Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Augustyn SJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Augustyn SJ. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2013

Nadmierna roztropność

Przyznam się, że nałogowo czytam świętą Teresę z Avili. To najlepsza komentatorka życia publicznego i kościelnego, przewodniczka po życiu duchowym, znawczyni ludzi i ich charakterów, opowiadaczka pasjonujących i pełnych humoru historii, pocieszaczka w trudnych chwilach, zarażająca entuzjazmem i gorliwością, wlewająca motywację i siłę do nawrócenia w upadkach, depresjach i duchowym lenistwie. Jej analizy zdradzają wnikliwą inteligencję i złośliwą spostrzegawczość. Stratfor wysiada. Na przykład przed chwilą natknęłam się (Księga życia 16,7) na coś takiego:
„Szczerość i śmiałość w mówieniu prawdy tak dzisiaj u nas jest rzadka. [...] Otwartość w mowie już teraz nie jest w użyciu. Sami nawet kaznodzieje tak układają kazania swoje, aby snadź kogo nie obrazili; zapewne dobrą mają w tym intencję i rzecz sama może być dobra, ale i to prawda, że po takim kazaniu mało kto się poprawia! Bo czemuż to nie widać grzeszników gromadami wskutek usłyszanego kazania jawnie grzechy swoje porzucających? Wasza miłość [chodzi tu o o. Garcię de Toledo, spowiednika świętej) wie, co myślę? — Że to dlatego, iż ci, którzy im przepowiadają Słowo Boże, są nadto roztropni. Nie pochłania w nich tej roztropności ludzkiej, jak pochłaniał w Apostołach, wielki ogień miłości Bożej i dlatego ten płomień mało ich grzeje; nie mówię, by miłość Boża miała być w nich tak wielka, jak była w Apostołach, ale chciałabym, by była większa, niż ją widzę. — Czy mam powiedzieć, co słowu ich dawało taką skuteczność? To, że już mieli w obrzydzeniu to życie i mało się troszczyli o sławę świata, że gdy chodziło o wyznanie prawdy i obronę jej dla chwały Bożej, zarówno im było wszystko stracić czy wszystko zyskać. — Kto bowiem naprawdę wszystek poświęcił siebie Bogu, ten z równą gorliwością znosi czy jedno, czy drugie”.
Myślę, że jest to bardzo dobry komentarz do dzisiejszej fejsbukowej wymiany zdań na temat prozaicznych, doczesnych przyczyn niejakiej „spolegliwości” Episkopatu Polski wobec władzy, dobrze zauważalnej w ciągu ostatnich 20 lat (do chwili wybuchu gwałtownego antyklerykalizmu w warstwach rządzących i mediach z tzw. salonu kilkanaście miesięcy temu), w której pewien dyskutant napisał, co następuje:
„Konieczność utrzymywania "dobrych stosunków" między "państwem a kościołem", które jest zresztą pozostałością komuny i tamtejszej polityki hierarchów, sprawia, że w imię tych dobrych stosunków o wielu sprawach nie mówi się wprost. Owszem. Są listy biskupów o tym i o tamtym, ale zarazem ci sami biskupi, którzy krytykują aborcję jako największe zło udzielają Komunii Świętej tym, którzy takie prawo stanowią. Przykłady można by mnożyć”.
Owa przypadłość nadmiernej roztropności nie dotyka zresztą dzisiaj tylko hierarchów, lecz schodzi w dół, przez księży, zakonników itd. aż po ostatniego z wiernych świeckich. W Polsce, Europie i na całym świecie. Nie przez przypadek papież Franciszek cieszy się taką popularnością wśród świeckich (podczas gdy duchowieństwu nierzadko jest nie w smak, jak trafnie zauważył jego współbrat zakonny, ojciec Józef Augustyn) także z tego powodu, że wali prosto z mostu, piętnuje grzechy (dzisiaj na przykład plotkarstwo), krytykuje odchodzenie od radykalizmu Ewangelii i zakopywanie się w wygodnym fotelu i ciepłych papuciach.
Dzisiaj w bazylice Świętej Trójcy w Krakowie wyświęciliśmy (tzn. zrobił to bp Ryś, ale my mu pomagaliśmy) dziesięciu dominikanów. W tej i dla nich, i dla nas pełnej radości i szczęścia chwili życzę im, by nie byli niemymi, bezzębnymi psami, lecz odważyli się oszaleć dla Boga jak król Dawid i święty Paweł, i mówili prawdę w oczy i prosto z mostu — „byśmy nie stali się chrześcijanami dobrych manier i złych nawyków”, dopowiada papież Franciszek.


Zdjęcie pożyczone z serwisu Polskiej Prowincji Dominikanów (dominikanie.pl)

środa, 14 grudnia 2011

Taka wiara opaskudzi człowieka

„Taka wiara, że post, jak nie ma co jeść, a święto, jak nie ma co robić — to zawsze opaskudzi człowieka, co z nią żyje”.

Tak mówi jeden z bohaterów powieści „Czahary” Marii Rodziewiczówny, prawosławny Białorusin Kasjan, o religii innej bohaterki książki, ewangeliczki. Ten bonmot Kasjana (jeden z wielu rewelacyjnych bonmotów, bo Kasjan to niewątpliwie najciekawsza postać „Czaharów”) miałam w głowie podczas całego tygodnia rekolekcji ignacjańskich u jezuitów w Częstochowie. Bardzo dobre rekolekcje — wiadomo, jezuici to sprawdzona marka: cisza, sprawny mechanizm organizacyjny, wysoki poziom punktów. Ale... jest jeden problem: kuchnia. Trwa Adwent. Tymczasem z wyjątkiem piątku wszystkie posiłki są oparte na mięsie i wędlinach (zresztą najbardziej niezdrowych — wieprzowych). Nie ma żadnej możliwości zachowania postu z wyjątkiem niejedzenia przez ponad tydzień niczego poza chlebem, ziemniakami, kapustą i plasterkiem białego sera (dżemu też z reguły nie ma).
Wyjątku nie przewidziano nawet dla 2 księży grekokatolickich z Białorusi i Ukrainy, którzy są z nami, a którzy mają teraz, o ile wiem, post filipowy, wykluczający wszelkie produkty zwierzęce i cały nabiał. A w Kościołach wschodnich post to post, a nie zabawa. Można było najwyżej przed turnusem zgłosić, że się jest na diecie. Ale ja nie jestem na diecie. Nie jestem chora. Zresztą niewiele by to pomogło — wyżywienie „dietowe” różni się od „niedietowego” tylko tym, że niektóre wędliny wieprzowe są zastąpione drobiowymi, a obiadowa wieprzowina smażona — duszoną.
Trzeciego dnia rekolekcji słuchamy nagranej konferencji ojca Józefa Augustyna. Ojciec Augustyn mówi:
„Jeśli w miłości brakuje ofiary, staje się ona tylko uczuciem, zmiennym i nietrwałym. Niektórzy wierni błędnie odczytali zniesienie zbyt rygorystycznych przepisów, które narosły w Kościele przez wieki. W efekcie wiara za mało nas kosztuje i dlatego nie ma większego wpływu na nasze życie”.

To mnie zachęca do zwrócenia się z prośbą o bardziej postne wyżywienie. Jednak prośba o dżem czy cokolwiek innego niż wędlina nie przynosi efektu. Życzliwy kierownik duchowy zwraca uwagę, że przecież przepisy kościelne są zachowywane i nie muszę wcale bardziej pościć. Albo mogę potraktować jako umartwienie jedzenie mięsa. A skoro już się tak bardzo upieram, to proponuje mi niejedzenie cukierków. Tia... Kiedy byłam dzieckiem, czyli za życia kardynała Wyszyńskiego, niejedzenie cukierków w poście proponowano małym dzieciom, których post nie obowiązywał. A teraz „asceza cukierkowa” zupełnie na serio wskazywana jest dorosłym jako podstawowa (oprócz nieużywania internetu) forma umartwienia w Adwencie i Wielkim Poście. Słyszałam to już z wielu kapłańskich i kaznodziejskich ust. Cały świat dziecinnieje, więc katolicy też. Czemu nie.
Nie chodzi mi o wytykanie palcem. Z podobnymi sytuacjami, jak ta w Częstochowie, spotykałam się wcześniej. Niestety szkodliwa, tucząca i ciężkostrawna wieprzowina trzy razy dziennie przez sześć dni w tygodniu stała się w Polsce powszechną normą kulturową, spod której jest równie trudno uciec jak od przymusu picia towarzyskiego. Na przykład w pewnym klasztorze mniszek, do którego jeździłam kiedyś na prywatne dni skupienia, nie pozwalano mi zachowywać postu w poniedziałki i środy wraz z siostrami, lecz specjalnie gotowano dla mnie mięso, bo byłam gościem. I powiedziano mi, że prosząc o odstępstwo od zwyczaju, powoduję tylko zamieszanie i kłopot. Tam też mi radzono, abym jako post traktowała jedzenie mięsa.
Do tego, że w klasztorach jem znacznie lepiej niż w domu, zdążyłam się już przyzwyczaić. Jednak brak możliwości zamówienia postnego wyżywienia w Adwencie (choćby na życzenie) w zakonnym domu rekolekcyjnym jest dla mnie przykrym zgrzytem. Razi mnie to tym bardziej, że święty Ignacy Loyola kładł wielki nacisk na umartwienia podczas odprawiania Ćwiczeń Duchownych.
Zapewne niektórzy tradycyjnie zarzucą mi pychę i wyższość. Przecież obecne przepisy kościelne, wyznaczające minimalne wymogi w zakresie postów, nie zostały złamane. Jednak to nie jest pycha. Chcę tylko, jak wszyscy chrześcijanie przez niemal dwadzieścia wieków, a Kościoły wschodnie do tej pory, móc oczekiwać przyjścia Pana (czy uczestniczyć w rekolekcjach zamkniętych) poszcząc, w wyrzeczeniu. Zwłaszcza gdy rozważam Mękę Pańską (III tydzień „Ćwiczeń”). I nie chcę się czuć w zakonnym czy rekolekcyjnym refektarzu jak na komunistycznej stołówce.
Oczywiście poradziłam sobie. Nie umiera się od jedzenia przez tydzień chleba z twarogiem i ziemniaków z kapustą. Przeciwnie, czułam się zapewne lepiej niż wszyscy pozostali — podobnie jak Daniel, gdy odmówił jedzenia potraw ze stołu króla babilońskiego :) Nie chodzi też o wytykanie palcem tego czy innego zakonu czy klasztoru. Na przykład w obecnie obowiązujących adwentowych tekstach Liturgii Godzin udało mi się znaleźć jak dotąd tylko jedno miejsce, gdzie w ogóle jest mowa o jakimkolwiek wyrzeczeniu czy umartwieniu (jutrznia wtorku I i III tygodnia, prośba „Dopomóż nam przynosić godne owoce pokuty”). Problem jest zatem szerszy: w ostatnich dziesięcioleciach w Kościele łacińskim zanikła kultura pokuty, umartwienia i ascezy. A bez tego naprawdę nie da się robić chrześcijaństwa. Zostaje pusta wydmuszka. I sądzę, że albo rzymscy katolicy nawrócą się w sprawie postów (a także przestaną traktować liturgię jako obowiązek do odwalania byle łatwiej i byle szybciej), albo Kościół łaciński zaniknie — tak jak tyle innych Kościołów, w których zamarł duch pokuty, wyrzeczenia i ofiary. A wraz z nim miłość. Ojciec Józef Augustyn jak zwykle ma rację.
I nie on jeden o tym mówi. Oto cytat z niedawno opublikowanego wywiadu-rzeki z arcybiskupem Józefem Michalikiem:
Dziennikarz: Zapytałem uczestników [panelu nt. tożsamości księdza, gdzie wspomniano umartwienia św. Jana Marii Vianneya]: „Czy nie powinniście, wy księża, także obecnie podejmować takie umartwienia?”. Wówczas znany, medialny, nowoczesny ksiądz wybuchnął: „Nie po to przeszliśmy Sobór, żeby teraz się umartwiać”. Choć spotkał się potem z mocnym odporem, to jednak mam wrażenie, iż jego styl myślenia jest bardzo popularny wśród pewnej części duchowieństwa, uznającej, że dość już ascezy, pokuty, umartwienia.
Abp Michalik: I to jest początek raka, który będzie toczył Kościół, jeśli się z nim nie uporamy. Nie wolno nam oddzielać ascezy od wiary i modlitwy, wyrzeczeń od życia, bo to w istocie skazuje na obumarcie życie duchowe chrześcijanina. Trzeba wrócić do starych, wypróbowanych przez stulecia zasad i zwyczajów. Jeśli, ograniczając się, nie ukierunkowujemy naszego życia, to skazujemy się na życiowy dramat. Każde ukierunkowanie jest ograniczeniem. Dotyczy to nie tylko życia duchowego, lecz także innych dziedzin. Każdy ogrodnik musi przycinać gałęzie, aby drzewo lepiej rosło i dawało więcej owoców. W świetle Ewangelii każde ukierunkowanie na Boga jest zarazem nieodłącznie związane z ukierunkowaniem na drugiego człowieka. W tym tkwi właśnie klucz do ludzkich serc.

Amen :)