poniedziałek, 21 lipca 2014

Człowiek i jego roszczenia

Z komentarza Pawła Lisickiego w „Do Rzeczy”: „Jeszcze Kościół nie zginął” do wyników ostatniego liczenia wiernych:

(Tutaj przy okazji wtrąćmy, że sam pomysł liczenia wiernych jest głęboko sprzeczny z Bożym planem — przypomnijmy sobie, co spotkało Dawida za pomysł policzenia Izraela. I nie wątpię, że „światowa” moda na liczenie wiernych w polskim Kościele przynosi podobne owoce, bo Bóg jest wierny i konsekwentny).
Nie jest prawdą, że główną bolączką polskiego Kościoła jest zaangażowanie w politykę lub zbyt powolne dostosowanie się do oczekiwań liberalnej cywilizacji. Większość społeczności chrześcijańskich na Zachodzie dawno już straciła wpływ na politykę. Wspólnoty protestanckie w pełni niemal pogodziły się z rewolucją obyczajową, czego dowodem jest coraz częstsza akceptacja związków homoseksualnych, biskupi katoliccy ograniczają się zwykle do rytualnych sprzeciwów. A mimo tego skala dechrystianizacji i tempo, w jakim wierni odwracają się od chrześcijaństwa, są tam znacznie większe niż w Polsce. Na tle Zachodu Polska pozostaje krajem chrześcijańskim. Nie ma oczywiście jednego czynnika, który tłumaczyłby tak skomplikowane zjawisko społeczne, jakim jest zanik praktyk religijnych. Jednak gdybym sam starał się znaleźć główny powód, to szukałbym go — inaczej niż większość specjalistów — w osłabieniu religijnego przesłania chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie. Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga. Inaczej za kilka lat Polska będzie przypominać Irlandię, Hiszpanię czy Belgię, kraje niegdyś katolickie.
Święte słowa red. Pawła Lisickiego. Zachęcam do przeczytania całego komentarza (podlinkowałam na początku). I trzeba grubym drukiem podkreślić, że zdanie „Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia. Im więcej dostosowania, tym szybsze obumieranie” pasuje również do liturgii. A nawet w pierwszej kolejności odnosi się do liturgii. Liturgia jest szkołą wiary i życia. Od dostosowywania przez liberalny, modernizujący kler liturgii do „potrzeb współczesnego człowieka” zaczął się szybki upadek wiary na Zachodzie. Owszem, wiara słabła już wcześniej; ale działania obłąkanych kościelnych „rewolucjonistów ’68 roku” na Zachodzie spowodowały gwałtowne przyśpieszenie tej utraty wiary. Zmiana była jakościowa, nie ilościowa. Oczywiście intencje były szczytne; ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Drzewo poznaje się po owocach.
Zachęcam do refleksji nad tym, co w ostatnich dziesiątkach lat dzieje się w liturgii katolickiej w Polsce. Jeśli nie zatrzyma się procesu „ufajniania” liturgii, już za jedno pokolenie będzie tak, jak na Zachodzie. To liturgia ma przenosić w pierwszym rzędzie do tego nadprzyrodzonego, o którym red. Lisicki pisze...
Może przetrwać, sądzę zatem, tylko Kościół, który przenosi człowieka z tego świata ku temu, co nieskończone, Kościół, który potrafi — przez oddawanie Mu należnej chwały — otwierać się na Boga”.
I teraz proszę porównać to, co wyprodukowano w tzw. „reformie soborowej” (w rzeczywistości nie mającej z Soborem Watykańskim II wiele wspólnego, a nawet sprzecznej z jego Konstytucją o liturgii Sacrosanctum concilium), z mszą w klasycznym rycie rzymskim oraz liturgiami Kościołów wschodnich. Dlaczego ludzie (katolicy) mówią, że w cerkwi na nabożeństwach jest duch, duchowość, że lepiej się tam modli?
Oczywiście nowa msza jest ważna, jest Ofiarą Eucharystii w sensie teologicznym, sakramentalnym. I nie mówię, że nie ma zalet... Wiele osób mi mówi, że zaspokaja ona ich potrzebę poczucia się wspólnotą, że dobrze się na niej czują, jako „sprawcy”, „uczestnicy”, a nie „widzowie”, że jest dla nich ważne, że mogą sobie śpiewać wesołe, skoczne piosenki, że to poprawia im nastrój. „Dzięki temu lepiej nam się modli, czujemy, że się dobrze modliliśmy”.
Tak, takie są nasze ziemskie, doczesne, zmysłowe potrzeby ludzkie.

Chrześcijaństwo ginie wszędzie tam, gdzie zamiast Boga na pierwszym miejscu pojawiają się człowiek i jego roszczenia”.

Ps. Właśnie wczoraj odkryłam, że nawet liturgiczna ceremonia złożenia ślubów przez mniszkę w klasztorze benedyktynek nie może obejść się bez gitarry. Dziękuję, postoję. Jeśli która chętna na mniszkę — odradzam taki klasztor. Nie ma życia mniszego bez wyciszenia i pokoju wewnętrznego; bez ascezy zmysłów i pozostawienia pewnej pustki, którą będzie mógł zająć Niepomieszczony. A krzykliwe i nerwowe dźwięki gitary używanej na sposób ogniskowo-łupiący (a nie klasyczno-wirtuozowski w stylu muzyki dawnej; sam instrument nic nie winien), pozostawanie w hałasie naszej rozwrzeszczanej i neurotycznej epoki raczej temu nie sprzyja...

niedziela, 20 lipca 2014

Z dziejów obłudy

Od czasu do czasu dochodzą do mnie wieści o podejmowaniu przez różne kapituły zakonne mniej lub bardziej formalnych uchwał, sprzecznych z dokumentami Stolicy Apostolskiej (czy też innymi oficjalnymi dokumentami Kościoła, na szczeblu Stolicy Apostolskiej lub lokalnej diecezji). Zdarzało mi się również czytać w Internecie, lub słuchać w realu, buńczuczne wypowiedzi zakonników, którzy publicznie zapowiadali, że takie uchwały „sobie” podejmą.
W takich sytuacjach milczę, bo i cóż można na takie dicta powiedzieć.
A dzisiaj liturgia Kościoła przynosi na takie postępowanie odpowiedź:
Przeto dla chwały Tego, który nas umiłował, należy zachować posłuszeństwo bez jakiegokolwiek udawania; bo nie widzialnego biskupa się okłamuje, ale usiłuje się wprowadzić w błąd niewidzialnego. Sprawy te nie dotyczą tylko człowieka, ale Boga, który zna rzeczy ukryte. Trzeba więc nie tylko nazywać się chrześcijaninem, ale być nim w rzeczywistości. Tymczasem istnieją tacy, którzy się powołują wprawdzie na biskupa, ale wszystko czynią bez niego. Tacy nie mogą mieć dobrego sumienia, a ich zgromadzenia nie są ważne ani zgodne z przykazaniem Pana. Wszystko bowiem ma swój koniec i dwie rzeczy stoją przed nami: »śmierć i życie«, a każdy pójdzie na »swoje miejsce«”.
Św. Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik, List do Magnezjan, godzina czytań, XVI niedziela zwykła A

Jak wielu jest wokoło fałszywych proroków z narzuconą dla niepoznaki białą, owczą skórą. Mogą się ukryć przed człowiekiem, mogą go nawet zastraszyć i zmusić do milczenia, ale przed Bogiem się nie ukryją.
Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują! Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi?” (Mt 7,14-16)

W mojej opinii u podstaw posoborowego kryzysu Kościoła, gdzieś bardzo głęboko, znajduje się przede wszystkim odrzucenie prawdziwego posłuszeństwa Kościołowi; nie tylko wśród wiernych, lecz także kleru i zakonników. Jest to wynik zaniku autentycznej wiary, podminowanej racjonalizmem i liberalizmem, podważenia roli Kościoła i jego Tradycji oraz upadku chrześcijańskiej formacji ascetycznej. Z tym problemem trzeba się uporać, jeśli chcemy, aby nasz Kościół odzyskał ewangeliczny blask i rozkwitł na nowo, przyciągając do siebie wszystkich szukających zbawienia.

Ps. Między nami mówiąc, powiało przed chwilą troszeczkę zapaszkiem reformacji protestanckiej, czyż nie?

poniedziałek, 7 lipca 2014

Bez wiernych — też pięknie


Czy wyobrażacie sobie księdza, który w katolickiej gazecie publikuje felieton na temat:
„Bez oazy — też można wychowywać młodzież”
„Bez neokatechumenatu — też można mieć powołania kapłańskie”
„Bez Odnowy w Duchu Świętym — też można się modlić o uzdrowienie”
„Bez Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci — też można odmawiać różaniec”
„Bez pań z koła Caritas — też się pomaga potrzebującym”

A „Bez tradsów — też pięknie” można.
Można analizować cały felieton zdanie po zdaniu, wykazując, że głoszone przez ks. Romana Tomaszczuka opinie o tym, co jego zdaniem robią, mówią i uważają wierni przywiązani do tradycyjnej liturgii katolickiej, nie mają pokrycia w rzeczywistości, lecz są wyłącznie powtarzaniem typowych, dyżurnych zarzutów używanych przez duchowieństwo i wiernych świeckich, zwalczających swoich współbraci katolików, którzy są od nich „inni”, i produktem wyobraźni swoich autorów; czasami nawet mam wrażenie, że wręcz jakąś emanacją nieuświadomionych urazów, negatywnych fantazji, projekcji cienia, używając terminologii jungowskiej. Zbliżony katalog można przeczytać w wywiadzie na temat tradycjonalistów, którego rok czy dwa lata temu miesięcznikowi Polskiej Prowincji Dominikanów „W Drodze” udzielili ojcowie Józef Puciłowski i Jan Andrzej Kłoczowski OP. (Nawiasem mówiąc, pękałam ze śmiechu, czytając ten wywiad, bo wiedziałam, że traktuje też o mnie i o moim środowisku, i widziałam, że należy go czytać „odwrotnie”, jak PRL-owskie gazety: zamiast nieliczne emerytki — wielu studentów itd., a wszystko będzie się zgadzało).
Można powiedzieć, że to zwykły błąd, skutek tego, że autor mówi o środowiskach i wydarzeniach, w których nie brał nigdy osobiście udziału i wypowiada się na podstawie głębokiej nieznajomości tematu. Ale nie, to coś więcej. Omawiane zarzuty mają wszelkie cechy typowych, stałych katalogów używanych jako broń przeciwko nie akceptowanej mniejszości. Katalogów, które używane są jako uzasadnienie dla prześladowań. (Oczywiście, ich skala w poszczególnych wypadkach może być różna, nie zawsze kończy się trupami). Chrześcijanom w starożytnym Rzymie zarzucano nienawiść rodzaju ludzkiego, orgie seksualne i jedzenie ludzi; Żydom — zabijanie dzieci na macę, zatruwanie studni, roznoszenie wszy i tyfusu, itd. Nikt nie sprawdza, nie zastanawia się, czy zarzuty są prawdziwe. Chodzi o to, żeby wywoływały lęk i odrazę w społeczności, w której istnieje dana mniejszość, tak aby podburzona nimi większość zwróciła się przeciw mniejszości. Dlatego preparuje się takie zarzuty, jakie zarzucającemu wydają się najbardziej bulwersujące.
Warto prześledzić zarzuty „łowców tradsów” pod tym kątem; zobaczycie, że po odwróceniu znaku każdy z nich stanowi egzemplifikację tego, co dla zagorzałego zwolennika posoborowej reformy liturgicznej wydaje się najcenniejsze i najbardziej centralne; i właśnie dlatego nierzadko zarzuty trafiają kulą w płot, bo trads by o danej rzeczy nawet nie pomyślał.
Inny znany sposób, oprócz powtarzania (metodą goebbelsowską — kłamstwo powtórzone wystarczająco dużo razy staje się prawdą) ustalonych katalogów zarzutów, jest oskarżanie atakowanej przez nas mniejszości, że to ona nas atakuje, pozbawia nas czegoś, zastrasza nas; innymi słowy projekcja (przeniesienie) na nasze ofiary zachowania, które faktycznie my podejmujemy wobec nich. Metodę tę stosuje obecnie Putin w stosunku do Ukraińców, ale jest ona dobrze znana z historii. Na przykład dyżurnym zarzutem wobec tradsów jest to, że usiłują doprowadzić do likwidacji NOM-u czy też uniemożliwienia uczestniczenia przez osoby X czy Y we mszy NOM. Oczywiście jest odwrotnie — to strona stawiająca zarzut usiłuje doprowadzić do likwidacji mszy tzw. trydenckiej, w rycie dominikańskim czy jakimś innym tradycyjnym rycie lokalnym lub zakonnym (por. nr 4 konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium), to ona staje na głowie, by uniemożliwić tradsom uczestniczenie we mszy w starym rycie, na którym im zależy. Ja nie zabraniam nikomu uczestniczyć w mszy NOM i nie podważam ich sensu i prawomocności; to ktoś cały czas stara się nie dopuścić, abym ja mogła uczestniczyć we mszy w starym rycie.
Prostym sposobem zweryfikowania, kto naprawdę komu zagraża i kto komu usiłuje zabraniać, jest porównanie liczby mszy niedzielnych w nowym i starym rycie. Mszy NOM każdej niedzieli odprawia się dziesiątki tysięcy w tysiącach kościołów; msza w starym rycie jest w 28 miejscach w Polsce w każdą niedzielę i w kolejnych około 20 raz na miesiąc. Mszy w rycie dominikańskim nie ma ani jednej.
Po tragedii i szoku Holokaustu mechanizmy powstawania w danej społeczności agresji przeciw mniejszości (człowiekowi „innemu niż my”), manipulowania emocjami tłumu, konstruowania typowych toposów propagandowych stały się ważnym tematem badawczym socjologów i historyków mentalności. Pozwoliło to sformułować ogólne prawa kierujące procesami prowadzącymi do prześladowań i pogromów. W wypadku sporów o liturgię nie spodziewam się oczywiście pogromu; ale ciekawie jest zauważyć, że w działaniach środowisk antytradsowskich można zaobserwować typowe, ogólne mechanizmy działań przeciwko mniejszościom.
W felietonie ks. Tomaszczuka są też zwykłe kłamstwa, powtarzane przez antytrydenckie środowiska, np. „To nieprawda, że jeśli nie zdradzimy ostatniego soboru, jesteśmy skazani na karykaturę liturgii”. W którym to dokumencie ostatni sobór nakazał przejść w całości na języki narodowe, odwrócić księdza przodem do ludu itd.? Chętnie się dowiem. Niektórzy wciąż, mimo ciągłego nauczania papieży, i to już od Pawła VI, mylą „ducha soboru” z samym soborem.
Ale tym też nie będę się tu zajmować. Chcę zwrócić uwagę na co innego: na brak miłości do innych ludzi, jaki zdradzają tego rodzaju wypowiedzi. Myślę, że większość czytelników tego bloga zna nauczanie Jezusa Chrystusa, św. Pawła, św. Jana, całego Nowego Testamentu, na temat miłości bliźniego. Czy człowiek, który naprawdę kocha innych ludzi, naprawdę nosi ich w sercu, używa takiego języka? Czy ksiądz przeniknięty duchem ofiary i służby będzie mówił wiernym, jakimkolwiek wiernym: „My was tu nie potrzebujemy, nie chcemy tu ...”? Ja to, z „tradycjonalistami” zamiast wielokropka, usłyszałam od konkretnych kapłanów, ale pod „tradycjonalistów” można równie dobrze wstawić neonowców czy odnowowców — mam znajomych z tych środowisk i wiem, że oni także nadal niekiedy się spotykają z podobną niechęcią kapłanów, którzy podejmują decyzje będące dla nich być albo nie być.
Daj mi Panie Boże żyć jeszcze troszeczkę, ponieważ jeszcze nie jestem do końca ochrzczony.
Woda chrzcielna jeszcze nie dotarła wszędzie, gdzie dotrzeć powinna.
Jeszcze we mnie jest dużo starego poganina

(fragment wiersza o. Kaliksta Suszyło OP)

Cały felieton ks. Romana Tomaszczuka (ma już kilka miesięcy, ale wciąż jest dostępny w Sieci i linkowany) można przeczytać pod adresem:
http://swidnica.gosc.pl/doc/1718172.Bez-tradsow-tez-pieknie

Na koniec jeszcze jeden obrazek, aby można było się pocieszyć, że w Kościele jest też obecny inny język, inny stosunek do mniejszości, i przypomnieć, że właśnie minęła już 7. rocznica opublikowania motu proprio Summorum Pontificum.


Ps. Pominęłam w tym wpisie kwestię nieposłuszeństwa dokumentom Stolicy Apostolskiej, bo zamierzam ją omówić oddzielnie.

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty ikon, czyli trydent w cerkwi

Na początku reklama. Proszę przeczytać uważnie. Polecam wam dwie serie letnich warsztatów malowania ikon, organizowanych przez moją panią od malowania ikon (1) i Parafię Prawosławną w Krakowie (2). Będą one prowadzone w różnych formach, miejscach i terminach. Uczę się na tych warsztatach malowania ikon piąty rok i mogę zaświadczyć, że są bardzo dobre.

1. Termin: 5-15 lipca, miejsce: Supraśl, organizator/prowadzący: Anna Gełdon
Warsztaty malowania (pisania) ikon tradycyjnymi technikami będą prowadzone przy prawosławnym monasterze Zwiastowania NMP w Supraślu. Są skierowane do osób na różnym stopniu zaawansowania plastycznego (również początkujących). Każdy ukończy warsztaty z własnoręcznie wykonaną ikoną. Cena 1500 zł uwzględnia: noclegi wraz z wyżywieniem w przyklasztornej Akademii Supraskiej; zwiedzanie muzeum ikon wraz z wykładami; wszelkie potrzebne materiały. Informacje i zapisy: anna.geldon@yahoo.com, tel. 512 124 232

2. Termin: 14-26 lipca, miejsce: Kraków, organizator: Parafia Prawosławna w Krakowie, prowadzący: Wiesław Trzpis
Wakacyjny Kurs Ikonograficzny przy Parafii Prawosławnej w Krakowie (ul. Szpitalna 24): zajęcia od poniedziałku do soboty w godz. 16.00–21.00. Praktyka będzie przeplatana ciekawymi zajęciami prezentującymi duchowość prawosławną. Na zakończenie odbędzie się poświęcenie napisanych ikon. Kurs obejmuje 60 godzin zajęć w grupie o różnym stopniu zaawansowania. Opłata: 600 zł. Wszystkie materiały zapewnia Parafia. Informacje i zapisy: krakow@cerkiew.pl, tel. 12 422 72 77
Więcej informacji o kursach prowadzonych przez Parafię Prawosławną: http://www.krakow.cerkiew.pl/pl/kursy-ikonograficzne.html

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.
Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.
Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji... I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie: „To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji”.
Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj :])
Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...
Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.
Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...
Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.
Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.
Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...
Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. Jeśli ktoś z was ma chęć i możliwości, niech zapisze się na warsztaty malowania ikon, prowadzone przez moich prawosławnych znajomych. Załączam zdjęcie namalowanej przeze mnie ikony jako dowód ich skuteczności :)

środa, 4 czerwca 2014

Krótki kurs dyplomatyki

Dzisiaj w zakonie dominikańskim obchodzimy wspomnienie św. Piotra Męczennika (św. Piotra z Werony), pierwszego kanonizowanego dominikanina.
W bulli kanonizacyjnej (1253 r.) papież Innocenty IV napisał:
„Matka Kościół ma doniosły powód, by się weselić, wspaniała jest przyczyna jej radości. Słuszny ma motyw, by śpiewać Panu pieśń nową i wznosić hymn pochwalny ku Bogu swojemu. Lud katolicki klaszcze w dłonie, wznosząc je ku Najwyższemu, i okazuje radość ducha, śpiewając Bogu dźwięcznym głosem. Wspólnota chrześcijańska wyśpiewuje swemu Stwórcy nabożne pieśni. W ogrodzie wiary zerwano bowiem słodki owoc i zaniesiono na stół Króla wieków. Z winnicy Kościoła nowe wino spłynęło do królewskiego kielicha. Albowiem płodna latorośl, odcięta wrogim ostrzem, więcej soku wydała, gdyż mocniej przylgnęła do prawdziwego winnego krzewu.
W ogrodzie Zakonu Kaznodziejskiego zakwitła czerwona róża. W warsztacie Kościoła wybrany został kamień; ociosany i wygładzony zdobi teraz niebiańską świątynię. Ogromne stąd w niebie wesele, radują się wszyscy święci, obchodząc tak wielką uroczystość. [...]
Wsławił się zwłaszcza obroną wiary, dla której cały płonął. Piotr, trwając mocno na skale wiary, roztrzaskany o skałę męczeństwa, wstąpił więc godnie na skałę, którą jest Chrystus, aby przyjąć wieniec. [...]
Zatem ziarno zboża, wpadłszy w ziemię, zgniecione rękami niewiernych i umarłe, powstaje do nowego życia jako dojrzały kłos. Winne grono wyciśnięte w tłoczni rozlewa się w obfitości, a pszenicę wymłóconą na klepisku przenoszą do spichlerza Pańskiego, oddzieliwszy ją od plew. Podobnie kadzidło ugniecione w moździerzu wydaje pełniejszą woń. W ten sposób królestwo niebieskie zdobywają gwałtownicy, a święci przez wiarę zdobywają królestwo Boże”.
Gdyby dzisiaj nadal takim językiem pisano oficjalne dokumenty kościelne, to bym je czytała.

środa, 26 marca 2014

„Ratunek od szarpaniny mózgów i nerwów”. Kardynał Wyszyński o śpiewie gregoriańskim

„Jest tu otwarte wielkie zagadnienie, które trafnie postawił Ojciec św. Pius XII w jednej ze swoich encyklik, poświęconej śpiewowi kościelnemu. Jak wiele przejawów współczesnej sztuki, tak też muzyka i śpiew współczesny przeżywają jakąś mękę, szarpaninę i niepokój. Rzecz znamienna: człowiek dzisiejszy poddaje się tej szarpaninie, szuka w niej nadziei i uspokojenia, ale nie znajduje. Bo gdy do szarpaniny mózgów i nerwów dołączy się jeszcze szarpanina nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, to wówczas szaleństwo może ogarnąć ludzi i świat. Ktoś musi to wszystko uspokoić, uciszyć.

WYCHOWAWCZE I SPOŁECZNE ZNACZENIE ŚPIEWU GREGORIAŃSKIEGO


Kościół święty ma wspaniałe narzędzia uspokajania serc ludzkich. Jest nim śpiew gregoriański. W ciągu kilku dni waszej pielgrzymki poświęciliście mu uwagę, ćwiczenia i prelekcje. Ma on w sobie szczególną doniosłość i dostojną powagę spokojnego Kościoła. Ma przedziwną dojrzałość wieków i jakieś wielkie zamodlenie. Dzięki temu uczy nas modlitwy, przywraca umiejętność skupienia, skoncentrowania i skierowania zbolałej duszy ku Bogu. Śpiew gregoriański jest wybitnie wychowawczy, społeczny i uspokajający. Wnosi pokój do serc i do życia społecznego.
Dlatego też często osobiście zachęcaliśmy rzesze organistów i chórmistrzów, ażeby we wspaniałej gamie wszelkich możliwości śpiewnych różnych stylów, wyrobili miejsce dla śpiewu gregoriańskiego.
Ojciec święty ma głębokie zrozumienie dla śpiewu polifonicznego, narodowego i ludowego. Zresztą Kościół święty zawsze i wszędzie, a szczególnie w Ojczyźnie naszej, pielęgnował śpiew ludowy w świątyniach, świadczą o tym Godzinki i Gorzkie żale, nasze kolędy i śpiewy okresów liturgicznych. Ale obok tych wybitnie doniosłych wartości wychowawczych i modlitewnych, szczególne znaczenie ma dzisiaj, właśnie ze względów wychowawczych i społecznych, niosący pokój śpiew gregoriański.
Dlatego zachęcaliśmy Was, Najmilsi (i nie przestajemy nadal zachęcać), do pielęgnowania go. Radujemy się, że wielu z Was mogło poświęcić tych kilka dni na szczególne kultywowanie śpiewu gregoriańskiego.
Jeszcze jedną uwagę chciałbym Wam dorzucić: pamiętajcie, że śpiew gregoriański, to jest artyzm duszy, to jest, że się tak wyrażę, kwiat duszy, jakiś szczyt usposobienia duchowego i modlitewnego. Wyrósł on z modlitwy i ze znajomości ducha Kościoła. Dlatego trzeba go pielęgnować w jego wspaniałej, złotej oprawie liturgii Kościoła św. Bez znajomości liturgii i ducha roku kościelnego nie uda się Wam dobrze wykonać śpiewu gregoriańskiego. Wymaga on dużej kultury osobistej i modlitewnej, zmysłu teologicznego, a przede wszystkim, jak już powiedziałem, rzetelnej i gruntownej znajomości liturgii Kościoła.
Gdybyście chcieli zinterpretować tylko jeden werset psalmu, zobaczylibyście, że te same słowa inaczej smakują zależnie od tego, na jakie tło liturgiczne je rzucimy. Inaczej będzie brzmiał w uszach ten sam werset w czasie Adwentu, kiedy cały Kościół Boży oczekuje, a inaczej zaśpiewa Ci w duszy, gdy go wykonasz na tle liturgii Bożego Narodzenia, okresu Męki Pańskiej czy zwycięskiej Wielkiej nocy i Zielonych świątek. Jeszcze inaczej zabrzmi w powadze dojrzewających niedziel post Pentecosten. Jest to bardzo znamienne.
Dojrzałość tę możecie wyczerpnąć, łącząc śpiew gregoriański ze znajomością ducha poszczególnych okresów roku liturgicznego. Gdy przystępujecie do głębszego zaznajomienia się ze śpiewem gregoriańskim i gdy ćwiczycie w nim chóry, starajcie się sami dobrze zapoznać z duchem liturgii Kościoła świętego i zadbajcie o to, aby oswoić z nim uczestników chórów. Sami się o to starajcie i proście kapłanów, aby Wam pomogli.
Wtedy wasze apostolstwo śpiewem i muzyką wyda wspaniały owoc. Będziecie uśmierzali nienawistną bestię pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. Niech na głos śpiewu i melodii waszej muzyki stanie się w sercach ludzkich wielkie uciszenie. Oddacie wówczas olbrzymią przysługę biednym dzieciom, wygnańcom Ewy, na tym łez padole. To jest wasze zaszczytne apostolstwo! Przejmijcie się nim do głębi!

Stefan kard. Wyszyński, Kazanie do Ogólnopolskiej pielgrzymki organistów na Jasną Górę, 25 września 1958 r., w: Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, Uświęcenie pracy zawodowej, Paris 1963, s. 290-292. Kursywa wg oryginału, pogrubienia moje.

Dołączam modlitwę o łaski za sprawą sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Może warto za pośrednictwem Prymasa Tysiąclecia prosić o łaskę uwolnienia naszych kościołów, a szczególnie dusz księży, zakonników i zakonnic, którzy wydają decyzje dotyczące liturgii w naszych kościołach, którzy swoim słowem i przykładem formują wiernych i ich duchowy i artystyczny smak, od szarpaniny nieskoordynowanych tonów i melodii, które ranią i kolą, dołączającej się do szarpaniny mózgów i nerwów... od nienawistnej bestii pełną niepokoju, która się wdziera do duszy dzisiejszego człowieka, pozbawia go snu, szarpie nerwy i zabiera mu ostateczną, nawet najdrobniejszą pewność. I mam pomysł nowej akcji: wydawanie certyfikatów „Kościół przyjazny wiernym! Tutaj liturgia wolna od gitar, perkusji, wzmacniaczy i śpiewu estradowego”


MODLITWA O BEATYFIKACJĘ STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO PRYMASA TYSIĄCLECIA


Boże w Trójcy Świętej Jedyny, Ty w swojej niewypowiedzianej dobroci powołujesz ciągle nowych, apostołów, aby przybliżali światu Twoją Miłość. Bądź uwielbiony za to, że dałeś nam opatrznościowego Pasterza Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia.
Boże, Źródło wszelkiej świętości, spraw prosimy Cię, aby Kościół zaliczył go do grona swoich świętych. Wejrzyj na jego heroiczną wiarę, całkowite oddanie się Tobie, na jego męstwo wobec przeciwności i prześladowań, które znosił dla imienia Twego. Pomnij, jak bardzo miłował Kościół Twojego Syna, jak wiernie kochał Ojczyznę i każdego człowieka, broniąc jego godności i praw, przebaczając wrogom, zło dobrem zwyciężając.
Otocz chwałą wiernego Sługę Twojego Stefana Kardynała, który wszystko postawił na Maryję i Jej zawierzył bez granic, u Niej szukając pomocy w obronie wiary Chrystusowej i wolności Narodu. Ojcze nieskończenie dobry, uczyń go orędownikiem naszych spraw przed Tobą. Amen.
Pokornie Cię błagam, Boże, udziel mi za wstawiennictwem Stefana Kardynała Wyszyńskiego tej łaski, o którą Cię teraz szczególnie proszę...

Nihil obstat do prywatnego odmawiania
Kuria Metrop. Warszawska 24.06.83 nr 4792/K
Ks. Stefan Piotrowski, wikariusz generalny
Ks. Stanisław Pyzel, notariusz

niedziela, 16 marca 2014

Z motyką na słońce

Ukazał się wreszcie wywiad, który w październiku ub.r. przeprowadziłam z ojcem Dominique-Marie de Saint Laumer, przeorem Bractwa św. Wincentego Ferreriusza. Ojciec Dominik przebywał wówczas z dwoma współbraćmi we Wrocławiu i odprawił Mszę św. solenną w rycie dominikańskim w dniu 300. rocznicy beatyfikacji bł. Czesława, wielkiego cudotwórcy, patrona Wrocławia.
Bracia ferreriusze wywarli na mnie korzystne wrażenie. Celebrowali piękną liturgię, byli bardzo kulturalni, życzliwi i otwarci. Z opowieści ojca Dominika wynikało, że ma wszystko ustawione na właściwym miejscu: to znaczy żyje naprawdę dla oddawania czci Bogu, wokół Boga kręci się całe jego życie i myślenie, całym sercem kocha Kościół, a w obecnej doczesności służy Bogu i ludziom gorliwą pracą kaznodziejską i duszpasterską. Podobnie jest z jego klasztorem: wyciszony, milczący, zachowujący ascezę zakonną, stwarzający warunki do ciągłego przebywania na modlitwie i studium z Bogiem. Bardzo to wszystko zwyczajne i normalne, a jednocześnie bardzo nadzwyczajne i nienormalne.
To, co usłyszałam od ojca Dominika, zweryfikowałam w rozmowach ze znajomymi kapłanami i świeckimi, którzy znają braci od lat, odwiedzali ich klasztor i utrzymują z nimi stały kontakt. Opinie tych osób były tak pozytywne, że początkowo aż wzbudziło to moją nieufność. Usłyszałam też słowa zazdrości i rozczarowania, że braci św. Wincentego nie ma w Polsce i nie można w naszym kraju korzystać z ich posługi duszpasterskiej.
Rzeczywiście, ja również uważam, że obecność ferreriuszy w Polsce byłaby bardzo pożądana. Środowiska katolików konserwatywnych w Polsce rosną szybko, popularne są zwłaszcza wśród młodzieży. O ile dostrzegam, nie chodzi tylko o sam ryt mszalny; w rzeczywistości teologia moralna i ascetyczna ma być może nawet większe znaczenie niż liturgia. Coraz więcej ludzi ma dosyć fajnokatolicyzmu wypranego z zasad i wymagań; coraz więcej z nich pragnie mieć kapłanów o bardziej konserwatywnej i ortodoksyjnie katolickiej formacji. A tych kapłanów brakuje. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.
Również środowisko katolików tradycyjnych związanych z zakonem dominikańskim szybko się powiększa i pączkuje na kolejne ośrodki. Ten zakon to nasze miejsce w Kościele, identyfikujemy się z jego duchowością i charyzmatem, ale pragniemy tradycyjnej, klasycznej nauki katolickiej i liturgii w rycie dominikańskim. I Kościół, słowami motu proprio Summorum Pontificum, daje nam do tego prawo. Niestety, obecnie przynajmniej jesteśmy w znacznie gorszej sytuacji niż inni katolicy tradycyjni; przełożeni dominikańscy regularnie odmawiają prośbom wiernych o celebracje Mszy św. w rycie dominikańskim, nawet jednorazowe, mimo że są już w Polsce dominikanie, którzy mogliby w tym rycie celebrować.
Msze takie sprawowane są nie tylko w Stanach, jak zwykle będących awangardą, lecz i za miedzą, w Czechach, a liczba krajów z regularnymi celebracjami rytu dominikańskiego stale rośnie (od niedawna dołączyły Włochy z Wiecznym Miastem). W Polsce niestety jest inaczej, na otwarte serca i kościoły dominikańskie może liczyć wyłącznie przeciwległe skrzydło katolicyzmu — liberalne moralnie i progresywne doktrynalnie (pisałam o tym w poprzednim tekście, „Duszpasterstwo dla Kościoła liberalnego”). Czy jest to wyraz pewnego zacofania Polski, tradycyjnie nie zaznajomionej z nowymi ideami i będącej zawsze o jeden trend do tyłu? Nie wiem.
W najbliższych miesiącach zorganizujemy pielgrzymkę do Chémeré-le-Roi. Taki wypad zwiadowczo-szkoleniowy dla „grona kierowniczego”. Chcę się na własne oczy przekonać o prawdziwości pochwalnych opowieści o ferreriuszach. Jeśli się sprawdzą, zaczniemy braci namawiać do otwarcia fundacji w Polsce. Ojciec Dominik nie mówi nie, tylko potrzebuje polskich kandydatów. Sądzę, że się znajdą; sama znam kilku chłopaków, którzy wstąpili lub chcieli wstąpić do dominikanów w Polsce, ale „zbytnia pobożność”, „konserwatywne poglądy” i zamiłowanie do chorału i łaciny szybko zamknęły im drogę do biało-czarnego habitu. Zachęcam — propagujcie, pytajcie, szukajcie :)
Wiem, że czasy są złe; w kraju naszych sąsiadów trwa rozbiór przez nigdy nie nasyconego imperialistycznego niedźwiedzia, a całemu regionowi, w tym Polsce, grozi wojna (nie daj Bóg!). Ludzie nie mają pracy, żyją w biedzie lub wyjeżdżają z kraju, i w najbliższych latach będzie tylko gorzej. Historia pokazała, że żadna herezja nie spotyka się w Kościele z takimi sprzeciwami, blokadami i otwartą walką, jak starania obserwantów i próby powrotu do pierwotnej gorliwości i czystości charyzmatu. Zważywszy to wszystko, pomysł sprowadzenia ferreriuszy do Polski wydaje się zupełnym szaleństwem. Ufam jednak, że jeśli okaże się zgodny z wolą Bożą, to sam Bóg go zrealizuje, choćby na smokach wojska latające i tak dalej. Takie są plany na zaś; a na razie z całych sił módlmy się o pokój.
Zapraszam do lektury wywiadu z ojcem Dominikiem: Warto czerpać z bogactw Kościoła!
Zapraszam także do przeczytania trzech wywiadów, które przeprowadziłam z polskim dominikaninem, ojcem Markiem Grzelczakiem. Jest to kawał dobrej nauki chrześcijańskiej i szkoła katolickiego wychowania. Trwa Wielki Post i warto rady ojca Marka z pierwszego wywiadu zastosować od razu:
Wyrzekliśmy się wyrzeczeń
Łaska dobrej śmierci
Matka Boża niczego nie zgubi, niczego nie pozwoli skraść