polsce. Na tle Zachodu Polska pozostaje krajem chrześcijańskim. Nie ma oczywiście jednego czynnika, który tłumaczyłby tak skomplikowane zjawisko społeczne, jakim jest zanik praktyk religijnych. Jednak gdybym sam starał się znaleźć główny powód, to szukałbym go — inaczej niż większość specjalistów — w osłabieniu religijnego przesłania chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie. Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga. Inaczej za kilka lat Polska będzie przypominać Irlandię, Hiszpanię czy Belgię, kraje niegdyś katolickie.
Święte słowa red. Pawła Lisickiego. Zachęcam do przeczytania całego komentarza (podlinkowałam na początku). I trzeba grubym drukiem podkreślić, że zdanie „Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie” pasuje również do liturgii. A nawet w pierwszej kolejności odnosi się do liturgii. Liturgia jest szkołą wiary i życia. Od dostosowywania przez liberalny, modernizujący kler liturgii do „potrzeb współczesnego człowieka” zaczął się szybki upadek wiary na Zachodzie. Owszem, wiara słabła już wcześniej; ale działania obłąkanych kościelnych „rewolucjonistów ’68 roku” na Zachodzie spowodowały gwałtowne przyśpieszenie tej utraty wiary. Zmiana była jakościowa, nie ilościowa. Oczywiście intencje były szczytne; ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Drzewo poznaje się po owocach.
Zachęcam do refleksji nad tym, co w ostatnich dziesiątkach lat dzieje się w liturgii katolickiej w Polsce. Jeśli nie zatrzyma się procesu „ufajniania” liturgii, już za jedno pokolenie będzie tak, jak na Zachodzie. To liturgia ma przenosić w pierwszym rzędzie do tego nadprzyrodzonego, o którym red. Lisicki pisze...
Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga”.
I teraz proszę porównać to, co wyprodukowano w tzw. „reformie soborowej” (w rzeczywistości nie mającej z Soborem Watykańskim II wiele wspólnego, a nawet sprzecznej z jego Konstytucją o liturgii Sacrosanctum concilium), z mszą w klasycznym rycie rzymskim oraz liturgiami Kościołów wschodnich. Dlaczego ludzie (katolicy) mówią, że w cerkwi na nabożeństwach jest duch, duchowość, że lepiej się tam modli?
Oczywiście nowa msza jest ważna, jest Ofiarą Eucharystii w sensie teologicznym, sakramentalnym. I nie mówię, że nie ma zalet... Wiele osób mi mówi, że zaspokaja ona ich potrzebę poczucia się wspólnotą, że dobrze się na niej czują, jako „sprawcy”, „uczestnicy”, a nie „widzowie”, że jest dla nich ważne, że mogą sobie śpiewać wesołe, skoczne piosenki, że to poprawia im nastrój. „Dzięki temu lepiej nam się modli, czujemy, że się dobrze modliliśmy”.
Tak, takie są nasze ziemskie, doczesne, zmysłowe potrzeby ludzkie.

Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia”.

Ps. Właśnie wczoraj odkryłam, że nawet liturgiczna ceremonia złożenia ślubów przez mniszkę w klasztorze benedyktynek nie może obejść się bez gitarry. Dziękuję, postoję. Jeśli która chętna na mniszkę — odradzam taki klasztor. Nie ma życia mniszego bez wyciszenia i pokoju wewnętrznego; bez ascezy zmysłów i pozostawienia pewnej pustki, którą będzie mógł zająć Niepomieszczony. A krzykliwe i nerwowe dźwięki gitary używanej na sposób ogniskowo-łupiący (a nie klasyczno-wirtuozowski w stylu muzyki dawnej; sam instrument nic nie winien), pozostawanie w hałasie naszej rozwrzeszczanej i neurotycznej epoki raczej temu nie sprzyja...